Lew Szestow przez całe swoje życie „z godną podziwu monotonią” (Camus) budował czy też przywracał filozofii opozycje Aten i Jerozolimy, bezlitośnie tropiąc każdego Greka próbującego w żydowskim przebraniu wślizgnąć się do judeochrześcijańskiego obozu. Szestow traktował przy tym przymiotnik „judeochrześcijański” dosłownie, odmawiając jakimkolwiek helleńskim wpływom udziału we współtworzeniu świata chrześcijańskiego. Dlatego też jest/był jednym z emblematów dziś już nieco „przeterminowanych” ruchów dążących do re-hebraizacji, czy re-judaizacji chrześcijaństwa, przywrócenia biblijności wiary, „zerwania z Bogiem filozofów w imię Boga Abrahama, Izaaka i Jakuba” itp. Niestety, problem z myślą Szestowa polega na tym, że na takiego patrona zupełnie się nie nadaje. Bynajmniej nie z powodu nieortodoksyjności swojej filozofii, lecz raczej dlatego, że wbrew swym dążeniom i deklaracjom od początku do końca znajduje się po stronie Aten, nawet tego nie dostrzegając. Mimo wysokiej filozoficznej samoświadomości przegapia on jednak, że wpadł po uszy w pułapkę zastawioną przez Platona. Wydawałoby się, że Szestow sprawnie interpretuje Platona, a…