Subskrybuj
Tuaregowie podczas tańca „Takuba 38 Agar” w Tamanrasset na Saharze w Algierii fot. Fazil Abd Erahim/Anadolu/Getty
Dziennikarka i aktywistka w organizacjach zajmujących się pracą z mniejszościami i uchodźcami. Zainicjowała Marsz dla Aleppo nominowany do Pokojowej Nagrody Nobla w 2018 r. Uczestniczka warsztatów i współpracowniczka Haliny Bortnowskiej

Muzyka piasku

Anna Alboth, reporterka i aktywistka nominowana do Pokojowego Nobla, do tworzenia każdego tekstu zaprasza lokalnego dziennikarza z innej części świata. Razem z nim opowiada o miejscach i ludziach, o których nie przeczytamy na pierw-szych stronach gazet i których nie odwiedzimy na wakacjach, a których los zależy od wielkiej polityki

Dżanat jest małe i zanurzone w wielkiej pustyni. Tito mówi o tym jak o czymś oczywistym, a jednak za każdym razem, gdy to powtarza, mam wrażenie, że próbuje mi przesunąć w głowie skalę świata.

– My jesteśmy jak taka mała mucha w środku wielkiej przestrzeni. – Śmieje się, a potem przestaje się śmiać, jakby ta mucha nagle poczuła, że to nie żart.

Miasto widziane z góry przypomina jasną plamę: kilka ulic, market, trochę świateł, które nocą udają, że potrafią konkurować z niebem. A wokół – ta sama rzecz w tysiącu odmian: piach, piasek, żwir, kamienie, skały. Formacje Tasili wyrastają jak kamienne baszty, a między nimi rozkładają się wydmy Ergu Admer, które wyglądają tak, jakby ktoś przykrył ziemię miękkim, pomarszczonym kocem. Pustynia co parę kilometrów zmienia kolor i kształt – zdaje się, że ma własne nastroje. Albo że jest muzyką, tylko bez instrumentów.

I dopiero tutaj, na mapie, dociera do mnie absurd tej odległości: Algieria jest największym państwem Afryki i dziesiątym największym na świecie, zajmuje ponad 2,38 mln km2 – to siedem razy tyle co Polska! Lot z Algieru na południe kraju do Dżanatu potrafi trwać dłużej niż lot z Algieru do Paryża – stolica jest bliżej Europy niż własnej pustyni. To nie metafora, to czysta geografia.

Tito jest stąd. Z Dżanatu i z pustyni wokół. Z tej części Sahary, gdzie Tuaregowie Kel Ajjer żyją w cieniu skał i w świetle, które nie potrzebuje lamp. On mówi o pustyni jak o kimś bliskim – czasem z czułością, czasem z pretensją.

– Pustynia niekiedy decyduje za ciebie. Zmienia plany, trasę, charakter dnia – zauważa. A kiedy wiatr zaczyna mieszać piasek, a niebo matowieje, słyszę w jego głosie coś dziecinnego, coś bezradnego. – Czasem jestem na nią zły. Jak na moją mamę. Czasem bywa trudna we współżyciu. Jak burza piaskowa.

Nie umiem tego wytłumaczyć ludziom z Warszawy: że można się obrazić na krajobraz. Że pustynia nie jest tłem, tylko partnerką – czasem trudną, czasem łaskawą. Że ona nie jest „pustką”, lecz pełnią, która wymaga pokory. A jeśli ktoś mi mówi, że słowo „pustynia” pochodzi od pustki, to mam ochotę zaprzeczyć od razu, z całą pewnością osoby, która wciąż nie może wytrzepać piasku z plecaka, choć minęło już kilkanaście dobrych tygodni od powrotu: na Saharze nic nie jest puste.

Tuaregowie mówią, że Bóg stworzył kraje bogate w wodę, żeby ludzie byli szczęśliwi, a pustynie – żeby mogli odnaleźć duszę. Brzmi jak aforyzm do magnesu na lodówkę. Dopóki nie spędzisz kilku nocy wśród wydm, gdzie cisza jest tak głęboka, że słychać własny oddech i bicie serca, i gdzie twoje myśli nie mają się o co zahaczyć – więc w końcu zaczynają mówić prawdę.

