Krzysztof DoroszKiedy dotknięty nieszczęściem człowiek cierpi i znajduje się na skraju rozpaczy, nieraz pyta z goryczą: „Dlaczego? Czym zawiniłem? Dlaczego właśnie ja?”. Wierzący kieruje te pytania do Boga, ateista – do losu i ludzi. Kiedy człowiek doznaje ocalenia z wypadku czy choroby, na ogół nie stawia żadnych pytań. Niewierzący przyjmuje swoje ocalenie z radością, wierzący, oprócz radości, odczuwa wdzięczność do Boga. Lecz nie pyta już: „Dlaczego właśnie ja?”, a pytać przecież mógłby i powinien. Jeśli Bóg wyróżnia nas cierpieniem, wyróżnia także pomyślnym rozwojem wypadków. Lecz skąd to wyróżnienie? Dlaczego ocalałem ja, kiedy miałem wszelkie szanse zginąć, powiedzmy, w katastrofie lotniczej, nie ocalały zaś miliony więźniów Oświęcimia czy Archipelagu Gułag? Nie ma odpowiedzi na takie pytania. A ponieważ nie ma, ponieważ nie wiem, dlaczego Bóg wyróżnił miliony niewinnych wielkim cierpieniem i śmiercią, nakazuję sobie daleko idącą powściągliwość w nazywaniu pomyślnych i szczęśliwych wydarzeń działaniem Opatrzności. Boję się duchowej i intelektualnej łatwizny; boję się przekształcenia Opatrzności w dobrego duszka, który czuwa nade mną, bacząc, bym sobie nie zrobił krzywdy; boję się, by Opatrzność nie stała się Niebiańskim Zakładem Ubezpieczeń, w którym wykupuję polisę w postaci mojej wiary. Do wszelkich oświadczeń na temat działania Opatrzności podchodzę zatem sceptycznie, a nawet z ironią. Bo…