Subskrybuj
Blondwłosa dziewczyna nurkuje w wodzie Il. Joanna Żybul
Il. Joanna Żybul
dziennikarka zajmująca się tematyką społeczną. Publikuje m.in. na Więź.pl, a także w „Zwierciadle”, „Dwutygodniku”, „Przeglądzie”

Chwila do pomyślenia o wszystkim i o niczym

W naszej kulturze dominuje etyka obowiązku, mamy być użyteczni, musimy działać. Dlatego czulibyśmy się bezwartościowi czy wewnętrznie wybrakowani, gdybyśmy w towarzystwie powiedzieli, że się czasem nudzimy.

Kiedy ostatnio się Pan nudził?

Pewnie wczoraj, życie w ogóle jest przecież nudne, tylko z rzadka dzieje się coś interesującego, a na co dzień to głównie czeka się, aż coś zacznie się dziać, czyli często nie wiadomo w sumie na co. Jak w wierszu Jana Lechonia: „Co dzień to samo. I już śmierć”.

Jak nauki społeczne definiują nudę? Można powiedzieć, że jest to niejako wymuszone zawieszenie uczestnictwa w pogoni życia?

Nudę bardzo trudno zdefiniować w terminach pozytywnych. Raczej można ją opisywać w kategoriach negatywnych – przede wszystkim braku zaangażowania, zadowolenia i znaczenia.

Nuda to stan, w którym uderza nas nieobecność czegoś; pojawia się jakiś rodzaj pustki, chwilowego braku sensu czy – jak Pani powiedziała – zostaje zawieszony bieg życia.

Ten bieg staje się jałowy. Może się wydawać wręcz, że zatrzymaliśmy w kadrze strumień dziania się. Powstaje przerwa, jakaś nieobecność. Być może nuda to brak chęci czy też zdolności podmiotowego uczestniczenia w życiu.

Gdy doświadczamy tego stanu, czas niebotycznie się rozciąga. Dlaczego większość z nas odczuwa przy tym dyskomfort?

W ujęciu literackim Josif Brodski pisał, że nuda jest oknem, przez które możemy spojrzeć na rzeczywistość – rozumiana jako obezwładniająca, wieczysta, indyferentna nicość. W nudzie czas się przewleka, dłuży w nieskończoność. A to dlatego, że stanowi ona antypody zaangażowania. Kiedy jesteśmy pochłonięci czymś, co lubimy i co sprawia nam satysfakcję, nie mamy poczucia upływu czasu – możemy się zdziwić, że minęły trzy godziny, podczas gdy nam się wydaje, że dopiero zaczęliśmy coś robić.

Zazwyczaj jesteśmy do nudy przymuszeni?

Najczęściej nudzimy się, gdy nie mamy swobody wyboru tego, co robimy. Czyli w pracy i szkole. Oczywiście nudzimy się też w szpitalach, w więzieniach, na lotniskach, w kolejkach u lekarza.

Bywa, że również w czasie wolnym.

W czasie wolnym, ale też podczas seksu.

Może niektórym trudno to sobie wyobrazić, lecz w sferze życia seksualnego też można przeżywać przewlekłe znudzenie.

Co jest szczególnie przykre, bo może oznaczać niezdolność do organizowania sobie życia w atrakcyjny sposób nawet w tak, zdawałoby się (może naiwnie), pobudzającej sferze.

Chyba nie jest tak, że nuda nie ma sensu.

Nuda jest sama przez się brakiem sensu bądź jego skutkiem. Plusy dotyczą nudy przelotnej, sytuacyjnej, czyli krótkotrwałej. A zatem właśnie takiej, jakiej doświadczamy np. w poczekalni u lekarza czy w sobotniej kolejce w warzywniaku.

Czy z doświadczanych w takich sytuacjach stanów może wynikać coś dobrego – np. większa autorefleksyjność?

Oczywiście nuda to stan, w którym wzmożona jest nasza samoświadomość. Jesteśmy autorefleksyjni w większym stopniu niż wtedy, gdy zajmujemy się czymś, co mamy do zrobienia. Problem w tym, że wiele osób – gdy zaczyna poważnie rozmyślać o sobie, swoim życiu czy celowości i sensowności istnienia – dochodzi do dość pesymistycznych konkluzji. To może być doświadczenie przytłaczające: nicością, skończonością, śmiertelnością i bezznaczeniowością.

Zbyt wiele autorefleksji raczej nam szkodzi?