Chłopak, który wolał przestrzeń

Kiedy Tito był mały, nie wybudowano jeszcze w Dżanacie asfaltowych dróg. Dzielnica, w której się urodził, była w zasadzie częścią pustyni – piasek zaczynał się zaraz za progiem, a miasto kończyło się, zanim człowiek zdążył się na dobre rozpędzić.

– Ciągle chcieliśmy iść na pustynię – mówi. – Ale mama się martwiła.

W jego opowieści dzieciństwo ma smak kurzu i buntu. Pustynia była zakazana tylko dlatego, że była zbyt wielka. Zbyt łatwo było w niej zniknąć.

Pustynia nie jest metaforą: to miejsce, w którym rzeczywiście można umrzeć z głodu, pragnienia albo zwykłej nieuwagi.

– Nie zważałem na niebezpieczeństwo. Z psami uciekaliśmy na pustynię – wspomina, i znów w tej historii jest coś niebezpiecznie pięknego: chłopak, który woli wolność i przestrzeń od strachu.

Najbardziej zostaje mi w głowie scena, którą opowiada prawie mimochodem:

– Jak miałem może dziewięć lat, z kuzynami i kolegami na bosaka uciek­liśmy na pustynię. Wieczorem, po powrocie, mama mnie zbiła potwornie.

Tito śmieje się na końcu tej historii, jakby chciał ją odczarować:

– Miałem buntowniczy charakter. A dziś jako przewodnik wiem, jak łatwo na pustyni spotkać żmiję albo spaść ze skały.

Patrzę na niego i myślę, że ten bunt pozostał mu w oczach. Tylko nauczył się go nosić jak tagelmust – owinięty, ukryty, praktyczny. Tagelmust, nazywany tu też z arabskiego „szaszem”, to pięcio albo sześciometrowy turban, który zasłania usta i nos.

Dżanat, z którego pochodzi, jest jak dziwny port bez morza: oaza, do której się nie przypływa, ale dociera samochodem przez pustynię albo samolotem. Dziś mieszka tu około 15 tys. ludzi.

Tito opowiada mi, że Dżanat ma w sobie dwa rodowody. Jeden – osiadły, „miejski”, dawny: ludzie, którzy od pokoleń uprawiali ogródki, ciągnęli wodę ze studni, żyli bliżej murów i palm. Drugi – nomadyczny: to ci, którzy przychodzili później, wciąż w ruchu, w namiotach, na terenach dzisiejszego parku, tam, gdzie kamień przechodzi w piasek. I w tej mieszance, w tych dwóch rytmach – osiadania i odchodzenia – kryje się coś ważnego: Dżanat to nie tylko „brama na pustynię” dla turysty. To miejsce, które samo jest kompromisem między bezruchem a drogą. Kiedy pytam, skąd są ludzie tutaj, Tito wzrusza ramionami:

– Albo od tych, co osiedlili się dawno temu, albo od nomadów.

Jakby w tej odpowiedzi było wszystko.

Między mapą a pustynią

Słowo „Tuaregowie” brzmi w Europie jak jedna opowieść: niebieskie tagelmusty, karawany, pustynny blues. W rzeczywistości to naród rozpięty między granicami, których nikt na pustyni nie widzi. Na świecie jest ich ok. 3,5–4 mln. Najwięcej w Nigrze, potem w Mali. W Algierii – najmniej, ok. 100–150 tys. Krewni w różnych krajach, wspólnota rozlana na mapie.

– Rodziny mamy wszędzie, w całym regionie – mówi Tito.

Nomadyczny styl życia był kiedyś prosty w jednym sensie: w głowie nie było granic. Trzeba było iść za zwierzętami, znaleźć wypas, wodę, cień – a to oznaczało ruch. Dla państw granice są świętością. Dla nomadów – tymczasową kreską na papierze.

