Kiedy na początku lat 80. XX w. grałem w baseball, byłem miotaczem. Rzucanie piłką w baseballu przypomina trochę deklarację wolności. Stoisz samotnie na górce pośród niewielkiego kredowego kręgu, gdzie wykonujesz ciężką pracę, i odczuwasz na przemian dumę oraz rozpacz. Cały mecz zależy od tego, co zrobisz.
Zmieniając pozycję na górce miotacza w przygotowaniu do rzutu, wizualizowałem, co stanie się później. Wyobrażałem sobie, jak rzucam – powiedzmy, szybką piłkę od wewnętrznej strony – i oczami wyobraźni widziałem, jak pałkarz waha się, tracąc czas na ocenę, czy wleci ona w jego bazę czy też nie, zamachuje się zbyt późno i pospiesznie, a w rezultacie nie trafia. Widziałem nawet jego grymas. W tego rodzaju wizualizacji, którą Edith Stein nazwała „jedną przenikającą intencją”, pojawia się inny świat o moment wyprzedzający nasz. Nie zawsze, lecz często udawało mi się połączyć te dwa światy i wywołać reakcję, jakiej oczekiwałem. Jako dziecko regularnie powtarzałem sobie coś, co powiedział Roger Angell – piłka baseballowa była moim „małym kawałkiem fizyki”.
Nie jesteśmy bogami ani przedmiotami. Jesteśmy ludźmi, którzy mogą stać się suwerenni. Wolność nie jest brakiem ograniczeń ani ich akceptacją – jest ich wykorzystaniem.
Górka miotacza znajduje się o 18,5 metra od bazy domowej. Jest też wyniesiona o ćwierć metra nad ziemię, co zarówno ogranicza możliwości rzutu, jak i je otwiera. Możemy robić tylko to, co umiemy, a są to zazwyczaj rzeczy, których nauczyli nas inni i które ćwiczymy. To, co miotacz robi na górce, jest wynikiem nie tylko wyborów odpowiednich z punktu widzenia przebiegu meczu, lecz także wszystkich powtarzalnych działań, które miały miejsce wcześniej.
To samo dotyczy każdego dokonywanego przez nas wyboru. Samo myślenie o cnotach nie wystarcza. Jak powiedział Arystoteles, musimy te cnoty praktykować – wprowadzać je w życie. „Przyroda stawia opór – mówi Simone Weil – ale nie broni się”. Ten opór czujemy, podnosząc piłkę baseballową lub dotykając strun gitary. Struny opierają się kostce, uginają się jednak w końcu, wydając z siebie akord. Piłka stawia opór, gdy ją podnosisz, ale opór ten się kończy, gdy kładziesz środkowy palec na szwie, obok niego wskazujący, szybko zginasz nadgarstek i wyrzucasz ją, podkręcając jej lot. Natura ustępuje w piękny sposób. Kiedy wiemy, jak grać, oraz wiemy, że chcemy grać, opór i uległość stają się tym samym.
Rzuty kierują się regułami, których nie stworzyliśmy, lecz podążają po nakreślonych przez nas łukach. Swój rzut oceniam po tym, jak piłkę łapie moja córka, po czym odpowiednio go zmieniam – tej wiedzy nie mogę osiągnąć sam. Piłka opuszcza moją rękę wraz z moimi celami. Nie są one ulokowane w pierwszych czterech wymiarach – przestrzeni i czasu – lecz w piątym, który Edyta Stein nazwała „światem wartości”. Za wszystkimi moimi rzutami w kierunku córki kryją się moje myśli o tym, na kogo wyrośnie, a w każdym z moich rzutów tkwi z kolei każdy rzut mojego ojca. Nie tworzę świata wartości ani świata rzeczy, lecz zdarza mi się otwierać małe przejścia między nimi. Na ten skromny sposób jestem suwerenny.
