Jedną z zadziwiających konsekwencji ogłoszonego przez Francisa Fukuyamę w ostatnim dziesięcioleciu XX w. „końca historii” stała się atrofia przyszłości. Nie przyszłości jako ciągu zdarzeń, ale przyszłości jako wizji zmiany, oczekiwania na coś nowego, nadziei na lepszy świat. Jak bowiem można było marzyć o czymś lepszym, sprawiedliwszym, szczęśliwszym, gdy z naukową precyzją i ogromną siłą argumentacji udowodniono nam, że teraźniejszość będzie trwała już zawsze w tej formie, którą znamy, że czas przyszły jest niezmiennie dokonany, że każdy dzień będzie powtórzeniem wszystkich dotychczasowych dni? I nic tu nie zmienia fakt, że Fukuyamie chodziło o koniec sporu ideologicznego na temat formy organizacji politycznej ludzkich społeczeństw, a nie o to, że już nic nie miało się zdarzyć. Według niego demokracja liberalna oparta na wolnym rynku udowodniła swoją wyższość nad wszystkimi innymi projektami politycznymi, a w szczególności nad projektem komunistycznym. Promienne idee Róży Luksemburg, nadzieje pokoleń XIX-wiecznych rewolucjonistów utonęły w morzu krwi wylanej przez Stalina i Mao.
Problem w tym, że ten pomysł oznaczał nie tylko wyższość demokracji liberalnej nad istniejącą alternatywą ideową. Oznaczał w istocie to, że tak już będzie zawsze, że nigdy nie pojawi się nic, co może zmienić świat. Życie zamknie się w kołowrocie – coraz intensywniejszej pracy, korków w drodze do niej i w trakcie powrotów, czasu wolnego, który trzeba jakoś wypełnić, np. kupowaniem niezbędnych i zbędnych rzeczy… Przy czym opis ten dotyczy pewnego tylko odłamu ludzkich społeczeństw, globalnej klasy średniej. To do niej stosować się mogą przenikliwe zdania Hannah Arendt, zanotowane, by pokazać kondycję psychiczną europejskiego mieszczaństwa w przededniu I wojny światowej. Pisała o „czarnym duchu nudy”, który przenikał świat mieszczańskich salonów, wypierając z nich nadzieję towarzyszącą czasom po Wiośnie Ludów. Na przełomie XX i XXI w. czarny duch nudy zatruwał codzienność galerii handlowych, grodzonych osiedli i dróg szybkiego ruchu, na których mieszkańcy przedmieść stali w korkach, próbując wyjechać na weekend.
Jednak dla ogromnych mas innych ludzi żyjących poza Zachodem koniec historii oznaczał nędzę, przemoc, często wojnę i przejmujący brak nadziei. Powtórzmy: brak nadziei.
W szczególny sposób ta druga strona medalu dotyczyła przegranych globalizacji w obszarze ówczesnego Zachodu. A było ich bardzo wielu, albowiem globalizacja oznaczała przeniesienie pracy produkcyjnej w inne rejony świata i wypchnięcie ogromnie ważnego do tego momentu odłamu zachodnich społeczeństw – wielkoprzemysłowej klasy robotniczej, poza status ludzi potrzebnych. W postindustrialnym społeczeństwie mniej więcej jedna trzecia populacji – dawniej ludzie produkujący – stała się zbędna. Utrzymywana za pomocą niezliczonych zasiłków, zabawiana na stadionach – tych nowożytnych arenach – coraz bardziej przypominała ludność schyłkowego Rzymu. Ci, którzy jeszcze pracowali, utracili godność proletariatu, stali się żyjącym z dnia na dzień prekariatem. Wszyscy zaś zostali pozbawieni nie tylko nadziei, zostali pozbawieni także godności.
Zwróceni ku przeszłości
Na szczęście ten schyłek się skończył. Użycie określenia „na szczęście” jest dwuznaczne, bo sam rozpad tamtego świata przyniósł kolejną falę nieszczęść. Jednak poza nieszczęściami przyniósł też myślowy chaos, z którego mogłyby wykluć się nowe idee. Czyli nadzieję, trudną, ale jednak nadzieję.
