Subskrybuj
Maciej Siembieda fot. Renata Dabrowska
Maciej Siembieda fot. Renata Dabrowska
Pisarka, dziennikarka, publicystka, współzałożycielka Fundacji „Kultura nie boli”. W Big Book Cafe koordynuje i spina w całość program literacki. Autorka książek Lalki w ogniu. Opowieści z Indii, Znaki szczególne, Pojutrze. O miastach przyszłości, Między walizkami....

Dobrze się bawię

Czasem myślę, że mam z 80 lat, bo w swoim życiu i zawodzie chyba wszystko już widziałem. Ale w pisarskich zabawach czuję się jak dwudziestolatek, ciągle potrafię się podniecić, rzucić w wir.

Debiut pisarski w wieku 56 lat, natychmiastowe uznanie. Dziewięć bestsellerów, dziesiąty w drodze. Prawa do sfilmowania książek sprzedane. Pasuje do Ciebie łatka „człowiek sukcesu”. Jak Ci z nią?

Wydaje się sprzeczna z moim PESEL-em. Sukces jest dla młodszych. Dla mnie nie był ani drogowskazem, ani celem. Wychowałem się w innej kulturze motywacji. Gdybym miał ująć sprawę po mojemu, to tak – jestem szczęśliwym człowiekiem.

Masz na myśli radość z bycia pisarzem?

Przede wszystkim. Bo piszę z hedonizmu i egoizmu. Zawodowo nie byłem tak szczęśliwy nigdy wcześniej. A przecież dobrze mi było w dziennikarstwie prasowym, przeżyłem mnóstwo przygód, nigdy nie miałem dwóch takich samych dni. To była cudowna praca, ale skończyła się w odpowiednim momencie.

Czyli kiedy?

 Wraz z wartościami: rzetelnością, obiektywizmem, niezależnością. I ze zmianą motywacji do uprawiania zawodu dziennikarza. Lubiłem dawniej śledzić badania odbiorców mediów, regularnie robił je Uniwersytet Warszawski. Pytano w nich ludzi, dlaczego przestają czytać gazety. Przez lata odpowiadali np., że w gazecie nie ma już programu telewizyjnego albo że farba drukarska brudzi ręce. A potem zaczęli podkreślać, że przeszkadza im wasalizm dziennikarzy. Mnie też przeszkadzał. Dyspozycyjność wobec biznesu czy wobec polityki dyskwalifikuje z tego zawodu. Tak mówiła szkoła, w której się wychowałem.

Po latach tworzenia potężnych gazet lokalnych odszedłeś i założyłeś agencję public relations. I nigdy się nie obejrzałeś za siebie?

Nie. Wiedziałem, co robię. Nauczyłem się polować, będąc zwierzyną, bo przez lata sam stanowiłem obiekt zabiegów wszelkiej maści speców od komunikacji. Stąd wiedziałem, jak nie należy robić public relations. Świadomie otworzyłem firmę, która wciąż nieźle prosperuje. I przez cały ten czas psuje rynek.

Bo za uczciwi jesteście?

Nie obiecujemy efektów, nie robimy czarnego PR, dbamy o jakość, uzyskujemy rzetelne i wiarygodne publikacje. Żadnego dziennikarza nie naraziliśmy na zarzut kryptoreklamy. Klienci nie zawsze są zadowoleni. Niektórzy chcieliby sam lukier, jednak ci najmądrzejsi wiedzą, że od nadmiernego lukrowania można się pochorować. Zespół jest mały i nie będzie rósł.

Jest sukces, to dlaczego nie rosnąć?

Nie ma takiej potrzeby. Zespół zarabia dobrze, pracuje wystarczająco. A ja założyłem tę firmę tylko po to, żeby mieć pieniądze na pisanie książek. I się udało.

Jesteś jakiś niedzisiejszy.

Mam zerową potrzebę oryginalności, nie chcę się wyróżniać. Fakt, że dbam o jakość i chcę być uczciwy, jest normalnym, prawidłowym zachowaniem. Po prostu buduję taki świat, jaki uznaję. Nie robię niczego, aby być zauważonym. Nie kiwam się z innymi na widowni festiwalu, nie śpiewam w chórze. Jestem sobie sam. Mam swoje wartości i zasady. I one się sprawdzają.

W pisaniu również?

