Otwieram oczy. Dobrze, teraz już jestem wyspany. Biorę do ręki telefon i wyszukuję łamigłówkę Wordle. Trzeba zgadnąć pięcioliterowe angielskie słówko. Ma się na to sześć prób. Wpisujesz pięcioliterowe słowo w diagram. Kiedy trafisz literę i miejsce, kafelek podświetla się na zielono. Kiedy trafisz literę, lecz nie miejsce, podświetla się na żółto. Wordle to mój pierwszy codzienny rytuał. To znak początku. Pobudka dla umysłu. Dzisiaj słowo dnia brzmiało Grail, czyli „Graal”.
Co to jest rytuał? Najważniejsze w jego definicji jest powtórzenie. Powtórzenie zaprzecza fundamentalnej zmienności wszystkich zjawisk, bo przecież, jak wiemy, „nic dwa razy…”.
Życie jest strumieniem zmian, rzeką o stałej strzałce prądu, ale o meandrycznym przebiegu. Życie w nieustannej zmianie byłoby trudną próbą dla umysłu. Już sam język, ze swoim słownikiem, czyli skończonym zasobem symboli odzwierciedlających nieskończony zbiór rzeczy i myśli, narzuca nam powtórzenie. „Dzień”. „Stół”. „Fejs”. „Spacer”. Jednorazowe doświadczenia porządkujemy za pomocą powtarzalnych słów. Powtórzenie wyzwala od konieczności zdawania sobie sprawy z niepowtarzalności zjawisk.
Zdawanie sobie sprawy z niepowtarzalności zjawisk jest istotą medytacji. Tak zwany kontakt z tu i teraz tym właśnie jest. Ja, niepowtarzalny, jestem w niepowtarzalnej konstelacji rzeczy, uczuć i myśli. W świecie nie ma nic stałego i ja także taki jestem.
W tym sensie medytacja jest przeciwieństwem rytuału, chociaż przecież ona sama też rytuałem się staje.
Ale to dopiero wieczorem. Na razie jest rano. Rytuał ścielenia łóżka. Rytuał czytania wiadomości i Fejsa. No dobrze, wystarczy już tego internetu. Czas na rytuał pisania.
Siadam w kuchni przy okrągłym stole, w moim miejscu skupienia, i skupiam się. „Czy zgodziłby się Pan napisać dla nas krótki (6–7 tys. znaków) tekst o swoich prywatnych rytuałach – mogłaby to być medytacja, spacer, może coś innego?”. Tak, zgodziłbym się. Teraz siedzę przed laptopem, jednak proces pisania trwa już w umyśle od jakichś trzech tygodni. Podobno Szostakowicz siadał do pisania nut, kiedy już miał w głowie całą symfonię.
Dobrze, już napisałem 2 tys. znaków. Czas na rytuał spaceru.
Jest szare południe, pada drobny deszcz, pachnie butwiejącymi liśćmi. Otwieram granatowy parasol, kropelki wybijają na napiętej tkaninie delikatne staccato. Z jezdni Al. Jerozolimskich dochodzi syk kół aut na mokrym asfalcie. Chodnikiem przejeżdża na rowerze o grubych oponach i jaskrawozielonych felgach dostarczyciel jedzenia z Azji. Na ul. Niemcewicza mruczą samochodowe motory.
Wchodzę do spożywczego. Kupuję jogurt bałkański. Lady chłodnicze buczą głośno. W szklanej skrzyni bez wieka mrożą się warzywa w torebkach foliowych.
Skręcam w Grójecką. Z wnętrza restauracji Non Solo Pizza dobiegają dźwięki italo disco. Często tu jadam, ale nie dzisiaj.
Idę na pl. Narutowicza do kawiarni sieci Green Caffè Nero. Siedzenie w Nero to mój kolejny rytuał. To moja ulubiona sieciówka. W jej kawiarniach zawsze się umawiam. Przychodzę tu po powtarzalność.
Kanapka o nazwie „spianata na ciepło” oraz zimne, zblendowane z lodem smoothie mango-banan.
Wracam. Na Barskiej chłopcy z kościelnego poprawczaka sprzątają miotłami liście. Dwóch zrobiło sobie przerwę na fajkę. Na rogu Kaliskiej i Sękocińskiej jasnozielony rdest wyrasta kępkami spomiędzy czerwonych kostek brukowych. W pionowych rynnach terkocze woda.