Istnieje wielka tradycja filozoficzna, oparta przede wszystkim na myśli Martina Heideggera, który opisał przemianę człowieka porażonego nicością i trwogą. W wyniku tego doświadcza wszechogarniającej nudy, prowadzącej do dysocjacji tożsamości, a nawet zaniku rozróżnienia na „ja” i „nie-ja”. Jest wszystko i nic jednocześnie. Następnie jednak, o dziwo, w cudzie doświadczonej wizji człowiek katapultuje siebie w istnienie i powraca do świata z poczuciem sensu, znaczenia oraz tego wszystkiego, czego wcześniej nie miał. Jak gdyby konfrontacja z tym najgłębszym, przerażająco negatywnym finalnym sensem życia miała w sobie potencjał wielkiego odzyskiwania sensu. Choć z perspektywy psychologicznej jest to mało wiarygodne.

Dlaczego?

Opisane przez Heideggera doświadczenie przypomina raczej stany depresyjne, dystymiczne czy wręcz krach egzystencjalny. One z reguły trwają długo, mają swoje głębokie przyczyny i ludzie bynajmniej nie wychodzą z nich w ten sposób, że radośnie miotają samych siebie w pełne żywotności, celowości i satysfakcji istnienie. Najczęściej jest im w tym po prostu bardzo źle.

Jak nuda oddziałuje na nas z poziomu codziennego jej doświadczania?

Przerwa w codziennej pogoni za zadaniami do wykonania, chwila na pomyślenie o wszystkim i o niczym – czy też po prostu o sobie – może nas doprowadzić do wniosku, że to, co robimy, w gruncie rzeczy nie ma większej wartości. I że może warto zająć się czymś innym – ciekawszym, fajniejszym, lepszym ekonomicznie albo po prostu dla nas osobiście ważniejszym. W tym sensie nuda ma w sobie pozytywny potencjał.

Wielu teoretyków zgadza się z tym, że nuda działa jak sygnał, który sami sobie wysyłamy. On brzmi mniej więcej tak: „Jeśli będziesz dalej robić to, co robisz, będzie tylko gorzej – bo to nie ma sensu”.

Nuda więc sygnalizuje nam, żeby zająć się czymś innym. No i jeśli rzeczywiście to zrobimy, a w dodatku wybierzemy trafnie, to będzie lepiej.

Czyli można powiedzieć, że „myślenie o niebieskich migdałach” jest twórcze?

Kiedy błądzimy myślami, możemy zacząć oryginalnie kojarzyć różne idee. Jeśli wcześniej mierzyliśmy się z jakimś twórczym problemem, to właśnie w stanie lekkiego znudzenia może przyjść do głowy ciekawy pomysł – coś, co stanie się początkiem oryginalnego rozwiązania. Myślę jednak, że w większości przypadków wpadamy raczej na coś, co może być fajne, dowcipne czy samo w sobie interesujące, jednak żadnego wielkiego problemu nie rozwiązuje.

Może czasem wystarczy, że dodaje życiu lekkości?

Tak jest. Z polotem przez życie może być fajniej.

Niemiecki filozof Walter Benjamin miał teorię, że człowiek tak długo szedł, nudząc się, aż wreszcie wymyślił taniec. Możemy mówić o kreatywnej funkcji nudy?

W zasadzie nazywa się to funkcją adaptacyjno-ewolucyjną. To znaczy: jeśli jakieś roślinożerne zwierzę zjadło trawę na zboczu wzgórza i będzie tam stało w nieskończoność, bezmyślnie się gapiąc i nudząc, to może stać tam tak długo, aż zdechnie z głodu. Ale może właśnie z tego znudzenia wpadnie po pewnym czasie na pomysł, że jest jeszcze druga strona wzgórza – i może tam jest trawa, może coś lepszego, a w każdym razie cokolwiek by tam było, to jeśli zostanie tutaj, nic się nie zmieni, więc czas ruszyć z kopyta. To jest ten sygnał, że kontynuacja dotychczasowych działań nie przyniesie żadnego lepszego skutku, zatem trzeba zmienić działanie!

Możemy przeto skorelować nudę z kreatywnością?

Eksperymentalne badania wykazały, że ludzie, którym kazano czytać lub przepisywać książkę telefoniczną przez pół godziny, w pewnych wystandaryzowanych miarach kreatywności wypadali istotnie statystycznie lepiej. Prawdopodobnie dlatego, że musieli walczyć z tym bezsensem, kierując myśli ku czemuś ciekawszemu. Ogólnie rzecz biorąc, nudę można postrzegać jako walkę o odzyskanie znaczenia. Jakiegokolwiek. To nie musi być sens życia, to może być sens wykonywanych doraźnych czynności.