Nie ślinię palca i nie sprawdzam, skąd wieje wiatr. Czy dzisiaj modne są thrillery z bohaterem żydowskiego pochodzenia czy może kryminały w stylu domestic noir? Mam swoje historie, leżą w mojej wewnętrznej lodówce. Wyjmuję, przyrządzam, przyprawiam i częstuję. A moje zaangażowanie nie jest obliczone na to, czy się książka sprzeda.

W ten sposób stajesz się wzorem tego, co dziś tak upragnione – autentyczności.

 Stać mnie na to, bo jestem stary. Gdybym miał 30 lat, może bym się bał. I myślał: co będzie, jak wezmę kredyt, a moje książki przestaną się sprzedawać? Co, gdy czytelnicy przestaną mnie lubić, a ja skończę się jako pisarz, bo każdy kiedyś wygasa? Co będę wtedy robił? A ja mam te zmartwienia z głowy.

Ciekawy trik. Późno zrealizowane marzenie o pisarstwie to polisa na radość.

Zagrałem bezpiecznie. Odłożyłem spełnienie na potem i dzięki temu piszę tylko dlatego, że to uwielbiam.

A co robiłeś, gdy miałeś 30 lat?

Byłem dziennikarzem „Trybuny Opolskiej”. Zresztą do tego zawodu też wszedłem późno, mając już lat 21. A był to czas reporterów nastoletnich. Wcześniej pisałem trochę reportaży do miesięcznika kulturalno-literackiego „Opole”.

O czym?

Chociażby o zaginionym obrazie Matejki Chrzest Warneńczyka, z której to historii wzięła się kilkadziesiąt lat później moja pierwsza powieść z Jakubem Kanią – 444. Potem długo śledziłem i opisywałem dzieje słynnego reportera Ksawerego Pruszyńskiego. Prowadziłem rozmaite poszukiwania, korespondowałem z ważnymi ludźmi i nos miałem zadarty. Ale jak się okazało, że miesięcznik nie da mi etatu, to poszedłem do „Trybuny Opolskiej”. Oczywiście z obrzydzeniem, bo to była gazeta partyjna. No, ale tam się sporo nauczyłem.

Czego?

Pokory. Powiedzieli, że mają dla mnie etat, ale w dziale miejskim. Pisałeś o dziurach w chodniku? Zacząłem od aerobiku. Był 1985 r. i moda na ćwiczenia dopiero do nas wchodziła. Zrobiłem relację z wizyty w klubie dla pań. Poza etatem dostałem mieszkanie służbowe. Całe piękne 32 m2 ze ślepą kuchnią.

Jaka była alternatywa?

Po polonistyce? Mogłem uczyć dzieci w szkole albo zostać szefem radiowęzła zakładowego w Metalchemie. Ale było trzech chętnych i nie miałem pewności, czy się załapię. A w gazecie się nieźle zarabiało, legitymacja prasowa otwierała każde drzwi, nawet kino bez biletu. U ludzi władzy, zwłaszcza na szczeblu powiatowym oraz niższym, wywoływała pełny paraliż i uległość. Przyjeżdża towarzysz redaktor, a oni bledną. Bo dziennikarz wtedy mógł naprawdę złamać życie.

To dość paskudne okoliczności, w których jednak wykształciłeś się na świetnego dziennikarza, cenionego i później wielokrotnie nagradzanego.

Miałem swoich mistrzów. Mądrych, doświadczonych, cynicznych, zgorzkniałych. Codzienna „Trybuna Opolska” skutecznie utarła mi nosa, nauczyła pisania i życia. Trzeba tam było sporej pracowitości, a robota była na pierwszej linii. Tam przeżyłem dzień dojrzałości.

Pamiętasz go?

Opowiem, jak było. Nie mając jeszcze prawa jazdy, jeździłem po rejonie maluchem, 36 tys. km tak nabiłem. Dostaliśmy z kolegą region Prudnik i Głuchołazy, czyli południe Opolszczyzny. Robota nie w kij dmuchał. Codziennie trzeba przynieść do redakcji materiał na całą kolumnę, taką wielką płachtę. Napisać to pół biedy, lecz jak ten materiał znaleźć?

No właśnie: jak?

