Nikt dokładnie nie wie, jak to się stało, że ukraińskie uchodźczynie trafiły do wsi. Mieszkańcy, zapytani, przyznają: „Był jakiś facet, taki pośrednik, on przywiózł te kobiety” albo „Była taka pani, Ukrainka, prowadziła kwiaciarnię w Poznaniu, poleciła im to miejsce; nie wiem, skąd miała mój numer telefonu”. Pierwsza rodzina uchodźcza pojawiła się tydzień po wybuchu pełnoskalowej wojny, w nocy, i została przyjęta przez jedną z sióstr sołtysa. W sumie w podpoznańskiej gminie wiejskiej ugoszczono 97 osób. Większość wyjechała po 2–3 miesiącach, ale niektóre zostały dłużej, jak Ksenia z 6-letnim Maksimem z Charkowa, którzy byli goszczeni przez ponad 1,5 roku przez trzypokoleniową rodzinę.
To stara wieś, której historia sięga XVI w., ale jej położenie w niedużej odległości od Poznania sprawiło, że już w latach 90. zaczęła podlegać procesom suburbanizacyjnym. Dziś zamieszkuje ją ponad 1400 osób, z czego 2/3 to „nowi mieszkańcy”. Przed lutym 2022 r. we wsi nie mieszkali żadni migranci.
Krajobraz instytucjonalny gminy jest dość typowy i obejmuje sołtysa, radę sołecką oraz Koło Gospodyń Wiejskich. To właśnie oni stworzyli nieformalną grupę koordynującą wsparcie udzielane goszczonym we wsi rodzinom, której liderkami zostały kobiety z Koła Gospodyń. Sołtys – prywatnie brat jednej z nich, Ali – miał w dzień po wybuchu wojny powiedzieć: „Trzeba coś zrobić”, i, jak wspomina kobieta, „zainspirował wszystkich”.
Choć motyw „pełnej lodówki” powtarza się we wszystkich opowieściach goszczonych osób (Svitlana: „kurczaki, kiełbasy, syry, nutella – mnóstwo tego było!”), to mieszkańcy wsi szybko przekonali się, że goszczenie w praktyce oznaczało dużo więcej niż tylko zapewnienie dachu nad głową i wyżywienia. Obejmowało ono szerokie wsparcie w adaptacji do życia w Polsce. Gospodarze pomagali w załatwianiu formalności, asystowali w urzędach, przychodniach, bankach czy przy przyjęciu do szkół. W przypadku dzieci, które kontynuowały edukację w trybie zdalnym, pozyskiwali laptopy dla młodych Ukraińców i instalowali na nich klawiatury z cyrylicą. W nauce języka polskiego pomagały osoby starsze, które znały język rosyjski jeszcze z czasów edukacji w PRL-u, a młodsi, dzięki osobistym kontaktom z lokalnymi przedsiębiorcami, włączyli się w poszukiwanie pracy dla gości i tłumaczyli zawiłości związane z rodzajami umów i prawem pracy. Częstymi, prostymi formami pomocy były podwózki (zwłaszcza gdy goszczenie miało miejsce na prowincji) oraz wsparcie materialne (zakup odzieży, kosmetyków, środków higienicznych). Wreszcie, już na etapie usamodzielnienia, gospodarze pomagali w szukaniu mieszkania do wynajęcia, a w przypadku powrotu osób goszczonych do Ukrainy kontynuowali wsparcie, wysyłając paczki na święta czy organizując zbiórki np. na agregat prądotwórczy.
Oddolne zarządzanie troską
Równie ważne było wsparcie towarzyskie. W przeciwieństwie do miejsc zbiorowego zakwaterowania, gdzie uchodźcy są odizolowani od społeczeństwa przyjmującego, ci goszczeni w prywatnych domach byli włączani w sieci społeczne swoich gospodarzy – te najbardziej intymne, rodzinne, ale też kręgi przyjaciół, znajomych i sąsiadów. Ksenia i Maksim jadali posiłki z rodziną goszczącą, uczestniczyli w obchodach świąt, spotkaniach przy grillu, a także w piknikach, rajdach rowerowych i spływach kajakowych organizowanych przez Koło Gospodyń Wiejskich. Maksim z dwójką kilka lat starszych synów gospodarzy skakał na trampolinie, pluskał się w ogrodowym basenie i chodził grać w piłkę nożną.
