Subskrybuj
Amanda Gorman przemawia na inauguracji prezydentury Joe Bidena, Waszyngton, 20 stycznia 2021 r. Wokół tłumaczeń jej utworów wybuchł spór – czy jej poezję dobrze oddadzą w innych językach tylko tłumaczki, które same są czarnymi kobietami? fot. Rob Carr / Getty
Amerykańska filozofka, autorka wielu książek i tekstów publicystycznych, dyrektorka Forum Einsteina w Poczdamie. Jej najnowsza książka Left Is Not Woke (2023) wywołała duże dyskusje w Niemczech i w USA

Bycie woke nie jest lewicowe

Wokeizm jest napędzany emocjami, które od zawsze poruszały ludzi o poglądach lewicowo-liberalnych: pragnieniem, aby stać po stronie uciskanych, i nadzieją na zadośćuczynienie za zbrodnie historii. Te godne szacunku uczucia są jednak wspierane przez wątpliwe filozoficznie tezy

Czy można zdefiniować, czym jest woke? Wyrażenia stay woke użył po raz pierwszy w 1938 r. wybitny czarny muzyk bluesowy Leadbelly, napominając, że należy pozostać czujnym wobec rasizmu. W międzyczasie to słowo przestało być apelem, a stało się obelgą – przeważnie w ustach prawicowych polityków, którzy używają go, by zdyskredytować wszelką walkę z rasizmem, nierównością płci czy homofobią. Niezbyt wielu przyznaje się dziś, że są woke. Nie znaczy to jednak, że zjawisko jest pozorne.

Fakt, że nikt nie mówi o sobie, iż jest antysemitą, nie oznacza w końcu, że antysemici nie istnieją.

Każdy, kto potrafi czytać, zna wiele przykładów myślenia w duchu woke. Przywołajmy jeden charakterystyczny przypadek. Kilka lat temu świat odkrył młodą czarną poetkę Amandę Gorman, gdy ta została zaproszona do odczytania swojego wiersza The Hill We Climb podczas oficjalnej inauguracji prezydentury Joe Bidena. Prawa do tłumaczenia utworu natychmiast zostały sprzedane do różnych krajów. Sama Gorman zasugerowała, aby przekładu na język holenderski podjął się niebinarny holenderski pisarz Marieke Lucas Rijneveld, którego teksty lubiła – a to jedyny rozsądny powód, aby wybrać kogoś jako tłumacza.

Wówczas jednak na Twitterze głos zabrała czarna holenderska blogerka modowa, która stwierdziła, że tylko kolorowa kobieta może przełożyć utwór Gorman. Dotychczasowy tłumacz wycofał się, a wydawca zatrudnił czarną Holenderkę. Tym tropem poszły także inne kraje. Katalońskie tłumaczenie było już gotowe, a tłumaczowi mężczyźnie za nie zapłacono, gdy postanowiono zamówić nowy przekład, który spełniałby nowe kryteria. Niemieckie wydawnictwo znalazło bardzo niemieckie rozwiązanie i oddało tłumaczenie w ręce trzech kobiet o różnym pochodzeniu etnicznym. Przykładów podobnych sytuacji jest mnóstwo, a większość jest obszernie dyskutowana w mediach.

Odrzucenie oświecenia

Sposób myślenia stojący za takimi wydarzeniami jest jednak rzadko poddawany refleksji. Trudności z definiowaniem woke leżą głębiej niż tylko w odmowie tych, którzy nie chcą być identyfikowani z taką postawą. Już samo to pojęcie jest wewnętrznie niespójne. Wokeizm jest napędzany emocjami, które od zawsze poruszały ludzi o poglądach lewicowo-liberalnych: pragnieniem, aby stać po stronie uciskanych, nadzieją na zadośćuczynienie za zbrodnie historii lub przynajmniej upamiętnienie pokrzywdzonych. Te godne szacunku uczucia są jednak wspierane przez filozoficzne tezy, których wielu ludzi będących woke nie jest świadoma.

Jak wśród innych przekonań umiejscowić światopogląd, który głębokie więzy i prawdziwe zobowiązania uznaje za możliwe jedynie pomiędzy ludźmi z jednego plemienia?