Raz pojechałem do miejscowości Radoszowy, zapomnianej przez Boga i ludzi. Pytam naczelnika gminy podchwytliwie: „Co słychać?”. On zaczyna się chwalić, że remontują szkołę. Jedziemy obejrzeć. Piękny budynek, XVII czy XVIII w. z okazałą kopułą. Była tam dwuizbowa szkoła, sala przedzielona piecem kaflowym na dzieci młodsze i starsze. Wszedłem, rozejrzałem się, zobaczyłem schody na strych. Naczelnik: „Eee, tam nic nie ma, szpargały przedwojenne. Niech pan tam nawet nie wchodzi”. No więc natychmiast wszedłem.

Co znalazłeś?

Pełne wyposażenie dla muzeum regionalnego. Moją uwagę zwróciło, że przestrzenie pod belkami stropowymi wypchano jakimiś papierami. Wyciągnąłem te zwoje. Były zapisane odręcznie gęsim piórem. We wsiach takich jak Radoszowy robiono bardzo solenne spisy mieszkańców z podziałem na: niemieckojęzycznych, polskojęzycznych i dwujęzycznych. Według spisu w tej wsi byli wyłącznie Niemcy. Tymczasem papiery, które znalazłem, to były życiorysy uczniów jednej z klas z 1863 r., zapisane po polsku, tyle że fonetycznie, intuicyjnie. Język był fenomenalny – nikt nie uczył tych dzieci pisać ani czytać w języku, którym mówiły w domu. Pomyślałem tak: z samego rana idę z tym do szefa, pierwszą stronę i przedruki mam w kieszeni, a może i order będzie. Nasz reporter udowadnia polskość ziem piastowskich na zachodzie. Tak to sobie przez kilka godzin wyobrażałem. A wieczorem mi przeszło.

Co zdecydowałeś?

Że się do tych papierów nie przyznam, tylko odszukam ludzi. Potomków tamtych uczniów. I w kolejnych tygodniach w każdej wolnej chwili wracałem tam, jeździłem do parafii, do urzędów. Znajdowałem wspomnienia i ślady. Napisałem reportaż Pośmiertny zjazd absolwentów. I po 120 latach zorganizowałem zjazd umarłej klasy. Znaleźli się w niej pułkownik tureckiej artylerii, rolnicy. Jedni widząc życiorysy przodków, płakali, chcieli odkupić dokumenty, inni się wypierali, bo chcieli na stałe wyjechać do RFN, a jakby im udowodniono, że pradziadek był Polakiem, to wszystko wzięłoby w łeb. Reportaż opowiadał o losach tamtych dzieci i co się z nimi stało. W gazecie uznano go za ciekawy, ale nieważny.

To wtedy dojrzałeś do własnego myślenia o historii?

Pierwszy raz świadomie zrezygnowałem z tego, co modne, nagradzane, korzystne. No i poczułem radość poszukiwania: grzebania, odkrywania. Pojąłem, że nie będę oświetleniowcem w teatrze, nie skieruję reflektorów tam, gdzie mi ktoś każe. Chcę pokazywać cały obrazek.

Co dalej?

Uzależniłem się od poszukiwań, od tropienia zagadek, losów. Z działu terenowego przenieśli mnie do reportażu. W 1989 r. wszystko się zmieniało, przechodziłem do nowych redakcji, szybko awansowałem. W 1992 r. miałem 31 lat i zostałem redaktorem naczelnym „Gazety Opolskiej”, zupełnie nowej i niezależnej, już kapitalistycznej.

Jak zapamiętałeś transformację w Opolu?

Do dziennikarzy w całym kraju przychodzili wtedy szefowie Solidarności albo inni reprezentanci nowej władzy i mówili: „Od jutra gazeta jest wasza. Tytuł, drukarnia, maszyny, budynek, wszystko. Macie wydawać gazetę”. Nagle staliśmy się spółdzielniami. Jedyną, jaka przetrwała do dziś, jest ta wydająca tygodnik „Polityka”. Inne padały jak muchy. Bo wydawać gazetę znaczyło zapłacić za papier, pracę drukarzy, farbę, reporterów. Nie wiedzieliśmy, skąd brać pieniądze.

Reklam nie było.

Najwyżej ogłoszenia drobne. Model biznesowy tworzyliśmy od zera i intuicyjnie. Przychodzili bankierzy i mówili, że pożyczą, ale jak im sprzedamy majątki redakcji. I sprzedawaliśmy, za bezdurno. Myśmy w Opolu zostawili sobie część udziałów i maszyn, za resztę każdy kupił nową hondę albo toyotę. Nasza pionierska przedsiębiorczość była kompletną naiwnością. Ale kto wtedy wiedział? Czasy były dziwne i ciekawe.