Rozpad zaczął się – przyjmijmy – wraz z kryzysem finansowym 2007/2008 r. Mechanizm globalizacji się zaciął, co oznaczało nie tyle to, że globalizacja, jak chce wielu, została unieważniona, ile raczej to, że zaczęła toczyć się po innych szlakach. Jakby wjechała na zwrotnicę i zaczęła poruszać się po innym torze. I znowu, tak jak w ostatnim trzydziestoleciu XIX w., kiedy mniej lub bardziej wolnorynkowy kapitalizm zamienił się w formację zwaną imperializmem, w którym potężne kręgi przemysłowe europejskich mocarstw zrosły się praktycznie w jedno z politycznymi i wojskowymi elitami swoich krajów, tak dziś kontynentalne imperia, rządzone przez technologiczno-polityczny establishment, zaczynają szczerzyć na siebie kły. W tamtej epoce efektem procesu było narastanie nacjonalizmów, podobnie jest dzisiaj. Z tym że dzisiaj na nacjonalizm stać tak naprawdę organizmy polityczne o skali kontynentalnej: USA, Chiny, Indie i schyłkową Rosję… Dla innych nacjonalizm jest zabawą na kredyt. Za który przyjdzie drogo zapłacić.
Dlaczego odpowiedzią na kryzys globalizacji stał się nacjonalizm? Jedną z przyczyn jest brak przyszłości. Brak wizji, która by łączyła ludzi w imię wspólnej nadziei.
Brak projektu, planu, myśli o nowym, lepszym świecie, w którym silniejszy czy silniejsi nie będą musieli deptać słabszych.
Gdy nie ma wizji lepszej przyszłości, tego, co kiedyś nazywano utopią, pragnienia wielkich grup ludzkich zwracają się ku przeszłości. To w niej zaczyna się upatrywać wizji lepszego świata. Ten gest Zygmunt Bauman nazwał poszukiwaniem retrotopii. Retrotopia ma coś wspólnego z utopią; nie jest historyczną prawdą realnej przeszłości. Jest wyidealizowanym obrazem „starych, dobrych czasów”, w których ludziom jakoby żyło się całkiem nieźle. A przeszłość większości ludzi określona była przez narodowe tożsamości i imaginaria. Najczęstszą więc formą retrotopii jest marzenie, żeby wrócić do epoki państw narodowych, homogenicznych kultur, jednolitego reżimu moralnego – narzuconego przez religię panującą – i niekwestionowanej dominacji większościowej grupy etnicznej. W USA to marzenie napędza ruch MAGA, kusząc wizją Ameryki z lat 40. i 50., uprzemysłowionej, dominującej w świecie, z kobietami jak laleczki z serialu Mad Men i mężczyznami także stamtąd. Bez czarnych (bo znają swoje miejsce), bez latynosów (bo jeszcze nie przyjechali), bez muzułmanów (jacy muzułmanie?), ze światem etyki protestanckiej określającym codzienne zachowania… W Polsce – to konserwatywna wizja Polski białej, katolickiej, bez Żydów, elgiebetów, lewaków i migrantów, z kobietami dbającymi, by „zupa nie była za słona” (bo jak nie, to…), i bez przerwy, chcą czy nie chcą, rodzącymi dzieci dla tej mlekiem i miodem płynącej krainy. Dodam, że nie mam nic przeciw dzieciom. W europejskich krajach z „rdzeniowej” części kontynentu jest to najczęściej marzenie o czasach wielkości: potędze Francji, imperium brytyjskiego czy Wielkich Niemiec. Itd., itp.
Trzeba jednak zauważyć, że nie jest to jedyna retrotopia rządząca wyobraźnią mieszkańców Globalnej Północy, a w szczególności Europejczyków. Gwoli sprawiedliwości dodać należy, że ogromny odłam współczesnego mieszczaństwa, wielkomiejska klasa średnia – która ukształtowała się na dawnym Zachodzie w latach 70. i 80., a w Europie Środkowej w okresie transformacji lat 90. i początku 2000. – ma również swoje „retrotopijne”, fantazmatyczne marzenie. Obsługując ówczesną globalizację, uwierzyła w obietnicę Fukuyamy; uznała, że koniec historii już nastąpił i że zawsze będzie mniej więcej tak jak wtedy. Kulturowo określona przez młodzieżową rewoltę końca lat 60., z jej indywidualizmem, permisywnym stosunkiem do życia „bez zobowiązań”, ale pozbawiona już iluzji, zapisanych w czerwonej książeczce Mao, umościła się w wiecznym „teraz”. Wiecznie będzie się sączyło latte na miejscowym „zbawixie”, kupowało mnóstwo mniej lub bardziej niepotrzebnych rzeczy, martwiło się o szkołę dla dziecka, a jedynym prawdziwym ciężarem będzie to, że trzeba na to wszystko zarobić, uczestnicząc w wyścigu szczurów. Każdego, kto mówi, że to się skończyło, traktuje owa klasa jak wroga, na zagrożenie wojną – mniej lub bardziej realne – odpowiada, że w razie czego ucieknie do Hiszpanii, zaś troski Ostatniego Pokolenia kwituje wzruszeniem ramion.