Ruch, który odwołania do sprawiedliwości postrzega jako zawoalowane pragnienie władzy. Ruch, który wszystkie wcześniejsze próby osiągnięcia społecznego postępu uznaje za nieskuteczne albo wręcz takie, jakie pogorszyły sytuację. Podobne postawy przynależą tradycyjnie prawicy; by wymienić tylko Carla Schmitta. Dziś reprezentowane są przez tak rozmaitych myślicieli, jak: Judith Butler, Saidiya Hartman, Walter Mignolo, Ibram X. Kendi, Robin DiAngelo, Gayatri Spivak i Frank Wilderson.

Różnice między nimi można długo analizować na seminariach. To, co ich łączy, to odrzucenie wszystkiego, co nawiązuje do XVIII-wiecznego oświecenia. Wszystkie problemy współczesności zrzuca się na oświecenie, często bez znajomości jego podstawowych tekstów. Tym samym też wyrzuca się do kosza podstawowe teoretyczne zasady, które należą do rdzenia myślenia lewicowo-liberalnego. Kto myślenie plemienne stawia w miejsce uniwersalizmu, odwołania do sprawiedliwości sprowadza do pragnienia władzy, a we wszelkim minionym postępie widzi subtelniejszą formę panowania, z trudnością może działać na rzecz lewicowej polityki. Czasem nawet jest jeszcze gorzej: wielu spośród „przebudzonych”, podobnie jak wielu myślicieli postkolonialnych – te grupy się częściowo pokrywają – zrównuje rozum z przemocą.

Traktują go jak narzędzie panowania, z pomocą którego biali europejscy mężczyźni podporządkowali sobie resztę świata.

Tam jednak, gdzie rozum jest odrzucany jako przemoc, pozostaje jedynie płomień subiektywności. Obecnie nazywa się to pozycjonalnością. Oznacza to, że tym, co się najbardziej liczy, jest pozycja, z której ktoś przemawia; to, co mówi, okazuje się drugorzędne. Jeśli jednak rozum jest niczym innym jak narzędziem panowania, to kto powinien podejmować wysiłek formułowania argumentów bądź ich rozumienia?

Skąd wziął się kolonializm

Powyższa postawa utrwaliła się wśród wielu poprzez częste powtarzanie w rozmaitych mediach – także wśród tych, którzy nigdy nie przeczytali słowa z owych teorii. Ludzie, którzy powtarzają te przekonania, nie rozumieją, że najlepsze idee wokeizmu pochodzą bezpośrednio ze sposobu myślenia, którym oni najczęściej pogardzają. Gdy teoretycy postkolonializmu słusznie stwierdzają, że na świat należy patrzeć nie tylko europejskimi oczami, stanowią część tradycji, wywodzącej się od francuskiego filozofa Monteskiusza. Myśliciele oświeceniowi używali fikcyjnych postaci – wyimaginowanych Persów, Tahitańczyków, Chińczyków czy rdzennych Amerykanów – jako tuby dla krytyki europejskich stosunków, ponieważ takie publikacje pod ich własnym nazwiskiem groziły niebezpieczeństwem. I nie chodziło o burzę na Twitterze. W 1723 r. Christian Wolff zostałby stracony, gdyby w ciągu 48 godzin nie opuścił swojej katedry akademickiej i Prus w ogóle. Jakiej zbrodni się dopuścił? Po lekturze chińskich myślicieli, Konfucjusza i Mencjusza, Wolff stwierdził otwarcie, że Chińczycy, choć nie są chrześcijanami, stanowią naród o wysokiej moralności.

Teza, że idee oświecenia są wyłącznie europejskie, została podważona przez szereg współczesnych myślicieli, niepochodzących ani z Europy, ani z Ameryki Północnej.