Jednocześnie to nie jest „jeden lud” w naiwnym znaczeniu. To jedna wielka rodzina podzielona na rody, klany, plemiona. Jedność i odrębność naraz. Jakby każdy grał tę samą skalę, ale w innej aranżacji. Małżeństwa też często splatają te mapy: Algieria–Niger, Niger–Mali, Libia–Algieria. I nagle okazuje się, że geografia polityczna jest tu młodsza niż genealogia.

„Tuareg” to słowo nadane przez Arabów, w dodatku w wariancie, który w opowieściach wraca jako pejoratywny: „opuszczony przez Boga”, ludzie z końca świata. Tito mówi, że Tuaregowie nie lubią tej etykiety – ale świat tak ich nazywa, turystyka tak ich sprzedaje, kultura popularna tak ich zapamiętała. I w końcu… człowiek uczy się żyć z cudzym słowem, tak jak uczy się żyć z cudzą mapą. Teoretycznie Tuaregowie należą do grupy Amazigh, czyli szerokiej grupy etniczno-językowej rdzennych ludów Afryki Północnej – od Maroka po Libię i Sahel, historycznie określanych przez Arabów i Europejczyków „Berberami”.

W praktyce nie każdy Tuareg określa siebie słowem „Amazigh” – częściej mówi o sobie po prostu jako o Tuaregu, członku konkretnej wspólnoty, plemienia, pustyni.

Samo słowo „Amazigh” znaczy „wolny człowiek” – i trafnie oddaje charakter tego ludu. Nagle wszystko zaczyna pasować do Tita i jego niechęci do „europejskiego niewolnictwa” w krawacie. I nawet jeśli to skojarzenie jest popkulturowe, mam ochotę je sobie zostawić na chwilę: jak Fremeni z Diuny, lud pustyni, który nie wierzy w wygodę jako sens życia. Może dlatego w tych opowieściach pustynia jest nie tyle tłem, co szkołą wolności.

W Algierii Tuaregowie żyją inaczej niż ich krewni gdzie indziej – w sposób bardziej osiadły, częściej w betonowych domach, z pracą powiązaną z turystyką. Pustynia została, jednak rytm dnia zmienił się przez nowe zasady, pozwolenia, formalności, przez to dziwne uczucie, że nawet na wydmie ktoś może stać z tyłu – niewidoczny, ale obecny. Jak cień, którego nie rzuca ani drzewo, ani skała.

Tuaregowie mówią różnymi dialektami języka, który Europejczyk wrzuca do jednego worka. W Algierii – tamahaq. W Mali – tamasheq. W Nigrze – tamajaq i tamajeq. Łączy ich alfabet tifinagh – geometryczne znaki, które wyglądają jak gwiazdy zamienione w litery. Kiedyś to kobiety częściej przekazywały go dzieciom – bo mężczyźni bywali w drodze. Dziś jednak coraz więcej z nich mówi tylko po arabsku.

Tuaregowie w Dżanacie czują się zarówno Tuaregami, jak i Algierczykami. To się nie wyklucza. Ktoś nazwał ich kiedyś Romami pustyni i być może to porównanie jest najbardziej trafne. Żyją po swojemu, ale rytmem kraju, w którym się urodzili.

A rytmy się zmieniają. Młodzi w mieście? Bez tagelmustu, w sneakersach, na TikToku i Spotify. Nie wstydzą się pustyni, lecz uczą się przełączać kody. Jakby tożsamość była tkaniną, którą raz owija się ciasno, a raz zostawia luźną, zależnie od wiatru.

Na zdjęciach tuareskich mężczyzn najbardziej widać oczy. Reszta twarzy znika pod przykryciem. Tutaj tylko mężczyźni zakrywają twarz, nie kobiety. W Europie ludzie reagują na to odruchem interpretacji: religia, zakaz, kontrola. Tymczasem Tito mówi o tagelmuście prosto, jak o skórze.