Rytuał popołudniowego telefonu do mamy. Mama ma 92 lata. Już prawie nie wstaje z łóżka i już prawie nie widzi. Słucha opowiadań Czechowa na tzw. czytaku, czyli urządzeniu do odtwarzania audiobooków dla niewidomych. Pyta mnie, gdzie będzie się odbywać dzisiejsza medytacja, chociaż mówiłem jej stukrotnie, że od pół roku medytujemy u mnie w domu. Jej życiem rządzi całkowicie to, co powtarzalne. Mało zostało w nim wolności.
Powtórzenie jest esencją rytuału, a rytuał jest esencją religii. Religia jest czymś innym niż wiara. Wiara może być indywidualna, natomiast religia zawsze jest społeczna. Religia jest tam, gdzie są obrzędy.
Religia obwarowała sakramentalnymi rytuałami najważniejsze momenty życia. Narodzenie. Wyjście z domu do szkoły. Zawiązanie związku. Śmierć bliskich.
Raz się rodzimy. Raz idziemy do szkoły. Raz bierzemy (pierwszy) ślub. Raz umierają nam ojciec i matka. W szczególności pogrzeby są rytuałami niezbędnej ulgi. Ich powtarzalna forma dotykalnie zmniejsza nasz ból utraty. Nie tylko nam się to przydarzyło. „Tak już jest”. „Taki jest porządek rzeczy”.
Najważniejszym wydarzeniom naszego życia nadajemy rangę obchodów. Obchodzimy rocznice i święta. Urodziny, imieniny, odwiedziny grobów, Boże Narodzenie, Wielkanoc z sałatką jarzynową z majonezem. Wszystkie najważniejsze momenty życia, kamienie milowe, są obudowane przez rytuały. Dlaczego? Żeby pokazać, że to, co jednorazowe, w istocie się powtarza? Że tylko to, co powtarzalne, jest stałe i niepodlegające erozji w czasie?
O ustalonej godzinie pod wieczór zaczyna się nasza medytacja. Jest bezwyznaniowa, ale ma stały i powtarzalny schemat. Na stoliku pali się woskowa świeca. Słowa, które wypowiadam, są te same. „Rozświetlmy wnętrze głowy. Rozpalmy w nim światło tak mocne, że przekracza granice naszego ciała i staje się aureolą. Zwróćmy uwagę na to, jaki kolor przybiera w naszej wyobraźni to światło. Jaką ma temperaturę”. „Wyobraźmy sobie, że znaleźliśmy się w miejscu, w którym zawsze chcieliśmy się znaleźć. Wyobraźmy je sobie plastycznie, wszystkimi zmysłami. Co widzimy, co słyszymy, jakie dochodzą do nas zapachy, jaka jest temperatura, jak jesteśmy ubrani, w czyim towarzystwie jesteśmy”. „Wybierzmy ważną dla nas intencję. Może to być osoba, której chcemy okazać wdzięczność. Osoba, którą chcemy objąć współczuciem. Osoba, której chcemy wybaczyć albo od której chcielibyśmy otrzymać wybaczenie”.
Medytacja się kończy. „Otwórzmy powoli oczy, wyjdźmy z głębokości na powierzchnię. Przeciągnijmy się. Przyjrzyjmy się naszemu otoczeniu, spokojnym wzrokiem bez wypatrywania. Odetchnijmy głęboko”.
Odbyliśmy właśnie nasz świecki rytuał. W tym przypadku istotą doświadczenia jest to, że nie ma dwóch identycznych medytacji. Powtórzenie wszystkich kroków prowadzi do wyraźnego uzmysłowienia sobie, że za każdym razem jest inaczej, że my jesteśmy za każdym razem inni.
Późny wieczór. Żeby stopniowo się uśpić, oglądam stary serial CSL. Kryminalne zagadki Las Vegas. Pierwszy sezon z 2000 r. Obsada jeszcze młoda. Charyzma Williama Petersena jako szefa laboratorium kryminalnego Gila Grissoma. „Tradition is in constant repetition” – mówi Grissom w piętnastym odcinku.
Czuję ten moment, kiedy film powoli przekształca się w początek snu. Wyłączam telewizor. Rytuał wieczoru dobiega końca.
Zamykam oczy.