Hipochondria to jedyne, co mi nie dolega.
Tony Hancock
1. Od dłuższego czasu odmawiałam przygotowania tekstów do miesięcznika „Znak” z uwagi na stan zdrowia. Schemat korespondencyjny był zawsze ten sam. Dostawałam propozycję napisania eseju na temat bliski moim zainteresowaniom badawczym, dziękowałam za nią, pisałam, że jeśli mi zdrowie pozwoli, to z przyjemnością podejmę się zadania, a potem informowałam z żalem i wstydem, że jednak nie dam rady przygotować artykułu. W miarę konkretnie – ale bez zbędnych szczegółów – podawałam, jaka choroba uniemożliwia mi napisanie zamówionego tekstu. Ostatnie maile w duchu unikająco-medycznym wymieniłam z redakcją „Znaku” pod koniec marca. Wróciłam wtedy z dziwnej podróży. Z dzikim jet lagiem, który nie mijał i okazał się czymś więcej, ale wtedy jeszcze nie wiedziałam czym. Czym są te bóle głowy 10/10, sztywność karku, zawroty, gorączka, światłowstręt, dezorientacja, wysypka, rozdrażnienie, drżenie rąk i niedowłady w nogach, a także sporadyczne utraty przytomności? W odpowiedzi odmownej napisałam więc: „Ze względu na problemy zdrowotne”. Bo jeszcze wtedy mogłam odpisać, byłam w stanie ułożyć wyrazy z liter, proste frazy ze średniej długości słów, utrzymać łączność między zdaniami.
Kilka miesięcy później, na początku lipca, otrzymałam propozycję przygotowania do niniejszego miesięcznika eseju osobistego o hipochondrii – tak bez ogródek, expressis verbis. Dopiero wtedy pomyślałam, że przecież tak to może wyglądać: moje opowieści o chorobach, które wypisuję w pełnych rezygnacji mailach, ktoś mógłby zinterpretować jako przejaw nieuzasadnionego przekonania o posiadaniu poważnej choroby somatycznej lub lęku przed nią, jak często określana bywa hipochondria. Najprostsza definicja zaburzenia hipochondrycznego, widniejąca w Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób WHO, precyzuje, że jest ono utrwalonym przekonaniem pacjenta o posiadaniu poważnej choroby somatycznej, której nie potwierdzają ani badania lekarskie, ani wyniki badań laboratoryjnych. Osoba cierpiąca na zaburzenie hipochondryczne może uporczywie prezentować dolegliwości dotyczące różnych narządów oraz doświadczać lęku o własne zdrowie, mimo zapewnień lekarskich, że nie istnieje żadne poważne zagrożenie. Wydaje się więc, że hipochondria jest beznadziejnie paradoksalna: osoba hipochondryczna najbardziej na świecie boi się zachorować, a ta obsesja czyni ją właśnie osobą chorą. Hipochondria – pod różnymi nazwami – znajduje się we wszystkich systemach klasyfikacji chorób i problemów zdrowotnych.
Kiedy więc poproszono mnie o napisanie tego tekstu, pomyślałam: a gdybym tak rozpoczęła esej o hipochondrii wyznaniem o „prawdziwej” chorobie? Mogłoby się wydawać, że w ten sposób powstałby manifest antyhipochondryczny, jednak coś mi mówiło, że będzie inaczej. Bo dopiero co wyszłam, po trzytygodniowej hospitalizacji, ze szpitala. Z diagnozą: zapalenie opon mózgowych, mózgu i serca. W sporcie to się nazywa hat trick: osiągnięcie potrójnego sukcesu, najczęściej trzech bramek. A tu stan zagrożenia życia, długie leczenie szpitalne i jeszcze dłuższa rehabilitacja. Awaria mózgu uniemożliwiła mi sprawne napisanie maila odmownego do „Znaku” o treści zgodnej z wcześniejszą stylistyką mojej korespondencji: zawierającej podziękowania za propozycję i odmowę, podyktowaną (nowymi) problemami zdrowotnymi. Nie byłam w stanie złożyć takiego, nawet poszarpanego, zdania. To, na co pozwalały mi moje ograniczone zdolności poznawcze, to sporządzenie krótkiej odpowiedzi pozytywnej.