Ta „walka o odzyskanie znaczenia” uwidacznia się szczególnie mocno we współczesnej kulturze produktywności i samorozwoju?

Ten imperatyw doskonalenia się i samorozwoju – żeby nie marnować czasu itd. – rzeczywiście jest bardzo silny. Historycy pokazują, że eksplozja nudy datuje się od czasów rewolucji przemysłowej. Oczywiście wcześniej też zdarzało się, że ludzie się nudzili – to jasne, pewnie jak świat światem, tak się działo. Nie było to zjawisko tak częste jak w ciągu ostatnich 250 lat.

A ostatnie dekady wiążą się ze znacząco większym jego rozpowszechnieniem. Warto zauważyć, że jeszcze przed pandemią koronawirusową specjaliści zaczęli używać określenia „pandemia nudy”.

Intuicyjnie powiedziałabym, że nudy jest dzisiaj mniej, nie zaś więcej.

Nudy jest dziś bardzo dużo, bo mamy więcej czasu. Żyjemy na wyższym poziomie materialnym i praca nie wykańcza ludzi tak bardzo, jak wykańczała 300 lat temu. Do tego dochodzi proces postępującej laicyzacji Europy. Dawniej to Bóg był dla wielu ludzi gwarantem ładu i finalnego sensu, a to budowało bardzo trwałe porządki aksjologiczne. Dziś ludzie w naszej części świata nie tylko mają więcej czasu dla siebie, lecz też w większym stopniu mogą być panami czy autorami własnego życia. Paradoks polega na tym, że – koniec końców – nie zawsze potrafią być nawet dobrymi panami swojego urlopu. Faktem jest, że nuda bywa ponurym cieniem wolności człowieka. Dziś wolności osobistej mamy statystycznie więcej niż kiedykolwiek w dziejach ludzkości. No i w efekcie częściej doświadczamy też nudy.

To wydaje się bardzo przewrotne w kontekście kultury niemarnowania czasu.

Ale jest w tym jakaś logika. Przecież mieliśmy marksistowską utopię, mówiącą o tym, że jak będzie nam się żyło bardzo dobrze ekonomicznie, to ludzie w czasie wolnym będą zajmowali się głównie kulturą, będą bardziej twórczy i zdolni do humanistycznie ujętej miłości. To jednak była pewna idealizacja. Bywa, że ograniczają nas możliwości rozumienia świata, radzenia sobie w życiu, stawiania celów. A na dodatek jeszcze przemysł reklamowy i konsumpcyjny skłaniają nas do zachowań, które nie do końca są dla nas dobre.

Kiedyś jechaliśmy pociągiem 10 godz. i patrzyliśmy w okno albo zaczynaliśmy rozmawiać z innymi uczestnikami podróży. Dziś mamy smartfony, które naszą nudę próbują zabijać.

I robią to nieskutecznie. Przy okazji mogą też zabić coś w nas. To paradoks współczesnej kultury i konsumpcyjno-informacyjnego społeczeństwa. Różne zabawy, które mają nas uchronić przed nudą – zwłaszcza te związane z zaangażowaniem w internet i w gruncie rzeczy w porównywanie się z innymi ludźmi w mediach społecznościowych koniec końców, mogą nas po prostu przygnębić. Eskapistyczna rozrywka, której celem jest po prostu zabijanie czasu, po pewnym – nomen omen – czasie prowadzi do przesytu.

Przesyt prowadzi nas na manowce?

Już starożytni filozofowie pisali, że uciekając od siebie, człowiek i tak nigdzie nie ucieknie. To są morały stare jak świat – zmieniają się tylko formy, w których się to dokonuje.

Jak spotkać się ze sobą w doświadczeniu nudy, żeby nie utknąć ze smartfonem w ręku?

Przyjąć do wiadomości, że naprawdę nie wszystko, co ważne i potrzebne, musi być ekscytujące. Natomiast przewlekającej się nudy unikać jak groźnej pułapki. Nawet taki tytan etyki obowiązku jak Kant pisał, że w ostateczności (to, że w ostateczności, z wyraźną niechęcią podkreślał) lepiej, żeby człowiek miał się bawić, niż nudzić.

