Ogląda się Pan wstecz?
Dotąd tego nie robiłem, szedłem naprzód, i już. Wiem jednak, że mam przed sobą raczej mniej niż więcej życia. Jak to mówią Anglicy, nie wiadomo, kiedy staruszek kopnie w wiadro. Pani wizyta skłania mnie więc do małego rozrachunku. Zdaje mi się, że wszystko ułożyło się w jakiś… nie powiem, że sens, ale jednak w coś.
Dlaczego nie „sens”?
Mówienie o sensie przez duże „S” jest stratą czasu. Oczywiście każdy dzień niesie nowe sensy, mamy zadania do rozwiązania, problemy do przezwyciężenia, radości z różnych spraw. Ale czy te cząstkowe sensy składają się w jakiś wielki „Sens”? Nie myślę tak o życiu.
Co Pana cieszy?
O, proszę Pani, mnóstwo rzeczy. Powiedziałbym nawet, że jestem hedonistą, choć nie w potocznym rozumieniu.
Widzę tu sztangę obok biblioteczki.
Trenuję dwa lub trzy razy w tygodniu. Gdy tylko moje ciało zesztywnieje od długiej pracy, wsiadam na rower i jadę np. do Kalwarii Zebrzydowskiej. To jest jakieś 30 km, a po drodze górki, proszę nie zapominać.
Uprawiam lekkoatletykę: skoki w dal, rzuty, sprinty. Choć biegi ostatnio rzadziej, mniej pasują teraz mojemu ciału. Gdy potrzebuję szybkiego orzeźwienia, staję na głowie. Wytrzymuję tak pięć, siedem, dziesięć minut i od razu czuję się, jakbym wyszedł z chłodnej kąpieli.
Wszystkie narządy wracają na swoje miejsce.
Tak właśnie. Mogę pracować dalej. Ale jeśli ktoś nigdy nie uprawiał żadnego sportu solidnie, może nie wiedzieć, czym jest satysfakcja sportowca. I wcale nie mówię o radości ze zwycięstwa. Oczywiście w sporcie, zwłaszcza wyczynowym, trzeba zakładać cele, pewne etapy do przejścia. Opracowywać porządny plan, a potem sumiennie wcielać go w życie, latami.
W mojej dyscyplinie koronnej, czyli w ciężarach, które uprawiałem zawodniczo przez ponad 20 lat, chodziło mi o to, żeby się przekonać, do czego jestem zdolny. Konkretnie ja. Bez oglądania się na kogokolwiek.
I Pan to wie?
Mam dane, bardzo precyzyjne. W tej chwili na ławce wyciskam 75 kg. Mój życiowy rekord to 125 kg, więc w ciągu tych 50… co ja mówię, 60 lat skurczyłem się o jedną trzecią, gdy chodzi o wynik.
Regularnie robię sobie różne sprawdziany i te wyniki też zapisuję. Z ciekawości, żeby zobaczyć, co czas robi z człowiekiem. Tylko raz miałem przerwę, na przełomie lat 1979 i 1980. Przeszedłem kontuzję kręgosłupa po skoku do wody z dużej wysokości. Przełamało mnie, nie mogłem dźwigać. Wyleczyłem się jednak szybko i wróciłem do ciężarów. Nie choruję właściwie wcale, cały czas ćwiczę.
Jest Pan w tym bardzo grecki.
Dbałość o ciało była rzeczą normalną w starożytności, częścią paidei.
Dopiero teraz czasami ktoś się zdziwi: taki intelektualista, a ciężary dźwiga… Strzelam wtedy od razu z największej armaty: a Platon? Wielki filozof i zapaśnik! Z wieńcem laurowym na igrzyskach!
W tych sprawach nie ma żadnej sprzeczności. Sport jest dyscypliną duchową, jeśli poprawnie się go rozumie. Do dziś mam doskonałą kondycję intelektualną, nie męczę się długotrwałą pracą, jestem wytrzymały, i to dał mi sport. Nauczył mnie też koncentracji, systematyczności, niepoddawania się.
###banner###
Choć muszę przyznać – miałem specjalne okoliczności, które zmusiły mnie do uprawiania sportu. Otóż gdy miałem dwa lata, zachorowałem ciężko, powiedziałbym nawet – śmiertelnie. To był 1942 r., trwała okupacja, więc nie mogło być mowy o żadnym leczeniu. Musiałem wydobyć się z tej zapaści o własnych siłach. Udało się, jednak cień wątpienia, lęku o mnie, został. Właśnie dlatego chciałem się przekonać, czy ze mną jest aż tak źle, jak się obawiano. No i się przekonałem, że nie.
Zawsze Pan powtarza, że nie ma Pan specjalnych umiejętności. Naprawdę?