Myślałam o tym, czy nie jestem zbyt chora, żeby pisać o hipochondrii. Wciąż nie wiem, co o tym sądzić. Ale wczesnym latem, w tamtej płochliwości dni tuż po opuszczeniu szpitala, z profetyczną sztywnością karku, odliczając dni do kolejnego: kataklizmu, SOR-u, nawrotu, pomysł, żeby poprzez pisanie uczyć się zdrowieć i uczyć się poprzez pisanie, że zdrowieję, wydał mi się obiecujący.
Jak pisze Caroline Crampton w Ciele ze szkła. Historii hipochondrii: na hipochondrię rzadko cierpią osoby, które cieszą się dobrym zdrowiem, te obawy z czegoś wynikają, z czegoś się biorą. A moja lista poważnych problemów zdrowotnych sięga wczesnego dzieciństwa i jest długa niczym katalog tajemniczych dolegliwości w Poemacie o cierpiącym sprawiedliwym pierwszego hipochondryka w historii słowa pisanego: Szubszi-meszre-Szakkana – babilońskiego dworzanina, żyjącego w II tysiącleciu p.n.e. Nie pamiętam już nazw swoich chorób somatycznych. Tak jak niektórzy nie pamiętają imion swoich partnerów i partnerek seksualnych, bo tylu ich było. Zdiagnozowane, niedoleczone, bo już pojawiały się kolejne: choroby, nie kochanki. Moje skojarzenia erotyczne mogą być wynikiem przebytego zapalenia mózgu, którego symptomy psychologiczne to m.in. hiperseksualność, brak potrzeby snu i stany maniakalne. Nie twierdzę, że wszystko w mojej chorobie było złe. Wręcz przeciwnie, bywało aż za dobrze. To, co moje ciało przetrwało, zostawiło ślad w myślach i paraliżujących lękach o zdrowie. Może jednak nie da się tego wszystkiego przeżyć i pozostać wolną od hipochondrii? Może nie da się w takim przypadku – w moim przypadku – dłużej utrzymać pełnego czarnego humoru stwierdzenia, że „hipochondria to jedyne, co mi nie dolega”?
I weź pod uwagę niebezpieczeństwo nawrotu.
John Donne
2. Dobrze o tym wie – chorująca na rzadki nowotwór krwi w wieku nastoletnim – autorka Ciała ze szkła, która, pisząc o tamtym okresie, z zakłopotaniem przyznaje: „Ani razu nie przyszło mi do głowy, że przyczyna tkwi w ciele, że to z nim jest coś nie tak. Dziś nie potrafię uwolnić się od poczucia, że coś się tam jeszcze kryje, czai na widoku, tylko ja nie wiem, gdzie patrzeć”. I dalej: „Mam wrażenie, że to racjonalna reakcja” (tłum. M. Tomczak). Bo skoro już wcześniej było się bardzo chorym i się tego nie widziało, to może tym razem też tak jest? Crampton uważa, że jej lęk hipochondryczny wyrósł nie tyle na gruncie samej poważnej choroby, ile w czasie późniejszym, na pożywce pytań: jak mogłam nie zauważyć, że z moim ciałem jest coś nie tak? Jak mogłam? Obsesyjnie powracająca konstatacja, że przez miesiące lekceważyło się niepokojące objawy, myśląc o sobie jak o „mózgu w słoiku”, łączy mnie z autorką Ciała ze szkła. Bo mój cel pisania eseju o hipochondrii był początkowo antyhipochondryczny. Wiedziałam, że są osoby o nadmiernych obawach o stan zdrowia, a ten nadmiar powoduje cierpienie, wpływa na inne sfery życia i je hamuje. Ale istnieje też coś przeciwnego: przesadne psychologizowanie – wyjaśnianie wszystkich problemów somatycznych w terminach psychologicznych – którego byłam orędowniczką. Taka hipochondria à rebours: kiedy pojawia się wątpliwość dotycząca mojego stanu zdrowia, szukam odpowiedzi w psychologii – że to wszystko jest psychosomatyczne, że to wszystko jest w głowie. Chodzi więc o to, w jaki sposób (również szerzej, społecznie) bagatelizuje się stan zdrowia, zwłaszcza kobiet, sprowadzając go do somatyzacji – dolegliwości jedynie sugerujących obecność choroby pozapsychiatrycznej, przy równoczesnym braku patologii organicznej czy czynnościowej. Takie wszędobylskie narracje psychosomatyczne opóźniły w moim przypadku diagnozę wielu chorób, które szybciej można było zacząć leczyć.