Stein pisała, że człowiek znajduje się w obydwu tych światach, podlegając zarówno „prawu konieczności”, jak i „prawu wolności”. Przynależę zatem do dwóch krain i mogę stać jedną nogą w każdej z nich. Potrafię przeprowadzić piłkę od konieczności do wolności. Pozostaje ona moim kawałkiem fizyki. Moja córka też rzuca teraz piłką (w softballu), więc ten kawałek fizyki należy również do niej. Wybrała zadanie, które jest zarazem bardzo podobne do miotania piłką baseballową i zupełnie się od niego różni. To jej własna decyzja, lecz ma ona coś wspólnego z tym, co zobaczyła we mnie.
Kiedy ćwiczymy łapanie, nie wszystkie cele znajdują się w świecie fizycznym. Ręka, która rzuca, i ta, która łapie, to Leib [autor odwołuje się do dwóch niemieckich terminów na określenie ciała: Leib to „żywe ciało”, doświadczana przez nas cielesność, Körper zaś to „ciało fizyczne”, obiekt istniejący w przestrzeni – przyp. red.]. Moja córka podnosi rękawicę, a ja mogę umieścić w niej piłkę z mniejszej lub większej odległości. Ja podnoszę rękawicę tuż przed tym, jak dolatuje do mnie piłka kierowana nie tylko jej siłą, lecz także celem. Za łukiem zakreślanym przez piłkę ciągnie się niczym ogon komety mały łuk aspiracji.
Opisując, w jaki sposób traktuje nas fizyka, Simone Weil mówiła o „podwójnym prawie, oczywistej obojętności i tajemniczym współudziale”. Wszechświat nie jest świadomy naszego istnienia, lecz czasem robi to, co chcemy. Przykład rzuconej piłki pochodzi od niej.
Oddychanie
Pewnego dnia następnego lata, 2021 r., moja córka i ja ćwiczyliśmy łapanie piłki na bieżni znajdującej się na skraju dawnego sztetla, a obecnie polskiego miasteczka przy granicy z Litwą. Następnie poszliśmy na główną ulicę na lody. Stojąc w kolejce do kiosku, zobaczyliśmy saksofonistów odpoczywających przed (dawną) Białą Synagogą w Sejnach.
Oboje z córką wiemy, że sejneńscy Żydzi zostali wymordowani po tym, jak Niemcy wypędzili ich z miasta na początku II wojny światowej. Po wojnie, w komunistycznej Polsce, synagogę wykorzystywano jako magazyn. W 1989 r., gdy komunizm się skończył, budynek przejęła mała grupa aktorów, artystów i muzyków, którzy nazwali siebie „Pogranicznikami”. Mieli oni szczególny pomysł: ludzie staną się bardziej wolni, gdy zdołają ujrzeć siebie, innych i przeszłość przez pryzmat sztuki.
Pogranicznicy zaczęli w związku z tym uczyć miejscowe dzieci polskie i litewskie, jak grać muzykę klezmerską – dobrze znany w przedwojennej Polsce gatunek żydowskiej muzyki popularnej. Dzień po dniu i rok po roku miejscowi chłopcy oraz dziewczęta przyjmowali dar muzyki, ćwicząc i zmieniając instrumenty. Do starszych dzieci dołączały z każdym rokiem młodsze, w tym nawet pięcio- czy sześciolatkowie. Orkiestry grającej w tej synagodze słuchałem jeszcze przed urodzeniem mojej córki. Widziałem, jak małe dzieci stają się nastolatkami, a nastolatki młodymi kobietami i mężczyznami.
Każda nowa umiejętność wnosi wkład w naszą suwerenność, a więc jest składnikiem wolności.
Ponieważ potrafią grać na instrumentach, muzycy wyrażają siebie w sposób, który byłby w przeciwnym razie dla nich niedostępny. Grana przez nich muzyka jest żydowska, ćwiczą w mieście w dużej mierze niegdyś żydowskim i występują w dawnej żydowskiej świątyni. Oddech tych dzieci łączy je ze światem wartości, który pewnego dnia do nich dotrze. Kiedy nadchodzi moment, by zapytać, co to znaczy mieć synagogę bez Żydów, odpowiedź brzmi, że ci Żydzi nie są do końca nieobecni. Są w pewien sposób obecni w muzyce, a muzyka jest obecna w dzieciach – w ich ciałach, mięśniach i umysłach.
