Subskrybuj
Ilustracja: Rafał Kwiczor
Publicysta zajmujący się rynkiem pracy i tematyką ekonomiczną. Autor książek: Zawód (2017) oraz O kobiecie pracującej. Dlaczego mniej zarabia, chociaż więcej pracuje (2019)

Uczciwie o migracji

O delikatnych sprawach – a taką kwestią z całą pewnością jest migracja – należy mówić w sposób odpowiedzialny, zniuansowany, ale przede wszystkim uczciwie.

W rodzinne strony zaglądam raczej rzadko, raz na kilka miesięcy. Nie żebym nie lubił powrotów na stare śmieci. Wręcz przeciwnie. Po prostu niemal całe moje życie przeniosło się z Ełku do Warszawy. Te kwartalne lub półroczne interwały dają mi jednak pewną perspektywę. Lubię przejść się znajomymi ulicami i zobaczyć, co się pozmieniało. Przez wiele lat były to zazwyczaj kolejne inwestycje; Ełk przez długi okres był (i nadal jest) prawdziwym „kombajnem” unijnych dofinansowań, w dużej mierze przeznaczanych na rozbudowę infrastruktury turystyczno-rekreacyjnej. W ostatnich latach nastąpiła zauważalna zmiana: przeobraża się już nie tyle architektura, ile tkanka społeczna. Jeśli półtorej dekady temu w mieście obcokrajowcy pojawiali się naprawdę rzadko, to dzisiaj Ełk jest miastem multikulti.

Mniej więcej dekadę temu w jednostce wojskowej w nieodległym Orzyszu ulokowały się amerykańskie wojska w ramach NATO-wskiej obecności na flance wschodniej. W 2017 r. w nadjeziornych barach zaczęli się pojawiać klienci mówiący z teksańskim akcentem. W galerii handlowej Brama Mazur coraz częściej można było natknąć się na grupki czarnoskórych oficerów przebierających w elektronicznych gadżetach i jedzących kebaby w tamtejszym food courcie.

Od około pięciu lat na nadjeziornej promenadzie coraz częściej daje się słyszeć języki ze Wschodu: rosyjski i ukraiński. Dzisiaj, idąc alejką wzdłuż jeziora, trudno jest nie natrafić na osobę, która mówiłaby w innym języku niż polski. I jest to odbicie trendu, jaki od mniej więcej dekady zachodzi w całym kraju. Dziesięć lat temu imigrantów można było spotkać głównie w dużych miastach. Obecnie sytuacja się zmieniła. Jak czytamy w raportach Obserwatorium Wielokulturowości i Migracji – wspólnej inicjatywy analitycznej powołanej przez Urząd Miasta Krakowa i Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie – proces „multikulturalizacji” nie dotyczy już tylko dużych miast, ale także średnich i małych ośrodków miejskich; w Małopolsce to np. Nowy Sącz, Oświęcim, Tarnów i Olkusz.

W śródmieściu Warszawy niemal niemożliwe jest wyjście do Żabki bez spotkania z obcokrajowcem; szacuje się, że w stolicy legalnie zatrudnionych jest ok. 200 tys. przybyszów. To oznacza, że ich realna liczba (dodając osoby zatrudnione na czarno oraz nieaktywne zawodowo uchodźczynie i dzieci) jest co najmniej o kilkadziesiąt tysięcy wyższa. Mniej więcej co ósmy warszawiak ma inny niż polski paszport. Co tak drastyczna zmiana statusu naszego kraju oznacza? W przestrzeni publicznej pojawia się bardzo wiele poglądów dotyczących wpływu migracji na nasze społeczeństwo i gospodarkę. Często są to obawy; nierzadko zrozumiałe, a w niektórych przypadkach również zasadne. Zdarza się jednak, że politycy i komentatorzy mają błędne wyobrażenie na temat tego procesu. Czasami również najzwyczajniej na świecie kłamią w celu podsycania antymigracyjnych nastrojów. Robią to z prostego powodu: to się im politycznie opłaca.