Jako siedmiolatka usłyszałam, że mam nerwicę żołądka, nikt nie zrobił żadnych badań, po prostu znerwicowane dziecko, wiele dziewczynek tak ma – ból brzucha niczym bóg brzucha.
Pamiętam, jak wyję i wiję się z bólu na wersalce u babci, babcia na łyżce cukru podaje mi amol i mówi z tym swoim zabużańskim akcentem: „Dziecko, czemuś ty się tak wszystkim przejmujesz? Za bardzo, za bardzo, mój mały saczek, nie trzeba aż tak”. Dopiero na studiach, po pierwszej gastroskopii i pierwszych badaniach laboratoryjnych, okazało się, że w moim brzuchu żyje coś więcej niż lęk. A przynajmniej coś bardziej widocznego.
Początkowo wyobrażałam więc sobie idealną kandydatkę do pisania o hipochondrii jako okaz zdrowia, zawsze odprawianą z kwitkiem od lekarza, zawsze pełną bezpodstawnego lęku o zdrowie. Choć w powszechnej świadomości to pewnie powinien być kandydat – mężczyzna jako exemplum hipochondrii, tak jak kobieta była figurą histerii. W każdym razie to nie ja. Ale po lekturze Ciała ze szkła zmieniłam zdanie. Bo to jest właśnie ten moment, kiedy mogę wpaść w szpony „wyimaginowanej choroby”. Czas, kiedy żyję po cichu w obawie przed chorobą, kiedy uczucie lęku o zdrowie trzyma ciało w krzywdzącej pozycji kociego grzbietu – takiej jak podczas punkcji, zdradzającej, że mój płyn mózgowo-rdzeniowy padł ofiarą jakiegoś wirusa. Krzywda została już wyrządzona. Czy to oznacza, że naturalną konsekwencją poważnej choroby musi być hipochondria? A może wtedy ten „strach przed chorobą i życie w ciągłej gotowości” są racjonalne i nie można takiej osoby nazwać hipochondrykiem?
Crampton, za krytyczką Elaine Scarry, przekonuje, że tak było w przypadku Johna Donne’a – poety doby baroku i autora Medytacji. Alembiku śmierci – u którego „w obliczu tylu tragedii głębokie zainteresowanie chorobą i śmiertelnością wydało się nieuniknione, wręcz rozsądne”. A ja po lekturze jej Ciała ze szkła nie mogę pozbyć się wątpliwości, gdzie przebiega granica racjonalności strachu o zdrowie. Kim tak naprawdę jest hipochondryk?
Mówiłem, że jestem chory.
(Dúirt mé leat go raibh mé breoite).
napis na nagrobku komika
Spike’a Milligana
3. Wciąż próbuję zrozumieć, czym się różni hipochondria od tzw. zdrowej troski o ciało, lecz poza redukcyjnym dyskursem medycznym nie znajduję odpowiedzi. W stosowanej wciąż w Polsce Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób i Problemów Zdrowotnych ICD-10 zaburzenie hipochondryczne (F45.2) należy do zaburzeń psychicznych, a dokładniej: zaburzeń pod postacią somatyczną (inaczej nazywanych „somatoformicznymi”). Osoby nimi dotknięte mają objawy sugerujące problemy somatyczne, przy braku organicznych lub czynnościowych podstaw uzasadniających ich występowanie. Diagnozę „zaburzenia hipochondrycznego” w tej klasyfikacji stawia się, jeśli pacjent, który skarży się na objawy somatyczne (bez podstaw medycznych), jest przekonany o swojej poważnej chorobie, szczegółowo prezentuje dolegliwości dotyczące różnych narządów i ma wysoki poziom lęku o zdrowie, mimo zapewnień lekarskich, że nie istnieje żadne poważne zagrożenie. A te uporczywe symptomy utrzymują się u niego co najmniej pół roku. Jestem przekonana, że hipochondryka – książkowo spełniającego wszystkie powyższe kryteria – łatwo odróżnić od człowieka po prostu troszczącego się o zdrowie.