Słuchając muzyki w Białej Synagodze w Sejnach, ludzie płaczą. Mnie do łez doprowadzają momenty, gdy młodzi ludzie na widowni mają odwagę zatańczyć. Ta muzyka była przecież często w zamierzeniu radosna. Grano ją też na weselach – po zastanowieniu przypominam sobie, że niektóre utwory słyszałem na moim ślubie.
Krewnych mojej córki sprzed trzech czy czterech pokoleń zamordowano w najbliższym dużym mieście. Dziesiątki tysięcy Żydów z Białegostoku, gdzie mieszkała rodzina jej dziadka ze strony matki, spędzono na miejscowy stadion, a następnie rozstrzelano lub zagazowano. Kiedy to piszę, córka jest właśnie w Białymstoku, gdzie bierze udział w uroczystości ukończenia studiów przez polską opiekunkę do dzieci, z którą się zaprzyjaźniła.
Moja córka przyszła na świat tylko dlatego, że jej przodkowie wyjechali: ojciec matki z Białegostoku, a matka matki z Ukrainy. Pierwsza uroczystość ukończenia studiów, w której uczestniczyła, odbyła się w Białymstoku, a pierwszy ślub, na którym była, miał miejsce w Ukrainie – rozsypywała tam podczas ceremonii płatki kwiatów.
Suwerenność ma związek z ciałem, z tym, co uczymy się robić. Ma ona również związek z przeszłością – ze światem, który dziedziczymy. „Przeszłość i przyszłość – mówi Weil – są jedynymi skarbami człowieka”.
Rozpoznawanie
Kiedy w lutym 2022 r. Rosja zaatakowała Ukrainę, moja córka przesłała wszystkie swoje pieniądze Ukraińcom. W pierwszych kilku tygodniach po pełnowymiarowej inwazji wciąż dzwonili do mnie amerykańscy Żydzi – ludzie, których przodkowie uciekli z Ukrainy – i pytali, jak mogą pomóc. Rozpoznawali dziejącą się niesprawiedliwość.
Ukraina, gdzie dziś Putin toczy skutkującą zniszczeniem i eksterminacją wojnę, była od dawna obiektem zainteresowania imperiów. Dla Stalina stanowiła ona „skarbiec” zasobów, które miały być wykorzystywane do „kolonizacji wewnętrznej”. Hitler chciał z niej uczynić Lebensraum, czyli przestrzeń życiową. W tych kolonialnych fantazjach Ukraińców w ogóle pomijano lub postrzegano ich jako podludzi.
Leib zamienia się z powrotem w Körper najpierw w naszym umyśle. W nazistowskiej propagandzie wschodni Europejczycy mieli wizerunek bestii niegodnych miana człowieka. Na sowieckich plakatach kułaków przedstawiano jako świnie. Dzisiejsza rosyjska telewizja doprowadza tę koncepcję do postmodernistycznej skrajności: Ukraińców należy eksterminować, gdyż są zarazem nazistami, Żydami, gejami, satanistami, złymi duchami, zombie i robactwem. Kolejnym krokiem jest przemoc – przeciwieństwo uznania Leib. Kiedy torturujemy lub poniewieramy ciało, dokonujemy jego dalszego uprzedmiotowienia. Po poniżeniu ciała i upokorzeniu osoby zabójca łatwiej znosi swoją pracę. Niektórzy nawet ją lubią.