Nie do przecenienia było też wsparcie emocjonalne. Nie tylko w obliczu wojny i traumy nią wywołanej czy lęku o ojca Maksima, który został w Charkowie, ale również nawrotu choroby nowotworowej chłopca. Gdy po badaniach okazało się, że konieczna będzie operacja raka mózgu, rodzina goszcząca znalazła niemiecką fundację, która zgodziła się pokryć część kosztów. Pozostałe środki w wysokości ponad 85 tys. zł – w tym na podróż i pobyt Kseni w Niemczech oraz rehabilitację Maksima po powrocie do Polski – społeczność wsi zebrała sama. W tym celu uruchomiono aukcję internetową, na której przez ponad dwa miesiące mieszkańcy i ich znajomi oraz znajomi znajomych wystawiali i kupowali motki włóczki, domowej roboty kompot z czereśni, kryminały, bluzeczki, świece sojowe, gry karciane czy upieczenie ciasta.
Ala otwiera przede mną stary laptop, a w nim liczne tabelki w Excelu. Z tak skrupulatnym rejestrem nie spotkaliśmy się w żadnej organizacji ani instytucji, w których pytaliśmy o dane dotyczące prywatnego goszczenia. Liderki Koła Gospodyń stworzyły sprawny system zarządzania goszczeniem oraz wspierania rodzin goszczących. Odnotowywały w excelowskich arkuszach wszystkie darowizny i wydatki, a także potrzeby zgłaszane przez osoby uchodźcze i goszczące je rodziny. Dokładnie wiedziały nie tylko, kto mieszkał u kogo, ale też kto był beneficjentem jakich świadczeń i wsparcia.
Liderki Koła wymyśliły również instytucję „rodzin wspierających”. Były to rodziny, które z różnych powodów nie mogły same przyjąć uchodźców, lecz chciały wesprzeć rodziny goszczące, zarówno instrumentalnie (kupić dziecku buty, zawieźć na zajęcia z koszówki), jak i emocjonalnie. Nie tylko pomogło to zapobiec zjawisku wypalenia pomaganiem, ale przyczyniło się też do integracji samej społeczności wsi, wcześniej podzielonej na „starych” i „nowych” mieszkańców. Tak połączone rodziny poznawały się lepiej, spędzały razem czas, zacieśniały relacje. Ten sam efekt miała internetowa aukcja charytatywna na rzecz Maksima, gdy ludzie spotykali się, dostarczając lub odbierając zakupione przedmioty i usługi. Tym sposobem goszczenie osób uchodźczych było nie tylko wyzwaniem, ale też przyniosło tej społeczności nieoczekiwanie korzyści.
Prywatne goszczenie często w praktyce było goszczeniem wspólnotowym, w które zaangażowali się sąsiedzi, przyjaciele i współpracownicy.
Magda, która wraz z mężem gościła w Poznaniu matkę z dwoma synami, przyznaje, że sama nie byłaby w stanie zapewnić im całego wsparcia, bo pracuje całe dnie jako pediatra, a jej mąż jest Anglikiem, więc językowo nie dałby rady: „Tylko wniosek o 500+ wypełniłyśmy z Lubą razem online, a potem już wszystko sąsiedzi. Pisałam na grupie sąsiedzkiej, czego potrzeba, a osoby się zgłaszały do pomocy. Jakaś pani załatwiła Lubie PEKĘ (bilet czasowy komunikacji miejskiej) i zabrała ją do urzędu po PESEL, inna pani przez koleżankę zapisała chłopców do szkoły, nawet jej nigdy nie widziałam”.
Osoby goszczące zostały pozostawione bez jakiegokolwiek know how ze strony państwa, takiego jak szkolenia czy wsparcie informacyjno-konsultacyjne. Państwo zawiodło jako koordynator prywatnego goszczenia, skupiając się wyłącznie na zarządzaniu miejscami zbiorowego zakwaterowania. Jedyną formą rządowego wsparcia był program dofinansowania rodzin przyjmujących kwotą 40 zł dziennie za goszczoną osobę przez okres maksymalnie 4 miesięcy.
