W wykładzie inaugurującym VI Dni Tischnerowskie mówił Pan Profesor o dwuznaczności szczęścia[1]. Odróżniwszy „być szczęśliwym” od „mieć szczęście”, powiedział Pan, że możemy być szczęśliwi tylko pod warunkiem, że „mamy szczęście”, a więc: że nie chorujemy, że dorośliśmy w kochającej się rodzinie itd. Teza o nierozerwalnym związku obu tych aspektów zajmuje centralne miejsce w Pańskiej koncepcji filozoficznej. Do tego dochodzi przekonanie, że stoicki projekt szczęścia jako samowystarczalnego zadowolenia musiał upaść, ponieważ nie liczył się z tą zależnością. Wykład inauguracyjny skończył się wizją duchowej szczęśliwości, która zdaje się stanowić rezultat dialektycznego procesu między „być szczęśliwym” a „mieć szczęście”. Czy tak można sparafrazować Pana tezy? Myślę, że tak. Nie wszystkie języki dysponują wyrazem oznaczającym szczęście, które się ma, i drugim odnoszącym się do bycia szczęśliwym. Zarówno język niemiecki jak i polski mają tylko po jednym słowie. Filozofowie greccy natomiast usiłowali uniezależnić bycie szczęśliwym od szczęścia, które się ma. Projekt stoików musiał upaść. Już Augustyn wykazał to wyraźnie. Dookoła ludzie są nieszczęśliwi, miasta i całe kraje w gruzach, epidemie dziesiątkują ludność. Jeśli filozof mimo wszystko twierdzi, że jest szczęśliwy, wywołuje to słuszne oburzenie. Tomasz z Akwinu wskazał na jeszcze jeden problem. Zawsze istnieje możliwość choroby czy, mówiąc generalnie, zaburzenia psychicznego, które odbiera człowiekowi wewnętrzną możliwość bycia szczęśliwym. Wówczas filozoficzny projekt staje się całkowicie bezużyteczny. Okazuje się bowiem, że człowiek musi mieć szczęście, aby móc osiągnąć ten specyficzny filozoficzny stan szczęśliwości. Można co prawda abstrahować od dóbr zewnętrznych i dojść…