Debiut pisarski w wieku 56 lat, natychmiastowe uznanie. Dziewięć bestsellerów, dziesiąty w drodze. Prawa do sfilmowania książek sprzedane. Pasuje do Ciebie łatka „człowiek sukcesu”. Jak Ci z nią?
Wydaje się sprzeczna z moim PESEL-em. Sukces jest dla młodszych. Dla mnie nie był ani drogowskazem, ani celem. Wychowałem się w innej kulturze motywacji. Gdybym miał ująć sprawę po mojemu, to tak – jestem szczęśliwym człowiekiem.
Masz na myśli radość z bycia pisarzem?
Przede wszystkim. Bo piszę z hedonizmu i egoizmu. Zawodowo nie byłem tak szczęśliwy nigdy wcześniej. A przecież dobrze mi było w dziennikarstwie prasowym, przeżyłem mnóstwo przygód, nigdy nie miałem dwóch takich samych dni. To była cudowna praca, ale skończyła się w odpowiednim momencie.
Czyli kiedy?
Wraz z wartościami: rzetelnością, obiektywizmem, niezależnością. I ze zmianą motywacji do uprawiania zawodu dziennikarza. Lubiłem dawniej śledzić badania odbiorców mediów, regularnie robił je Uniwersytet Warszawski. Pytano w nich ludzi, dlaczego przestają czytać gazety. Przez lata odpowiadali np., że w gazecie nie ma już programu telewizyjnego albo że farba drukarska brudzi ręce. A potem zaczęli podkreślać, że przeszkadza im wasalizm dziennikarzy. Mnie też przeszkadzał. Dyspozycyjność wobec biznesu czy wobec polityki dyskwalifikuje z tego zawodu. Tak mówiła szkoła, w której się wychowałem.
Po latach…