I mogliście pisać, co chcieliście.

Zniknęła cenzura. Zaczęły się piękne czasy kreatywności. Wymyślaliśmy prowokacje, wcieleniówki. Raz cały zespół przez noc ciął gazety i układał je tak, żeby przypominały pliki dolarów. Prawdziwe banknoty były tylko na wierzchu, ale walizka wyglądała na pełną waluty. I z taką walizką pojechałem z kolegą reporterem na złomowisko pod Nysą, żeby kupować czołgi.

Radzieckie?

Polskie, ale produkcji radzieckiej. Facet na złomowisku uprzedził, że czołgi są, lecz bez silników. Pokierował do człowieka na inny skład złomu, który miał, owszem, brakujące silniki. Też był chętny sprzedać. Tylko za działa liczył drożej. Ostatecznie mogliśmy bez trudu kupić 37 sprawnych wozów bojowych. A facet ze złomowiska dał jeszcze namiar na szwagra z jednostki pancernej, żebyśmy sobie amunicję dokupili.

Z takiego reportażu wiadomo, że państwo nie działa, jest wolna amerykanka. Jaka w tym czasie była rola mediów, co uważaliście za swoje zadanie?

Nie byliśmy mądrzy, nie myśleliśmy strategicznie, nie widzieliśmy szerszego obrazu. Braliśmy ślepy rewanż za cenzurę, zachłystywaliśmy się wolnością, upijaliśmy swobodą i pomysłowością. Jeśli szły wybory samorządowe, to nie robiliśmy poważnych sylwetek kandydatów, tylko zwariowane zestawienia, łącznie z podawaniem ich znaków zodiaku. Bawiliśmy się. Tak dobrze bawiłem się tylko dwa razy. Wtedy w „Gazecie Opolskiej”, a potem w 2001 r. jako niezależny konsultant redakcji „Gościa Niedzielnego”. Na prośbę biskupa Katowic miałem zrobić z tego tytułu atrakcyjny tygodnik opinii katolickiej. Pisaliśmy o aniołach jak Tolkien: jaką mają rozpiętość skrzydeł, kogo i jak potrafią pokonać, jak daleko latają. Wytropiliśmy szczątki św. Mikołaja pod Szczyrkiem. Stworzyliśmy rubrykę kulinarną z przepisami gospodyń z plebanii. Równolegle byłem wtedy naczelnym „Trybuny Śląskiej”, potem przyszła propozycja z Gdańska i gaszenia kryzysu w „Dzienniku Bałtyckim”. Nie miałem rodziny, przyjąłem propozycję, przeniosłem się nad morze.

Opowiadasz o dziennikarstwie lat 90. jak o zabawie. Ale przecież chodziło o coś więcej.

Media były wtedy blisko ludzi i mogły dużo. Jako naczelny „Dziennika Bałtyckiego” złożyłem zawiadomienie do prokuratury, że premier Leszek Miller spowodował śmierć 85 osób, odwlekając – jak inni decydenci – decyzję o budowie autostrady A1. Zrobiłem to na podstawie danych policji, tyle wypadków śmiertelnych zdarzyło się na drogach z Trójmiasta do Łodzi i Warszawy z powodu kolizji z krowami czy wtargnięcia pieszych na szosę. Sprawę naturalnie umorzono. Ale my przez ponad 420 dni codziennie, na wiele pomysłowych sposobów, drukowaliśmy o tej autostradzie całą kolumnę. Marek Belka, gdy uległ i podpisał zgodę na budowę, gratulował nam skutecznej akcji nękającej. To upór i kreatywność redakcji doprowadziły do szybszej realizacji planów. Dostałem odznakę Zasłużonego dla Transportu Rzeczpospolitej.

Politycy mieli większe poczucie humoru?

Wówczas Jerzy Urban w „Nie” publikował co dzień rzeczy, z których każda nadawała się na proces. Ale politycy nie zawracali sobie tym głowy. Nasza swoboda nie trwała jednak długo. Już na początku nowego stulecia sprawy o zniesławienie i naruszenie dóbr osobistych stały się powszechne. Razem ze swobodą mediów wszyscy coś straciliśmy.

Co takiego?