Jeśli pyta Pani o moją znajomość języków, to muszę powiedzieć, że nawet pamięć mam słabą.
Przekłada Pan z francuskiego, greki starożytnej i nowożytnej, hebrajskiego, hiszpańskiego, łaciny, niemieckiego, pali, portugalskiego, rosyjskiego, rumuńskiego, sanskrytu, szwedzkiego, tybetańskiego, włoskiego i angielskiego. Zna Pan też chiński. Chyba nie pominęłam żadnego języka.
Po prostu uczę się ich codziennie. I to też robię dla przyjemności.
Miałem pięć lat, gdy spacerowałem z ojcem po Wieluniu, mieście przed wojną w dużym stopniu żydowskim. Była zima 1945 r.
Po żydowskich mieszkańcach zostały tylko rozrzucone na śniegu karty, z czarnymi, odbijającymi się w śniegu literami. „Synku, to są żydowskie książki” – powiedział wtedy mój ojciec. Ze wzruszeniem opowiadał o naszych sąsiadach Żydach, z niektórymi się przyjaźnił. W mojej pamięci zostały te czarne litery na śniegu.
Wie Pani, mam tutaj nawet coś takiego.
[Wchodzi na biurko, zdejmuje zwój papieru z wierzchu biblioteczki. Rozwija].
To jest rzadka rzecz. Dostałem ją od przyjaciela mojego ojca – Żyda, lekarza – któremu życie uratowali górale.
Rękopis Tory.
Na pergaminie… Pochodzi ze zniszczonej synagogi. Dokładnie coś takiego widziałem jako dziecko na ulicach Wielunia. Gdy przyjaciel ojca dowiedział się, że uczę się hebrajskiego, przyniósł mi ten rękopis. Był niewierzący, ale przecież Tory nie wolno wyrzucić, można ją co najwyżej pogrzebać.
Dopiero wiele lat później uświadomiłem sobie, że tamten spacer był impulsem do zaciekawienia się językami. Pierwszym językiem, którego zacząłem się uczyć samodzielnie, poza łaciną, był właśnie hebrajski. Potem trafiłem na Boską komedię w przekładzie Edwarda Porębowicza. Przez kolejny tydzień nie mogłem spać. W głowie widziałem obrazy, wszystko brzęczało i huczało. Pomyślałem: „Na Boga, muszę przeczytać to w oryginale!”. Zacząłem się uczyć włoskiego. Miałem wtedy 16 lat, byłem w sanatorium w Łagiewnikach pod Łodzią. Trzyletni okres, który był wyrwą w mojej szkolnej edukacji. Szczęśliwie obok była niezła biblioteka ze sporym zasobem literatury, także obcej. Przeczytałem wtedy Trzech muszkieterów po raz pierwszy, ale po rosyjsku, bo polskiego przekładu nie było.
Właściwie, jak tak teraz patrzę, to mimo zaległości w edukacji przedmaturalnej sporo się w tym sanatorium nauczyłem. Odebrałem tam też szkołę samotności, bardzo ważną w moim życiu. Nie polecałbym jej nikomu.
Wzmacnia chyba dopiero wtedy, gdy ma się już ją – o ile to możliwe – za sobą.
Sam znalazłem się w takiej sytuacji, chcąc nie chcąc. Nie wracam do tego, wolę nie mówić o szczegółach. Trudne doświadczenie. Miałem wtedy takie momenty, że bałem się o siebie. Nie wiedziałem, czy wyjdę z tego cało. Wyszedłem. I z tej perspektywy, wielu już lat, widzę, jak dużo mi to dało. Ale przecież mogło mnie też zabić. Bardzo niebezpieczna droga.
Wspierała nas w tym sanatorium pani prof. Anna Margolis, teściowa Marka Edelmana i dyrektorka całego kompleksu sanatoryjnego, kochana przez nas wszystkich osoba. To ona przynosiła mi znaczki pocztowe i katalogi, które jeszcze bardziej rozbudzały moje zaciekawienie innymi kulturami. Może sobie Pani wyobrazić: lata 50., nie mamy dostępu właściwie do niczego, co jest poza granicami naszego kraju, i nagle takie otwarcie na odległy świat – poprzez filatelistykę.
Mieliśmy też świetnego łacinnika, który był także naszym polonistą. To on namawiał nas do tłumaczenia heksametrem Metamorfoz Owidiusza na język polski.
Pierwszy Pana przekład?
Półoficjalny, powiedzmy. Wiele lat później rozmawiałem o nauce łaciny w liceum z Czesławem Miłoszem i okazało się, że oni też przekładali właśnie Metamorfozy Owidiusza. Nie bez kozery jeden z ostatnich wierszy Miłosza to właśnie Metamorfozy. „Mityczne miody piłem, / Głowę w laury stroiłem, / Byle nie pamiętać” – zna Pani zapewne.