Uważam, że o delikatnych sprawach – a taką kwestią z całą pewnością jest migracja – należy mówić w sposób odpowiedzialny, zniuansowany, ale przede wszystkim uczciwie. Właśnie dlatego w tekście będę opierał się w przeważającej mierze na danych.

Migranci poszukiwani

Zacznijmy od kontekstu. Szacuje się, że na całym świecie osób urodzonych w innych krajach niż obecnie przez nich zamieszkiwane jest ok. 3%. Globalnie wielkość ta pozostaje na podobnym poziomie od wielu, wielu dekad. Oczywiście w różnych państwach odsetki migrantów w społeczeństwach różnią się. Ludzie jednak bardzo często przeszacowują te procenty. Według danych cytowanych przez platformę „Our World in Data” Japończycy uważają, że w ich kraju jest 10% migrantów, kiedy realnie jest ich 2%. Podobne zjawisko występuje we Włoszech, Niemczech, USA i wielu innych państwach.

„Ludzie, którym celowo przedstawiono fałszywe [antyimigranckie] twierdzenia wypowiadane przez Marine Le Pen, byli bardziej skłonni na nią zagłosować. Niestety, nie zmienili zdania, kiedy przedstawiono im fakty będące zaprzeczeniem słów Le Pen” – pisze małżeństwo ekonomicznych noblistów Esther Duflo i Abhijit Banerjee w świetnej książce Good Economics. Nowe rozwiązania globalnych problemów. „Samo poruszenie tematu migracji sprawia, że ludzie zaczynają myśleć zaściankowo. Fakty nie mogą się przebić” (tłum. M. Lipa) – konkludują badacze.

Takie postrzeganie migrantów i polityczna waga tego tematu stanowią nie lada wyzwanie, ponieważ w zasadzie jesteśmy na migrantów skazani. Rozstrzygające znaczenie ma tu demografia.

Od połowy lat 90. tzw. współczynnik dzietności w Polsce wynosi poniżej 1,5. Taki wskaźnik utrzymujący się przez dłuższy czas oznacza, że struktury społecznej nie da się odbudować. Klamka zapadła: Polska będzie się wyludniać. Niska dzietność pociąga za sobą bardzo wiele negatywnych zjawisk; spora część ma wymiar ekonomiczny. Starzejące się społeczeństwo jest mniej produktywne, potrzebuje więcej wydatków na ochronę zdrowia, a system emerytalny pochłania coraz więcej środków.

Nasza gospodarka, mimo wzrostu jej wydajności, będzie potrzebować nowych rąk do pracy – takich, które zastępować będą te znikające z powodu przechodzenia licznych roczników na emerytury. Z tym łączy się tzw. rosnące obciążenie demograficzne. „W 2023 r. w porównaniu do 2013 r. udział populacji w wieku produkcyjnym (mężczyźni w wieku 18–64 lata i kobiety w wieku 18–59 lat) spadł z 63,4% do 58,4%, a udział populacji w wieku poprodukcyjnym (mężczyźni w wieku 65 lat i więcej oraz kobiety w wieku 60 lat i więcej) wzrósł z 18,4% do 23,3%” – czytamy w raporcie Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Współczynnik obciążenia demograficznego przekłada się na deficyt w ZUS. Im mniej osób pracuje na jednego emeryta, tym więcej do systemu trzeba dopłacać z budżetu. ZUS nie upadnie, ale będzie pochłaniał coraz więcej środków budżetowych, które mogłyby być przeznaczone np. na dobrą edukację, szkolnictwo, badania czy budownictwo społeczne.

Aby utrzymać wskaźnik obciążenia demograficznego na obecnym poziomie, do 2035 r. powinniśmy sprowadzić kolejne… 3 mln osób pracujących. To niemożliwe, nie uda nam się wchłonąć takiej liczby ludzi. Również dlatego, że obecnie większość polityków, zważając na nastroje społeczne, jest co najmniej sceptyczna wobec zwiększania migracji.

Gospodarka będzie sobie na różne sposoby radzić z problemem demografii – możliwe jest zwiększanie wydajności pracy, prawdopodobnie konieczne będzie również podwyższenie wieku emerytalnego. Jedną z najważniejszych linii obrony przed efektami starzenia się społeczeństwa jest jednak właśnie migracja. Migrantów będziemy potrzebować, koniec kropka.