Obie retrotopie określają podstawowy podział społeczeństw Globalnej Północy. Z jednej strony polityczni przedstawiciele wielkomiejskiej klasy średniej głęboko związanej z globalizacją, tęskniący do obietnic Fukuyamy i spoglądający na dawny Zachód, z drugiej – dziwny sojusz krajowych oligarchii, prowincjonalnego mieszczaństwa i prekariatu, broniący narodowego folwarku i w Polsce – wzorem odwiecznych wyborów endecji – stawiający na Rosję.
Jak wykorzystamy chlaśnięcia?
Te zmiany unaoczniają jednocześnie coś nieoczywistego. Otóż wielkie ruchy struktur społecznych mogą mieć głęboko ambiwalentne skutki, tworzą możliwości dla pozytywnej przebudowy porządków w kierunku bardziej sprawiedliwych i ludzkich, ale też stanowią okazję dla różnego rodzaju drapieżników, którzy gotowi są je wykorzystać, by zwiększać swój zysk i swoją władzę. Żeby opisać tę tendencję, Naomi Klein wprowadziła pojęcie slaps, chlaśnięć, czyli kryzysów społecznych, wykorzystywanych przez międzynarodowy kapitał i wielkie korporacje do powiększania obszaru swoich wpływów.
Chcę jednak przechwycić to pojęcie. Slaps, chlaśnięcia, takie jak pandemia czy kryzys finansowy, są szansą dla społeczeństw, by wyrwać się z myślowych kleszczy retrotopii i zacząć poważnie myśleć o przyszłości. Jednym bowiem z największych problemów, utrudniających powrót przyszłości jako ważnej kategorii, jest ludzka tendencja do zaprzeczania rzeczywistości, a wręcz przekłamywania jej.
Polega ona na tym, że nawet jeśli widzimy fakty, szukamy takiej opowieści, która pozwoli powiedzieć o nich: no tak, ale przecież na dłuższa metę nic się nie zmieni… I przestać myśleć.
A jednak jest o czym myśleć.
Poza kryzysem globalizacji odzwierciedlającym ogromne ruchy tektoniczne całego porządku światowego, w którym dawny Zachód traci dominującą pozycję, dzieje się coś, czego skutki są właściwie nie do wyobrażenia. Kryzys klimatyczny przyniesie zmiany warunków bytowania miliardów ludzi. Tylko w przybliżeniu wiemy, co się zdarzy. Pewne jest jednak, że koszty owej katastrofy ponosi w o wiele większym stopniu Globalne Południe, a to oznacza, że ludzie stamtąd będą dążyć na północ. Konflikty wokół migracji staną się na Globalnej Północy pożywką dla społecznej skłonności do dyktatury, bo dyktatura obiecuje bezwzględne i skuteczne rozprawienie się z obcymi. USA są bardzo dobrym przykładem tej ewolucji. Poza takim konkretnym politycznym efektem podgrzewania planety trzeba się liczyć z tym, co wydaje się trudne do wyobrażenia: że pewnego dnia w Europie może zabraknąć wody w kranach, prądu w gniazdkach, a za chleb będzie się płaciło więcej niż kiedykolwiek. Może własną wolnością, a może – ciałem. Dlatego określenie nadchodzącej epoki przez Janisa Warufakisa jako technofeudalizmu nie jest całkiem pozbawione sensu.
Oczywiście nie wiemy na pewno, czy to wszystko się zdarzy. Ale ogromne zmiany struktury społeczeństw, w których żyjemy, są pewne.
