Z okazji 250. rocznicy podpisania Deklaracji Niepodległości chcielibyśmy przyjrzeć się amerykańskim mitom. Być może najbardziej znanym jest american dream, którego bankructwo ogłaszano wielokrotnie w ciągu XX w. Jak się ma amerykański sen w czasach Trumpa?
Cóż, istnieje kilka różnych amerykańskich snów. Tym najlepiej znanym mnie i człowiekowi, którego zdjęcie widać w moim biurze, Philipowi Rothowi, jest sen śniony przez imigrantów. Ich amerykańskie marzenie – z tysiącem wyjątków i zostawiając na moment na boku odrębne doświadczenia Afroamerykanów – stało się rzeczywistością.
Istnieją niezliczone rodziny imigrantów, które przybyły do Stanów w poszukiwaniu lepszego życia i w krótkim czasie osiągnęły więcej, niż mogły rozsądnie oczekiwać.
Tak było też z Twoją rodziną.
Moi przodkowie byli Żydami urodzonymi w Żytomierzu w Ukrainie. Przybyli do miejsca, które mój dziadek nazywał „tym krajem”, nie znając angielskiego i zaczynając od pracy w hurtowni rybnej. Udało im się wysłać swoje dzieci na studia, a mój ojciec – którego ojciec nie potrafił tak naprawdę czytać po angielsku – został profesorem literatury angielskiej XVIII w. A to z kolei mnie pozwoliło zajmować się pisaniem i pracować dla „New Yorkera”.
Tak jak przez dekady przybywali Irlandczycy, Włosi, Polacy czy Żydzi, tak dziś pojawiają się Indonezyjczycy czy Banglijczycy. I wciąż – mimo antymigracyjnej retoryki Trumpa – istnieje dla nich szansa na awans społeczny. Pamiętam, jak niedługo po wyborze Trumpa jechałem z moją żoną Marthą nowojorską taksówką. Wdaliśmy się w rozmowę z taksówkarzem, który był imigrantem z Bangladeszu.
Bez cienia skrępowania zakrzyknął: „Niech Bóg błogosławi Amerykę!”. Powiedział nam, że ma dwoje dzieci – jedno zostało lekarzem, a drugie inżynierem na Massachusetts Institute of Technology. Z dumą pokazał nam ich zdjęcia: „Zawsze pytałem moje dzieci: co wybieracie? Chcecie siedzieć z przodu, gdzie ja prowadzę taksówkę, czy na tylnym siedzeniu, jako pasażerowie? To wasz wybór w życiu”.
I dodał: „Oboje jeżdżą teraz z tyłu. Nie prowadzą taksówki jak ich ojciec”. Mój dziadek powiedziałby to samo. Tak więc ta strona amerykańskiego snu – przynajmniej do pewnego stopnia – wciąż jest prawdziwa.
Przypomina mi się scena otwierająca słynną sztukę Tony’ego Kushnera Anioły w Ameryce, w której rabin wygłasza mowę pogrzebową nad zmarłą kobietą, imigrantką ze starego świata, która przybyła z „litwackiego sztetla”. To jeden z tytułowych „motywów narodowych” Kushnera.
Właśnie tak! Tony czuł, że to jest prawda. Że te doświadczenia są prawdziwe i nie powinniśmy ich ignorować.
Odrębną sprawą są losy czarnych Amerykanów, o których zaczęliśmy otwarcie mówić dopiero w ostatnich 50 latach. Przeważającym doświadczeniem czarnych Amerykanów jest to, że ich dziadkowie byli robotnikami rolnymi, a wielu z nich jest obecnie przedstawicielami klasy średniej. Ale w tym przypadku za awansem kryje się brutalna historia niewolnictwa i dyskryminacji.
W gruncie rzeczy sam Donald Trump też mógłby zostać wpisany w imigrancki mit. W końcu wszyscy jego dziadkowie pochodzą z Europy i to tu jego ojciec osiągnął sukces.
Trump uosabia kilka amerykańskich mitów. Na pierwszym planie nie jest to mit sukcesu imigranta, lecz jego brat bliźniak: mit geniusza przedsiębiorczości.