Polska – brzmi bogato

Przez ostatnie dekady przyzwyczailiśmy się, że Polska była krajem, z którego się emigrowało. Tak było w PRL-u, a również w latach 90., kiedy opadła żelazna kurtyna utrudniająca przemieszczanie się w poszukiwaniu lepszego życia.

Otwarcie europejskich rynków pracy po wstąpieniu naszego kraju do Unii Europejskiej utrwaliło ten trend. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w 2004 r. liczba Polaków przebywających na emigracji wynosiła milion. Rekord padł w roku 2017, kiedy GUS szacował liczbę polskich emigrantów na ponad 2,5 mln. Od tamtej pory liczba naszych rodaków mieszkających za granicą spada: część wróciła do kraju.

Okolice wspomnianego 2017 r. to również moment ważnej zmiany statusu naszego kraju. Według OWiM dokładnie w 2016 r. mieliśmy do czynienia z przełamaniem trendu – był to rok zapoczątkowujący trwający do dzisiaj proces dodatniego bilansu migracyjnego. „Polska z kraju emigracyjnego staje się krajem imigracyjnym” – czytamy w jednym z raportów.

Co o tym przesądziło? Po pierwsze, nasza gospodarka od lat pędzi na wysokich obrotach. Niemal wszystkie liczące się organizacje międzynarodowe zaliczają Polskę do najzamożniejszych krajów świata. Taki status przypisuje nam ONZ – według tworzonego przez organizację rankingu HDI, Human Development Index, jesteśmy krajem o „bardzo wysokim wskaźniku rozwoju społecznego”. OECD zauważa, że według wartości PKB jesteśmy 20. gospodarką świata. Jeśli liczyć PKB na głowę z poprawką na siłę nabywczą, plasujemy się blisko 30. miejsca na globie. Jakkolwiek by patrzeć: nasz kraj jest po prostu bogaty. Już nie jesteśmy na dorobku – dorobiliśmy się. A bogate kraje zawsze nęciły migrantów łaknących lepszego życia.

Po drugie, atak Rosji na wschodnią Ukrainę ponad dekadę temu spowodował osłabienie gospodarki naszego sąsiada i wzbudził falę migracyjną. Przed inwazją wojsk Putina nasi wschodni sąsiedzi wyjeżdżali za chlebem do Rosji. Dopiero po rozpoczęciu okupacji Krymu i Donbasu Ukraińcy zaczęli chętniej spoglądać na zachód jako kierunek ekonomicznych wojaży.

A ilu migrantów jest w Polsce? Nie ma łatwej odpowiedzi na to pytanie. Dane są fragmentaryczne i rozsiane po różnych instytucjach. Polski Instytut Ekonomiczny, cytując dane rządowe, podawał w 2024 r. liczbę 2,5 mln osób. Z kolei rok wcześniej Warsaw Enterprise Institute wspominał w jednym ze swoich raportów nawet o liczbie 3,5–4 mln obcokrajowców (to jednak prawdopodobnie zawyżone dane). Szacuje się, że większość  z nich, ok. 60–70%, stanowią Ukraińcy.

Temu, jak zmieniała się liczba migrantów, możemy się przyjrzeć, zaglądając do raportów Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Instytucja co roku publikuje informacje o liczbie osób odprowadzających składki emerytalne i rentowe, a więc pracujących. Pod koniec 2024 r. było to niemal 1,2 mln osób, z czego 790 tys. stanowili goście z Ukrainy. Dla naświetlenia trendu: w roku 2015 (tego momentu sięga opracowanie ZUS) ubezpieczonych osób z obcym paszportem było niecałe 200 tys. Przez dekadę przybyło więc w naszym kraju milion legalnie pracujących cudzoziemców. To oczywiście nie wszyscy.

