45 lat temu wraz z dwoma mężczyznami z upośledzeniem umysłowym stworzył Pan pierwszą wspólnotę Arki (L’Arche). Teraz takie wspólnoty są już na całym świecie. Czym dzisiaj jest Arka? Czy ten projekt się powiódł? Istota Arki polega na tym, że ona nigdy nie będzie sukcesem. Ona po prostu jest. Zdarzają się chwile piękne i bolesne. Mamy 134 wspólnoty, wkrótce będzie ich 150 – ze wszystkimi komplikacjami, jakie ten rozwój ze sobą niesie. Trudno sobie nawet wyobrazić problemy, jakie pojawiają się w takich miejscach jak na Zimbabwe czy Wybrzeże Kości Słoniowej… Nigdy zatem nie będzie można powiedzieć, że osiągnęliśmy sukces. Mogę tylko przyznać, że to zdumiewające, iż tak wiele naszych wspólnot rozkwitło. Były bardzo małe, ale wzrosły. Zadziwia mnie, jak bardzo Bóg się nami opiekuje. Arka znacznie bardziej niż inne ruchy zależy od Boga. Nie możemy zapewnić dobrej formacji, bo nie prowadzimy seminariów, jak Legioniści Chrystusa lub neokatechumenat. Mamy bardzo mało pieniędzy… Nie związaliśmy się z żadną bogatą instytucją – nie korzystamy na przykład z pieniędzy amerykańskich konserwatystów. Zawsze będziemy mieli wielu ludzi z upośledzeniami, ale kto będzie z nimi przebywał? Niektórzy nasi asystenci decydują się mieszkać z nami przez kilka miesięcy, inni zostają na całe życie. Od czego to zależy? Przecież nie od czasu zatrudnienia czy wynagrodzenia… Chodzi o ubogie życie z ubogimi. Wielkim wyzwaniem są stosunki z państwem. Otrzymujemy od niego spore sumy; państwo ma zatem nad nami władzę i ważne jest, jak z nim współpracujemy. Musimy pomóc urzędnikom zrozumieć naszą wizję, znaleźć właściwych ludzi, by…
krytyk i historyk literatury, adiunkt na Wydziale Polonistyki UJ