Wiele osób mówiło mi, że my, mieszkańcy nowojorskiej bańki, nie rozumiemy w pełni, jak bardzo ludzie spoza Nowego Jorku zostali przekonani przez program telewizyjny The Apprentice, że Trump jest geniuszem biznesu. Miałem pewien niewielki wgląd w życie nowojorskich rodzin z branży nieruchomości, takich jak dynastia Tishmanów odpowiadająca za budowę wież World Trade Center (i ich współczesnego następcy – One World Trade Center). One pogardzały Trumpem, bo nie był on wielkim budowniczym, ale kimś, kto często jedynie użyczał swojego nazwiska powstającym nieruchomościom, zwykle dość lichym.
Część mitu geniusza przedsiębiorczości stanowi przekonanie, że posiada on jakiś sekret, receptę na sukces, który może ujawnić publiczności. Na tym opiera się też kult Warrena Buffetta, choć sam Buffett często mówi: „Po prostu miałem szczęście”. Trump umiejętnie na tym gra. Jedną z okropniejszych cech Trumpa jest jednak to, że zawłaszczył wizerunek superbiznesmena i oddzielił go od pierwotnego amerykańskiego marzenia – marzenia o sukcesie imigrantów. Rodzina Trumpa – tak jak wspominałeś – to imigranci, ale szczególnego rodzaju: pochodzący głównie z Niemiec, a zatem startujący z wyższego pułapu ekonomicznego niż np. ci z Europy Wschodniej. Dlatego Trump właściwie nie postrzega samego siebie w tych kategoriach.
W zeszłym roku podczas spotkania w Waszyngtonie niemiecki kanclerz Friedrich Merz wręczył Trumpowi oprawioną w złoto kopię niemieckiego aktu urodzenia jego dziadka. Pamiętam, że nie był zbyt entuzjastycznie nastawiony do przypominania mu o imigranckich korzeniach jego rodziny.
O, nie, nie był! Właśnie dlatego, że oddzielił jedno marzenie od drugiego. Dosłownie kilka minut temu widziałem, że Trump opublikował nowe tyrady na temat Hindusów i Chińczyków. Wątpię, żeby napisał je sam; prawdopodobnie zrobił to jego doradca Stephen Miller, który pełni funkcję podobną do Grímy Gadziego Języka z Władcy Pierścieni Tolkiena, szepczącego do ucha królowi, co ma mówić.
Trump nie toleruje obcych, co jest absurdalne i pełne hipokryzji, biorąc pod uwagę, że jego własne żony nie urodziły się Stanach. Jego obecna małżonka, Melania, mówi bardzo słabo po angielsku. Nie mam nic przeciwko imigrantom, którzy słabo mówią po angielsku – taka też była moja babcia. Ona nie przewodziła jednak przy okazji ruchowi przeciwko imigrantom, którzy odpowiednio się nie zasymilowali.
Jak to zwykle bywa w przypadku Trumpa, w jego zachowaniu jest tyle klaunowskiej groteski, że trudno go traktować poważnie, a co za tym idzie – dostrzec szkody, jakie wyrządza. To sprytny wybieg: wszystko wydaje się tak absurdalne, że osłabia poczucie zagrożenia.
Taka jest strategia Trumpa. Często ma ona absurdalny wydźwięk, co sprawia, że nie sposób brać na serio wielu spraw, dopóki nie zaczną się dziać straszne rzeczy. Byliśmy z żoną w Rzymie przez kilka tygodni i bardzo wyraźnie uświadomiliśmy sobie, że styl kojarzony z Benito Mussolinim opiera się na przesadnej pompatyczności i teatralności. Wywołuje śmiech, choć ostatecznie wcale nie powinien śmieszyć.
Trump przedstawił ostatnio projekt Łuku Tryumfalnego w Waszyngtonie na 250-lecie Deklaracji Niepodległości. Jest wzorowany na tym francuskim, przy czym może też nasuwać skojarzenia z gigantomanią Mussoliniego.
Pisałem o tym niedawno w „New Yorkerze”. Ludzie wciąż mi mówią: „Och, nie martw się tak o ten łuk, o nową salę balową w Białym Domu, o całe to okropne złoto w jego gabinecie”. Tylko że ja uważam, iż symbole są ważne. Żyjemy w wymiarze symbolicznym w takim samym stopniu jak w wymiarze materialnym. A kiedy codziennie obserwuje się, jak godność i przyzwoitość demokracji są poniżane, jest to bolesne i zniechęcające.