– Szasz to moja tożsamość. Jakbym wyszedł bez niego, czułbym się goły.

To nie jest kostium do zdjęcia na Instagramie, a przynajmniej nie tylko. To jest granica między nim a światem.

– To ochrona przed słońcem i piaskiem, a także przed tym, co wchodzi w człowieka przez usta: złe słowa, złe moce, złe spojrzenia. I jeszcze coś: zasłonięte usta to sposób, by nie zdradzać emocji. Bo o człowieku mają świadczyć czyny, nie mimika – mówi mi inny Tuareg.

Samo mówienie też niewiele znaczy, Tuaregowie nie są wylewni.

Myślę wtedy o tym, jak Europejczycy uczą się „autentyczności”: mów i pokaż, co czujesz, wyrzuć to z siebie. Tu działa to inaczej.

Logika piasku

Pustynia ma swoją logikę. A raczej: ma ich kilka. Są miejsca zwane reg – kamieniste równiny pokryte żwirem, płaskie jak stół. Są hamady – wyjałowione płaskowyże skalne, krajobrazy upiorne i piękne jak martwe planety. I są ergi – morza piasku. Wydmy stanowią tylko niewielką część Sahary, ale to one działają na wyobraźnię jak refren.

Historycznie niektóre tuareskie konfederacje klanów zajmowały się handlem złotem, solą, kością słoniową, prosem, daktylami, bronią, tkaninami, drewnem, skórą, tytoniem, herbatą. Gdy sami nie handlowali, eskortowali karawany. To było życie, w którym droga była pracą, praca zaś drogą.

Tylko że dziś wyżyć z pustyni jest trudniej. Zmiany klimatu, susze, transformacje cywilizacyjne – wszystko to rozcina stare szlaki. Trudniej żyć z wypasu kóz, owiec czy dromaderów. I nawet jeśli pustynia wciąż jest królestwem, to królestwo coraz częściej wymaga innych źródeł utrzymania.

Na pustyni wszystko może mieć nazwę: drzewo, jeziorko, skała, wydma, kamień. Tito mówi, że nazwa jest jak punkt zaczepienia. Jakby w oceanie piasku trzeba było przybić choć jeden gwóźdź.

Kiedy jedziemy w stronę Tadrartu, pustynia zaczyna się zmieniać co kilka kilometrów. Skały Timghas wyglądają jak scenografia do filmu science fiction. Łuki w Tamezguidzie przypominają zamrożone fale. Iglica Moul’n’Naga stoi jak samotny palec. W pewnym miejscu pojawia się Tigharghart – „skała płaczących krów”, rysunki naskalne z czasów, gdy Sahara była zupełnie inna.

– Wyobraź sobie, że kiedyś tu nie było pustyni – mówi Tito w jaskini, przesuwając palcem po konturach zwierząt. – Były tu rzeki, konie, słonie i żyrafy.

Zawsze mnie to zawstydza: moja europejska pewność, np. ta tu: że pustynia była „od zawsze”. A ona jest tylko etapem. Tito kuca i palcem maluje na piasku mapę krajów sąsiedzkich. Nie robi tego dla efektu. Dla niego mapa jest jak piosenka – znasz ją na pamięć, nawet jeżeli nigdy nie widziałeś nut.

Instrumenty wędrówki

Tito nie ma zegarka. A i tak zawsze wie: że pora na poranny spacer, na lunch, by rozbić namioty lub ruszać w drogę. W Europie czas jest urządzeniem. Tutaj – cieniem.

Wszystko zaklęte jest w piasku, w kolorze światła, w długości cienia rzucanego przez drzewo, skałę, wydmę. Tuaregowie potrafią powiedzieć, kiedy minęło 15 min, a kiedy 30. Jakby ciało miało w sobie metronom, ale nie mechaniczny – tylko słoneczny.

Tito mówi o tym bez patosu:

– Widzę cień i widzę słońce. Kolor światła jest inny o dziesiątej, inny w południe. Trzeba bywać na pustyni, żeby nie zatracić tej umiejętności.

