Przenieśmy się do nie tak odległej przeszłości. Trwają Światowe Dni Młodzieży w Krakowie, papież Franciszek wędruje po polskiej ziemi. Choć nie jest to tradycyjna pielgrzymka, lecz spotkanie z młodzieżą z całego świata, to ze świecą szukać osób, którym nie udziela się podniosła atmosfera. Ludzie biegają po ulicach z flagami, gromadzą się co wieczór pod oknem kurii na Franciszkańskiej w oczekiwaniu na błogosławieństwo Ojca Świętego. Otwierają drzwi dla obcych przybyszów i z dumą prezentują legendarną polską gościnność. Pamiętam to jak dziś, choć czasem zastanawiam się, czy nie śniłem.
Pamiętam coś jeszcze. Stoję wśród rzesz pielgrzymów na Błoniach podczas powitania papieża. Przesuwam się między sektorami, w końcu ląduję za rodziną z Polski. „Fajny ten papież” – mówi żona do męża. „A ja wiem, czy fajny, jakiś taki smutny. Nasz to się więcej uśmiechał”. To przypadkowo usłyszane zdanie, które wybrzmiało trzy lata po wyborze papieża Franciszka, jest ciągle intrygującym podsumowaniem recepcji jego pontyfikatu nad Wisłą.
My już mieliśmy papieża
W połowie września na internetowych łamach amerykańskiego katolickiego portalu „Crux” pojawiła się niewielka analiza cenionego watykanisty Johna L. Allena, którego polski czytelnik może znać z takich książek jak Konklawe albo Globalna wojna z chrześcijanami. Allen nawiązuje w tekście do wypowiedzi…