Gdy zbliżała się 90. rocznica urodzin Miłosza, postanowiłem zrobić mu prezent. W jego Metamorfozach usłyszałem nawiązania do słynnej sekwencji średniowiecznej „Dies irae, dies illa, Solvet saeclum in favilla (…)”. Zacząłem się zastanawiać, na jaki język by przełożyć ten cudowny wiersz. I żaden mi nie pasował. Wtedy nagle mnie olśniło, że przecież łacina! Zacząłem kombinować, no i wysłałem przekład w dniu urodzin. Miłosz zadzwonił potem do mnie, rechotał w telefonie. „Ach – mówił – moje wiersze po łacinie, no, no, no”.
Wielkiej poezji nie da się przełożyć w sposób zadowalający. Na niektórych wierszach Wisławy Szymborskiej, napisanych – wydawałoby się – prostym językiem, położyli się i Karl Dedecius, i Stanisław Barańczak. A przecież nie ma lepszych tłumaczy.
Podobnie jest z poezją Miłosza czy Norwida. Bema pamięci żałobny rapsod, który uważam za największy wiersz w europejskiej poezji i który znam na pamięć, wiele razy próbowałem sobie wyobrazić w innym języku. Na próżno.
To jest dobra wiadomość.
Tak, dla mnie również to dobra wiadomość. Do dzisiaj wyznaję pogląd, że główny sens mojej pracy jako tłumacza, wieloletniego już, dodajmy, jest taki, żeby zachęcić czytających do poznania języka oryginału. Bo tylko w tym języku jest zawarta cała wartość danego wiersza. Jeśli jakiś utwór zauroczył człowieka, zafascynował, to trzeba się nauczyć języka oryginału. Dopiero wtedy obcuje się z pełnią jego piękna.
Zastanawiam się, jak te wszystkie języki wpłynęły na Pana tożsamość.
Czy wpłynęły? No, nie wiem, być może przez chwilę… Nie, jednak nie. Inne światy nie zafascynowały mnie nigdy na tyle ani nie zauroczyły, żebym czuł gwałtowną potrzebę przeniesienia się w nie całkowicie. Z tych wycieczek w dalekie rewiry, w które pchał mnie język, zawsze wracałem do siebie. Do kraju, w którym się urodziłem i w którym wyrosłem. Ale o tym chyba decydują także czynniki pozajęzykowe. Bo gdzie się kończy wpływ języka, a gdzie się zaczyna co innego, trudno powiedzieć. To są już bardzo niejasne sprawy, niełatwe do rozplątania sploty.
Chyba dosyć wcześnie zdałem sobie też sprawę z tego, że takie przeniesienie jest iluzją, nie jest po prostu możliwe. I im dłużej żyję, tym wyraźniej to widzę. Obserwowałem ludzi, którzy ogarnięci entuzjazmem i zapałem, zapragnęli gwałtownie zmienić tożsamość. Nie znam właściwie nikogo, komu by się to udało i kto byłby stale z takiej zmiany zadowolony.
Co nie oznacza, że nie można zabrać z tych wędrówek czegoś dla siebie.
Skąd Pan wziął najwięcej?
Z Indii. Uważam się nawet w pewnym sensie za duchowego potomka indyjskiej kultury, i to w wydaniu buddyjskim właśnie.
Gdy zaczynałem się uczyć tybetańskiego, nie było w Polsce książek do nauki nawet popularniejszych języków, a co dopiero tybetańskiego. Pracowałem wtedy w Centralnym Ośrodku Chłodnictwa jako dokumentalista, a później kierownik samodzielnej sekcji współpracy z zagranicą. Gdy mieliśmy mały przestój, mogłem pracować nad swoimi sprawami. Wtedy uczyłem się tybetańskiego, proszę spojrzeć…
[Wyjmuje zeszyt z biblioteczki. Przegląda zapisane odręcznie językiem tybetańskim karty].
Tym się zajmowałem… To mnie pochłaniało. Języków uczyłem się zawsze dla siebie. Dopiero potem ktoś zauważył moją pasję i zaprosił do publikacji przekładów. Publikacje są więc poboczną sprawą mojego głównego wektora życiowego, którym jest bardzo silny napęd poznawczy.
Jak się Panu udawało wybierać w życiu to, co sprawia przyjemność?
Nie podejmowałem się rzeczy zbędnych. Wiosną 1975 r. mój szef zaproponował mi stanowisko swojego zastępcy ds. kontaktów zagranicznych. Miałem zostać wicedyrektorem. To oznaczało, że musiałbym odłożyć przekłady. Wchodziłem już dosyć mocno w tybetański, zacząłem pisać artykuły, a tu taka propozycja.
Inne życie.