Odczłowieczając innych, sami odbieramy sobie wolność. Jeżeli widzimy innych wyłącznie jako Körper, nie możemy dostrzec siebie jako Leib i tracimy w ten sposób obietnicę własnej wolności. Tak więc wolność możemy osiągnąć tylko z pomocą tych, których w przeciwnym razie moglibyśmy poniżać, źle traktować lub ignorować. W ośrodku rehabilitacyjnym w Kijowie obserwowałem żołnierza z protezami obydwu nóg, który ćwiczył na bieżni, a jednocześnie boksował się z cieniem. Inny młody mężczyzna, który rzucił bezpieczną pracę w jednej z europejskich stolic, stracił lewą rękę i lewą nogę. Prawą podnosił podczas ćwiczeń czterdziestokilogramową sztangę. Rozmawiając z tymi ludźmi, widzę siebie inaczej oraz trochę lepiej rozpoznaję, jak żyję w swoim ciele.
Swoich własnych argumentów na temat wolności nie mógłbym sformułować bez fizycznej obecności innych. Piszę sam, ale tak naprawdę nie jestem sam. Zełenski powiedział mi: „Tak naprawdę nigdy nie mówimy – przemawiają przez nas inni”. W ten sposób wyraził częściowo to, co twierdziła Edyta Stein. Uczymy się od ludzi, z którymi spędzamy czas i których szanujemy – słowo „respekt” pochodzi od łacińskiego respicere, oznaczającego „patrzeć wstecz, uważnie spoglądać”. Dzięki przyjęciu do wiadomości, że są oni ludźmi, rozumiemy ich myśli inaczej. Myśląc razem z innymi, jesteśmy bardziej świadomi własnych procesów myślowych. Nawet książki, które zapamiętujemy na długo, otrzymujemy często od znanych sobie ludzi.
Niektóre z przedstawianych tu koncepcji wyrosły z rozmów z moim przyjacielem – powszechnie podziwianym historykiem, który cierpiał na chorobę neurodegeneracyjną znaną jako stwardnienie zanikowe boczne bądź choroba Lou Gehriga. Pod koniec 2008 r. nie był już w stanie normalnie pisać – nie potrafił podnosić rąk.
Chciałem, żeby pracował dalej, więc zaproponowałem, abyśmy wspólnie napisali książkę na podstawie nagranych rozmów. Przyjąłem przy tym za pewnik, że rozmawiając, musimy przebywać w tym samym pomieszczeniu – był to jedyny sposób, abym mógł z nim nawiązać bezpośredni kontakt i spierać się z nim. Tylko w obecności choroby mogliśmy sobie radzić z jej skutkami. Mój przyjaciel miał takie samo przekonanie: kiedy zadzwoniłem do niego z tym pomysłem, powiedział krótko: „Przyjedź”.
Pracowaliśmy razem przez dwa ostatnie lata jego życia.
Tony’ego Judta – gdyż o nim mówię – moja obecność prowokowała w pozytywnym sensie tego słowa. Potrzebował odpowiedzi lepszych od moich pytań. Pragnął przypomnieć sobie wszystko, co kiedykolwiek przeczytał, i właściwie mu się to udawało. Rozmowa z Tonym oznaczała maksymalną koncentrację i mobilizację tych części mojego mózgu, które w przeciwnym razie pozostawałyby uśpione. Odłożyliśmy na bok telefony i otoczeni pełnymi książek regałami, wspólnie przypominaliśmy sobie cytaty i fragmenty tekstów. Razem zdołaliśmy stworzyć coś, co pozostawałoby poza zasięgiem każdego z nas z osobna: książkę, którą Tony zatytułował Rozważania o wieku XX.
Uznawanie
Wśród myślicieli oraz myślicielek, o których dyskutowaliśmy z Tonym, była Edyta Stein. Jej praca doktorska na temat empatii i wiedzy nie powstałaby, gdyby nie ranni żołnierze. Stein wyszła z podstawowego od czasów Immanuela Kanta założenia filozoficznego, że inni są jej równi, a Niemcy, których rany opatruje, są jej bliźnimi.
W teorii łatwo jest uznać, że inni mają taką samą godność. Jak jednak rozpoznajemy innych w praktyce? Opiekując się poranionymi ciałami ludzi przywiezionych z frontu, Stein odkryła, że to Leib pozwala nam uznać ich istnienie.