Fantazję, urodę życia. Teraz media są sztywne, sformatowane i nudne. Dziennikarstwo z czwartej władzy zmieniło się w działalność usługową. Dotknął je wielki kryzys rozumu. Władzy, szczególnie tej o tendencjach autorytarnych, potrzebna jest głupota i niewiedza obywateli, a o nią łatwiej, gdy media są rozparcelowane i podzielone na bańki światopoglądowe. W Polsce media przekonują już tylko przekonanych. Nawet gdy publikują rzetelnie, to jedynie eskalują polaryzację. A obiektywizm był właśnie po to, żebyśmy spojrzeli na świat razem i szerzej. Wylaliśmy ocean łez, że w PRL była jedna wielka propaganda. A teraz co mamy? Propagandy małej skali.

Odejście z gazety było ucieczką z tego okrętu?

Nie, tylko kolejnym przejawem braku oryginalności. Szukałem gruszek pod gruszą, a nie pod jabłonią. Chciałem zarobić i odłożyć na książki, robiąc to, co już umiałem. Chciałem móc pisać, nie martwiąc się, czy mi wystarczy na chleb. Nie spodziewałem się, że z literatury będę mógł żyć.

Kiedy pierwszy raz pomyślałeś o pisaniu powieści?

Długo uważałem, że literatura to nie są progi dla reportera. Przeczytałem, z wielkim rozczarowaniem, dwie powieści mojego reporterskiego boga – Krzysztofa Kąkolewskiego. I wystraszyłem się, bo obydwie były strasznie słabe. Nie uwierzyłem też Ryszardowi Kapuścińskiemu, który w zbiorze moich reportaży prasowych trafił na taki, z jakiego, jak mówił, powinienem napisać powieść. Dopiero po latach posłuchałem jego rady i napisałem Gambit.

Co więc sprawiło, że wreszcie spróbowałeś i napisałeś 444 o zaginionym Matejkowskim obrazie?

Zazdrość. Przeczytałem Kod Leonarda Da Vinci, a potem poszedłem do kina na jego ekranizację. Płakać mi się chciało na myśl, jak niesamowitą przygodę musiał przeżyć Dan Brown, pisząc tę książkę. I przypomniałem sobie, że mam podobny temat. Bawiłem się sam, w tajemnicy, przez siedem lat. Tekst wysłałem do dziesięciu wydawnictw. Odezwały się trzy.

W pisaniu jesteś metodyczny. Masz notesy, w których czekają nakreślone zagadki historii. Książki piszesz ręcznie, a następnie przepisujesz do komputera. Co jest w tych strategiach najważniejsze?

 Iskra. Niezbędna, żeby zebrane materiały eksplodowały w mojej głowie. Poza opowieścią główną tworzę zawsze wątki dodatkowe. A poza przeszłością wkładam do opowieści również współczesność. Mając te elementy, zaczynam się bawić. Lepię fabularną układankę, ale trzymam się poręczy faktograficznej. I dbam, by przez cały czas towarzyszyła mi przyjemność. Świat jest stary i znudzony, trzeba mu opowiadać ciekawie. Wymyślać, robić doświadczenia. Czasem myślę, że mam z 80 lat, bo w swoim życiu i zawodzie chyba wszystko już widziałem. Ale w pisarskich zabawach czuję się jak dwudziestolatek, ciągle potrafię się podniecić, rzucić w wir. W zeszłym tygodniu wpadła mi w ręce nowa historia. Już mnie nosi, chcę jechać do Krakowa i drążyć.

To prawda, że chciałeś być detektywem?

Wybierałem się do Szkoły Wyższej Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w Szczytnie. Na szczęście wujek z Opola, dziennikarz, przestrzegł, że tam będę tylko wykonywał rozkazy. I zabrał mnie do gazety. Moja rodzina uważa go za zbawiciela. Słusznie, bo maturę zdawałem w 1980 r., chwilę później był stan wojenny, więc gdybym do Szczytna poszedł, karierę robiłbym w ZOMO.

Masz sprawdzone narzędzia do prowadzenia śledztwa reporterskiego?

Najlepiej sprawdza się wspomniana już pokora. Reporter powinien być cielęciem, nie hieną, sępem ani lampartem. Na co dzień jestem potwornie niecierpliwy, lecz podczas rozmów potrafię uruchamiać miać niespożyte pokłady spokoju. Jadąc do posiadacza jakiejś tajemnicy, cierpliwie słucham o tym, jak był na grzybach w Zieleniogórskiem dwa lata temu. A słuchając, zdobywam zaufanie, rozpoznaję rozmówcę, jego motywacje. Trików na uzyskanie informacji jest wiele. Oczywiście najlepiej się otwarcie dogadać.