Gdy byłam nastolatką, nuda była dla mnie nieznośna. Mam poczucie, że z wiekiem przybywa mi jednak więcej tolerancji.

Faktem jest, że najbardziej nudzą się ludzie w wieku szkolnym, zwłaszcza na poziomie szkoły średniej. Już 20-latkowie nudzą się trochę mniej, a potem – stopniowo z wiekiem – zaczynamy sobie wyrabiać większą tolerancję na nudę. Starsze osoby – co niektórych zaskakuje – statystycznie nudzą się najmniej.

Dlaczego tak się dzieje?

Nie ma jednej odpowiedzi. Po pierwsze, im dłużej ktoś żyje, tym łatwiej może opracować własne sposoby radzenia sobie z czasem wolnym. Po drugie – młodzi ludzie myślą o sobie najwięcej: kim są, kim chcą być, jaki jest sens życia w ogóle, a jaki może być sens ich życia.

Młodość to czas, w którym tożsamość dopiero się kształtuje – i właśnie dlatego, że nastolatkowie kierują na siebie tyle uwagi, mogą też częściej się nudzić.

Autorefleksja – nawet na poziomie funkcjonowania mózgu – ma pewne powiązania z nudzeniem się.

Jakie jest więc wyjaśnienie neurobiologiczne?

W mózgu znajduje się struktura zwana przedklinkiem. Ona wiąże się właśnie z myśleniem o sobie, ale też z tzw. siecią stanów podstawowych, czyli takim trybem pracy mózgu, gdy nie jesteśmy skupieni na jakimś konkretnym zadaniu, tylko mózg zajmuje się sam sobą. Myślimy wtedy o wszystkim i o niczym, a nie o sprawach do zrobienia.

Ale mamy też korę przedczołową, która odpowiada za planowanie, myślenie logiczne, podejmowanie decyzji i kontrolę emocji. Dziś wiemy, że jej struktury dojrzewają bardzo długo. I być może właśnie dojrzewanie tych struktur wpływa na to, że z wiekiem nuda się zmniejsza.

Ciekawa sprawa jest też taka, że chłopcy nudzą się częściej niż dziewczynki. I dorośli mężczyźni częściej niż kobiety.

Dlaczego?

Można przypuszczać, że wchodzą tu w grę kwestie biologiczne – być może większe natężenie potrzeby poszukiwania wrażeń, a na rewersie tego: większa podatność na nudę.

W naszej kulturze pokutuje przeświadczenie, że inteligentni ludzie się nie nudzą. To prawda?

Nieprawda. To jedna z kulturowych pseudomądrości. Wielu ludzi, twierdząc, że się nie nudzi, zwyczajnie nie mówi prawdy. Nuda to naprawdę bardzo powszechne doświadczenie. Oczywiście są ogromne różnice w tym, jak często ktoś jej doświadcza. Niektórzy nudzą się bardzo często, inni – tylko od czasu do czasu, a jeszcze inni – dość rzadko. Natomiast nie jest tak, że inteligentny czy twórczy człowiek nigdy się nie nudzi. Zresztą znaczna część pracy twórczej – albo takiej, która wymaga inteligencji – wcale nie jest ekscytująca. Tam też są elementy wykonawcze, wymagające sumienności i wytrwałości, gdzie nuda może się pojawić.

Wstydzimy się przyznać do nudy?

Tak, w naszej kulturze nuda jest obarczona pewnym stygmatem. Dla mnie to ma jakiś taki protestancki czy neokantowski rys. W naszej kulturze dominuje etyka utylitaryzmu, mamy być użyteczni, musimy działać. Dlatego czulibyśmy się bezwartościowi czy wewnętrznie wybrakowani, gdybyśmy w towarzystwie powiedzieli, że się czasem nudzimy. Zatem powiemy raczej, że nigdy się nie nudzimy.

Czy nuda może stanowić przeciwwagę dla kultury produktywności?

Tak, ale jak w przypadku leków mogą pojawić się też efekty uboczne: im bardziej będziemy szli w tę stronę, w którą właśnie cywilizacja zmierza, tym nudy będzie więcej. Niestety. Dziś mówi się już o nudzie jako chorobie cywilizacyjnej.

Jak możemy sobie z nią poradzić?

