1.Minęła numer 12, chcąc znaleźć źródło miłych a niespodziewanych w mieście pochrząkiwań i gęgań. Od strony skweru, na podwórku za siatką, które kiedyś było kwietnikiem, żołnierz rzucał obfite resztki świniakowi i olbrzymim gęsiom. Znała to: gospodarstwo SS-manów. Gdzie rezydują? Pod czternastym? – Proszę bardzo. Co za gęsi, au!, co za gęsi! Na Wawelskiej trzymali całe stado w tę najgorszą zimę na dworze i gęgały dzień i noc. Żołnierz spojrzał i zaszwargotał, szczerząc zęby. „Jestem elegancka jak volksdojczka”, pomyślała wzgardliwie pani Tuśka i odeszła bez pośpiechu. Jej cokolwiek sfatygowane, ale bardzo warszawskie półbuciki na równie warszawskich nogach przykuwały jeszcze chwilę uwagę żołnierza, potem znów cmoknął na gęsi. Willa pod dwunastym miała wyraźnie jedno tylko wejście, ale za to furtkę ogrodową – w tej chwili otwartą, może jednak uda się ją zamknąć na klucz. Przeciwległy domek nieźle separowały od ulicy drzewa i krzewy, a tu był widok z okien pierwszego piętra. Na schodach zorientowała się, że mieszkanie, do którego zmierza, wychodzi na ulicę, nie na ogródki: to te właśnie okna z widokiem. Otworzyła jej drobna i szczupła młoda osoba, zamiast oczekiwanej siwej i tęgiej. Tuśka wkroczyła swobodnie, pytając o panią domu. – Ciotki nie ma i nie wiem, kiedy wróci. Jak to obecnie bywa, mnóstwo ciotek i takie w ogóle rodzinne stosunki. Tuśka nieproszona usiadła w przedpokoju, rozpinając lutry i zdejmując rękawiczki. Spojrzenie bardzo jasnych oczu młodej niewiasty musnęło jej ładnie utrzymane ręce. Orzechowe oczy, prawie tego samego koloru co krótko obcięta czupryna, nie przybrały żadnego wyrazu: – Można wiedzieć, czego pani sobie życzy? – Miałam właśnie omówić z ciotką sprawę mieszkania. Czy pani tu mieszka? Te dystanse obecne. Ja doprawdy nóg nie czuję. – Chodzi o odnajęcie pokoju? Niestety, to pomyłka. Nie ma nic wolnego. Pyszczek bardzo szczupły, prawie charci, wydatna kostka nosa obciągnięta przezroczystą skórą. W oczach o zbyt jasnych rzęsach nie można dopatrzyć się nawet niecierpliwości. Pani Tuśka wzdycha raz jeszcze, raz jeszcze patrzy w te oczy – ich zdecydowany brak wyrazu coś jednak jej mówi. Bo oto uśmiechając się i nie wstając, oświadcza: – Pani Lipkowska, znajoma ciotki, tu mnie skierowała. Niemalowane wargi mizernej siostrzenicy poruszyły się i po pół sekundzie odpowiedziały: – Do ciotki przyjechała rodzina, to już nieaktualne. Przybyła przed lustrem poprawiła kapelusz. – Żałuję. A państwo na długo? – czarujący uśmiech przepraszał za tupet. – Proszę pani, to doprawdy pomyłka. Pani zechce zwrócić się gdzie indziej. Schodząc lekko i wolno ze schodów, pani Tuśka usłyszała – chwilę nieruchomości w przedpokoju. Na dole dobiegły ją znowu pokwikiwania i chrzęst twardych gęsich skrzydeł. Przeszła dwadzieścia kroków ku Filtrowej i zatrzymała się, poprawiając korek w buciku. Cichy, ale charakterystyczny odgłos zaczął rozchodzić się z nieokreślonego, zapewne jednak tego właśnie, które dopiero co opuściła, miejsca. Była to maszyna. Zaczęła znowu terkotać – płytkim terkotem portable’a ustawionego na poduszce – zaledwie Una zastukała „wpuśćcie” i przekręcono za nią klucz. Głowy nie podniosły się znad roboty. Una, znacząc ołówkiem, dyktowała cyfry. W momencie wkręcania na wałek nowej „japonki” powiedziała: – Lipkowska przysłała babę. – Lipkowska? – zdziwiła się Dorota. – A swoją drogą patrzcie! „Zaplecze” na kanapie zasłane było dzisiejszą produkcją i jej odpadkami, a gruby jak tom encyklopedii, zmięty