Liderki Koła Gospodyń najbardziej narzekały na brak wsparcia psychologicznego – po kilku miesiącach czuły się skrajnie wyczerpane emocjonalnie i nie wiedziały, jak poradzić sobie z tym olbrzymim, nieoczekiwanym obciążeniem psychicznym. Tej pomocy brakowało też osobom uchodźczym, które nierzadko miały objawy PTSD w następstwie doświadczonej przemocy wojennej, utraty domu, śmierci bliskich lub stałego zagrożenia nią. Ewa, która przyjęła do siebie 17-letnią Milę, wspomina rozmowy z jej matką na WhatsAppie: „Mama Mili w pewnym momencie poprosiła mnie, żebym zabrała ją do lekarza, że może jakieś uczulenie albo coś, bo te oczy takie czerwone miała. A ja wiedziałam, że ona ciągle płacze, ale nie wiedziałam, co mogę zrobić. Nie wiedziałam, jak ją wspierać, żeby nie naruszyć jej granic. Gdyby była mała, tobym ją przytuliła, wzięła na kolana. Nie chciałam się narzucać… A może powinnam była bardziej się starać? Może mogłam zrobić więcej?”.
Pukanie do niewidzialnych drzwi
Czy były nieporozumienia, tarcia, goszczenie zakończone niepowodzeniem? Oczywiście. Najczęściej nie wynikały one jednak z różnic kulturowych, lecz z niedopasowania osobowościowego. Czasem też goszczenie nakładało się na wewnętrzne problemy rodzin, zarówno goszczonych, jak i goszczących – kryzysy w związkach, problemy wychowawcze. Najwięcej napięć dotyczyło granic stawianych najmłodszym. Dzieci gospodarzy chciały wiedzieć, dlaczego nie mogą jeść codziennie nutelli na śniadanie, jak synowie Luby. Czemu tamci mogą korzystać ze smartfonu, ile chcą, a oni mają limity i blokady? Rodzice próbowali tłumaczyć, że dla ukraińskich dzieci Telegram czy Viber były sposobem na podtrzymywanie kontaktu z kolegami pozostawionymi w Ukrainie, zapewnieniem jakiejś ciągłości.
Goszczenie było wyzwaniem nie tylko dla gospodarzy. Trudna też była rola gościa, bo wiązała się z pracą emocjonalną – niewchodzeniem w drogę, nienaruszaniem przestrzeni, okazywaniem wdzięczności, próbami odwzajemniania się.
Karolina się śmiała, że goszczone przez nią uchodźczynie, gdy chciały o coś zapytać, „pukały do niewidzialnych drzwi” jej salonu. Ewa wspomina, że Mila starała się być „niewidzialna, przezroczysta”: „Nawet z lodówki nic nie chciała brać, więc wykładaliśmy rzeczy, żeby leżały na stole w kuchni, bo inaczej by nie wzięła”. Nie chciała też, żeby kupować jej ubrania: „Była gotowa prać te dwie pary majtek, które przywiozła w swoim małym plecaczku”. Małgosia ma podobne wrażenia o Ani i jej 4-letnim synku: „Jadła jak ptaszek, w ogóle to bardzo często wychodziła, zabierała Loszę dużo na spacery. Stresowała się, że Losza przekracza granice, jak to dziecko, i może nam przeszkadzać”.