Gadanie to tylko część. Jest jeszcze praca z archiwami, dokumentami.

Studia na polonistyce nauczyły mnie korzystania z zasobów. Choćby z bibliografii zawartości czasopism – labiryntu, w którym odnotowano wszystkie teksty, jakie ukazały się w danym roku we wszystkich polskich czasopismach, od filatelistycznych po sportowe. Trzeba umieć się poruszać w sieci skorowidzów. I nie dowierzać źródłom. Nadal pracuję wedle zasady: jak ci własna matka powie „kocham cię”, sprawdź to.

W Twoich książkach powraca dychotomia faktów i literackiej fikcji, historii i teraźniejszości. To też sprawdzona metoda?

Mam nadzieję, że nie rutyna. Może po prostu w taki sposób patrzę na świat. A może tak się kiedyś nauczyłem i jadę w tych koleinach. Na pewno nie ma kalkulacji, że takie zagranie będzie się sprzedawało i że dobrze na tym wyjdę. Choć wielu czytelników właśnie tego ode mnie oczekuje – powtórzeń. Czegoś między Panem Samochodzikiem a Lee Childem.

A więc grożą Ci mielizny.

No pewnie. Muszę się bronić, żeby moje książki nie robiły się takie same.

Tylko jak uciec przed samym sobą?

W pisarstwie – zamykać serie. Kończyć z Jakubem Kanią. I wchodzić w nowe rzeczy. Wiem, że takie deklaracje są źle widziane, zaraz będzie awantura, czytelnicy się wkurzą, wydawca też. Ale spytałaś.

W posłowiach do książek wyraźnie rozgraniczasz strefę faktograficzną od fabularnej, wyjaśniasz, co udało Ci się ustalić, a co wymyśliłeś. Nie da się opowiedzieć powikłanej historii Polski, trzymając się reguł non-fiction?

Pewnie, że się da. Różnica jest taka jak między dobrym filmem dokumentalnym a fabularnym. Dla mnie beletrystyka jest bardziej kolorowa. Staram się, by moje opowieści pozostawały prawdziwe, ale soczyste i atrakcyjniejsze. W reportażu trudno polubić bohatera. Tam każdy przymiotnik jest komentarzem. W powieściach mogę zarządzać emocjami, delikatnie podsuwać przestrogi, sposoby patrzenia na ludzi, ich usprawiedliwiania.

Czym dla Ciebie jest historia?

To sfera okaleczona, schorowana, zarażona wieloma wirusami. Jest niszczona, ukrywana, zamiatana pod dywan, nadużywana, zakłamywana. Nie mówię, że ją mogę uleczyć. Pisząc, sprzeciwiam się takiemu jej wykorzystywaniu, robieniu na niej eksperymentów propagandowych i jej zawłaszczaniu. Uprzedmiotowianie historii jest sprzeniewierzaniem się samemu sobie i prawdzie, zwykle dla osiągnięcia korzyści najniższych lotów. Mówimy, że ludzie nie dbają o planetę, że prowadzą świat ku zagładzie. A czy z historią nie robimy tego samego? Jeśli więc uda się mi się w książce odkryć kawałek prawdy, pokazać historię w jej czystej postaci, to jest świetne uczucie.

My, autorzy książek fiction czy non-fiction inspirowanych historią, rzucamy koła ratunkowe. Maleńkie, pojedyncze, pewnie niewystarczające. Ludzie się ich chwytają. Sukces Chłopek Joanny Kuciel-Frydryszak mnie niesamowicie cieszy. Pokazuje, że chcemy mieć świadomość, skąd nam nogi wyrosły. Nagle nie wstydzimy się, że jesteśmy ze wsi. A tyle w nas człowieczeństwa, ile rozumienia własnej przeszłości i gotowości podchodzenia do niej naturalnie, bez skrępowania, bez kreowania. Jak byłem na studiach, każdy w kręgach polonistycznych starał się udowadniać, że jest z dobrej rodziny. A ja…

Ty jesteś ze Starachowic.