Piszę „o wciąż używanej” w Polsce klasyfikacji ICD-10, bo od stycznia 2022 r. obowiązuje, niemal globalnie, już kolejna wersja: ICD-11. U nas decyzja o dacie oficjalnego wprowadzenia jej w życie zostanie podjęta po stwierdzeniu, że system opieki zdrowotnej jest gotowy na jej wdrożenie, choć wcześniej mówiono, że musi to nastąpić do końca 2026 r. A wtedy zmieni się wiele w sprawie hipochondrii. Bo w ICD-11 zaproponowano odmienne spojrzenie – już nie tyle na zaburzenie hipochondryczne, co na hipochondrię (6B23). Umieszczono ją bowiem w innej grupie: tam gdzie zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne. Ta zmiana została uzasadniona obecnością w hipochondrii niechcianych myśli i powiązanych z nimi powtarzanych zachowań. A także danymi medycznymi mówiącymi o współwystępowaniu hipochondrii i OCD (obsessive-compulsive disorder) oraz o podobieństwach odpowiedzi na analogiczne leczenie farmakologiczne u pacjentów cierpiących na te zaburzenia. Podkreślono też znaczenie angażowania się w powtarzalne i nadmierne zachowania, związane z kontrolą stanu zdrowia lub – przeciwnie – w zachowania unikowe. Bo hipochondrycy dzielą się na szukających i unikających opieki medycznej. Teraz hipochondria to przede wszystkich katastroficzna interpretacja jednego lub kilku odczuć czy objawów cielesnych, także tych fizjologicznych i powszechnych. Innymi słowy: w nowej klasyfikacji hipochondria jest trwałą (trwającą co najmniej pół roku) obsesją na punkcie wiary w poważną chorobę lub lękiem przed nią, którego nie da się wytłumaczyć organicznymi przyczynami dolegliwości ani innym zaburzeniem psychicznym. Poza mainstreamem psychiatrycznym tę dwuznaczność hipochondrii – która mieścić ma zarówno nadmierny lęk o zdrowie, jak i przekonanie o posiadaniu konkretnej choroby – dzieli się, mówiąc, że hipochondria odpowiada tylko temu drugiemu członowi: nieuzasadnionemu przekonaniu o chorobie, przesadny zaś lęk przed zachorowaniem określa się mianem nozofobii. Tak czy siak, jednostka chorobowa hipochondrii zostanie utrzymana, z naciskiem na uporczywość myśli osób ją dotkniętych. Jedną z częstszych obsesji hipochondryka można zamknąć w prostym zdaniu: „Czuję, że coś mi jest”. Mówiąc najprościej: hipochondryk ma bzika – jak nazywali u nas dawni psychiatrzy obsesję – na punkcie swojego zdrowia.
Dodatkowo całość medycznej zagadki dotyczącej istoty hipochondrii komplikuje fakt, że będąca punktem odniesienia dla wielu rozważań z dziedziny psychiatrii, używana w świecie anglosaskim, klasyfikacja zaburzeń psychicznych Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego DSM-5 zrezygnowała z jednostki chorobowej znanej jako hipochondria. Niektórzy twierdzą, że zniknęła ona z Diagnostycznego i statystycznego podręcznika zaburzeń psychicznych, bo jej diagnoza była zbyt archaiczna i stygmatyzująca. Nikt już w Stanach Zjednoczonych nie wychodzi z gabinetu z taką etykietą, gdyż wśród laików sugerowała ona bycie symulantem. Parafrazując tytuł artykułu Andrzeja Szczeklika dotyczącego histerii, który doczekał się wielu przedruków, można więc zapytać: gdzie się podziała hipochondria? Przynajmniej w amerykańskiej psychiatrii. W DSM-5 hipochondria ukryła się pod zmienioną nazwą jako „zaburzenie z lękiem przed chorobą” (Illness Anxiety Disorder 300.7), należące do szerszej kategorii: „zaburzeń z objawami somatycznymi”, o których mówimy, jeśli przez minimum pół roku utrzymuje się objaw somatyczny wywołujący cierpienie lub zakłócający codzienne funkcjonowanie, z towarzyszącymi mu uporczywymi myślami o powadze tego objawu lub poświęcaniem mu przed rozwinięciem choroby nadmiernej ilości czasu. W zaburzeniu z lękiem o stan zdrowia, jak przetłumaczono w polskiej literaturze specjalistycznej tę jednostkę, zakłada się, że objawy somatyczne nie występują lub mają niewielkie nasilenie. Jeśli jednak są obecne czynniki związane ze stanem ogólnomedycznym bądź istnieje ryzyko ich wystąpienia, wtedy aby zdiagnozować zaburzenie z lękiem o zdrowie, koncentracja na myślach o chorobie musi być wyraźnie, nieadekwatnie duża. Ponadto uporczywe zaniepokojenie swoim stanem zdrowia oraz czujność w tej kwestii musi prowadzić – podobnie jak w ICD-11– do nadmiarowych zachowań związanych z poszukiwaniem opieki lekarskiej lub, przeciwnie, jej unikaniem. Zasadnicza różnica między tymi klasyfikacjami dotyczy tego, że według twórców DSM-5 objawów zaburzenia z lękiem hipochondrycznym nie można wyjaśnić mechanizmem zaburzeń obsesyjno-kompulsyjnych.