Jeśli pustynia ma swoją melodię, to instrumenty zmieniały się z czasem. Najpierw był wielbłąd. Potem namiot. Dziś coraz częściej jest nim samochód i betonowy dom. Ale tryb „wędrówka–przetrwanie” pozostał. Zmienił się instrument, nie melodia.

Historycznie: Tuareg i wielbłąd to duet starszy niż większość naszych map. Wielbłąd wymaga przestrzeni do wypasu – więc wymusza wędrówkę. Jednocześnie umożliwia ją, bo tylko na jego grzbiecie da się pokonywać pustynię bez rozpadnięcia się na kawałki.

Są słowniki, w których naliczono dziesiątki określeń na wielbłądy i wielbłądzice: według wieku, płci, umaszczenia, siły, przeznaczenia, nawet temperamentu. To nie jest język zoologii. To jest język relacji.

Niektórzy z chłopaków z Dżanatu są na pustyni nawet 25 dni w miesiącu. Turystyka ma swój rytm: odwożą jedną grupę na lotnisko, za chwilę ląduje następna. Trzeba zatankować samochody, dokupić zapasy do kuchni, uzupełnić wodę. Wskoczyć do domu, umyć się, zobaczyć na moment dzieci. A potem znów w drogę. Namiot można zwinąć w moment. Obozowisko w godzinę. Fundament domu jest inny. W Dżanacie są betonowe domy, jednak w środku często widać pustynię: materace na ziemi, jedzenie na tacach, dywany zamiast krzeseł. Jakby dom był kompromisem, a nie spełnieniem. Jakby beton tylko zatrzymywał wiatr, natomiast reszta miała pozostać w ruchu.

Pustynia gra na zmysłach

Najtrudniej pisać o Tuaregach bez kobiet. Bo choć na zdjęciach z pustyni częściej widać mężczyzn w tagelmuście, to w kulturze wiele rzeczy biegnie przez matkę. Jesteś Tuaregiem, jeśli twoja matka była Tuareżką. W tradycji to kobieta wnosi do małżeństwa namiot – dom. Mąż może w nim przebywać tylko wtedy, gdy ona jest obecna. Po rozwodzie to ona zostaje z namiotem. On wraca do namiotu matki – bo sam nie potrafi go zbudować.

Kobiety były też muzyką. Tylko one kiedyś grały na imzad – jednostrunowych „skrzypcach” z wygiętym smyczkiem z końskiego włosia. Tylko one grały na tende – bębnie z koziej skóry. Muzyce towarzyszyła poezja śpiewana: opiewała czyny dzielnych mężczyzn, piętnowała tchórzy. To nie była rozrywka. To był system reputacji.

Jest w tym coś, co brzmi jak dawna, surowa demokracja: jeśli kobiety uznały cię za tchórza, mogłeś ze wstydu odejść z danej społeczności. Jakby imzad miał moc większą niż sąd.

Dziś to mężczyźni znani są z grania muzyki, a muzyka przeniosła się na gitary. Współczesny tuareski „pustynny blues” jest głośniejszy, bardziej transowy. I niesie w sobie gniew, żal, tęsknotę – rzeczy, których czasem nie wypowiada się wprost. Śpiewa się o dystansie. O oddzieleniu. O podróży. O powrotach do rodzinnych stron – i o tym, że „wracać na Saharę” brzmi jak powrót do siebie.

– To pustynia dała wolność Tuaregom – mówi muzyk Nabil Baly Othmani. – Pamiętam starszyznę Tuaregów: kiedy tylko coś ważnego się wydarzyło, pojawiała się piosenka.

A Tito mówi o słowach piosenek tak, jak mówi się o tlenie:

– Są piosenki, które śpiewa się w innych miejscach Sahary… i takie, których nie śpiewałoby się w telewizji.

