Kiedy przysłuchuję się sporom o ocenę z religii na świadectwie szkolnym odnoszę silne wrażenie, że oto – z dobrej woli, ze słusznych i zacnych pobudek – zabrnęliśmy w ślepą uliczkę. Słucham oto argumentów przeciwnych ocenianiu tak subtelnej i nie do końca mierzalnej wartości, jaką jest religijność, lub nawet samo zaangażowanie w sprawy wiary, słucham i – ogólnie rzecz biorąc – zgadzam się. Słucham następnie argumentów drugiej strony (katecheza jako przedmiot nieoceniany lub oceniany bez negatywnych konsekwencji, staje się przedmiotem niepoważnym) i zgadzam się z nimi równie chętnie. Mam przy tym nieco próżne przekonanie, że moje koncyliarne stanowisko, a właściwie jego brak, nie bierze się…