Wśród gości mieszkających w naszym kraju są również osoby pracujące na czarno. Według Głównego Inspektoratu Pracy w 2024 r. 7,2 tys. obcokrajowców pracowało w ten właśnie sposób. A mówiąc precyzyjniej: tyle przypadków naruszenia prawa pracy zostało ujawnionych w ich kontekście. Prawdopodobnie to czubek góry lodowej, a liczba nie-Polaków pracujących tylko w szarej strefie wynosi co najmniej kilkadziesiąt tysięcy. Do tego dochodzą uchodźczynie, spośród których część jest nieaktywnych zawodowo, oraz – na co wskazują dane Domu Ukraińskiego w Polsce – nieco ponad 400 tys. dzieci.

Rozbijanie mitów

Raz jeszcze podkreślę: korzystam tutaj z danych i opracowań wiarygodnych instytucji. Oczywiście każda tego typu analiza ma swoje ślepe plamki i niedociągnięcia metodologiczne. Jednocześnie niemal wszystkie są znacznie lepsze i bardziej precyzyjne niż dowody anegdotyczne.

Według raportu Banku Gospodarstwa Krajowego Wpływ napływu migrantów z Ukrainy na polską gospodarkę odsetek aktywnych zawodowo gości z Ukrainy, którzy przybyli do nas przed pełnoskalową wojną, wynosi 96–99% (są to osoby pracujące lub poszukujące pracy). Bezrobocie w tej grupie sięga 4–5%. W przypadku osób przybyłych po 2022 r. – a więc w ogromnej większości uchodźczyń – aktywność zawodową wykazuje 70–80% osób.

Jest to naturalne zjawisko odnoszące się do wszystkich uchodźców na świecie – są oni mniej aktywni na nowych rynkach pracy niż migranci ekonomiczni. Dlaczego? Ponieważ mają inne cele migracji: uciekają od prześladowań i bomb. Są nieprzygotowani do nowych realiów, często np. z racji opiekowania się dziećmi, są nieaktywni zawodowo także w swojej ojczyźnie. I jak mówią eksperci zajmujący się tematyką, pozostają zawieszeni w tymczasowości, co zmniejsza prawdopodobieństwo zatrudnienia. Niejedna z tych osób może myśleć: „Po co mam szukać pracy, skoro za tydzień będę musiała wracać?”.

Porównajmy te odsetki z aktywnością zawodową naszych rodaków. Otóż dla polskiej populacji wynosi ona niecałe 60%! Oznacza to, że uchodźczynie z Ukrainy są bardziej aktywne na rynku pracy niż ogół Polaków. Jak to możliwe? Odpowiedzią jest demografia. Osoby przybywające zza wschodniej granicy są zazwyczaj młode; rzadko przybywali do nas np. emeryci albo ludzie chorzy.

Badania nie potwierdzają intuicji, że migranci „zabierają nam pracę”. W najgorszym razie zjawisko takie ma charakter marginalny. Niedawno wnikliwa analiza na ten temat została przeprowadzona w Czechach.

Nasz południowy sąsiad po rosyjskiej inwazji na Ukrainę także mierzył się z gigantycznym napływem uchodźców. W przeliczeniu na 1000 mieszkańców Czechy przyjęły nawet więcej uciekinierów niż my, bo 34 osoby. W przypadku naszego kraju wskaźnik ten wynosił 27 osób na 1000 mieszkańców.

Czy tak dużo nowej siły roboczej spowodowało wzrost bezrobocia miejscowych? Przyjrzały się temu ekonomistki Agnieszka Postepska i Anastasiia Voloshina z uniwersytetu w Groningen. Oto wnioski. Uchodźczynie dość szybko znajdowały zatrudnienie – do końca 2022 r. jedna trzecia z nich. Badaczki nie wykryły przy tym żadnego negatywnego wpływu na bezrobocie wśród lokalnych pracowników. Migracja nie miała również przełożenia na pogorszenie się ich statusu.