Na to nakładają się i przyspieszają wstrząsy społeczne rewolucja technologiczna i towarzyszące jej głębokie przekształcenie reżimu komunikowania. Właściwie w historii porównać można to przekształcenie do tego, co stało się w momencie wynalezienia pisma, a potem w czasach rewolucji Gutenberga. W szczególności tej ostatniej towarzyszyły potężne wstrząsy, które dość dobrze znamy: reformacja, wojny religijne, spustoszenie Europy i przejście średniowiecza w nowożytność.
Dzisiaj jeszcze nie skonsumowaliśmy skutków pojawienia się www z kwitnącymi na jej glebie mediami społecznościowymi w rękach korporacji, a już nasz reżim pracy wysadzany jest w powietrze przez upowszechnianie się AI.
To otwiera ogromne szanse – o wiele większa liczba osób może się zająć pracą twórczą i emocjonalną. Jak na razie AI potrafi te rodzaje pracy pozorować, ale nie realizować. Ta zmiana równie dobrze może zostać przechwycona przez technofeudałów, by pogłębić zależność „ludzi niepotrzebnych”, wyrzucanych z pracy młodszych programistów, początkujących prawników czy mało znanych dziennikarzy, od strumieni obrazów i comiesięcznej jałmużny, choćby w postaci „dochodu podstawowego”, którą mogą im dostarczać. Znowu nasuwa się porównanie do schyłkowego imperium rzymskiego.
Nadzieja radykalna
Czy jest jakaś postawa, którą człowiek racjonalnie myślący może przyjąć wobec tego nawarstwiającego się splotu zmian, przyspieszeń i niepewności? Albo inaczej: czy wobec sumy niewiadomych postawa zaprzeczenia i kurczowe trzymanie się „dawnych, sprawdzonych” sposobów działania, zalecane przez konserwatystów, nie jest jednak całkiem dorzeczne i realistyczne?
Gdyby było możliwe, byłoby realistyczne. Problem w tym, że pod powłoczką trwania „dawnych, dobrych czasów” zmiany nieuchronnie zachodzą i wywołują potężne skutki. Świetnym przykładem jest tu sprawa migracji. Retrotopie dawnego Zachodu pragną społeczeństw monoetnicznych, białych, „czystych”. Jednak społeczeństwa europejskie nie mają dzieci. Ktoś musi pracować w szpitalach, na budowach, w usługach i w centrach segregacji śmieci. I w tych ostatnich fabrykach, które zostały. Więc jednak, jak nie przymierzając rząd PiS-u, migrantów się wpuszcza, a nawet sprowadza. Tylko udaje się, że ich nie ma. Skutek tego jest jednak taki, że rośnie grupa ludzi pozbawionych wszelkich praw obywatelskich, a zatem też ludzkich. Równość ludzi wobec prawa zostaje zakwestionowana, bo ktoś z „dobrym” paszportem ma zupełnie inne prawa niż ktoś ze złym. Rodzi się społeczeństwo kastowe. Gdy jednak równość praw ludzkich zostanie zakwestionowana, nierówność, czyli usankcjonowana hierarchia przywilejów i obciążeń, zaczyna rozlewać się jak zaraza.
Trzeba przeto wrócić do pytania: czy jest jakaś postawa, którą racjonalnie myślący człowiek może przyjąć wobec nadchodzących wstrząsów?
Niedawno zmarły psychiatra i filozof Jonathan Lear ukuł znakomity termin, który wydaje mi się odpowiedzią na to pytanie: „nadzieja radykalna”. Znalazł ją w historii jednego z ludów rdzennych Ameryki, plemienia Wron, które na przełomie XIX i XX w. musiało zmierzyć się z całkowitą katastrofą i unicestwieniem swojego dotychczasowego sposobu życia. Struktura egzystencji Wron, ze wszystkimi zachowaniami, obyczajami, rytuałami, wartościami, hierarchiami społecznymi i związanym z nimi porządkiem, zapadła się w nicość.
I nie chodzi tu o jakąkolwiek egzotykę czy romantyzowanie pierwotnych mieszkańców Ameryki. W istocie nawet nie o nich tu chodzi – chodzi o nas wszystkich. Nadzieja radykalna jest odpowiedzią na pytanie o postawę wobec zapadania się w niebyt pewnego świata.