Choć badania Kamila Łuczaja z Uniwersytetu Łódzkiego pokazały, że po stronie gospodarzy było czasem oczekiwanie, iż goszczone uchodźczynie odpłacą się za gościnę sprzątaniem i gotowaniem, nasze badania nie ujawniły takich przypadków. Owszem, kobiety sprzątały i gotowały, ale po pierwsze dlatego, że był to jedyny sposób, w jaki mogły okazać wzajemność, a po drugie – jeśli nie pracowały poza domem – był to sposób na ucieczkę od złych myśli, swoista terapia zajęciowa. Tania wspomina, że jak wyprowadzała się z rodziną z użyczonego domu, to „szczotką do zębów fugi w płytkach czyściłam. My nie płaciliśmy, to chociaż tak chciałam się odwdzięczyć”. 80-letnia Marianna, która również udostępniła rodzinny dom na wsi trzypokoleniowej rodzinie, opowiada: „Pan Iwan [dziadek] to mi tyle drewna narąbał, że jeszcze do minionej jesieni tym drewnem paliłam. I ogrodzenie dla malin mi zrobił. Oni nawet w listopadzie okna chcieli myć!”. Iwan zawsze pytał, co może zrobić przy domu, bo jako emeryt nie miał nic do roboty, a w Ukrainie też mieszkali z żoną na wsi, więc tutaj miał namiastkę domu i codziennej rutyny. Czasem prowadziło to do sytuacji, gdy gospodarze byli przytłoczeni tą wdzięcznością: „Byliśmy umówieni, że gotujemy na przemian, co drugi dzień, ale babcia [goszczona seniorka] jak nagotowała tego barszczu, to na dwa dni starczało, więc ciągle jedliśmy barszcz. Ja już miałam dość tego barszczu”. – Śmieje się Ola.
Bliskość
16-letni Dima mieszkał z mamą i schorowaną babcią w Charkowie. Gdy zaczęły się bombardowania, mama chłopca przebywała 50 km od miasta, utknęła tam, nie mogła przedostać się do domu. Wszyscy uciekali, więc przerażona babcia chłopca spakowała go w popłochu i wysłała z sąsiadką i jej wnukiem – kolegą ze szkoły – do Polski. Rozstali się jednak w Warszawie. Sąsiadka była Żydówką, jechała do Sopotu, gdzie rząd izraelski zorganizował punkt ewakuacyjny do Izraela. Nie wiadomo, jak Dima trafił do Poznania i jak ogłoszenie o poszukiwaniu miejsca dla niego znalazło się na lokalnej grupie sąsiedzkiej, gdzie wypatrzyła go Małgosia, sama będąca matką trójki dzieci: „Gdy do nas trafił, miał tylko jeden bagaż, w który babcia spakowała mu 2 kilo sera, całą torbę leków i długie, zwykłe świeczki – w pociągach mieli wygaszać światło, żeby było trudniej ich namierzyć, i po to były te świeczki”. Dziś myślą, że Dima musiał cierpieć na depresję – mimo że kupili mu mnóstwo nowych, markowych ciuchów, chodził wciąż w tej samej znoszonej bluzie, w której przyjechał z Ukrainy, i potrafił tygodniami się nie myć.
Rodziny, które przyjęły do siebie dzieci bez opiekunów, stanęły przed szczególnym wyzwaniem. Olbrzymia odpowiedzialność, problemy wychowawcze, trudny okres dojrzewania nakładający się na traumę wojenną i samotność. Dochodziły do tego kwestie związane z brakiem formalnej opieki prawnej, zwłaszcza w kontekście kontaktów ze służbą zdrowia. Mama Dimy miała dojechać, ale bardzo się to przedłużało, bo nie wiedziała, co zrobić z własną schorowaną matką – zostawić ją samą w mieszkanku w charkowskim bloku? Była rozdarta. Gdy już wreszcie podjęła decyzję o wyjeździe, nie można było jechać, bo znowu bombardowali: „Zaczęliśmy godzić się z myślą, że on już z nami zostanie, właściwie byliśmy gotowi na adopcję, mąż powiedział: »Przerobimy strych na pokój dla Dimy, mamy trójkę dzieci, to i czwarte się zmieści«”.
Goszczonych uchodźców zabierano na spacery, nad jezioro, na wycieczki, place zabaw i do restauracji, oglądano razem seriale, grano w gry planszowe i urządzano grille. Tania mówi wprost: „Ja nie wiedziałabym, co to Poznań, gdyby nie on [gospodarz Marek]! Za włosy bierze i do życia wraca, bez niego ja bym była w depresji (…). Grille, muzeum młynarstwa, lasy, grzyby, trampoliny dla dzieci…”. Podkreśla jednak, że płacą za te atrakcje naprzemiennie: „Mówię mu: »Nie chcę, żebyś był bankomatem, chcę być na równi«”.