Jak już mówiłem, w rozsądnych granicach tolerować, lecz w większych nie. Warto pamiętać, że za nudę odpowiadają nie tylko czynniki charakterologiczne – czyli niektórzy mają wielką łatwość nudzenia się zawsze i wszędzie, ale też czynniki zewnętrzne, środowiskowe. Jeśli nuda się przewleka, dopada nas raz po raz w podobnych sytuacjach, to najpewniej w tych sytuacjach nie ma potencjału. I to jest sugestia, aby zmienić zajęcie, co łatwiej się mówi, niż robi.

Jednak może być też tak, że podchodzimy do danej sytuacji niewłaściwie, nie najlepiej interpretujemy swoje położenie, nie dostrzegając sensu w swoim działaniu, a może on jednak tam jest. Niekiedy właśnie tę interpretację można zmienić.

Widzę długą drogę od postanowienia: „Będę tolerować nudę w pracy, bo ma ona sens”, do rzeczywistej akceptacji sytuacji, która jednak jakoś nas mierzi.

Już starożytni filozofowie mówili, że aby przetrwać nudę, trzeba po prostu robić swoje. Skoncentrować się na tym, co jest do zrobienia, powtarzać sobie, że to jest ważne, i jednocześnie odrywać się od myślenia o tym, jakie to jest przykre. Bo przecież nie zawsze nasze subiektywne poczucie jest najważniejszą rzeczą na świecie.

Co może służyć tu pomocą?

Dobrze jest znaleźć własny sposób. Na przykład zawodowi kierowcy liczą hydranty czy znaki drogowe określonego typu albo klasyfikują w głowie samochody mijane z naprzeciwka. Szukają takich minigier umysłowych, które nie doprowadzą do dekoncentracji, przy czym jednocześnie będą jakoś obudowywały tę monotonną i nudną czynność podstawową, czyli jazdę z towarem po szosie.

Co wpływa na naszą zdolność do znoszenia bezczynności?

To w dużej mierze kwestia tego, jak zostaliśmy wychowani: czy byliśmy natychmiast nagradzani, czy wytwarzano w nas zdolność oczekiwania na nagrodę. To są rzeczy, które do pewnego stopnia są procesem wychowawczym, a w jakiejś mierze to są też indywidualne różnice charakterologiczne. Niektórzy wolą zjeść ciastko już teraz, zamiast zjeść tort za tydzień.

Czy warto uczyć dzieci znoszenia nudy?

Tak, po pierwsze: wiele rzeczy, które robimy później w życiu, ma niemały sens i cel, natomiast kiedy się je wykonuje, to część tych czynności niekoniecznie jest pasjonująca. Ale ważne jest to, do czego one nas prowadzą. Po drugie, wielu ludzi o bardzo niskiej tolerancji monotonii i nudy ma problemy ze skupieniem uwagi, z wytrwałością i w efekcie niższy poziom nie tylko osiągnięć zawodowych czy edukacyjnych, lecz także ogólniejszej satysfakcji z życia.

Stąd jakaś tolerancja nudy jest właściwa i chyba mądrzejsza niż histeryczne uciekanie od choćby pięciu minut znudzenia.

Wielu rodziców ma tendencję, by organizować swoim dzieciom czas do granic możliwości. Dlaczego warto zostawić im tzw. puste przebiegi?

To, co się od lat na tym polu wyprawia, nieodmiennie mnie dziwi. Po co hodować sobie w domu małego szczura wyścigowego? Może dlatego, że się samemu jest dużym. Tylko to mocno niezdrowe. Można się zmęczyć. Można nawet umrzeć na serce. Nie idźmy tą drogą, bo ona prowadzi do Korei Południowej. A takie puste przebiegi dają dziecku wolność bycia sobą.

Gdybyśmy nagle pozbyli się nudy, byłoby to ze szkodą dla społeczeństwa?

Oczywiście wiemy, że to niemożliwe. Ale na prawach eksperymentu myślowego powiem, że byłaby to utopia. I sądzę, że raczej by nas to „spłaszczyło”. Bo przecież w życiu nie chodzi o to, żeby bez przerwy uczestniczyć w jakichś zorganizowanych sekwencjach czynności do wykonania. Dlatego pewne okresy przestoju są potrzebne – czy to w celach odpoczynku, czy właśnie po to, żeby przemyśleć dotychczasowe sposoby działania. I to wydaje się naprawdę adaptacyjne. Gdybyśmy całkowicie wyzbyli się nudy, byłby to triumf jakiegoś ciasnego praktycyzmu – i nic dobrego by z tego nie wynikło.

Artykuł pojawił się w numerze: Uwolnić się od kultu produktywności