Jaką postawę mamy przyjąć w sytuacji, w której wypływamy ze znanego nam portu, portu, w jakim spędziliśmy życie, ale wiemy, że gdy wrócimy, tego portu już nie będzie? Albo raczej: że już nie wrócimy, że będziemy musieli zacząć od początku w jakimś innym miejscu i czasie, w innej pozycji w porządku egzystencji? Że po drodze poniesiemy ofiary, ale ostatecznie – zgodnie z zasadą nadziei – coś z nas przetrwa? Pierwsza i najważniejsza decyzja dotyczy tego, co ze sobą zabierzemy. Co w tym nowym świecie będzie nam niezbędnie potrzebne, a co okaże się zbędnym balastem, ciągnącym nas w otchłań?
Sądzę, że najważniejszym dobrem, które warto w taką drogę zabrać, jest ludzka wiedza i umiejętności. Pierwsze skojarzenie, które wobec tej odpowiedzi się nasuwa, to skojarzenie z umiejętnościami, nazwijmy je, technicznymi. Trzeba zabrać umiejętności inżynierów, biotechnologów, lekarzy, informatyków… Wielkie pamięci pełne przepisów i instrukcji… Zręczne ręce, zdolne konstruować i leczyć…
Tak, to jest oczywiste, sądzę jednak, że jest coś ważniejszego. Najważniejszym osiągnięciem cywilizacji, którą stworzyliśmy, cywilizacji rozlewającej się na cały glob, jest zasada równości ludzkich praw. A dziś pewnie powiedziałbym: równości pewnych podstawowych praw wszystkich istot czujących.
Ta cywilizacja ma bardzo wiele zła na swoim koncie. Często nazywa się ją – słusznie – cywilizacją niezrównaną w organizowaniu przemocy i stosowaniu jej na wielką skalę. Przemocy depcącej słabszych, ludzkich i nieludzkich, pojedyncze istoty i całe społeczeństwa. O tym pisali Adorno i Bauman. Ale jest to jednocześnie cywilizacja, która mocniej niż jakakolwiek inna wypowiedziała to, że równość praw jest wartością, wartością największą. Że wyrasta z podstawowego poczucia sprawiedliwości i że bez niej ludzie przestają być ludźmi. Jeśli więc odpływając z naszego portu, musimy wybrać coś najważniejszego, to winna być to zasada równych praw ludzkich. A właściwie: równości podstawowych praw istot czujących. I taki sposób organizacji ludzkich społeczności, który tę równość będzie odzwierciedlać.
Dziesięciu sprawiedliwych
Dlaczego jest to sprawa podstawowa? Mamy tu argument etyczny i pragmatyczny. Etyczny jest dość oczywisty. Poruszę jednak jeden jego aspekt, rzadziej przywoływany. Często krytyka, choćby antropocenu, głosi, że człowiek jest istotą tak zepsutą, iż właściwie jeśli zginie, to nic strasznego się nie stanie. Młodzi powtarzają: do diabła z tą okrutną bestią! Dla mnie zasada sprawiedliwości, na której oparte jest prawo równości istot czujących, jest jak dziesięciu sprawiedliwych Sodomy. Jest etyczną legitymizacją naszego istnienia. Pokazuje, że ludzie, i tylko – jak na razie – ludzie, potrafią wyjść poza okrucieństwo praw natury, gdzie silniejszy depce, a właściwie pożera, słabszego.
Niezależnie od argumentów tych, którzy idealizują naturę, twierdząc, że współpraca jest jej podstawową zasadą, bronił będę tezy, że naturą rządzi logika darwinowska. Jej miarę stanowi siła, intensywność, przewaga. Dla słabych, ostatecznie, nie ma miejsca. I to człowiek jest jednak jedyną istotą, która odważa się odwrócić tę logikę. Niektórzy umiejscawiają nawet moment pojawienia się reguły sprawiedliwości historycznie: gdzieś ok. V w. p.n.e. pojawiły się w różnych kręgach cywilizacyjnych nauczania, które głosiły zasadę sprawiedliwości przed siłą: Konfucjusza w Chinach, Gautamy Buddy w Indiach, Sokratesa w Grecji, proroków w żydowskim monoteizmie… Ja bym powiedział jednak, że w każdej formacji historycznej zmagają się ci, którzy realizują logikę darwinowską, z tymi, którzy głoszą zasadę sprawiedliwości. Oczywiście na miarę realiów swojej epoki. Od braci Grakchów w Rzymie i optymatów, którzy ich zamordowali, po ataki Elona Muska na empatię i Europę, z jej prawami socjalnymi, w każdej formacji społecznej są piewcy „naturalnej” nierówności i ich przeciwnicy, obrońcy równości praw. Szczególnie w epoce, gdy jedność biologiczna gatunku ludzkiego jest zagrożona przez postępy inżynierii genetycznej i nowoczesnej medycyny, gdy dostęp do „poprawionego” człowieczeństwa coraz częściej uzależniony jest po prostu od posiadanych zasobów finansowych, nacisk na równość praw ludzkich jawi się jako kluczowy.