Maria, która wraz z mężem – oboje w wieku senioralnym – gościła Yuliię z 5-letnim Bohdanem, wspomina: „Gdy tylko słyszał, że wróciłam do domu, krzyczał: »Marija, ja tut! Przyjdź po mnie!«. Jak czytałam na kanapie, to wślizgiwał się pod mój koc”. Yuliia, gdy już położyła synka spać, brała paczkę ciastek lub czekoladki i dołączała do gospodarzy w salonie, gdzie oglądali razem filmy – po polsku, bo chciała się uczyć – i rozmawiali. W jakim języku? Na to pytanie zazwyczaj padały odpowiedzi: „W języku polkraińskim”, „my mówiliśmy po polsku, one po ukraińsku”, „w jakimś tam” (śmiech).
Najczęstszą przestrzenią codziennych spotkań była kuchnia. Tam rozmawiano przy gotowaniu. Tam też przytulano wieczorami płaczące matki, które dopiero po położeniu dzieci do łóżek w użyczonym pokoju mogły na chwilę opuścić gardę.
Tam uchodźczynie pokazywały gospodarzom filmiki z niszczonej wojną wioski czy miasta oraz zdjęcia zostawionych w Ukrainie kotów i psów.
Wytwarzały się więzi quasi-pokrewieństwa. Goszczący seniorzy zyskiwali córki i wnuczków. „Powiększyła nam się rodzina” – opowiadają Maria i Aleksander. „Ania dzwoni z Nikopolu i pyta, co u nas. Mówi, że jak w nocy Bohdan nie może zasnąć, to myśli o »pani Mariji«”. Zapytana o to, co w tym całym doświadczeniu było najcenniejsze, Magda odpowiada: „To, że poznałam Lubę, że mamy taką więź. To silna osoba”. Jednocześnie towarzyszył temu niepokój o drugiego człowieka i o swoją przyszłość. Zapytana, co w przyjęciu rodziny uchodźczej było najtrudniejsze, Magda odpowiada: „Widzieć Lubę w takim zawieszeniu. Wyobrażać sobie, że to mogłam być ja, lęk o męża. Nie wiem, czy miałabym tyle siły”.
Po ich wyjeździe zostawała pustka: pokazywano nam wiele filmików z pożegnań, zdjęć wysyłanych z autobusów powrotnych do Ukrainy, były kanapki na drogę i upominki. Po goszczonych osobach zostały materialne ślady ich obecności: wyszywanka wysłana już z Humania, mrożone pielmieni i dżem z czarnej porzeczki, porcelanowy aniołek i miseczki, a przede wszystkim rysunki dzieci wciąż widniejące na drzwiach lodówek bądź oprawione i powieszone na ścianie w salonie: z serduszkami, flagami polską i ukraińską, domem, postacią dorosłego i dziecka trzymających się za rękę.
Bezprecedensowa skala
Nie wiadomo dokładnie, ile osób uchodźczych z Ukrainy zostało ugoszczonych w prywatnych domach – państwo polskie nie monitorowało tej formy wsparcia, nie ma więc ogólnokrajowych oficjalnych statystyk. Jednak według badania Unii Metropolii Polskich 525 tys. osób, które uciekły z Ukrainy, czyli blisko 38%, znalazło schronienie w mieszkaniach i domach w Polsce w trakcie zaledwie dwóch miesięcy od wybuchu pełnoskalowej wojny. Przy czym liczba ta dotyczy tylko dwunastu największych polskich miast, a uchodźcze rodziny były goszczone też w mniejszych miejscowościach i wsiach.
Swoje domy dla Ukrainek otwarli również Włosi, Francuzi i Hiszpanie, jednak skala prywatnej gościnności w Polsce była bezprecedensowa. Zwłaszcza biorąc pod uwagę wcześniejszy, raczej niechętny stosunek polskiego społeczeństwa do przyjmowania uchodźców, będący efektem antyuchodźczego dyskursu konstruowanego przez elity polityczne po 2015 r. oraz generalnie brak doświadczenia Europy Środkowo-Wschodniej w tym zagadnieniu.