Niektórzy z Państwa mogą się zastanawiać: „Jak to, przecież jeśli zwiększa się podaż, to ceny (płace) powinny zacząć spadać, a tańszy pracownik powinien wyprzeć pracownika droższego”. Paradoks braku wpływu na lokalne rynki pracy migrantów opisują autorzy wspomnianej już książki Good Economics. Duflo i Banerjee poświęcili wiele miejsca na uczciwe sprawozdanie z badań oraz metaanaliz odnoszących się do tej kwestii. Z większości z nich wynika to, co z czeskich badań – wpływ cudzoziemców zarówno na płace jak i bezrobocie jest bliski zeru. Powodów, dlaczego tak się nie dzieje, jest kilka.

Po pierwsze, migranci sami generują miejsca pracy. W okolicach, gdzie się osiedlają, pojawia się bowiem zapotrzebowanie na fryzjerów, piekarzy, sklepikarzy i nowe lokale gastronomiczne. Po drugie, migranci „przepychają” miejscowych w górę hierarchii zawodowej, przejmując bardziej niebezpieczne i męczące profesje. Znamy to przecież z opowieści naszych znajomych, braci, sióstr i dzieci, którzy półtorej dekady temu wyjechali na zmywak do Wielkiej Brytanii – w takich miejscach niemal nie pracowali Brytyjczycy. Po trzecie, w końcu sami pracodawcy, reagując na zmieniające się okoliczności, reorganizują swoje przedsiębiorstwa tak, żeby „dotrudnić” dodatkową siłę roboczą. Firmy dostrzegają potencjał w chętnych do pracy migrantach ekonomicznych i wykorzystują historyczne momentum na swoją korzyść.

Czy migranci korzystają z luk w systemie świadczeń socjalnych? Z pewnością są takie przypadki. Dzieje się tak na całym świecie – robili to także Polacy, pracując w Holandii, Danii czy Niemczech. Również Polacy w Polsce pobierają nienależne im świadczenia. Przepisy należy zatem uszczelniać.

Z punktu widzenia całej gospodarki najważniejsze jest jednak, czy przybysze więcej z niego pobierają, czy więcej do niego wkładają. Na podstawie danych, które posiadamy, sprawa jest jasna. Przynajmniej w przypadku Ukraińców wychodzimy na duży plus (dla tej grupy mamy najbardziej precyzyjne wyliczenia). W 2024 r. szacowana wartość wsparcia w ramach programu 800+ wypłaconego Ukraińcom wyniosła 2,8 mld zł. Szacunki wydatków w ramach NFZ to ok. 1 mld zł. Jeśli dodamy do tego wydatki na edukację i inne pomniejsze programy, to trudno będzie nam uzbierać w sumie 5 mld zł. A ile Ukraińcy wpłacili w postaci podatków i składek? Ponad 15 mld zł. Powyższe wyliczenia pochodzą z raportu Banku Gospodarstwa Krajowego. Tymczasem wyliczenia z październikowego raportu stworzonego przez Deloitte i UNHCR mówią nawet o 49 mld wpływów.

W kraju…

Wszyscy pamiętamy marsze, które odbywały się po bestialskim mordzie dokonanym przez młodego Wenezuelczyka na 24-letniej Klaudii w Toruniu. Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla takich zbrodni, nie powinno się też na nie zamykać oczu. Jednakże jeżeli będziemy się przerzucać tylko konkretnymi historiami, to nie będziemy w stanie zrozumieć szerszego kontekstu. Jeśli relacjonowalibyśmy w mediach każde zabójstwo w Polsce (jest ich ok. 500–600 rocznie), moglibyśmy dojść do wniosku, że nasz kraj spływa rzeką krwi. Tymczasem jest zupełnie odwrotnie: Polska należy do najbezpieczniejszych państw na świecie.

Zacznijmy od banału: tam gdzie są ludzie, są też przestępstwa. Istotne jest natomiast, czy istnieją jakieś podgrupy, które są bardziej ryzykowne. Z naszego punktu widzenia ważne jest to, czy obcokrajowcy są „groźniejsi” od Polaków.

