IN HOC SIGNO VINCES – Konstantyńska chryzma podpisana tymi słowami widniała od pierwszego numeru miesięcznika „Znak” na czwartej stronie okładki. Słowa ujrzane we śnie przez Konstantyna znikają z okładki miesięcznika wraz z pierwszym numerem w roku 1964 – w momencie gdy na Soborze trwa debata nad schematem konstytucji dogmatycznej o Kościele Lumen gentium; zastępują je nie mniej starożytne, choć zapewne nie tak wojownicze, litery „alfa” i „omega” po dwóch stronach nieco uproszczonego symbolu. Ten ma jeszcze krótszy żywot niż poprzednik: na jego miejsce w styczniowym „Znaku” z roku 1966, zaraz po zamknięciu obrad Vaticanum II, wkraczają skromne przypomnienia najważniejszych artykułów drukowanych w poprzednich numerach. Nie da się wywieść zmian linii redakcji z decyzji edytorskich. Jednak usunięcie znaku cesarza Konstantyna z okładki chyba najważniejszego formacyjnego czasopisma polskiej inteligencji katolickiej ma głęboką wymowę symboliczną: oto rezygnuje się z czytelnego znaku walki o chrześcijaństwo w dramatycznych warunkach socjalistycznej Polski i sekularyzującej się Europy. Decyzja ta zapada w czasie, gdy w Rzymie Kościół katolicki próbuje raz jeszcze zdefiniować swoją tożsamość – chciałoby się uznać ten krok za reakcję redaktorów na samookreślenie Kościoła, któremu starali się służyć. Na co wskazuje „Znak”, gdy nie nosi na sobie znaku, pod którym się zwycięża? Symboliczna interpretacja zniknięcia symbolu Konstantyńskiego zwycięstwa z okładki krakowskiego miesięcznika sama w sobie jest tylko ryzykowną hipotezą. By zrozumieć, co tak naprawdę mogłaby ona znaczyć, należy prześledzić proces ewolucji, jaką przeszedł w czasie Soboru dyskurs katolicko-inteligenckiego środowiska skupionego wokół „Znaku”….