W kontekście mitu migranta trudno nie zastanowić się nad brutalnymi działaniami agentów ICE i oporem społecznym, którego byliśmy świadkami – tak właśnie rozpoczął się rok rocznicowy Deklaracji Niepodległości.
Niedawno ukazała się książka o Deklaracji Niepodległości – The Greatest Sentence Ever Written – napisana przez Waltera Isaacsona. Autor jest nazbyt ostrożny, bo omawia wszystkie zarzuty, jakie amerykańscy patrioci mieli wobec angielskiego króla Jerzego III, jednak nigdy nie wypowiada oczywistej prawdy, że te niesprawiedliwości są obecne w polityce Trumpa wobec zwykłych Amerykanów.
To szokujące, że widzimy uzbrojoną, paramilitarną jednostkę – a właściwie prywatną, tajną armię – której zadaniem jest łapanie imigrantów i wysyłanie ich do obozów koncentracyjnych. Jednostkę, która zabija na ulicy amerykańskich obywateli (jak w przypadku Renee Good zastrzelonej w swoim samochodzie przez agenta ICE czy pielęgniarza Alexa Prettiego zabitego podczas demonstracji). To jest niewyobrażalne.
Myślę, że kryzys, jaki dotknął Stany Zjednoczone w tym roku – jeśli mogę to tak ująć – to nie tylko kryzys polityczny i strategiczny. Mamy tu do czynienia z głębszą katastrofą psychologiczną, polegającą na ogromnej trudności w uwierzeniu w to, co naprawdę dzieje się w kraju.
W związku z tym naturalną reakcją człowieka nie jest akceptacja, lecz po prostu próba znalezienia sposobów na normalizację lub zminimalizowanie zjawiska, udając, że to coś zwyczajnego.
„The New York Times”, na swój sposób świetna gazeta, robi to codziennie, w większości przypadków nieświadomie. Umieszcza działania Trumpa i jego ludzi w koszyku oznaczonym jako „normalne zachowanie polityków”. Robi to, uważając, że nie da się postąpić inaczej, ponieważ brakuje mu wystarczającej przestrzeni poznawczej, by opublikować nagłówek o agresji na Iran: „Zaburzony człowiek rozpoczyna niebezpieczną wojnę”.
Ameryka, mimo działań ICE, jest i będzie krajem migrantów.
Tak, ale warto tu dodać jeszcze kilka słów. Możemy słusznie wskazać, że imigracja jest z reguły ogromnym dobrodziejstwem dla kraju. Zdecydowana większość imigrantów nie tylko jest pomocna i użyteczna, lecz także asymiluje się i chce odgrywać jakąś rolę w nowej społeczności.
Niemniej jednak prawdą jest, że w wielu krajach, od Szwecji przez Wielką Brytanię i Francję po Amerykę, mamy do czynienia z kryzysem politycznym spowodowanym w dużej mierze niechęcią wobec imigracji. Żywi się nią prawicowy ruch populistyczny. Strach przed imigrantami doprowadził do brexitu. Możemy nad tym ubolewać, jednak nie można negować, że taka jest rzeczywistość. Ludzie mają w sobie element ksenofobii i kiedy czują się przytłoczeni przez obcych, często reagują bardzo źle.
Administracja Bidena była pobłażliwa i nieodpowiedzialna, jeśli chodzi o wykorzystywanie luki w przepisach dotyczących azylu. Usłyszałem kiedyś mądre zdanie: „Jeśli liberałowie nie poradzą sobie z kryzysem imigracyjnym, zrobią to faszyści”. I to jest uzasadniony zarzut wobec administracji Bidena, która odmówiła uznania tego faktu. Nie znaczy to bynajmniej, że mamy akceptować, iż na ulicach pojawiają się zamaskowani mężczyźni, którzy łapią ludzi – czasem także z zalegalizowanym statusem – i umieszczają ich w obozach.
Jednym z symbolicznych przedstawień dla amerykańskiej historii jest Wielka Pieczęć Stanów Zjednoczonych zaprojektowana w latach 80. XVIII w., widoczna na każdej jednodolarówce. Znajduje się tam napis: Novus Ordo Seclorum, Nowy Porządek Wieków. Historycznie rzecz biorąc, jest to mit nowego projektu politycznego, który odbiega od monarchicznych systemów Europy. Czy uważasz, że żyjemy w momencie, w którym następuje budowa nowego, antyliberalnego porządku?