Z prostego domu w Polsce B. Ojciec miał skończoną podstawówkę. Od 13. roku życia pracował, bo mój dziadek nie wrócił z oflagu. Zginął od wybuchu, zostały tylko nogi w oficerskich butach. A więc mój tata jako nastolatek został tragarzem u pana Ziewca – właściciela sklepu i restauracji. Miał dwóch braci i siostrę już z dzieckiem, wszystkich utrzymywał. Potem był elektrykiem i górnikiem w kopalni rudy żelaza, później siarki. Był niewyobrażalnie pracowity. W całym życiu nie wziął ani jednego dnia zwolnienia, za co mu później przyznano Order Sztandaru Pracy pierwszej klasy. Ja w dorosłości nie jeździłem po świecie z dziewczynami, tylko z ojcem. Bo całe życie marzył, żeby zobaczyć zagranicę. Byliśmy razem w Egipcie, na Krecie, w Turcji.

Świat mu się podobał czy go rozczarował?

Zachwycał go. Ojciec był bardzo oczytany, ale konfrontacja wiedzy i wyobrażeń z rzeczywistością okazała się czymś niesamowitym. Mało go znałem. Był introwertykiem. Dopiero podczas wspólnych podróży zobaczyłem, że się czymś cieszy. Bardzo rzadko się śmiał.

Oczytany robotnik – to możliwe tylko w socjalizmie?

A do tego robotnik z porządnego, oficerskiego domu, w którym przed wojną jadano wędzonego łososia. Ja się wychowałem w biedzie. Pierwszą łazienkę miałem po studiach, pierwszą colę piłem jako 15-latek. W domu woda w studni, a wychodek na podwórku. Myłem się w miednicy albo mama odkrawała kawałek mydła i szedłem do łaźni. Jadaliśmy gotowane krowie wymiona, pierogi ruskie i placki ziemniaczane. Tata nie miał szans, żeby się kształcić, rozwijać. Zadbać o byt rodziny – tak rozumiał swoją powinność. Nie umiał okazywać uczuć. Myślę, że często mu tego brakowało – nie wiedział, jak się zachować, zareagować. Kiedy przeprowadziłem oboje rodziców do Sopotu, bo potrzebowali opieki, tato szybko zmarł. Był stary tylko przez dwa tygodnie. Nie przesadza się takich drzew.

A Ty uczyłeś się i parłeś wyżej za Was obu?

To raczej matka pchała mnie w górę. Ma 94 lata, mieszka 500 m ode mnie. Zawsze lubiła czytać. Prowadzała do biblioteki i to była świętość. Mimo że mieliśmy też telewizor. Na oglądanie schodziło się do nas pół ulicy, kładliśmy deski na krzesłach i tak powstawały ławki dla widowni. Puszczali wtedy ekranizację Kolumbów. Ale mama miała twarde reguły, nie pozwalała oglądać przed przeczytaniem książki.

Bohaterem twojej najpopularniejszej serii powieściowej jest Jakub Kania, prokurator IPN. Porządny, kulturalny, ciut staromodny mężczyzna, którego jedyna słabość to łakomstwo. Dlaczego on nie jest rozbitkiem życiowym, z nałogami i wewnętrznym mrokiem?

Stworzyłem go na przekór tym wszystkim bohaterom powieści gatunkowych, którzy są rozwiedzeni, zapijaczeni, mają trudne charaktery i życie w rozsypce. On ma być wzorem szlachetności i przyzwoitości. Chciałbym mieć takiego przyjaciela. Chciałbym być takim człowiekiem, jakiego w tych kilku powieściach opisałem.

Jak pokazywać dobrych ludzi, żeby nie było banalnie?

Dobro jest niemodne tylko dopóty, dopóki nie jest nam potrzebne. Ale jak już zapragniemy w życiu obecności przyzwoitego i uczciwego człowieka, to łaknienie okazuje się olbrzymie. Kania odpowiada na ten apetyt, jest jak remedium na otaczający nas ogrom niegodziwości. Czytelnicy go lubią. Chcą też, żeby był taki jak oni, miał te same problemy. Oczywiście w literaturze utrudnianie życia bohaterowi jest konieczne. Staram się to robić umiejętnie, unikając przesady. Nie jestem w tym najlepszy.

A kto jest?

Twardoch, Żulczyk, Miłoszewski. To są prawdziwi pisarze, mają talent.

A Ty jesteś kto?

Jestem hobbystą po rzemieślniczej szkole zawodu.

Pisząc, myślisz o czytelnikach?