Mieszkająca w Wielkiej Brytanii autorka Ciała ze szkła, gdzie obowiązuje klasyfikacja DSM-5, szuka więc pomocy w związku ze swoim „lękiem przed chorobą”, kiedy dostrzega, że jej zaabsorbowanie własnym zdrowiem odbiega od normy i trwa dłużej niż pół roku. Tyle że w myśleniu o zdrowiu psychicznym odchodzi się dziś od normalizacji: ile myśli o zdrowiu i chorobie to już nadmiar? Ile strachu przed śmiercią przekracza normę? Centralna okazuje się kwestia cierpienia: czy moje zaabsorbowanie zdrowiem jest już tak uciążliwe, że ból jest nie do udźwignięcia? Crampton dokłada do tej listy pytań własne: „Czy przesadna świadomość własnej śmiertelności jest przyczyną hipochondrii czy raczej jej symptomem?”. Rzecz jasna na żadne z tych pytań nie znajdziemy konkretnej odpowiedzi.
Hipochondryk chce wiedzieć, co mu jest, chce mieć zdiagnozowaną „prawdziwą” chorobę, lecz nie tę poważną, nieuleczalną czy zagrażającą życiu, tej boi się bardziej niż lekceważącej etykiety hipochondryka. Bo, jak kąśliwie zauważał u nas Antoni Kępiński: hipochondria „spotyka się z postawą pogardliwo-pobłażliwą. Chory z urojenia był od wieków tematem lepszych i gorszych dowcipów”. Z hipochondrii wciąż się żartuje, by oswoić coś tak niezrozumiałego jak wyimaginowana choroba: „nawet lekarze żartowali z hipochondryków, przynajmniej do niedawna, zanim rozpoczęto dyskusję o przeciwdziałaniu stygmatyzacji zaburzeń psychicznych” – pisze Crampton. W Polsce wydaje się, że niewielu myśli o hipochondrii jako rodzaju zaburzenia psychicznego. Raczej traktuje się ją jako formę dramatyzmu, charakteru, który trudno polubić. Bo w tym rodzaju cierpienia często mamy duży poziom samoświadomości, autoironii. Hipochondrycy nierzadko zdają sobie sprawę, że „przesadzają” z różnymi badaniami, a mimo to lęk się nie minimalizuje. Wręcz przeciwnie, poszukiwanie informacji o swoich rozpoznaniach chorób somatycznych (tzw. cyberchondria) może pogłębić objawy.
Hipochondria nie powstała wprawdzie przez internet, o czym przekonuje długa historii „ludzi ze szkła” spisana przez Caroline Crampton, ale internet ją napędza.
Trudno posłuchać zaleceń lekarskich, by czując hipochondryczny lęk o zdrowie, nie robić nic, a już z pewnością nie guglować swoich objawów. Wracając zaś do komizmu hipochondrii, który tkwi w tym, że z boku wygląda ona na „parodię choroby”, warto przypomnieć obraz hipochondryka jako młodego, na oko zdrowego, wiecznie umęczonego w kolejkach u lekarzy mężczyzny, odgrywającego rolę przykurczonego starca. Finał jego przygód jest pozytywny, więc można się śmiać. Tak jak z napisu na nagrobku Spike’a Milligana: „Mówiłem, że jestem chory”. Choć w czarnym humorze tego epitafium wydaje się wybrzmiewać jakaś niewygodna prawda o kondycji hipochondryka.
Zużywać rozpacz, osłabiać ją i redukować.