Jedyne, co mogę powiedzieć, to po prostu: „tak”. Motto, które zawsze kojarzy mi się z narodzinami naszego kraju, to E pluribus unum – „z wielu jedno”. Niewiele osób o tym wie, ale to wyrażenie pochodzi z przepisu kulinarnego, a mianowicie z Moretum, wiersza Wergiliusza, który opisuje przygotowanie tego, co dziś nazwalibyśmy pesto. To bazylia i ser, zmiksowane razem – w wierszu z tych wielu różnych składników powstaje jeden smak. Nie przypomina żadnego z elementów, lecz jednocześnie obejmuje je wszystkie.
To niesamowita idea, prawda? Możemy się zastanawiać, na ile świadome kształtowanie jednolitej tożsamości amerykańskiej było opresyjne, ale mimo wszystko podstawową ideą było to, że celem republiki amerykańskiej jest współistnienie. Stworzenie państwa świeckiego. Nie chodzi o państwo niereligijne, ale takie, jakie nie jest przywiązane do jednej wiary. W jakim ludzie o różnych pochodzeniu i o bardzo różnych przekonaniach mogliby współistnieć. To był eksperyment na historyczną skalę.
Przeczytam Ci fragment listu George’a Washingtona do społeczności żydowskiej w Rhode Island z 1790 r.: „Obywatele Stanów Zjednoczonych Ameryki mają prawo szczycić się tym, że dali ludzkości przykład rozszerzonej i liberalnej polityki: polityki godnej naśladowania. Wszyscy posiadają jednakową wolność sumienia i prawa obywatelskie. Nie mówi się już o tolerancji, jakby to dzięki łaskawości jednej klasy ludzi inna mogła korzystać z przysługujących jej naturalnych praw. Na szczęście rząd Stanów Zjednoczonych, który nie sankcjonuje bigoterii ani nie wspiera prześladowań, wymaga jedynie, aby ci, którzy żyją pod jego ochroną, zachowywali się jak dobrzy obywatele”.
To zaskakujące stwierdzenie ze strony bardzo konserwatywnego generała, właściciela niewolników. Wygłoszenie tych słów w Europie zaledwie 50 lat wcześniej byłoby nie do pomyślenia. To radykalne idee: przekonanie, że wspólne obywatelstwo ma pierwszeństwo przed tożsamością etniczną czy religijną, że żadna grupa nie będzie miała przewagi nad inną, że prawa mniejszości nie będą przyznawane przez większość z niechęcią, ale wszystkim przysługują z natury. Oczywiście w praktyce – ze względu na utrzymanie niewolnictwa – ten ideał długo nie zostawał w pełni urzeczywistniony.
Administracja Trumpa dzień po dniu zaprzecza tym fundamentalnym ideom republiki. J.D. Vance powiedział wprost w jednym z przemówień, iż ludzie, których przodkowie walczyli w wojnie secesyjnej, mają większe prawo decydować o Ameryce niż nowo przybyli. To radykalnie nieamerykańska idea. Jeśli mogę tak powiedzieć, jest to idea typowa dla europejskiej skrajnej prawicy.
W tle tego, co mówisz, leży mit wolności. Pisałeś dla „New Yorkera” na temat amerykańskiego stosunku do broni jako symbolu tejże wolności.
Niełatwo mi to zrozumieć. Próbowałem zgłębić ten temat w mojej książce Manifest nosorożca, czyli rozprawa z liberalizmem. Wiemy na pewno, że gdyby Stany Zjednoczone miały przepisy dotyczące broni podobne do tych w Australii, Kanadzie czy Wielkiej Brytanii, poziom przemocy gwałtownie by spadł. Obecne prawo do posiadania broni wiąże się z ogromnymi kosztami społecznymi – nie tylko pod względem liczby zabitych, ale także liczby osób, które żyją w strachu. Wszystkie nasze dzieci przechodzą obecnie ćwiczenia na wypadek strzelaniny, co powoduje olbrzymie szkody psychiczne.