Według informacji, które przekazała mi polska policja, w 2024 r. o popełnienie przestępstwa było podejrzanych 286 tys. osób, w tym 16 tys. cudzoziemców. Jeżeli w naszym kraju mieszka ok. 37 mln Polaków, to oznacza, że podejrzanych o popełnienie było nieco ponad 0,7% z nas. Przyjmując, że migrantów jest u nas ok. 2,5 mln, to o popełnienie przestępstwa było podejrzanych około 0,65%. Oznacza to, że migranci są mniej, a nie bardziej „ryzykowni” niż Polacy. I to mimo specyficznej struktury demograficznej. Migranci to najczęściej osoby młode. A to właśnie młodzi, zwłaszcza młodzi mężczyźni (płeć męska jest jednym z najważniejszych czynników ryzyka wystąpienia przestępczości), dopuszczają się czynów zabronionych.

Niektórzy mogą powiedzieć: co z tego, że cudzoziemcy popełniają mniej przestępstw (mówiąc precyzyjniej – rzadziej są podejrzanymi), skoro mogą skłaniać się ku najbardziej brutalnym aktom przemocy? Wystarczy wspomnieć przywoływany już przypadek zbrodni dokonanej przez młodego Wenezuelczyka. Pudło. W 2024 r. w Polsce podejrzanych o zabójstwo było 452 osoby, w tym 32 obcokrajowców. Stanowili oni ok. 7% wszystkich oskarżonych. Ta proporcja mniej więcej odwzorowuje ich odsetek w społeczeństwie.

O ile największe grupy narodowościowe obecne w Polsce, czyli Ukraińcy i Białorusini, nie odbiegają od przedstawionych wyżej tendencji, o tyle jest przynajmniej jeden naród, który sprawia nam zauważalnie więcej kłopotów niż inne.

Gruzini. Szacuje się, że w naszym kraju przebywa ich obecnie ok. 27 tys. Jednocześnie w 2024 r. podejrzanych o popełnienie przestępstw było 1,4 tys. spośród nich. To niemal 5% tej grupy! Nawet jeśli liczba obywateli tego kraju na terenie Polski jest niedoszacowana dwu- czy nawet trzykrotnie, w świetle tych danych jawią się oni jako kilka razy bardziej „ryzykowna” grupa niż Polacy, Ukraińcy i Białorusini.

Wydaje się zresztą, że polskie służby już to dostrzegły, ponieważ widoczny jest zauważalny spadek liczby podejrzanych w porównaniu z 2023 r. Wtedy było ich o ponad 1 tys. więcej. Jednocześnie – co zawsze należy podkreślać w takich sytuacjach – ogromna większość Gruzinów o nic niecnego nie jest podejrzewana.

W naszym kraju migranci są więc (z wyjątkiem Gruzinów) „grzeczniejsi” niż Polacy. Co najważniejsze, ogólna liczba popełnianych czynów karalnych na terenie Rzeczypospolitej spada. I to od dawna. Jesteśmy krajem coraz bezpieczniejszym. Podkreślmy – dzieje się tak mimo negatywnie postrzeganej migracji.

…i zagranicą

Sprawdźmy jednak, jak to wygląda w innych krajach. No cóż: bywa różnie.

Z analizy przeprowadzonej przez ekonomistę z Uniwersytetu Stanforda Rana Abramitzky’ego wynika, że w USA cudzoziemcy stanowią – jeśli weźmiemy poprawkę na ich liczebność – mniejszy odsetek osadzonych w amerykańskich więzieniach niż miejscowi. Dane z Wielkiej Brytanii wprowadzają dodatkową komplikację. Tamtejsi badacze Brian Bell, Francesco Fasani i Stephen Machin przyglądali się dwóm falom migracyjnym: osobom ubiegającym się o azyl pod koniec lat 90. oraz ludziom przybyłym na Wyspy po otwarciu granic europejskich w 2004 r. Pierwsza fala doprowadziła do „niewielkiego, ale zauważalnego” wzrostu przestępczości, natomiast druga – nie.