Nie dopytuję. Wystarczy mi to „nie”. Wystarczy świadomość, że pewne melodie żyją tylko nocą, tylko na wydmach, tylko przy ognisku – jak zwierzęta, które wychodzą dopiero wtedy, gdy robi się ciemno.

W czasie dłuższych przerw lunchowych ktoś łapie gitarę. Ktoś inny przynosi kanistry na wodę, które służą jako bębny. Wieczorem śpiewanie nie ma końca. Co piosenka, to pełne zaangażowanie. I nie ma znaczenia, czy turyści są obok czy nie.

Wracam do polskiego słowa „pustynia”. Jakoś nie pasuje mi, żeby pochodziło od „pustki”. Pustynia atakuje zmysły. Ciszą – taką, że koncerty brzmią mocniej, a własne myśli mają więcej miejsca na warkot. Wzrokiem – księżycowymi krajobrazami, które zmuszają oczy do czujności, do łapania drobiazgów: delikatnych śladów na piasku, cienkiej kreski, która mówi „tu przechodziło coś żywego”. Smakiem – bo woda smakuje jak wydarzenie, herbata jak cała filozofia dnia.

Pustynia jako test

Dla turysty z daleka wyprawa na pustynię to „przygoda życia”. Dla Tita – praca. Ale też ostatnia przestrzeń, gdzie „czuje się wolnym”, gdzie można zagrać coś „tylko dla swoich”.

Są turyści, którzy przyjeżdżają przygotowani: czytali mapy, książki, artykuły. Wiedzą, gdzie są. Wiedzą po co. Z nimi Tito lubi rozmawiać. Pokazuje im rośliny, ślady, opowiada, tłumaczy.

– To mi sprawia przyjemność. Ktoś jest naprawdę zainteresowany. Wtedy ja bardzo dużo chcę dać – mówi. – Są tacy, którzy „zaliczają” kolejny kraj. Nie interesują ich nasze imiona. Zrobią chłopakom milion zdjęć i nagrają filmiki, jak grają na gitarach.

Tuaregowie przywykli. To wlicza się w deal: turysta płaci, chce egzotyczny obrazek, „autentyczny moment”. Lecz romantyzowanie pustyni jest luksusem ludzi, którzy zawsze mogą z niej wrócić. Tito śmieje się, kiedy się oburzam.

– Myślisz, że pamiętam imiona wszystkich turystów w grupie?

I ma rację. Ale ja i tak mam w sobie potrzebę „relacji” – jakby każdy kontakt musiał się zakończyć znajomością. Tuaregowie mają inne podejście: gościnność jest czynem, nie rozmową.

Niektórzy otwarcie sprzeciwiają się turystyce masowej i nie chcą brać w niej udziału. Nawet jeśli mogliby zarobić, nie pojadą z grupami na motorach czy quadach.

Tito mówi coś, co zostaje ze mną długo:

– Nawet jeżeli nie mówię waszym językiem, ja czytam charakter danej osoby. Widzę, kto jest w środku dobry, kto jest fajny, kto jest zły, kto jest egoistą. Bo jestem na pustyni jak lekarz czy psycholog. Nigdy nie poznasz kogoś tak jak w czasie podróży.

Pustynia jest testem. Nie spektakularnym. Codziennym. Czy umiesz iść wolniej? Czy umiesz milczeć? Czy umiesz nie mieć zasięgu i nie umrzeć z niepokoju? Czy umiesz się nudzić?

Rytuały przestrzeni

Kiedy lunch jest gotowy albo przed śniadaniem bądź kiedy turyści są na spacerze, wtedy jest czas na modlitwę. Ktoś odchodzi trochę dalej, żeby pomodlić się w samotności.

To jeden z tych momentów gdy pustynia robi się jeszcze większa. Bo modlitwa potrzebuje przestrzeni, a tu przestrzeni jest tyle, że aż boli.

Są zwyczaje starsze niż islam, lecz dziś funkcjonują jako „tradycja Tuaregów”. Trudno oddzielić jedne od drugiej. Pustynia wszystko filtruje: religię, obyczaje, język. Zostawia to, co działa w skrajnych warunkach. Resztę zaś rozwiewa.