Problem polega na tym, że broń stała się dla wielu z moich rodaków symbolem osobistej autonomii. Długo nad tym myślałem i doszedłem do wniosku, że dla większości Amerykanów – którzy ani nie są agresywni, ani nie mają morderczych skłonności – broń działa podobnie jak gitary elektryczne. W moim pokoju – mimo że nie jestem zawodowym muzykiem – mam kilka gitar, tak jak wielu mężczyzn z mojego środowiska. Są one symbolem wolności. Gdyby ktoś mi je odebrał, czułbym się nie tylko urażony, lecz i poniżony, jakby moja osobista autonomia została ograniczona. W tym sensie staram się zrozumieć to psychologiczne przywiązanie do broni.
Niemniej szczególną zaletą liberalnej demokracji jest to, że środki naprawcze – zarówno retoryczne, jak i praktyczne – są zawsze dostępne. Możemy wyrażać sprzeciw i protestować przeciwko zbiorowej irracjonalności – czy to w kwestii broni palnej, czy lekkomyślnych działań geopolitycznych. Choć liberalne demokracje – tak jak żaden inny system – nie mogą zagwarantować społecznego rozsądku.
Amerykańskie społeczeństwo przechodziło okresy szaleństwa: taki był czas po I wojnie światowej, kiedy anarchistka i wolnomyślicielka Emma Goldman została wydalona ze Stanów Zjednoczonych, epoka maccartyzmu czy też czasy Roya Cohna, mentora Trumpa i arcywroga wolności jednostki, które Kushner żywo przedstawił w Aniołach w Ameryce.
Myślisz, że za kilka lat autorzy będą pisać sztuki o Ameryce doby trumpizmu?
Tak, wierzę, że w przyszłości powstanie wiele książek o tych czasach. Żałuję, że obu mężczyzn, których portrety wiszą nade mną, John Updike i Philip Roth, nie ma już wśród nas, by mogli o tym pisać. Roth ujmowałby to zjadliwie i satyrycznie, a Updike z empatią, starałby się zrozumieć atrakcyjność trumpizmu. Postać z jego czterech powieści, Harry „Królik” Angstrom, jest dokładnie tym typem człowieka, który stałby się teraz zwolennikiem Trumpa.
Podkreślasz rolę artystycznej reprezentacji i satyry w przeciwstawianiu się naruszaniu liberalnego systemu…
Nie wiem, czy możemy wiele zmienić, ale to, co możemy zrobić, to być świadkami rzeczywistości. To nasz obowiązek.
Musimy podkreślać, że w obecnej polityce nie ma spójnego planu, racjonalnej strategii ani jasnego celu – tylko impulsywne działanie uzurpatora. Nie możemy tego ignorować. Mam wiele zarzutów wobec Ameryki, jednak gdybym miał wybrać spośród nich jeden, to ten, że zbyt mało osób uczciwie zaświadcza o szaleństwie, przez które przechodzimy.
Zwykle szanujemy dawnych pisarzy niekoniecznie dlatego, że zmienili świat lub swoje kraje, ale dlatego, że możemy spojrzeć wstecz i powiedzieć: mówili prawdę. Mój wielki bohater, Albert Camus, jest właśnie taką postacią. Mówił prawdę o II wojnie światowej. Mówił szczerze o Związku Radzieckim, na co nie zdecydował się Jean-Paul Sartre. Mówił też prawdę o wojnie algierskiej w sposób, którego francuska lewica nie była gotowa zaakceptować, pokazując, że francuscy koloniści byli kształtowani – i w pewnym sensie krzywdzeni – przez imperialne warunki, tak samo jak Algierczycy. Taki głos jest też potrzebny we współczesnej Ameryce.
Przywołujesz ideę prawdy i jej poszukiwania jako kolejny mit kultury amerykańskiej. Musimy jednak pamiętać, że według Instytutu Gallupa ok. 40% Amerykanów zadeklarowało w 2024 r., że są w stanie samodzielnie zweryfikować każdą informację, nie polegając na profesjonalnym dziennikarstwie. Dla porównania w 2004 r. – 20 lat wcześniej – tylko ok. 10% Amerykanów wyrażało taki poziom zaufania do swojej zdolności do samodzielnej weryfikacji informacji.