Faktem jest jednak, że w wielu krajach Europy zachodniej migranci rzeczywiście „wyprzedzają” miejscowych, jeśli chodzi o podejrzenia popełniania przestępstw. „Jeśli się przegląda statystyki, rzuca się w oczy fakt, że podejrzanych z zagranicy jest znacznie więcej niż niemieckich w stosunku do ich udziału w całej populacji. Dotyczy to zarówno przestępstw z użyciem przemocy, takich jak morderstwa czy gwałty, jak i przestępstw ulicznych, które obejmują tak różne przestępstwa, jak kradzieże kieszonkowe czy handel narkotykami” – czytamy w artykule autorstwa Marcela Fürstenau w „Deutsche Welle” z kwietnia bieżącego roku. Podobny obraz wyłania się z wnikliwej analizy, której dokonał portal Demagog.pl, bazując na danych niemieckiej policji. „W 2023 r. w Niemczech mieszkało 84,7 mln osób, w tym 1,2 mln uchodźców. W ogólnej populacji (bez uchodźców) podejrzanych o popełnienie przestępstwa było 2,65% osób, a w grupie uchodźców: 10,88%. W przypadku przestępstw z użyciem przemocy było 0,23% podejrzanych w populacji ogólnej (bez uchodźców) i 1,54% w grupie uchodźców. Statystyki gwałtów to odpowiednio 0,01% i 0,07%” – czytamy w artykule.

Częstsze występowanie podejrzanych w Niemczech jest notowane zarówno w grupie uchodźców (od kilku do 10 razy częstsze niż w przypadku lokalsów), jak i w grupie migrantów niebędących uchodźcami. Część przestępstw to złamanie prawa migracyjnego, nieprzekładające się wprost na zagrożenie społeczne. Jeżeli jednak oczyścimy dane z tej zmiennej, to sytuacja nie ulega drastycznej zmianie – wciąż migranci są bardziej „ryzykowni”.

„W przypadku statystyk dotyczących osób podejrzanych o gwałt i przestępstwa na tle seksualnym odsetki w każdej grupie są niskie i zbliżone do siebie, widoczna jest jednak różnica w grupie uchodźców” – czytamy. Dla rodowitych Niemców odsetek podejrzanych wynosi 0,01. Dla uchodźców – 0,1, a zatem dziesięciokrotnie więcej. Raz jeszcze podkreślmy: w całej populacji jest to zaledwie promil osób podejrzanych. Badanie Martina Langego i Katrin Sommerfeld przyglądające się skali przestępczości w Niemczech dowodzi, że fala migracyjna z lat 2015–2016 rzeczywiście przyczyniła się do podbicia wskaźników łamania prawa. Zjawisko nastąpiło z rocznym opóźnieniem.

Fenomen nie dotyczy jedynie Niemiec. Dane holenderskich służb za lata 1999–2022 również świadczą o tym, że osoby z obcym paszportem częściej oskarżane są o popełnienie przestępstwa niż miejscowi. Wskaźnik lokalsów podejrzanych o popełnienie przestępstwa na 10 tys. mieszkańców wynosi 60. Jeśli chodzi o cudzoziemców, rośnie on do 150–200. Kraje, z których pochodzą „najbardziej ryzykowne” grupy, to m.in.: Angola (ponad 350 podejrzanych na 10 tys.), Dominikana (320), Sierra Leone i Maroko (ok. 300). Polacy również znaleźli się wysoko z wynikiem 165 na 10 tys. obywateli.

Badania ze Szwecji przeprowadzone przez Ardavan Khoshnood, Henrika Ohlssona, Jana Sundquista i Kristinę Sundquist, koncentrujące się na przemocy seksualnej, potwierdzają, że większości z tego typu występków (dokładnie rzecz ujmując: niemal 60%) dokonały osoby z „tłem migracyjnym” (osoby, których rodzice lub oni sami urodzili się w innych państwach). Największe grupy stanowili przybysze z Bliskiego Wschodu (34% wszystkich skazanych za gwałty lub ich usiłowanie) oraz Afryki (19%). Analiza bazowała na danych z lat 2000–2015. Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że na skutek anonimowych skarg badania te były blokowane przed upublicznieniem przez dwa lata przez tamtejszą komisję etyczną ÖNEP. Ostatecznie po odwołaniach naukowców badania zostały opublikowane.