W semestrze wiosennym 2022 r., dziesięć lat po opublikowaniu książki Tony’ego i mojej, zadałem lekturę rozprawy Stein osadzonym w więzieniu studentom. Czytaliśmy ją razem na seminarium z filozofii wolności, które prowadziłem w zakładzie karnym o zaostrzonym rygorze. To spotkanie ze Stein było również wynikiem choroby, choć w tym przypadku chodziło o pandemię koronawirusa. Kurs miał ruszyć kilka tygodni wcześniej, ale wielu więźniów i strażników się rozchorowało. Abym mógł wejść do zakładu, musiały zmienić się obowiązujące tam zasady kwarantanny. W styczniu oraz lutym 2022 r. uczniowie otrzymali materiały, zapoznawali się z lekturami i nie chcieli już dłużej czekać na zajęcia.
Wiedziałem, że muszę znaleźć się w ich przestrzeni, choćby w ograniczonym sensie. O to przecież chodziło Stein. Dwadzieścia lat pracy dydaktycznej nauczyło mnie tego samego. Kiedy wreszcie mogłem wejść do więzienia i dołączyć do nich w sali, słuchacze docenili bezpośredni kontakt. Bardzo celebrowali seminarium, a częścią rytuału było fizyczne stykanie się ze sobą. Pochodzący z różnych bloków, wywoływani przez głośnik po numerze osadzeni cieszyli się, że znajdują się w tej samej przestrzeni. Każdy z wchodzących studentów obejmował pozostałych. Każdy chciał też na rozpoczęcie i zakończenie zajęć dotknąć mnie, choć ściskali mi dłoń jak białemu facetowi.
Często używaliśmy słowa Leib. Jeden z odbywających karę studentów – Dwayne – wydawał się zafascynowany Stein i doskonale podsumował jej argumenty. „Musisz zobaczyć ciało innych, żeby zobaczyć własne”, a więc obiektywność „nie oznacza zaprzątnięcia byciem sobą, lecz rozpoznawanie innego ciała jako podobnego do twojego, a następnie dostrzeganie świata”. „Uwięziona w granicach mojej indywidualności – napisała Stein – nie mogłabym wyjść poza świat »taki, jaki mi się pojawia«”, lecz dodała: „jednak za pomocą wczucia przekraczam te granice i docieram do jakiegoś drugiego i trzeciego, niezależnego od mojego spostrzeżenia, zjawiska tego samego świata”. To właśnie empatia pozwala nam ustalić, że świat zewnętrzny jest prawdziwy.
Innymi słowy, empatia nie jest ustępstwem czynionym przez racjonalną osobę, która wielkodusznie przyjmuje do wiadomości emocje innych, lecz jedynym sposobem, by stać się rozsądną osobą. Uznanie cielesności innych nie jest ukłonem w ich stronę, lecz krokiem w stronę własnej racjonalności. „Wczucie jako warunek możliwości konstytucji własnego indywiduum” – tak brzmiał jeden z podtytułów w rozprawie doktorskiej Stein. Ciała innych pozwalają nam zobaczyć ich jako podmioty, które znajdują się w takiej samej sytuacji jak my. Uzbrojeni w ten sposób w empatię, możemy postrzegać siebie tak, jak widzą nas inni. Pomaga nam to poznać zarówno siebie samych, jak i świat. Ta wiedza z kolei doskonali nas i czyni bardziej suwerennymi.
Musimy widzieć ciała innych jako podmioty, gdyż w przeciwnym razie nie zdołamy zobaczyć siebie samych jako podmiotów. To uniemożliwi nam zaś osiągnięcie wolności.