Najbardziej niebezpiecznym i złowrogim przejawem tego trendu w Stanach Zjednoczonych jest rozwój ruchu antyszczepionkowego. Wynika to z tego samego impulsu: nie tylko „potrafię zweryfikować fakty”, lecz także „potrafię przeprowadzić własne badania i wyciągnąć własne wnioski na temat bezpieczeństwa szczepionek”, niezależnie od poglądów wykształconych elit.
Niepokojące jest to, w jakim stopniu same wykształcone elity zaakceptowały ten zarzut. Jedną z rzeczy, które obecnie mnie niepokoją w Ameryce, jest słuchanie ludzi argumentujących, że za rozwój tego antynaukowego ruchu odpowiadają elity, które podczas pandemii COVID stały się zbyt odległe, lekceważące lub wprowadzające w błąd. To twierdzenie jest po prostu nieprawdziwe.
Wykształceni ludzie nigdy nie powinni przepraszać za to, że są wykształceni. Nie mogą być aroganccy i powinni pracować nad poszerzeniem dostępu do edukacji oraz szerszym dzieleniem się wiedzą – to sprawiedliwe i rozsądne oczekiwanie. Jednak pomysł, że wirusolodzy i immunolodzy wiedzą mniej o szczepionkach niż takie postaci jak Joe Rogan czy Robert F. Kennedy Jr., jest absurdalny.
Ludzie czasami przyjmują głęboko irracjonalne przekonania – teorie spiskowe i uprzedzenia, które istnieją od wieków. Nie zaradzi się takim wierzeniom, sugerując, że są one częściowo uzasadnione lub zrozumiałe.
Jedynym bezsprzecznie pozytywnym działaniem podjętym przez Donalda Trumpa było uruchomienie Operacji Warp Speed, programu mającego na celu przyspieszenie prac nad szczepionką na COVID-19. Prawdopodobnie każdy prezydent podjąłby podobne działania i nie znam tego procesu na tyle dobrze, by ocenić, w jakim stopniu wpłynęło to bezpośrednio na harmonogram. Uważam, że szczepionki mRNA były niezwykłym osiągnięciem naukowym i należy je docenić. Uderzające – i niepokojące – jest to, że Trump, kojarzony z tym jednym sukcesem, teraz go podważa, a jego stanowisko pokazuje, że nie kieruje się w tym najwyraźniej żadnymi spójnymi przekonaniami czy wartościami.
W Manifeście nosorożca piszesz, że autorytarna atmosfera trumpizmu przypominała dotychczas bardziej film Chłopcy z ferajny niż powieść Rok 1984. Że to bardziej mafijna rozwałka niż totalitarny system. Teraz jednak wydaje się, że coraz bardziej zbliża się do powieści Orwella. Zniekształcanie rzeczywistości staje się ekstremalne poprzez wpływ, jaki na politykę mają algorytmy i intrygi wielkich firm technologicznych.
Obecnie pracuję nad krótką książką zatytułowaną Kobieta bez głowy i mężczyzna bez głowy, opartą na moim doświadczeniu z czasów na krótko przed wyborami. Szedłem ulicą na Manhattanie, kiedy zobaczyłem coś, co wyglądało jak ciało bez głowy leżące na
89. ulicy.
Nie mogłem uwierzyć w to, co widziałem, i instynktownie cofnąłem się o krok. Zebrał się mały tłum, a ktoś powiedział: „To nie jest prawdziwe ciało – to tylko jakaś dekoracja na Halloween, która spadła z balkonu”. Przyjąłem to wyjaśnienie i pomyślałem, że nie ma się czym martwić. Ale kiedy szedłem do domu, zdałem sobie sprawę, że widziałem prawdziwe ciało. Okazało się, że była to starsza kobieta, która odebrała sobie życie, a jej głowa została odcięta podczas upadku.
Ten moment stał się dla mnie potężnym symbolem oderwania od rzeczywistości, o którym mówisz – naszej zdolności do przekonywania samych siebie, że świat nie jest niepokojący ani złowrogi, choć przecież tak naprawdę zdajemy sobie z tego sprawę, że taki właśnie jest.