Filozof z Ghany Ato Sekyi-Otu spiera się tu z Judith Butler. Butler pisze: „Z jaką formą kulturowego narzucenia mamy do czynienia przy twierdzeniu, że w każdej kulturze da się znaleźć kantystę?”. Inaczej uważa Sekyi-Otu, który uznaje za obraźliwe przekonanie, że Europejczycy byli koniecznie potrzebni, aby pojawiły się takie pojęcia jak uniwersalizm bądź sprawiedliwość. „Występują one obficie w akhan – moim ojczystym języku” – pisze w Left Universalism (Lewicowy uniwersalizm). Filozof nigeryjskiego pochodzenia Olufemi Taiwo w swojej książce Against Decolonization(Przeciw dekolonizacji) argumentuje, że kolonializm nie jest owocem nowoczesnych wartości Zachodu. Problem tkwi raczej w tym, że Europejczycy, gdy tylko cumowali na obcych lądach, deptali swoje własne idee wolności i samostanowienia. Choć słabiej obecni w europejskich mediach niż ci reprezentujący teorie postkolonialne, również w Indiach i Brazylii obecni są ważni myśliciele, którzy stanowczo odmawiają doszukiwania się w pojęciach takich jak uniwersalizm czy sprawiedliwość produktów zaimportowanych z zewnątrz.

Insynuacja, że idee oświecenia ukrywają jedynie eurocentryczne gry o władzę, sprawiła, że wielu zapomniało, iż odgrywają one wciąż centralną rolę w każdej lewicowej polityce. Jeśli ktoś chciałby przeczytać genialną diatrybę na fanatyzm, feudalne hierarchie, niewolnictwo i kolonialny rabunek, musi sięgnąć po Kandyda Woltera. Przytaknęliby mu też Rousseau, Diderot, Kant i wielu innych, mniej znanych myślicieli. Jest jeszcze jeden powód, dla którego zapomnieliśmy, jak radykalni byli oświeceniowi filozofowie: krytycy oświecenia mylą realia XVIII w. ze stanowiskiem tych myślicieli, którzy przeciwko tymże realiom walczyli, często sporo osobiście ryzykując. Jak wiadomo, lewicowi public intellectuals nie zawsze są zwycięzcami historii. Podobnie jak ich pokrewne dusze z innych epok, często ponosili porażkę: mimo ich żarliwego zaangażowania niewolnictwo i kolonializm przeżyły swoich zaciekłych krytyków. Jednakże ich idee położyły fundamenty dla oporu wobec tych zjawisk – co dostrzegali rewolucjoniści od Toussainta L’Ouverture’a po Frantza Fanona.

Potrzebujemy uniwersalizmu

Dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek lewicowo-liberalna polityka potrzebuje trzech podstawowych zasad, które wywodzą się z oświecenia. Pierwsza z nich to uniwersalizm. Różnorodność kulturowa jest zarówno faktem, jak i błogosławieństwem, lecz gdy chodzi o kwestie polityczne, powinniśmy koncentrować się na tym, co łączy wszystkich ludzi. Przeciwieństwo uniwersalizmu nazywane jest dziś polityką tożsamości, tak jakby wszystko, co tworzy naszą tożsamość, można było zredukować do kilku kategorii. Jak pisał ghańsko-amerykański filozof Kwame Anthony Appiah: „Do połowy XX w. nikt, kto pytał o tożsamość jakiegoś człowieka, nie wspominał o kategoriach rasy, płci, narodowości, pochodzenia regionalnego czy religii”.

Obecnie dwa aspekty naszej tożsamości rzekomo wydają się nas istotowo określać. To nie przypadek, że naszą esencję sprowadza się do pochodzenia etnicznego i płci. Są w to końcu cechy, których nie wybieramy i które przez to mogą być źródłem większości traum.

Wokeizm bierze udział przy tym w zmianie, która rozpoczęła się w połowie poprzedniego stulecia – podmiotem historii nie powinien być już bohater, lecz ofiara.

Początkowo ta zmiana perspektywy odwoływała się do moralnego postępu: opowieści pokrzywdzonych nie mogły być dłużej pomijane, ich głos miał zostać wysłuchany. Na początku tego procesu nie zauważono jednak pewnej rzeczy: uznanie dla kogoś nie jest tu już połączone z tym, co zrobił on w świecie, lecz raczej z tym, co zrobiono jemu. Pojęcie intersekcjonalności podkreśla, jak wiele tożsamości w rzeczywistości w sobie nosimy, jednak sama intersekcjonalność jest jednowymiarowa. Według definicji Nataschy Kelly oznacza po prostu „wieloraką dyskryminację”.