Emil Cioran
4. Kiedy do sali ósmej, na oddział siódmy, trafiały kolejne pacjentki, jak młodsze siostry, z godnym pozazdroszczenia, w mojej sytuacji, odkleszczowym zapaleniem opon mózgowych, pielęgniarki witały je nocą włączeniem jaskrawego światła, zapominając o moim silnym światłowstręcie, spowodowanym chorobą. Krzyczałam wtedy: „Mniej światła!”. Mój pokiereszowany mózg nie był w stanie wychwycić ironii i analogii do ostatnich słów Goethego: „Więcej światła!”. Ale doceniam, że zdążyłam, że teraz mogę sobie z tego pożartować. Goetheańskie hasło „Mehr Licht!” interpretowano jako prośbę o więcej zrozumienia, przytomności, wiedzy, nawet na łożu śmierci. Może jednak chodziło o zapalenie lampy. Ale lubię myśleć o tym zdaniu jako manifeście, by być kimś, kto nawet w sytuacji zagrożenia życia chce znać swoje myśli i ich się nie boi. Moje mocne i mroczne: „Mniej światła!”, nie było tego przeciwieństwem, chciałam wiedzieć, co się ze mną dzieje, i nadal żarliwie pragnę to zrozumieć. Choć, jak pisze Mikołaj Grynberg w Roku, w którym nie umarłem – pierwszej książce, jaką byłam w stanie przeczytać po zapaleniu mózgu – „To było takie normalne myślenie o tym, że chyba zaraz umrę. Kiedyś wydawało mi się, że myślenie o rzeczach ostatecznych pewnie jest bardziej natchnione. Nie jest. Może jest nawet mniej, bo się ma za mało tlenu”. A ja wciąż miewam za mało tlenu i nie wiem, jak sobie poradzę bez wysublimowanego prawego płata czołowego albo z takim naderwanym, wiem jednak, że pisanie o lęku hipochondrycznym to nie tylko chwila zrozumienia mojej chorowitości, ale coś więcej. Bo co to za dziki strach? Przed chorobą czy przed śmiercią?
Niektórzy psychoterapeuci rozpoczynają leczenie swoich hipochondrycznych pacjentów od pytania: „Czy zgadzasz się, że kiedyś umrzesz?”. A przecież tak trudno się na to zgodzić, nie tylko hipochondrykom. Może jednak w hipochondrii chodzi o inny rodzaj strachu? O lęk przed utratą niezależności albo raczej przed niepewnością, skoro „każdą przestrzeń, co do której brak pewności, hipochondryk wypełnia domysłami”, bo nie może znieść tego, że nie wie, co się z nim dzieje, nie ma nad tym kontroli. Spora część „przemysłu szczęścia” czy – jak wskazuje tytuł reportażu Riny Raphael, „ewangelii wellnessu”– „czerpie z naszej potrzeby kontroli, podstawowego błędu atrybucji, wiary w ideę przewidywalności świata i nadziei na to, że wszystko w życiu ma sens. W tej „fałszywej obietnicy dobrostanu” jak mantrę powtarza się, że „większość tego, co się dzieje w ciele, pochodzi z umysłu” (tłum. H. Pasierska), że kluczowa jest „siła intencji”. Rozumiem, że tak sobie czasem radzimy, zwłaszcza w „sytuacjach granicznych”, jak je definiował Karl Jaspers, próbujemy odzyskać kontrolę nad naszym życiem. Choć tego typu myślenie wydaje mi się nie tylko narcystyczne, lecz i naiwne. Jakby miało nas uchronić przed śmiercią, jakby ta też zależała wyłącznie od nas: „Nie umrę, póki nie będę chciała”.
I jest coś jeszcze. Przypisywanie „sile woli” nadmiernego znaczenia, przekonanie, że to na naszej sprawczości ma być dźwigany ciężar osiągania pełni zdrowia i szczęścia poprzez moc pozytywnego myślenia, niczym z książek Normana Vincenta Pealego, prowadzi do okrutnej narracji o tym, że człowiek jest w pełni odpowiedzialny za swoje choroby. W ciągu ostatnich trzech miesięcy nieraz usłyszałam, że może jednak „sama chciałam” zapalenia opon, mózgu i serca. Nie pomagały wyjaśnienia, że moja choroba jest spowodowana konkretnym wirusem, który pokonał barierę krew–mózg i dotarł tam, gdzie nie powinien. Trudno w takim przypadku mówić o pragnieniu choroby czy choćby Freudowskiej Flucht in die Krankheit.