Zjawisko to wybrzmiało nawet w kulturze popularnej i dyskursie publicznym. TVP wyprodukowała w 2024 r. miniserial zatytułowany Będziemy mieszkać razem – fabularyzowaną, ale opartą na prawdziwych doświadczeniach opowieść o losach rodziny goszczącej i goszczonej. Natomiast Radio Tok FM w 2022 r. emitowało pięć razy dziennie przewodniki Jak pomagać, a jak nie pomagać autorstwa Anny Wacławik-Orpik skierowane do osób, które przyjęły pod swój dach uchodźców.
Niewidzialna pomoc
O ile wolontariat na dworcach, w punktach pomocowych czy w miejscach zbiorowego zakwaterowania odbywał się w przestrzeniach publicznych, był więc widoczny i dokumentowany, o tyle wciąż niewiele wiemy o tym, co działo się w prywatnych przestrzeniach domów, które stały się schronieniem dla osób uchodźczych z Ukrainy. Szeroko zakrojone badania antropologiczne realizowane przez nasz zespół w Centrum Badań Migracyjnych na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu mają na celu zrekonstruowanie tego doświadczenia z perspektywy osób goszczących, goszczonych oraz przedstawicieli lokalnych władz, instytucji i organizacji pozarządowych, które wspierały (lub nie) prywatne goszczenie.
Osobom uchodźczym oferowano zazwyczaj pokój w mieszkaniu lub domu gospodarzy. Najczęściej był to tzw. pokój gościnny, ale zdarzały się też przypadki „odzyskiwania” pokoju dziecięcego, by móc przyjąć w nim rodzinę uchodźczą: „[5-letnia] Asia zgodziła się oddać swój pokój, przeniosła się do starszej siostry, gdzie spała na materacu, który w ciągu dnia wsuwaliśmy pod łóżko”. Bardziej komfortowym i zapewniającym więcej prywatności obu stronom rozwiązaniem było użyczenie całego piętra czy też dobudówki w domu jednorodzinnym, to jednak dotyczyło tylko bardziej zamożnych rodzin. Uchodźcy byli również goszczeni w oddzielnych mieszkaniach zakupionych jako inwestycja lub na wynajem, domach używanych jako drugie lokum, a także w całorocznych domkach na działkach ROD. Choć w tych ostatnich przypadkach nie miało miejsce współzamieszkiwanie, gospodarze wciąż udzielali swoim gościom różnego rodzaju wsparcia. Czas goszczenia także był zróżnicowany: od kilku dni – w przypadku osób, które przemieszczały się dalej, najczęściej do Europy Zachodniej – do ponad dwóch lat, ale średnio trwał 3–4 miesiące.
W naszych badaniach zetknęliśmy się ponadto z goszczeniem wspólnotowym, gdy osoby uchodźcze były przyjmowane w klasztorach i domach parafialnych, szkołach oraz stowarzyszeniach i fundacjach takich jak Wielkopolskie Stowarzyszenie Alzheimerowskie, które trzy lata po wybuchu wojny nadal gościło dwie uchodźczynie – matkę i dorosłą córkę. Specyficzną formą prywatnego goszczenia, którą zidentyfikowaliśmy, były mieszkania „zrzutkowe”, wynajmowane przez grupę przyjaciół czy znajomych, którzy sami nie mieli warunków, aby przyjąć kogoś u siebie, ale składali się na wynajem.
Niektóre organizacje pozarządowe pośredniczyły w łączeniu osób oferujących gościnę z uchodźcami szukającymi schronienia, lecz większość gospodarzy po prostu ogłaszała się online: „Były jakieś grupy na Facebooku, gdzie się można było zgłaszać, to się zgłosiłam. Potem zadzwonił mężczyzna, że szuka mieszkania dla swojej córki”. Migranci ukraińscy, którzy żyli w Polsce przed wybuchem pełnoskalowej wojny, często aktywnie szukali domów dla uchodźców. Sami znajdowali się najczęściej w trudnej sytuacji mieszkaniowej, żyjąc w hotelach pracowniczych albo wynajmując maleńkie mieszkania, a lista dalszych krewnych i znajomych, którzy oczekiwali wsparcia, była długa. Większość tych trajektorii jest nie do odtworzenia: „Chyba ktoś z pracy, nie wiem, jak znał tę Ukrainkę, która znała tę rodzinę, oni już byli w drodze, jak dla nich szukali miejsca”; „Córka zadzwoniła, czy kogoś nie wezmę, nie wiem, skąd córka miała ten kontakt, chyba od fryzjerki albo kosmetyczki, ale nie ukraińskiej”. W pierwszych dniach pełnoskalowej inwazji ludzie zabierali też uchodźców bezpośrednio z granicy i z punktów recepcyjnych i zawozili do domów swoich i znajomych. Nikt nie kontrolował, kto trafia gdzie. Jak stwierdziła jedna z uczestniczek naszych badań: „Cud, że przy tej skali nic się nie stało”.