Widzenie
Tymczasem w Ukrainie ludzie, których znałem – przyjaciele, współpracownicy czy studenci – walczyli w okopach, chowali się w schronach lub uciekali przed rosyjską inwazją. W czasie gdy ja w marcu 2022 r. prowadziłem pierwsze zajęcia w zakładzie karnym, moi ukraińscy znajomi z rodzinami szukali sposobu na ucieczkę z Kijowa. Moi uwięzieni studenci chcieli słuchać o wojnie. Powiedziano mi, żebym nie odwracał się do nich plecami, ale pierwszego dnia to zrobiłem, aby narysować na tablicy mapy bitew.
Wyobrażaliśmy sobie katastrofę dziejącą się o tysiące kilometrów od nas – w kraju, którego żaden z moich słuchaczy nie odwiedził i który był dla nich początkowo prawie nieznany. To, o czym rozmawialiśmy, miało jednak wystarczająco jasne przełożenie na rzeczywistość. Jeżeli rosyjscy najeźdźcy wierzyli, że Ukraińcy nie są w pełni ludźmi, wówczas gwałcenie kobiet i rozstrzeliwanie mężczyzn nie stanowiło przestępstwa: ukraińskie ciała były przecież przedmiotami. Działając w ten sposób, Rosjanie dopuszczali oczywiście logiczną możliwość, że oni też są po prostu przedmiotami wysyłanymi dokądś, by ginąć bez celu za kłamstwa. Jeżeli nie rozpoznajemy siebie nawzajem przez nasze Leib, wówczas nie tylko zadajemy innym cierpienie, lecz także sami odbieramy sobie wolność.
Co, jeżeli uważam, że moje ciało jest czymś więcej niż Körper, ale nikt inny się z tym nie zgadza? Wtedy (jak zauważyli moi słuchacze) inni mogą przypinać mi etykiety i je odpinać według swojego uznania, a moje własne wartości nigdy nie doczekają się realizacji w świecie. Mogę być zniewolony, torturowany, poddany segregacji. Jeżeli nie istnieję jako Leib, ponieważ zaprzecza się istnieniu mojej grupy, mogę paść ofiarą ludobójstwa.
Studenci zgadzali się z argumentacją dotyczącą Leib, zastanawiali się jednak, na ile sama Stein byłaby konsekwentna w jej stosowaniu. Ostatecznie żołnierze, którymi opiekowała się podczas I wojny światowej, byli jej niemieckimi rodakami – lub, jak określili to moi słuchacze, białymi ludźmi. Większość spośród uczestników moich zajęć była zaś czarna i wszyscy wyrażali podobne podejrzenia.
Uczestnicząc w zajęciach, które odbywały się w pierwszych czterech miesiącach po pełnowymiarowej inwazji Rosji na Ukrainę, przekonali się oni, że Europejczycy mogą kolonizować innych Europejczyków – czyli biali ludzie mogą kolonizować innych białych ludzi. Ta konstatacja podważa uniwersalność amerykańskiego pojęcia „białych ludzi” – lub, interpretowana pozytywnie, stanowi przykład empatii.
W swoich odniesieniach literackich i filozoficznych studenci odwoływali się do Ukrainy, porównując swoje doświadczenia życiowe z doświadczeniami jej mieszkańców.
Mój student Alpha dał wyraz największej solidarności, mówiąc: „Cierpienie Ukraińców dotyka mnie jako czarnego człowieka”. Pod koniec zajęć oświadczył, że podziwia prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego jako antykolonialistę.
Kwestionując postawę Stein, moi słuchacze mieli trochę racji, choć wówczas nie byłem gotów im jej przyznać. Pisząc o empatii w 1917 r., Stein była bez wątpienia niemiecką nacjonalistką. Jak pisała wówczas: „wykluczone, byśmy teraz ulegli”. Prawdopodobnie nie myślała wtedy krytycznie o niemieckim celu wojennym, jakim było podbicie Ukrainy i uczynienie z niej spichlerza. W swoim szpitalu polowym opatrywała jednak zarówno żołnierzy wielonarodowej armii Habsburgów, jak i niemieckich. Ukraina wówczas nie istniała, a jej ziemie były podzielone między Rosję i monarchię habsburską, więc młodzi Ukraińcy walczyli po obu stronach. Konfrontując się z ich poranionymi ciałami, Stein wczuwała się w ich położenie.