Wielki pisarz i ocalony z Auschwitz Jean Améry nie chciał stawiać pomnika ofiarom III Rzeszy, ponieważ – jak stwierdzał – „samo bycie ofiarą to żaden honor”. Niedawno w swojej książce Elite Capture (Porwanie elit) Olufemi Taiwo zapisał: „Cierpienie jest stronnicze, krótkowzroczne i skupione na sobie. Nie powinniśmy wspierać żadnej polityki, która twierdzi coś innego. Prześladowanie to nie szkoła przygotowawcza”. Jednakże w międzyczasie przekonanie, że bycie ofiarą dodaje autorytetu, mocno się zakorzeniło. Także współczesna niemiecka polityka wobec antysemityzmu na tym się opiera. Ponieważ Żydzi byli ofiarami Niemców, w niemieckiej świadomości na stałe już są oni ofiarami. Instytucje, które upamiętniają żydowskie cierpienie, są przez to dużo lepiej słyszalne od żydowskich uniwersalistów, którzy upierają się, iż prawa człowieka dotyczą wszystkich, także Palestyńczyków.

Inaczej twierdzą prawicowi myśliciele, którzy chętnie zgadzają się z Carlem Schmittem: „Kto mówi »ludzkość«, ten chce oszukiwać”. Z pewnością musimy pozostawać czujni wobec instrumentalizowania uniwersalizmu, co miało miejsce choćby we Francji. To tam pojęcie uniwersalizmu zostało sformułowane jako kategoria polityczna i do dziś chętnie się tam po nie sięga – robią to, niestety, także prawicowi politycy, którzy każdej walce z rasizmem zarzucają, że to przejaw wokeizmu. Należy zgodzić się z francuską pisarką i aktywistką Rokhayą Diallo – podkreśla ona, że nie odrzuca pojęcia uniwersalizmu, ale jedynie związane z nim nadużycia. Tym, czego ona i inni aktywiści się domagają, jest autentyczne urzeczywistnienie ideału uniwersalizmu, a nie jego obalenie.

Obrona sprawiedliwości i postępu

Drugą podstawową zasadą myśli lewico-liberalnej jest wyraźne rozróżnianie odwołania do sprawiedliwości od pragnienia władzy. W praktyce może to być trudne. Rozmaici watażkowie od zawsze twierdzą, że prowadzą wojny sprawiedliwe; Władimir Putin i George W. Bush to tylko najnowsze przykłady. Jednakże zasadnicze odróżnienie między sprawiedliwością a władzą jest fundamentem myśli liberalno-lewicowej, niezależnie od tego, jak trudno je przeprowadzić w konkretnych przypadkach. Prawa człowieka powinny założyć kajdany nagiej sile. Nie zapominajmy o historycznych okolicznościach, w których te prawa zostały wywalczone. Jeśli rolnik upolował dziką zwierzynę należącą do księcia, mógł zostać zabity; jeśli książę zabrał córkę rolnika – cóż, taka była kolej rzeczy. Bez wysiłku oddzielania prawa i siły nie ma żadnych zasad prawnych.

Trzecią podstawową ideę, która łączy lewicę i liberałów, stanowi przekonanie, że ludzie dzięki wspólnej pracy mogą osiągnąć znaczące postępy. Zamieniano je często w karykaturalne przekonanie, że postęp jest nieuchronny – to wiara, którą ostatni hegliści musieli porzucić po Auschwitz i Hiroszimie. Jednakże myśliciele oświeceniowi wierzyli po prostu, że postęp jest możliwy – w przeciwieństwie do myślicieli prawicowych, którzy wskazywali na grzech pierworodny, by przekonywać, że ludzkość może osiągnąć postęp jedynie w zakresie techniki, nigdy moralności.

Oczywiście aktywiści stojący po stronie woke opowiadają się za postępem. Byliby jednak bardziej wiarygodni, gdyby przyznali, że jakaś zmiana na lepsze została już w przeszłości osiągnięta.