Przyglądać się temu, co działa

Ostatnie pytanie: skąd te różnice? Jak już pisałem, migranci ekonomiczni (szukający pracy) mają inne motywacje niż uchodźcy. Ci ostatni są „mniej zlepieni” z rynkiem pracy. A bezrobocie czy dezaktywizacja często skutkuje w przypadku młodych ludzi nieodpowiedzialnymi zachowaniami. Sam kształt prawa azylowego może w pewnym sensie sprzyjać przestępczości. Dziennikarz ekonomiczny Adam Suraj w „Obserwatorze Gospodarczym” opisuje badania, które mówią o tym, że pozostawianie uchodźców długo „w poczekalni”, kiedy nie mogą ubiegać się o legalną pracę, stanowi zarzewie kłopotów z prawem. W przypadku danych zbierających podejrzenia popełnienia przestępstw znaczenie może mieć to, że uchodźcy są grupą baczniej obserwowaną, a społeczna wyobraźnia łatwiej obsadza ich w roli winnych.

Kolejną kwestią jest demografia – migrują najczęściej osoby młode, częściej mężczyźni niż kobiety. Jak wspomniałem, jest to najbardziej „ryzykowna” grupa społeczna. Jeśli do tego koncentrują się oni w pewnych lokalizacjach, np. w konkretnych dzielnicach albo ośrodkach dla uchodźców to mamy niemal gotowy przepis na kłopoty. Dochodzi do tego poczucie odrzucenia, dyskryminacji i niechęci miejscowych. To wywołuje frustrację, która znajduje ujście w przemocy.

Znaczenie mają także różnice kulturowe. Migranci, zwłaszcza uchodźcy, nierzadko pochodzą z krajów ogarniętych jakimś rodzajem wieloletnich konfliktów, z miejsc o wiele bardziej niebezpiecznych niż kraje europejskie. W regionach ich pochodzenia tabu przemocy jest znacznie luźniejsze. A to z kolei zwiększa ryzyko, że dana osoba szybciej sięgnie po nóż. Wśród różnych głosów pojawia się także hipoteza, że migranci częściej pochodzą z regionów, gdzie silniej kultywowana jest tzw. kultura honoru, gdzie zniewagi wymagają natychmiastowej reakcji, aby nie odbiły się na „dobrym imieniu” danego człowieka, często młodego mężczyzny.

Próbując podejść do tematu kompleksowo, nie uciekniemy także od tego, że nierzadko uchodźcy przybywają z krajów, gdzie dominują zupełnie inne zapatrywania chociażby na kwestie genderowe. Ludzie dorastający w kulturach, gdzie kobiety są pozbawione fundamentalnych praw, mogą być wobec kobiet bardziej wrogo nastawieni. Taką hipotezę zdają się potwierdzać zarówno badania ze Szwecji odnoszące się do przestępstw na tle seksualnym, jak i analiza dokonana przez Demagog.org na podstawie danych niemieckich.

Co więc możemy zrobić, wiedząc, że migranci będą nam potrzebni? Na co jako kraj możemy stawiać, żeby integracja przebiegała możliwie gładko?

Kilka spraw jest oczywistych. Na przykład istotne jest, aby zapobiegać dezaktywizacji zawodowej. Młody mężczyzna i bezrobocie to nigdy nie jest dobre połączenie. Istnieją badania, które wskazują na to, że nauka języka pomaga w znalezieniu lepszej pracy i podwyższa zarobki – stworzenie warunków do tego powinno być jednym z priorytetów rządzących. Istotna będzie także pewna selekcja migrantów. Eksperci wskazują, że pożądane może być preferowanie osób z konkretnym wykształceniem czy posiadających specyficzne kwalifikacje, których brakuje na rynkach europejskich.

Trzeba przyglądać się temu, co działa. Wiele krajów miało do czynienia z migracją; możemy od nich przejąć najlepsze sposoby radzenia sobie z nią i unikać błędów poczynionych przez poprzedników, choćby tworzenia imigracyjnych gett. Musimy to robić, bo na migrację jesteśmy po prostu skazani.

Konsultacja merytoryczna: dr hab. Konrad Pędziwiatr, prof. UEK

Artykuł pojawił się w numerze: Ile nas dzieli od szczęścia