Refugee sponsorship jako alternatywa
Goszczenie osób uchodźczych w prywatnych domach, jakie wydarzyło się w Polsce po wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie, można interpretować jako spontaniczną, oddolną i improwizowaną postać tego, co w świecie anglojęzycznym nosi nazwę refugee sponsorship.
Jest to alternatywny dla zbiorowego kwaterowania – obozów i ośrodków recepcyjnych, które okazały się nieskutecznym sposobem na integrację – model przyjmowania uchodźców. Refugee sponsorship polega na tym, że konkretna osoba, rodzina lub wspólnota z kraju przyjmującego gości osoby uchodźcze. Ma to miejsce przez określony czas – od kilku miesięcy do nawet dwóch lat, ale średnio około roku – i przebiega na podstawie umowy, która określa obowiązki goszczących, goszczonych i państwa. Taka forma goszczenia, polegająca na codziennym wsparciu i mentoringu, ma prowadzić do usamodzielnienia się osób uchodźczych.
Państwo w tym modelu nie tylko zapewnia legalne przyjęcie uchodźców i ich dostęp do usług publicznych, ale również łączy uczestników programu, szkoli gospodarzy, nadzoruje prawidłową realizację umowy, mediuje w nieporozumieniach i interweniuje w sytuacjach kryzysowych. W idealnym przypadku goszczenie nie powinno wiązać się ze znacznymi kosztami po stronie gospodarzy, których główne zadanie stanowi angażowanie się w instrumentalne, społeczne i emocjonalne wspieranie osób uchodźczych w procesie ich integracji.
Głównymi zaletami tej formy przyjmowania uchodźców jest bezpośrednie angażowanie członków społeczności przyjmujących i inicjowanie procesu integracji od samego początku poprzez nawiązywanie osobistych relacji między gospodarzami a uchodźcami. Daje to przybyszom poczucie przynależności, a także pomaga budować bardziej otwarte społeczności.
Model ten powstał w Kanadzie już pod koniec lat 70. – wówczas był skierowany do uchodźców przesiedlanych z Kambodży, Laosu i Wietnamu. Stamtąd z powodzeniem eksportowano go do różnych części świata: Australii, Nowej Zelandii, Stanów Zjednoczonych i Argentyny. W Europie wprowadzony został stosunkowo niedawno, przede wszystkim w odniesieniu do osób uciekających z Syrii po 2015 r. (choć różne inicjatywy prywatnego goszczenia uchodźców były dokumentowane na kontynencie europejskim już od końca lat 30. XX w.). Te pilotażowe projekty realizowano w ponad 10 krajach, z udziałem grup nieformalnych, organizacji pozarządowych oraz władz lokalnych i centralnych. W niektórych państwach, takich jak Wielka Brytania, rozwiązania te zaadaptowano do przyjmowania osób uciekających z Ukrainy. Obecnie Unia Europejska planuje wypracowanie własnego modelu refugee sponsorship, a UNHCR wezwał państwa członkowskie do rozwijania tego rodzaju programów jako komplementarnych dla zbiorowego kwaterowania. Polskie doświadczenie z masowego goszczenia osób uciekających z Ukrainy może dać nam wgląd w zalety i ograniczenia tej formy przyjmowania uchodźców.
„Prawdziwi uchodźcy”?
