Czy jesteś pewna, że twój kot jest kotem? – zapytała mnie kiedyś przyjaciółka.
Popatrzyłyśmy na Dropsa siedzącego na stole między nami. Wyglądał jak kot, mruczał jak kot, lizał sobie łapę jak kot, a jednak nie byłam pewna.
Pojawienie się Dropsa w moim życiu to piękny przypadek – pojechałam do schroniska, żeby zaadoptować jego siostrę Dziubę, puchatego biało-rudego kotka, którego zobaczyłam na Instagramie Olgi Drendy. Jednak właścicielka schroniska na różne sposoby przekonywała mnie, żebym wzięłam parę. Siedziałam w sali pełnej małych kotków, jak w jakiejś dziecięcej fantazji, i rozważałam takie rozwiązanie. I wtedy zobaczyłam, że do transportera dla Dziuby wszedł inny kotek. Wszedł, wyszedł, wskoczył na górę, zeskoczył, znowu zniknął w środku, potarmosił kocyk.
Ale wariat. Żaden inny kot nie podszedł do transportera. A Drops, owszem, Drops był od małego ciekawski, nie bał się ryzyka, po prostu chciał poznać nowy obiekt w pomieszczeniu i nie myślał
o konsekwencjach. Jest taki jak ja, pomyślałam. I wróciłam do domu z dwoma kotkami.
Dropsem i Dziubą. Nadałam im imiona tego samego dnia, wystarczyło trochę na nie popatrzeć. Dziuba to właśnie taka Dziuba, ślamazarka, raczej niezdarna i powolna, ostrożna i stabilna. A Drops to sama słodycz, ale też tabletka ecstasy, środek na depresję, lek na szaleństwo. Po dwóch tygodniach nie było w domu mebla, który by nie miał śladów jego pazurów. W dziecięctwie uwielbiał wspinać się po drewnianych regałach z książkami, a potem zrzucać z góry wszystko, co dało się zrzucić, koniecznie w środku nocy.
A jednocześnie dużo bardziej niż Dziuba Drops od maleńkości potrzebował być w relacji ze mną i patrzył, patrzył. Obserwował, jak się czuję, czy wszystko jest w porządku i czy zamierzam go nakarmić. Jeśli widział, że płaczę, robił w tył zwrot i od razu szedł siknąć na łóżko. Nauczyłam się uważać w domu na swoje emocje, żeby nie obarczać nimi Dropsa. I nigdy nie zostawiać go samego na dłużej niż dobę, bo Drops bez człowieka po 24 godz. sika tam, gdzie jest miękko.
Jestem mu potrzebna do szczęścia, a on mi. Budzę się i leży na mnie Drops, siadam do biurka, a on mi się mości w ramionach, idę coś zjeść, a Drops już jest na stole, zasypiam, a on kładzie się między moimi nogami.
Dziuba inaczej egzekwuje bliskość, jej wystarczą jedna–dwie dłuższe sesje przytulania dziennie i tyle. A Drops potrzebuje być obok cały czas. Cieszy się, gdy do domu przychodzą ludzie, i zawsze przybiega, żeby się przywitać. Każdego gościa akceptuje od razu, uwielbia bycie w stadzie, wspólne siedzenie przy stole. A gdzie jest Dziuba? Dziuba czeka w ukryciu, aż wszyscy sobie pójdziecie.
Kocham oba moje koty, ale kocham je inaczej. Relacja z Dziubą jest stabilna i przewidywalna, nie ma w niej ani erupcji uczuć, ani rozczarowań. A Drops to płomień, poryw serca, potrzeba zlania się, ciągła obecność. Plątanina emocji. Wzajemne zrozumienie i bliskość. Umowa oparta na zaufaniu i przestrzeganiu zasad, bo Drops może po drabince wychodzić przez okno, ale tylko pod warunkiem że wróci, gdy go zawołam. I gdy go wołam, stojąc w oknie – wraca. Przychodzi się zameldować albo sprawdzić, czego od niego chcę. Jeśli mnie nie słyszy, wychodzę po niego i znajduję go w kilka minut, bo wiem, że nigdy się nie oddali. Dlatego weterynarz nazwał Dropsa kotem nie wychodzącym, lecz spacerującym. Dziuba ma dostęp do takiej samej wolności, ale nigdy z niej nie skorzystała. Dom jest dla niej światem, i to jej wystarcza.
Byliśmy bardzo szczęśliwym stadem, aż Drops zachorował i wszystko się zmieniło. Sześć tygodni, sześciu różnych lekarzy, kolejne diagnozy i koncepcje leczenia, i kot, który ciągle chudnie. Mimo biopsji nadal nie wiem, co mu dolega, i muszę dalej szukać odpowiedzi. Moja Słoninka zamieniła się w Skórkę. Jeśli kiedykolwiek patrzyliście na cierpienie kogoś, kogo kochacie, robiliście mu zastrzyki, podawaliście kroplówki i widzieliście, jak gaśnie w oczach, to znacie tę rozpacz. Strach, który nie pozwala spać w nocy. Patrzenie w oczy kotu, któremu nie potrafisz pomóc. Jak mu to wytłumaczyć? I wszystkie zwodniczo dobre chwile, gdy na moment jest tak jak dawniej, kot leży w moich ramionach, mruczy, wiem, że go nie boli, i tylko wyraźnie zaznaczające się kości pod miękkim futerkiem zdradzają, że dzieje się coś niedobrego, wobec czego ciągle jesteśmy bezradni. Kochamy swoje zwierzęta jak ludzi, sprzeciwiamy się ich cierpieniu, chronimy je, rozpieszczamy,
a nadal nie wiemy dobrze, jak je leczyć. Absurdalne poczucie bezradności.
Piszę te słowa, a między mną a laptopem leży Drops. Mruczy. Opiera o moje ramię łapkę owiniętą pomarańczową taśmą, chroniącą wenflon. Tak się boję, że mogę go stracić. I że razem z nim zniknie jakaś cząstka mnie. Że zniknie ta więź i nie powtórzy się już z żadnym innym kotem, bo żaden nie będzie miał wrażliwości Dropsa, jego empatii i hojności.
Dziuba jest kotem, bezdyskusyjnie. Ale czy Drops jest kotem? Jego mimika, uważność, rozedrganie i ciekawość świata tak bardzo przypominają mi mnie. Drops jest moim kocim lustrem. Gdybym była kotem, pewnie byłabym Dropsem. Kim jest moje zwierzę? Moje zwierzę jest trochę mną.
Nie martw się, pociesza mnie przyjaciółka. Przecież Drops to taki mądry, sprytny chłopaczek, i jeśli umrze, jego dusza wreszcie wcieli się w człowieka. Można się nabrać, że to kot, ale to przecież nie jest kot. Cały ten koci kostium ledwo na niego pasuje.