Czasem myślę, że wiara, iż mocą samej myśli, afirmacji uda nam się uzyskać pełnię zdrowia, zdążyła się już wtopić w główny nurt kultury zarówno amerykańskiej, jak i polskiej. Co więcej, o czym przypomina Crampton, ta propaganda branży wellness przemawia przede wszystkim do osób o skłonnościach hipochondrycznych.
Bo jeśli jesteś w stanie wyobrazić sobie czy wmówić sobie jakąś chorobę, to możesz też z łatwością wyobrazić sobie zdrowienie z niej. Klienci szarlatanów zawsze rekrutowali się spośród hipochondryków. A wyniki badań nad efektem placebo pokazują, że cierpiący na hipochondrię częściej mu ulegają i częściej zgłaszają się do uzdrowicieli. Mogłoby się jednak wydawać, że hipochondrycy dalecy są od obwiniania siebie i innych za chorobę, na którą cierpią. Ale nie jestem tego taka pewna. „Cierpiący nerwowo” Jan Lechoń w swoim wpisie z 4 listopada 1950 r. pisze w dzienniku o wysypce, która ujawniła że cierpi na „shingles”, czyli półpasiec: „Moja reakcja na tę diagnozę (…) – jest to prawie radość, bo jednej rzeczy nade wszystko nie znoszę: chorób, o których lekarz mówi: To ze zmartwienia. Niech się pan niczym nie przejmuje – a będzie dobrze. Tymczasem tutaj wyleczenie zależy od pigułek, jakichś smarowań”. Jednak kilka dni później Lechoń przyznaje: „Dzisiaj myślałem sobie, że w całym moim nerwowym załamaniu się, w tym shingles’u jest coś freudowskiego – jest zemsta na sobie za dokonaną na samym sobie zdradę”. Oczywiście ta hipochondryczna ambiwalencja ma charakter spostrzeżenia anegdotycznego, jednak mam wrażenie, że ujawnia pewne napięcia zawsze tkwiące w hipochondryku.
Jestem przekonana, że hipochondryk to ktoś bardziej skomplikowany, niż podają podręczniki medyczne. Bardziej złożony, niż sugerują lekceważące opisy Freuda i jego uczniów: „zakochany we własnej chorobie”, „przerzucający na nią libido”, potajemnie rozkoszujący się własnym cierpieniem, jak u Marksa. A nawet ktoś więcej, niż pisze w swej autopatografii hipochondrii Crampton, choć jej koncepcja podoba mi się najbardziej. W Ciele ze szkła hipochondria to więc przede wszystkim nadmierny strach przed śmiercią, a raczej strach przed strachem przed śmiercią, wyzwolony często przez stratę bliskiej osoby. A przecież wydaje się, że nie ma nic bardziej niskiego niż ten lęk hipochondryka. Czy taka bowiem Simone Weil sprawiała wrażenie osoby, która w strachu o swoje zdrowie kurczowo trzyma się życia? Czy melancholik nie śmieje się czasem z kruchego „ja” hipochondryka? Myślę w tym kontekście o sobie: jeśli lepiej opanuję rekreację niż dekreację (unicestwianie własnego „ja”, aby dotrzeć do tego, co wieczne), to zostanę hipochondryczką? Jeśli odwrotnie, to pozostanę wolna od tego hipochondrycznego strachu? Choć nic bardziej małostkowego niż ten lęk i nic bardziej ludzkiego. A ja jeszcze nie wiem, czy jestem hipo.
Kluczową sprawą na koniec mojego pierwszego eseju pisanego po zapaleniu mózgu, z lękiem przed lękiem o zdrowie, wydaje mi się kwestia eksploatowania choroby, pisania o niej i o tym metalęku, żeby znaleźć jednak jakiś sens w bezsensownym cierpieniu. Choć pamiętam słowa Susan Sontag, „by nie mówić, że prawdziwym znaczeniem x jest y. Nie wolno porzucać danej rzeczy jako takiej, bo ona naprawdę istnieje. Choroba to choroba” (tłum. D. Żukowski). Mam tylko nadzieję, że analizowanie (bez interpretacji) choroby i strachu przed nią doprowadzi do „zużywania jej, osłabiania i redukowania”, jak u Ciorana, ale może skuteczniej