Subskrybuj
Ilustracje: Aleksandra Stanglewicz
Ilustracje: Aleksandra Stanglewicz
Prezbiter archidiecezji katowickiej, dr teologii dogmatycznej, adiunkt na Wydziale Teologicznym UŚ, autor m.in. podręcznika do chrystologii oraz książki Ćwiczenia duszy, rozciąganie mózgu (razem z prof. Jerzym Vetulanim)

Belferskie obyczaje

Lubię uczyć i lubię przygotowywać zajęcia. Każde poprzedza sekwencja zdarzeń: dyktafon, akumulatory, pisaki i dwa termosy na kawę zbożową muszą trafić do plecaka.

Nieco przymuszony przez pytanie redakcji „Znaku” do przyjrzenia się własnym rytuałom, odkryłem najpierw dwie rzeczy. Po pierwsze, że dotąd właściwie się nad tym nie zastanawiałem. Raczej był to dla mnie zawsze problem teoretyczny, taki, którym zajmuję się „w pracy”, i związany zwłaszcza z jednej strony z rolą wczesnego kultu w kształtowaniu się przekonań chrystologicznych, z drugiej – z moim zainteresowaniem neurobiologią i jej znaczeniem dla antropologii teologicznej. Ale żeby się przyglądać swojemu zachowaniu pod tym kątem? Jakoś na to nie wpadłem, więc muszę oddać sprawiedliwość Redakcji, że przyczyniła się właśnie do pogłębienia mojego wglądu. I z tym wiąże się odkrycie drugie. Nie polega ono bynajmniej na tym, że mam codzienne rytuały i półświadomie oddaję się ich cyzelowaniu. Z wiedzy o tym, jakimi jesteśmy istotami, wynika, że raczej każdy jakoś swoje życie rytualizuje, więc czemu miałbym być od tego wolny? Zaskakujące było natomiast odkrycie, że wypracowałem mocne rytuały i przywiązałem do nich niemałą wagę w obszarach życia, w których bym siebie o rytualizujące czy wręcz rytualne podejście nie podejrzewał. Ten przydługawy wstęp uznałem za konieczny, bo podejrzewam, że to, o czym będę dalej pisał, stanowić będzie pewien odskok od tego, co zakładam – może niesłusznie – że pojawi się w głównym nurcie odpowiedzi.

Otóż u mnie zrytualizowało się… uczenie. A bardziej nawet nie sam akt przekazywania wiedzy, co drugorzędne zupełnie czynności, które go poprzedzają.

Nie chodzi bowiem choćby o pracę nad treściami wykładów (choć i tę mam nieco zrytualizowaną – jak się przy bliższych oględzinach okazało), ale o sekwencję czynności związaną z kilkoma przedmiotami: dyktafonem i akumulatorami do niego, kartkami dla studentów, książkami, pisakami do tablicy suchościeralnej oraz termosami na kawę zbożową.

Nim jednak mój przedwykładowy rytuał opiszę, wypada uczynić belferski coming out. Bardzo lubię uczyć (choć niekoniecznie rozciąga się to na uczenie w ramach podstawowego systemu oświaty). Lubię uczyć ludzi, którym zależy – choćby elementarnie – na zrozumieniu czegoś, co mnie udało się chyba pojąć nieco dogłębniej dzięki studiom i pracy naukowej. Co gorsza: im więcej lat mija, tym bardziej mnie to cieszy. I w codzienności przekłada się to na może i niewielką, lecz odczuwalną falę radości, która pojawia się przed zaplanowaną dydaktyką. Nabieram teraz podejrzenia, że rytuał, który opiszę, służy po części celebracji tej radości albo wręcz – o zgrozo! – jej przedłużaniu.

W zależności od tego, czy mam uczyć od rana czy też po południu, czynności przygotowawcze dzieją się albo rankiem, albo zaczynają wieczorem i kończą bardzo wcześnie rano. Tak wcześnie, że ze wstydu przemilczę godziny. Na pierwszy ogień idzie zawsze sprawdzenie stanu naładowania akumulatorów do dyktafonu. Wykłady nagrywam prawie od zawsze – zaczęło się od tego, że przy dłuższych przerwach między zajęciami z tą samą grupą zapominałem, dokąd doszliśmy. Niestety, pamiętanie, żeby po prostu zaznaczyć to w konspektach, przerasta mnie po dziś dzień. Zwykle – czasem dla czystej profilaktyki – akumulatory kończą w ładowarce, a ja powtarzam sobie mantrę o tym, że nie mogę zapomnieć ich wyjąć przed wyjściem… Swoją drogą, właśnie sobie uświadomiłem, że chyba nigdy nie zdarzyło mi się zapomnieć akumulatorów. Częściej zapominam dyktafonu.