dzienniczek rozpościerał się na etażerce. – Ktoś musi jednak zwracać na to uwagę! – „Widok okropny wszystkie zmysły razi” – przyświadczyła Isia. Każdy wiedział, że sprzątnięcie tego bałaganu zajęłoby dobre trzy minuty, a jeszcze taboret, bestia, otwierał się za specjalną namową. No tak, ale… Dziś było dwanaście pilnych kawałków. – Łapcia niech zwraca uwagę – podsunęła Una-Szczurek. – Ona ma wyobraźnię. W tej chwili zaszeptała znów maszyna. To czwarta z tuzina depesz przybierała postać clairu. Ale trzecia wciąż jeszcze stanowiła na pół rozwiązany rebus wczorajszych zrzutów: sprawdzaj tu po dwa razy wszystkie sumy! – Kiedy oni wreszcie się nauczą podawać to literami? – A czy ona na pewno była od Lipkowskiej? Dorota, do której zwracało się to pytanie, jak większość pytań w tym gronie, przeniosła wzrok z połyskliwych, pełnych wyobraźni okularów Łapci (która jako podlegająca skrupułom co dwa tygodnie mianowana tu bywała „bezpiecznikiem”), na jasne, obojętne oblicze Uny. – Una? – Licho ją wie. Ale ten adres był kiedyś zgłoszony do Lipki. – W zamierzchłych czasach. Dwa lata już chyba, jak służy. – A pół jak był spalony. – Jednocześnie może nam i jej przyszło natchnienie, że znowu jest czysty? No, jadziem, Orelciu. W szóstce siedem jeden. Układ. W zerze osiem dwa… – A co będzie z tą od Lipkowskiej? – nastawała nieśmiało Łapcia. Ale w tej chwili Tita wkroczyła po drugim dzisiaj spotkaniu z Jotami i z wnętrza gumowego słonia wyciągnęła zwój świeżutkich, „prosto z pieca”, inaczej mówiąc, z nowej stacji w Kampinosie, nieszeleszczących bibułek. – No nie, proszę was! Przesadyzm! – podniosły się głosy. – Trzy dalsze ciągi po dziewięćset grup. Założę się, że to Politycy. – A tutejsi nie zostaną dłużni w odpowiedzi. Jutro idź, Tita, na pocztę z plecakiem. – Na jutro nie zdążymy, szkoda gadać. – Chcecie, żeby nam dali nową? – groźnie mruknęła Genowefa, najbardziej „pażyrna” na robotę ze wszystkich Żab i zawsze gotowa twierdzić, że jej podbierają, czyli po biurowemu podsiadają, to, co sama mogłaby zrobić. – I tak nas to nie minie. Władzuchna orzekła, że musimy się zadomowić, pracować długofalowo i nie zdzierać się. Una już liczyła dalsze hasła: dzisiaj jak na złość każdy knypek był z innej daty. – Nie, to najdłuższe pójdzie na chałupy, Una! – Więc na jutro rano nie będzie… – No to nie będzie! Przyjrzyjcie się! Komar odbierał. To jest widmowe! Nie można tego dyktować bez lupy. – Bez mikroskopu elektronowego… W godzinę później, wśród monotonnego dukania, na które składały się trzy prędkie jak kłótnie, lecz przyciszone dialogi cyfrowo-literowe, Łapcia znów przypomniała intruza od Lipki. I w rezultacie Una jechała szesnastką na Chłodną – zielona jak ser, tak się czuła niedobrze tego dnia, ale nie było oczywiście rady, bo ona jedna znała chody popołudniowe do Lipki, czyli zwyczajnie jej prywatne mieszkanie; taką wiedzę należało zachować przy sobie. Cóż, Una pamiętała „heroiczne czasy”, kiedy wszyscy biegali do wszystkich i znali się po nazwisku, broń piętrzyła się w koszach od bielizny, meldunki spoczywały pod dnami szuflad, a za granicę wędrowały jako potężne rulony w kijach turystycznych. „To było jednak – dajcie spokój, Bóg wie co!”. W zdumiewająco pustym tramwaju (dopiero co musiały być gdzieś grubsze łapanki) siedziała naprzeciwko osoba absolutnie szara, bez wieku i bez fizjonomii. Rzecz jasna: Sabina. Z olbrzymią tacą….
(1911-1983) - polska pisarka, autorka powieści historycznych. Wieloletnia redaktor naczelna miesięcznika Znak.