Z równości praw wynikają zaś wszystkie inne ludzkie prawa, od prawa do życia do prawa, by być stroną umowy społecznej, czyli demokratycznie wpływać na kształt społeczeństwa. I odwrotnie, wyłączenie pewnych jednostek i grup z zasady równości praw ostatecznie prowadzi do różnych form zamordyzmów. Jeśli bowiem można odmówić pewnych praw komuś, jakiejś grupie, za chwilę można ich odmówić wszystkim.
Argument pragmatyczny brzmi zaś tak: wiemy wiele o społeczeństwach zinstytucjonalizowanej nierówności. Potrafią, owszem, budować piramidy jak starożytni Egipcjanie, jednak dzieje się to kosztem niezmierzonych ludzkich cierpień. Co więcej, są to społeczeństwa stagnacyjne; wąskie oligarchie okazują się przede wszystkim zainteresowane zachowaniem swoich przywilejów, utrzymaniem reszty w głębokim poddaństwie, a to oznacza, że niechętnie patrzą na zmianę i to, co nowe. Społeczeństwa równościowe o wiele lepiej wykorzystują zasoby jedynego dobra, jakie tak naprawdę mamy – zdolności do myślenia. I są bardziej elastyczne wobec nadchodzących ruchów tektonicznych. Wielość pomysłów, inicjatyw, dyskursów, wynikająca z mnogości ludzi zaangażowanych w szukanie rozwiązań, jest właśnie owym bogactwem, warunkującym elastyczność. Co więcej, to właśnie, że ludzie poszukują rozwiązań z różnych pozycji – inaczej kobiety, inaczej mężczyźni, inaczej ci z centrum społeczeństwa, inaczej ci z jego peryferii – zwiększa różnorodność możliwych odpowiedzi wobec nieznanego. Rzecz jasna, tworzy to problem ciągłej negocjacji wybieranych rozwiązań; chaos i niepewność z tym związane – również cecha demokracji – często służą zwolennikom dyktatur za argument przeciw równości praw.
Czy wobec tego utrzymanie takiej postawy, po stronie równości, jest jednak możliwe? Tak, sądzę, że jest to możliwe, a przekonanie to nazywam optymizmem apokaliptycznym. Wobec nadchodzących chlaśnięć mam nadzieję, że jakaś część gatunku ludzkiego przetrwa. Jeśli nie, to właściwie nie ma się czym martwić; przywołuję tu argument Epikura: tam, gdzie jest śmierć, nas już nie ma, tam, gdzie jesteśmy, nie ma śmierci. Jeśli więc przetrwamy wszystkie kryzysy, to będziemy mieli niepowtarzalną okazję, by trochę lepiej zbudować świat, w którym będą żyły nasze dzieci. Oczywiście może się zdarzyć, że w zgodzie z rozumieniem slaps proponowanym przez Naomi Klein wyzysk i niesprawiedliwość wezmą górę. Niezliczone dystopie filmowe pokazują nam takie światy. Od kanonicznych Mad Maxa, Łowcy androidów i Wodnego świata, a w Polsce filmów Szulkina, przez Matrix, po różne warianty inwazji zombie, z The Last of Us jako interesującą wariacją na ten temat, karmieni jesteśmy strasznymi obrazami załamania się znanego nam porządku. Sądzę jednak, że ochrona zasady równości praw, pamiętanie o niej – cokolwiek się zdarzy – i walka o to, by niezależnie od okoliczności była stosowana w praktyce, stwarza podstawy do optymizmu, bo pozwala ukierunkować zbiorowe działanie. Możliwe są wydarzenia trudne, może nawet apokaliptyczne, ale potem możemy zbudować świat lepszy od tego, który teraz się kończy.