Dla mnie pustynia ma smak tuareskiej herbaty. Mocnej. Bardzo słodkiej. Jej zaparzanie jest rytuałem, trwa długo i wymaga uwagi.

Wokół Salah stoją małe szklaneczki lepkie od cukru. Przelewa herbatę z czajniczka do drugiego, tworząc pianę. Szklaneczki zostawiają okrągłe ślady na piasku, więc wszędzie są kółka – jak drobne planety.

Mam wrażenie, że czas szykowania herbaty to rodzaj czekania. Jakby dopiero wtedy, kiedy jest w szklankach, można było zacząć rozmowy przy ognisku. W notesie zapisuje sobie zdanie od Salah:

– Anna, wiesz, czego potrzeba do zaparzenia herbaty? Żaru ogniska, czasu i przyjaciół.

Dość szybko robi się bardzo ciemno. A potem nagle pojawia się milion gwiazd. Brak miejskich świateł. Suche powietrze. Przejrzysta atmosfera. Droga Mleczna nie jest bladą smugą, ale jasną, niemal trójwymiarową strukturą. To nie złudzenie – to ta sama planeta, tylko inna perspektywa.

Kiedy mówię, że nad Warszawą rzadko widać gwiazdy – no, chyba że w jakąś superjasną noc – nie mogą uwierzyć. Patrzą na mnie, jakbym opowiadała o kraju bez wody.

Wystarczy zadrzeć głowę, siedząc przy ognisku, a między jedną dolewką herbaty a drugą można zobaczyć kilka spadających gwiazd. Jakby niebo też grało koncert. Jakby miało swoją perkusję.

Myślę wtedy o tifinagh – geometrycznych znakach alfabetu. I o tym, że może niebo było pierwszym pismem pustyni. Że Tuaregowie czytają gwiazdy tak, jak czytają piasek. Że wszystko jest tekstem, jeśli umiesz patrzeć.

Na pustyni nie ma zasięgu. Nie ma dzwonienia. Nie ma internetu w telefonie. Nie ma kontaktu ze światem. To nie tylko odpoczynek od pracy, ale też od newsów, wiadomości, przyzwyczajenia do dzielenia się z innymi tym, co u ciebie. Tydzień bez zasięgu jest dla dzisiejszych Europejczyków stanem rzadkim, prawie luksusowym. Pewnie dlatego tak wielu tu wraca.

– Dużo rozmów wydarza się, bo nie ma internetu – mówi turystka, która leciała na pustynię już kilka razy. – Najpierw przyjechałam sama. A potem chciałam się tą pustynią offline podzielić z narzeczonym, potem też z mamą. To taki quality time, z samą sobą i z bliskimi.

Idziesz na spacer przez wydmy, rozmawiasz, gapisz się na zachód słońca, śpiewasz przy ognisku. To wszystko masz tu i teraz, tylko i wyłącznie.

Wtedy rozumiem, że pustynia jest też lustrem. Bez ekranu. Bez powiadomień. Bez „sprawdź, co słychać”. Zostajesz z własnym rytmem. I jeśli ten rytm jest fałszywy, pustynia to usłyszy.

Wydma jest partyturą, lecz wiatr ciągle ją przepisuje. Ślady stóp znikają do rana. Kręgi po szklankach herbaty rozsypują się, kiedy ktoś przejdzie. I może o to chodzi. Może ta pustynia uczy, że nic nie jest na zawsze – poza samym ruchem. Poza tym, że wstajesz, idziesz, wracasz, rozpalasz ogień, nalewasz herbatę, słuchasz piosenki, która dotyka duszy.

A potem znów jesteś małą muchą w środku wielkiej przestrzeni. I nagle to wcale nie jest upokarzające. To ulga. Bo mucha nie musi udawać, że jest większa, niż jest.

Artykuł pojawił się w numerze: Chcę mieć serce spokojne