Ciągłe wykazywanie, że na każdy krok naprzód przypadały dwa kroki w tył, może zaciemniać jasny obraz celu. Gdy zachodnie feministki twierdzą, że wciąż żyjemy w patriarchacie, a amerykańscy rzecznicy wokeizmu, że rasizm należy do DNA Stanów Zjednoczonych, chcą wskazać na jeszcze nieosiągnięty postęp. To, że także w zachodnich społeczeństwach wciąż istnieją rasizm, nierówność płci i homofobia, jest poza dyskusją. Lecz jeśli nie uznamy, że udało się osiągnąć choćby częściowy postęp, z trudem znajdziemy w sobie wolę i odwagę do walki o dalszą poprawę sytuacji.

Ci, którzy współtworzą zjawisko wokeizmu, chcą osiągnąć solidarność, sprawiedliwość i postęp. To właśnie te idee napędzają ich walkę z dyskryminacją. Pomija się jednak fakt, że teorie, na podstawie których działają, podważają ich własne cele. Bez uniwersalizmu nie ma żadnego argumentu przeciwko rasizmowi, tylko wyłącznie garść pojedynczych plemion dążących do władzy. Nie mamy też możliwości, aby obstawać przy idei sprawiedliwości. A bez zaangażowania na rzecz sprawiedliwości nie jesteśmy w stanie walczyć o postęp.

Być dziś lewicowcem

Michel Foucault, najczęściej cytowany myśliciel w obrębie teorii postkolonialnej, jest często postrzegany jako filozof radykalnej lewicy – choć odrzuca on wszystkie ze wspomnianych głównych idei lewicy. Ma rację, nazywając człowieka odkryciem XVIII w., lecz nie uważa tego odkrycia za osiągnięcie. Nasze zadanie, twierdzi Foucault, to raczej uwolnienie się od humanizmu i zaakceptowanie śmierci człowieka. Zawsze zaprzeczał fundamentalnej różnicy między sprawiedliwością i władzą, a w swoich imponujących analizach nowoczesnych instytucji często ukazywał, jak rzekomy postęp w perfidny sposób prowadzi do subtelniejszych form panowania.

Niektórzy interpretatorzy twierdzą, że celem Foucaulta była emancypacja. Nigdzie jednak nie wskazywał, co jego krytyka, poza ciągłym poszerzaniem swojego obszaru, ma osiągnąć. Wynika to w dużej mierze z odrzucenia normatywności. Jego wykład Czym jest Oświecenie? określa wysiłki zmierzające do wydawania sądów normatywnych „szantażem Oświecenia”.

Amerykańscy filozofowie, jak Richard Rorty, Michael Walzer czy Martha Nussbaum, formułowali podobne zarzuty wobec Foucaulta od dawna, zanim jeszcze słowo woke znalazło się w obiegu. Nawet Edward Said, początkowo jego zwolennik, stwierdził później, że Foucault w najlepszym razie wspierał politykę kwietyzmu. Takie głosy krytyki, choć nieznane szerzej, nie są łatwe do odrzucenia.

Moim celem nie było zdefiniowanie, czym jest woke, lecz co to znaczy być dziś lewicowcem.

Za pomocą trzech głównych zasad próbowałam wskazać filozoficzne idee, które łączą pozycje lewicowe i liberalne. Czwarta idea oddziela lewicę od liberałów: dla lewicy decydujące są nie tylko polityczne, ale także społeczne prawa. „Bezpieczeństwo socjalne” w rozumieniu liberałów to nie kwestia sprawiedliwości, lecz dobroczynności.

W tym sensie moje własne polityczne stanowisko było zawsze bardziej lewicowe niż liberalne. Ale żyjemy w czasach, w jakich jedność wszystkich, którzy chcą bronić praw politycznych, jest tak konieczna, jak pilne jest przeciwstawianie się siłom protofaszystowskim. Steve Bannon, Viktor Orban, Benjamin Netanjahu, Narendra Modi i inni antydemokraci wiedzą, jak działać razem. Czasy polityki symbolicznej musimy w końcu zostawić za sobą.

Tłumaczył Michał Jędrzejek
By Susan Neiman © 2023 Der Spiegel / The New York Times Company

Artykuł pojawił się w numerze: Sen o Japonii