To wydarza się codziennie. W naszym postrzeganiu rzeczywistości doświadczamy tak wielu wstrząsów, że w końcu zaczynamy ignorować kolejne. Odzwierciedla to strategię kojarzoną ze Steve’em Bannonem: polega na zalewaniu mediów nieustanną lawiną sensacyjnych i często absurdalnych informacji, przytłaczającą zdolność opinii publicznej do ich przetworzenia. Jest to świadoma i pod wieloma względami skuteczna strategia. Niekoniecznie dlatego, że ludzie zostają przekonani, ale dlatego, że są już wyczerpani. Nikt nie jest w stanie nieustannie śledzić i weryfikować każdej plotki, kłamstwa czy zmyślenia.
Najlepszą rzeczą, jaką można powiedzieć o społeczeństwach demokratycznych, jest to, że w samej swojej strukturze uwzględniają one możliwość wyrażania sprzeciwu. Nie jest to cecha opcjonalna; stanowi fundamentalny element ich budowy. Gdy taka możliwość nie istniała, niewiele dałoby się zrobić. Ale gdy istnieje, pozostaje szansa na reformy.
A więc Twoja nadzieja na trwałość amerykańskiej demokracji – i szerzej rozumianej demokracji liberalnej – opiera się na indywidualnym działaniu i odpowiedzialności.
Jest jeszcze jeden wymiar tej kwestii, o którym pisałem w „New Yorkerze” po wizycie w Polsce w zeszłym roku. Chodzi o znaczenie tworzenia i podtrzymywania praktyk równoległych. Jeśli chcesz żyć w otwartym społeczeństwie, musisz żyć otwarcie. Jeśli sprzeciwiasz się kłamstwom, musisz odmówić ich powtarzania. Jeśli wierzysz w demokrację, musisz aktywnie ją praktykować na swoim własnym podwórku.
Niedawno pisałem esej o dość mało znanej postaci, księciu Richmond, który mógł mieć znaczący pośredni wpływ – poprzez Thomasa Paine’a – na rewolucję amerykańską. Może to prawda, może nie, ale uderzyło mnie to, jak brytyjscy radykałowie, działający w półautorytarnym, monarchicznym społeczeństwie, stworzyli instytucje takie jak Królewskie Towarzystwo Sztuk Pięknych i Królewskie Towarzystwo Naukowe. Funkcjonowały jako instytucje równoległe, o bardziej demokratycznych i egalitarnych praktykach wewnętrznych niż szeroko pojęte społeczeństwo.
Wszyscy możemy bronić takich alternatywnych praktyk i równoległych instytucji. Opór to nie tylko sprzeciwianie się centralnej władzy, to także budowanie mniejszych sfer – czasopism, uniwersytetów, przestrzeni kulturalnych – gdzie można praktykować inne wartości.
Oczywiście książę Richmond mógł to robić częściowo dlatego, że był księciem, a także dlatego, że żył w XVIII-wiecznej Wielkiej Brytanii, która choć nie była w pełni demokratyczna, to jednak pozwalała na pewien stopień sprzeciwu. Jedną z trudniejszych lekcji współczesnej historii, począwszy od rewolucji francuskiej, jest to, że jeśli reżim jest gotów fizycznie eliminować przeciwników, może wyeliminować sam sprzeciw. Jeśli tak jak jakobini jesteś gotów zabić swoich przeciwników i ich rodziny, możesz utrzymać władzę. Obecny reżim irański to rozumie. Jeszcze niedawno mówiono, że poziom niezadowolenia społecznego w Iranie jest tak duży, iż rząd nie przetrwa. Ale przetrwał – bo był gotów użyć wystarczającej przemocy.
Nie jestem więc naiwny, jeśli chodzi o możliwości instytucji równoległych w gwarantowaniu wolności. Jednak dopóki istnieje jakaś przestrzeń, jedną z kluczowych nadziei amerykańskiego liberalizmu jest to, że takie autonomiczne instytucje będą nadal funkcjonować.
Tak jak „The New Yorker”, z którym jesteś związany od 40 lat?
Czasami uważam się za obywatela „New Yorkera” w takim samym stopniu jak za obywatela miasta Nowego Jorku. Magazyn – choć może to brzmieć nieco górnolotnie – tworzy co tydzień na swoich łamach model społeczeństwa pogodnego, otwartego, dbającego o prawdę. Poza dostarczaniem rozrywki, poza przekazywaniem wiadomości, poza wszystkimi tymi podstawowymi funkcjami celem jest pokazanie, jak wygląda otwarte społeczeństwo. Jest to też jeden z moich obowiązków jako pisarza.