Czy wczuwałaby się też w sytuację czarnych mężczyzn? Moi słuchacze mieli co do tego wątpliwości, sami byli jednak w stanie wyobrazić sobie jej sytuację i utożsamiać się zarówno z nią, jak i z Ukraińcami w przeszłości oraz obecnie. Jeden ze studentów – Michael – miał świadomość innego momentu, gdy Ukrainę potraktowano jako kolonię: za czasów wywołanej w ZSRR ze względów politycznych klęski głodu. Po I wojnie światowej, rewolucji bolszewickiej oraz serii innych wojen większość terenów dzisiejszej Ukrainy znalazła się w granicach Związku Radzieckiego. Stalin dążył do ujarzmienia i eksploatacji tych terenów. W wyniku kolektywizacji rolnictwa miliony ich mieszkańców stanęły na skraju śmierci głodowej. Pod koniec 1932 r. Stalin podjął decyzje, które musiały poskutkować śmiercią około 4 mln ludzi w sowieckiej Ukrainie. Michael wiedział o przejmującym szczególe: podczas stalinowskiej kampanii głodowej Ukraińcy nawiązywali do Chaty wuja Toma Harriet Beecher Stowe. Niegdyś płakali nad niewolnikami z książki, a teraz utożsamiali się z nimi. W napisanej na zajęcia pracy Michael wspominał o swojej podeszłej wiekiem matce, której afroamerykański syn przebywa od 30 lat w więzieniu. Powiedział mi też, że na początku 2022 r. płakała, oglądając doniesienia z Ukrainy. Widziała, o co chodzi.
Rosja stała się ludobójczym, faszystowskim imperium z wielu przyczyn, ale jedną z nich jest wolność negatywna. Ta koncepcja utrudniła dostrzeżenie, że oligarchia jest antytezą wolności (nie zaś jej efektem ubocznym) lub że Putin jest faszystą (a nie tylko pragnącym bogactw technokratą). Ameryka stała się dysfunkcjonalną republiką zagrożoną oligarchią i faszyzmem z wielu przyczyn, ale jedną z nich jest wolność negatywna. Każe nam ona sądzić, że rozwiązaliśmy nasze problemy poprzez ich sprywatyzowanie, podczas gdy w rzeczywistości udało nam się jedynie wzajemnie od siebie odseparować.
Pływanie
Mój kraj jest także krajem moich uwięzionych studentów. Oni zrobili to, co zrobili, a ja zrobiłem to, co zrobiłem, lecz za tym, że ja wykładam na uczelni, a oni siedzą w zakładzie karnym, kryje się głębsza logika. Kraj, który w 1976 r. świętował swoje dwustulecie, miał później w wyniku prowadzonej przez siebie polityki rasowej pozamykać w więzieniach więcej obywateli niż jakikolwiek inny. To, że miałem pięć razy mniejszą szansę trafić za kraty niż osoba czarna, nie było moją zasługą.
Pewnego czerwcowego dnia w 1976 r. siedziałem sam na siedzeniu gdzieś z tyłu żółtego autobusu szkolnego. To był ostatni tydzień pierwszej klasy szkoły podstawowej i przeglądałem księgę pamiątkową naszego rocznika.
Księga była prostym, zszywanym wydawnictwem z dwukolorową kartonową okładką. Na każdej kredowej stronie zamieszczono fotografię jednej klasy – czarno-białe zdjęcia w rzędach i kolumnach, z nauczycielem w lewym górnym rogu. Na zdjęciu moja nauczycielka miała ogromną fryzurę afro, okulary w grubych okrągłych oprawkach i golf pod swoją ulubioną sukienką w kratę. Zaglądający mi przez ramię trzecioklasista szydził z jej rasy, posługując się standardową obelgą. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem to słowo. Nie wiedziałem, co znaczy, ale mogłem się domyślać, znając tego chłopaka i to, jak się zwykle zachowywał.