Jestem pokornym sługą opowieści. Koncentruję się na tym, żeby ją dobrze i atrakcyjnie podać, na ogół nie uświadamiając sobie, jakie ona może mieć konsekwencje. Dowiaduję się tego od innych. I to chyba dobrze, bo inaczej zacząłbym pisać na zamówienie społeczne.

A sam sobie podnosisz poprzeczkę?

Z książki na książkę więcej umiem i rozumiem. Niesie mnie rzeka opowieści, lecz już czuję, że trzymam ster i rozpoznaję prądy. Kiedy skończyłem Kairos, trzecią część mojej trylogii greckiej, która ukaże się jesienią, zadzwonił do mnie wydawca i zapytał: „Jesteś zadowolony?”. Z przerażeniem uświadomiłem sobie, że jestem.

I co teraz?

Chyba pora się pakować. A poważniej – chciałbym pisać coraz lepiej. Zawiesić tę poprzeczkę tak wysoko, żebym kiedyś mógł przejść pod nią z podniesioną głową.

Co robisz, kiedy nie piszesz?

Myślę o pisaniu. Nie mam już hobby, bo je zmieniłem w zawód. Jeżdżę rowerem, chodzę z psem. Niestety, za mało czytam.

A podobno pisanie bierze się z czytania.

 gadza się. Wcześniej czytałem dużo przez 50 lat, a pamięć mam dobrą, jak to pamiętliwi ludzie z Kieleckiego. Kiedy pracuję, czytanie beletrystyki jest wykluczone. Wierzę, że książki należy czytać jak w dzieciństwie – z latarką, pod kołdrą, z absolutnym zapamiętaniem i emocjami. Powieść ma tobą zakręcić, zafascynować cię. A jak się nagle zaczynasz zastanawiać nad konstrukcją bohatera, zwrotem akcji i zastosowanym zabiegiem, to przyjemność szlag trafia. Tego trochę żałuję.

Powiedziałeś, że chciałbyś mieć takiego przyjaciela jak Kania. A jakiego masz?

Takiego, z jakim możemy się nie słyszeć miesiącami, nie musimy mielić razem spraw codziennych. Rzadko się sobie zwierzamy. Tolerujemy swoje wady i dziwactwa.

No to na czym się Wasza przyjaźń zasadza?

Zawsze możemy na siebie liczyć. Trzy razy uratował mi życie. Jest anestezjologiem. Odwdzięczałem się potem, jak mogłem, ale rachunku nigdy nie wyrównam. Poznaliśmy się w wypożyczalni kaset wideo, gdy mieszkaliśmy na tym samym osiedlu. Znamy się ponad 30 lat. To jest przyjaźń, której czas nie szkodzi.

Trochę mi to przypomina historię bliźniaków z twojej powieści Nemezis, w której jeden wyratowywał drugiego z opałów, byli zżyci jak jedna osoba. Ile jest w Twoich książkach Ciebie?

Tyle, ile trzeba. To samo ze mnie wypływa. Nie jest odmierzone, jest szczere.

Lubisz grzebać w zagadkach historii. A jak Ci jest we współczesności?

Stawiam jej czoła. Wychowałem się w trudnym środowisku, mówiąc oględnie, nie zawsze byłem miłym człowiekiem. Przeżyłem ciężkie chwile i nie miały one w sobie żadnego artystyczno-romantycznego odcienia. Wiem, jak to jest być na dnie, ratować się ze strachu. Pożegnałem ten mrok kilkanaście lat temu. Dlatego dziś trudno mnie przestraszyć, niełatwo tracę grunt pod nogami. A im jestem starszy, tym pewniejszy siebie i bardziej opanowany. Jakkolwiek brzmi to nieco buńczucznie, teraz już radzę sobie z rzeczywistością.

Znalazłeś metodę na życie?

Nie traktować go zbyt serio, bo i tak nie wyjdzie się z niego żywym.

 Ładne.

Pożyczone od żony.

Spełniony człowiek z wieloma sukcesami na koncie ma jeszcze marzenia?

Żeby zostało, jak jest. Żebym miał siły i zdrowie. I żebym dalej się tak dobrze bawił.


Maciej Siembieda Dziennikarz i pisarz. Przez wiele lat nagradzany reporter i redaktor naczelny w prasie lokalnej, obecnie autor bestsellerowych powieści sensacyjnych. W 2023 r. otrzymał Nagrodę Czytelników Wielkiego Kalibru za powieść Katharsis

Artykuł pojawił się w numerze: Czy zwierzęta domowe są z nami szczęśliwe?