Ledwo skończyłem czytać, a już miałem problem. Kolega zapytał mnie: „I jak? O czym to?”, a ja myślę: „Były sobie dwie siostry, które mieszkały w wielkim, pustym domu. Rodzice zniknęli, nie miały bogactw, ich całym majątkiem była ta druga. A potem zaczęło dziać się bardzo źle”.
Powyższe podsumowanie najnowszej powieści Ali Smith nie oddaje jej sprawiedliwości, bo siła pisarki drzemie w marginaliach. Gliff to gatunkowo dystopia, lecz nieodległa. Autorka nie wmusza w czytelnika złożonych realiów świata przedstawionego. Są w nim po prostu, jak „u nas”, prześladowcy i prześladowani, a do tej drugiej grupy trafiają główne bohaterki. Codzienność Rose i Briar nie różni się zanadto od naszej, ale wszechobecność i tajemniczość przemocy wprowadzają w powieści nastrój niepokoju. Smith wykorzystuje ten kontekst i operując prostymi środkami, pisze powieść psychologiczną, przywołując najważniejsze pytania o to, na czym oprzeć swoje człowieczeństwo i niezależność, gdy ktoś stawia je pod znakiem zapytania.
Polem walki z oprawcą staje się język. Jest plastyczny, a przez to zdatny do zmanipulowania: to w nim powstają zaklęcia, zmienia się sama natura rzeczy, przymiotniki zaś czy zaimki stają się insygniami władzy.
Gdy jedna z bohaterek wchodzi w posiadanie konia – bardziej adekwatnie będzie powiedzieć, że zostaje przez niego wybrana na przyjaciółkę – daje mu na imię Gliff, co w Szkocji oznacza błysk, rzut oka. Nie chce krępować go mianem dzierżawczym, lecz daje mu imię oznaczające swobodę. Z pochwałą takich radykalnych gestów wolności zostawia nas też Ali Smith, kierując uwagę ku temu, co najważniejsze: bezinteresownym relacjom, ważniejszym dla naszej duszy od wszelkiego posiadania.
Ali Smith, Gliff, tłum. Agnieszka Wilga, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2026, s. 272