Autobus przejeżdżał obok lokalnego klubu pływackiego. Jako chłopiec zastanawiałem się, dlaczego nazywa się on „klubem”. Brałem tam lekcje pływania i spędzałem przyjemne letnie popołudnia z braćmi. Jazda na basen niewielkim kabrioletem mojego ojca, z opuszczonym dachem, była niezapomnianą przyjemnością. Kiedy podrosłem, konieczność noszenia karty członkowskiej mnie irytowała, zwłaszcza że regularnie gubiłem rzeczy. Wydawało mi się dziwne, że dzieci chwalą się przywilejami wynikającymi z różnych kolorów kart. Uprawniające do wejścia laminowane kartoniki sprawdzał znudzony nastolatek.
Klub pływacki był przyjemnym miejscem i być może nie założono go w złych intencjach, ale samo jego istnienie wynikało z ówczesnych amerykańskich realiów. Nasze osiedle powstało po tym, jak wyrokami Sądu Najwyższego i ustawą o prawach obywatelskich z 1964 r. zakazano miastom wykluczania Afroamerykanów z publicznych pływalni. Baseny miejskie w całym kraju zaczęto wtedy zalewać betonem. W efekcie dobra publiczne przeniosły się do sektora prywatnego, w którym można było w nieformalny sposób zrobić z uprzedzeń regułę, wprowadzając określone zasady członkostwa. Był to niewielki składnik ogólniejszej reakcji politycznej na ustawę o prawach obywatelskich.
Gdy zdecydujemy się nie uznawać innych ciał za ludzkie, tworzymy określone sytuacje społeczne, które następnie definiujemy jako stan naturalny. Wykluczone z basenów czarne dzieci uczyły się pływać rzadziej od białych rówieśników. W ten sposób białe dzieci nauczono, że ciała czarnych gorzej unoszą się na wodzie. Było to „powszechną wiedzą”.
Tego lata 1976 r. z basenu korzystało najwyżej jedno czarne dziecko lub dwoje – a może nie było ich w ogóle. Tego dnia autobusem z pewnością nie jechali żadni czarni uczniowie. Układ społeczny, który wyznaczał na przedmieściach osobne strefy, powodował, że ludzie byli od siebie fizycznie oddzieleni.
W przestrzeni pozbawionej czarnych celem wykrzykiwania rasistowskich obelg było stworzenie grupy: wszyscy przeciw nieobecnej nauczycielce i komukolwiek, kto jej bronił. Używając języka, aby określać ciała innych jako przedmioty jednego koloru, sami definiujemy siebie jako przedmioty innego koloru. Zapisujemy się w ten sposób do bezmyślnej fizycznej zbiorowości, wyselekcjonowanego rasowo tłumu. Poświęcamy nasze własne Leib, aby zaprzeczyć Leib innej osoby.
Może temu zaradzić szkoła, ale musi nas ona w tym celu uczyć uznawania Leib naszych bliźnich. Ja miałem to szczęście, że w domu poruszano trudne tematy, a Afroamerykanów widywałem w sytuacjach wybranych przez moją rodzinę. Nie pamiętam jednak, by kłopotliwe kwestie omawiano w szkole. O służących dyskryminacji czarnych prawach Jima Crowa dowiedzieliśmy się tylko, że już nie obowiązują. Należało nam jednak również powiedzieć, że prawa te stanowiły inspirację dla niemieckich ustaw rasowych, które uczyniły Żydów, takich jak Edyta Stein, obywatelami drugiej kategorii. Wraz z wprowadzeniem tych ustaw pojawiły się oddolne inicjatywy, takie jak zakaz wstępu na baseny dla Żydów.
Może się to wydawać drobnostką, ale nikt nigdy nie uczył mnie o basenach.
Tłumaczył Bartłomiej Pietrzyk
Fragment książki Timothy’ego Snydera O wolności. Tytuł od redakcji. Książka ukaże się niedługo nakładem Wydawnictwa Znak Horyzont