No i jak już jesteśmy przy dyktafonie: po włożeniu baterii „z automatu”, czyli chyba właśnie według rytualnego mechanizmu, przypomina mi się, że trzeba odsłuchać, w którym miejscu skończyłem poprzednie zajęcia. Odtwarzam więc ostatni kwadrans poprzedniego nagrania. I tu – jeśli mam dużo czasu i nie mam żadnej pilnej roboty przed wykładami – zdarza mi się rytualny kryzys.

Albowiem słuchanie siebie wyzwala u mnie mechanizm recenzenta, który czasem podpowiada bezlitośnie: „Można to było zrobić inaczej, lepiej”. I czasem to „lepiej” właśnie wtedy mi się w głowie „wyświetla”. Muszę zatem szybko zrobić notatki. A potem nieraz wracam do nagrania i odsłuchuję kawałek wcześniej. I tak do skutku, aż się uspokoję. Na szczęście najczęściej mam mało czasu i po ustaleniu, gdzie jestem, przeglądam konspekt na następny wykład (konspekty robię sobie zawsze od razu na cały semestr) i czasem jeszcze coś przy nim majstruję.

Zerknięcie do konspektu prowadzi do kolejnych kroków. Jeśli potrzebne są jakieś dodatkowe materiały dla studentów, wtedy je drukuję. I kiedy teraz przeglądam sobie wspomnienia poszczególnych kroków tego rytuału, to mniej więcej od odsłuchania końcówki wykładów intensywnie myślę o studentach. Chyba kilka razy w trakcie drukowania zdarzyło mi się za nich modlić – czasem za całą grupę, czasem za pojedyncze osoby, których potrzeby wtedy jakoś akurat kapryśna pamięć podsunęła. To „wspomnienie” trwa aż do kolejnego kroku – wyboru książek. Zwykle bowiem wykład zaczynam od polecenia kilku książek, związanych z danym wykładem albo z tym, o czym dyskutowaliśmy na wcześniejszych zajęciach. Polecenie polega na fizycznym pokazaniu – książki przynoszę na zajęcia, żeby każdy mógł wziąć do ręki i zajrzeć do środka. Kiedy powszechne stało się fotografowanie okładek, zrozumiałem, że jestem już niemłody i oto na moich oczach objawia się głęboka zmiana kulturowa, z którą być może nigdy nie będę się czuł komfortowo. Ale wróćmy: wybieram książki. Czasem robi się z nich dość pokaźna sterta, wymagająca osobnej torby, czasem wystarczy plecak.

Na ile rozumiem sam siebie, to w tej księgarskiej czynności kulminuje moje myślenie o studentach. Jednak rytuał tu się nie kończy. Jako że książki fizycznie doprowadziły mnie do plecaka, sprawdzam, czy mazaki do białej tablicy są na swoim miejscu (rysuję dużo, więcej, niż piszę na tablicy). Powinny być w prawej bocznej kieszeni. Jednak z jakiegoś niezgłębionego dla mnie powodu – w którym streszcza się dla mnie tajemniczość wszechświata – najczęściej albo ich tam nie ma w ogóle, albo brakuje niektórych. Od jakiegoś czasu nie wzbudza to już we mnie paniki: nauczony doświadczeniem, mam i spore zapasy nowych, i sporą nadzieję, że brakujące prędzej czy później gdzieś jednak się odnajdą…

Ostatnią częścią rytuału jest przygotowanie dwóch małych termosów z kawą zbożową. Jej zamykająca pozycja jest wymuszona: staram się nie pić niczego zimnego w trakcie zajęć. Właściwie dopiero teraz, na potrzeby niniejszego tekstu, zacząłem się zastanawiać, co właściwie czuję, kiedy termosy lądują w plecaku. I wykryłem trzy składowe: ulga, ekscytacja, radość. Ulga, bo ogarnąłem wszystko na czas. Ekscytacja, bo nie do końca wiadomo, co się wydarzy na wykładzie – pytania studentów czasami są zadawane z perspektyw, które trudno mi ogarnąć; to trochę wyprawa w nieznane, z nadzieją na przygody. Radość: bo za chwilę będę robił coś, co naprawdę lubię, w czym zbiega się cała piramida moich powołań. A jeśli jeszcze mają to być zajęcia z chrystologii, soteriologii albo o Trójcy, to jeszcze dochodzi dodatkowy bonus.

Artykuł pojawił się w numerze: Rytuały. Jak zwolnić i żyć uważniej