Ugoszczenie w prywatnych domach setek tysięcy osób uchodźczych z Ukrainy można interpretować jako przykład samoorganizującego się i niezinstytucjonalizowanego „rozproszonego humanitaryzmu”, jak określiły go antropolożki Elizabeth Dunn i Iwona Kaliszewska. Pytani o motywacje gospodarze odpowiadali: bo były zasoby i możliwości (Magda: „Bo można było. Mamy duży dom z pokojem gościnnym, to było oczywiste”; Małgosia: „Dzieci już dorosłe, wyprowadziły się, został pusty pokój na piętrze z dostępem do osobnej łazienki”); bo poczucie solidarności (Magda: „Widząc te kobiety z dziećmi, sama mam dzieci, to mogłam być ja”); bo potrzeba sprawczości (Ewa: „Pomogło mi to w stresie, mi osobiście, bo coś robiliśmy, a nie byliśmy bierni wobec zagrożenia. Wtedy kupiliśmy telewizor i (…) oglądaliśmy na TVN to wszystko i ja byłam przerażona… A tu mogliśmy działać, nie byliśmy jak te kamyczki niesione przez wodę”); bo wszyscy pomagali (Karolina: „Olbrzymia solidarność ludzi dookoła, czego nie czułam specjalnie wcześniej. Dobrze było się poczuć dobrze w swoim narodzie”).
Jednocześnie można zadać pytanie o to, jaką rolę w otwarciu drzwi do polskich domów dla uchodźców odegrały ich rasa, płeć i narodowość. Na ile biała kobieta, w dodatku z dzieckiem, bardziej wpisuje się w wyobrażoną figurę „idealnej ofiary” – autentycznego uchodźcy – niż niebiała kobieta, a tym bardziej niebiały mężczyzna? Na ile istotny był w tym kontekście wspólny wróg, czyli Rosja? Czy zatem mowa tu o empatii, ale z przymiotnikiem „selektywna”? Ostatnie pytanie, jakie zadawaliśmy gospodarzom, brzmiało: „Czy byłby Pan / Pani skłonny(-na) przyjąć w ten sam sposób osoby uciekające z innych krajów?”. Większość osób deklarowała, że tak. „Uchodźca nie musi mieć niebieskich oczu” – stwierdziła Małgosia.
Pracując dziś z zespołem nad zebranym w toku badań materiałem – dziesiątkami historii troski, bliskości i empatii – odczuwamy przedziwny rozdźwięk między tymi świadectwami a coraz bardziej antyukraińską debatą publiczną. Jak to możliwe, że w tak krótkim czasie udało nam się roztrwonić ten potencjał? Wystarczyło kilka miesięcy prezydenckiej kampanii wyborczej, by znowu antyuchodźcza karta zagrała. Dlaczego politycy tak chętnie jej używają? Przecież stygmatyzować i demonizować można każdą grupę. Każda inna grupa może jednak się odegrać przy urnie wyborczej. To dlatego uchodźcy i migranci są idealnymi ofiarami nagonek politycznych – nie mają praw wyborczych. Jeśli dodać do tego algorytmy, boty i treści generowane przez sztuczną inteligencję na mediach społecznościowych, przekazy populistyczne i dezinformacja zyskują niespotykane wcześniej zasięgi. Bezpośredni kontakt z drugim człowiekiem pozwala uodpornić się na te manipulacje.
Badania nad prywatnym goszczeniem osób uchodźczych są realizowane w ramach projektu finansowanego przez Narodowe Centrum Nauki (nr UMO-2023/49/B/HS3/02706) w Centrum Badań Migracyjnych na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu pod kierownictwem prof. UAM dr. hab. Natalii Bloch. 32-miesięczne etnograficzne badania terenowe były prowadzone przez 5-osobowy zespół w dwóch dużych miastach (Poznaniu i Wrocławiu), czterech małych oraz kilku gminach wiejskich w zachodniej Polsce, która przed wybuchem pełnoskalowej wojny w Ukrainie praktycznie nie miała do czynienia z uchodźcami. Wszystkie imiona bohaterów w tekście zostały zmienione, aby chronić prywatność osób. Wypowiedzi pochodzą z wywiadów i rozmów przeprowadzonych w ramach projektu badawczego i zostały opublikowane w niezmienionej formie.
Więcej informacji i historie goszczenia można znaleźć na stronie projektu: hostingrefugees.eu.