Tak, musiałbym zrezygnować z tego, co naprawdę chcę robić. Na drugi dzień podziękowałem i odmówiłem. Zdecydowałem o przejściu do Wydawnictwa Literackiego, gdzie pracowałem jako redaktor, a potem zastępca kierownika redakcji przekładów. Mieliśmy tam fenomenalny zespół. Większość osób po dwóch fakultetach – polonistyce i jeszcze jakiejś innej filologii. To był czas boomu na literaturę iberyjską i iberoamerykańską, wydawaliśmy więc książki, które były rozchwytywane. I znów zdecydowałem, że muszę odejść. To była trudna decyzja, ale naradziłem się z żoną i wróciłem do moich przekładów.
Znajomość wielu języków jest dosyć otrzeźwiająca. Możemy dzięki nim porównywać różne rzeczy, a z tych porównań może nam wyjść, że nasze sprawy nie są w centrum świata, choć przecież tak nam się wydawało.
Traktowałem naukę języków jako klucze do innych światów, bo to one mnie interesowały. I nadal tak jest. Zdarzało się jednak, że język mnie swoim pięknem zniewalał, wtedy uczyłem się go dla niego samego. Takim językiem jest sanskryt. Język, którego chyba nikt nie jest w stanie opanować do końca. O niezwykłym bogactwie leksykalnym, które zawdzięcza temu, że daje ogromne możliwości słowotwórcze.
Znajomość innych języków pozwala także dostrzec walory własnego. Gdy zacząłem czytać literaturę francuską, włoską, portugalską, tybetańską, niemiecką, grecką, chińską, angielską, skandynawską w oryginale, wyraźniej dostrzegłem walory naszego języka, naszej kultury.
Piękno języka – czyli co?
Mógłbym je porównać tylko z najwyższą matematyką, na której się nie znam, ale wierzę tu na słowo wybitnym fizykom czy matematykom, takim jak mój kolega prof. Krzysztof Meissner. To on opowiadał mi, jak cudownej urody są wzory matematyczne opisujące stany wzbudzenia elektronów czy cząstek subelementarnych.
W ostatnich czasach takim językiem jest dla mnie nowa greka. Fantastycznie bogata, o niebywałej urodzie dźwiękowej. Czy chiński, który jest kreacją ludzkiego umysłu właściwie niemającą analogii. Nieprzerwana tradycja literacka od czterech tysięcy lat. Krystaliczna struktura, cudowne pismo, którego na szczęście nie udało się zastąpić żadnym innym.
Gdy nauczyłem się już około siedmiu języków, zrozumiałem, że prawdą jest, iż poprzez każdy z nich nieco inaczej widzę świat.
Językoznawcy twierdzą, że różnice są duże.
Zdarza się, że bardzo duże, zwłaszcza jeśli weźmiemy języki należące do różnych rodzin i odległe kulturowo.
Są języki, w których kryterium rozróżnienia na rodzaje gramatyczne jest zupełnie inne niż u nas. Takim językiem jest choćby suahili, gdzie jest kilkanaście rodzajów gramatycznych, które zależą od kształtu przedmiotu. Można więc sobie zadać pytanie, jak wygląda praca tłumacza, który próbuje przełożyć wiersz z tego języka. Umysł poety posługującego się suahili generuje przecież zupełnie inne obrazy. I robi to podświadomie.
Są też języki, gdzie kategorii gramatycznych nie ma wcale. Są takie czy raczej były takie, w których istniał tylko rodzaj męski, nie było żeńskiego. Przykładem jest stary hetycki, który dawno temu wymarł. Jaki musiał być obraz świata w umysłach ludzi, którzy się posługiwali tym językiem?
Weźmy jeszcze jeden przykład, polskie zdanie „Jan bije Piotra”. Mamy tu trzy formy gramatyczne: podmiot, orzeczenie oraz dopełnienie. Ustawiają nam one ontologicznie rzeczywistość w zespół bytów powiązanych między sobą czasownikiem i tworzących określoną sytuację.
W języku tybetańskim kategorii podmiotu, a zwłaszcza podmiotu umiejscowionego w centrum, nie ma.
Co jest zatem w centrum?
Czynność. Przedmiot i podmiot, owszem, istnieją, jednak są zepchnięte na odległy plan jako pewne dodatki do tego centrum ontologicznego, którym jest działanie, proces. Podmiot jest czymś nieistotnym. Przecież to nam daje zupełnie inny obraz świata, prawda?
Zmierzam do tego, że każdy język jest rzeczywistością niewspółmierną z innymi, proponuje inne widzenie świata niż to, do którego jesteśmy przyzwyczajeni, które uważamy za naturalne, a często jedyne i absolutne.
Który język chce dziś być w centrum?
Żeby spróbować odpowiedzieć na to pytanie, warto przyjrzeć się temu, co się dzieje w warstwie leksykalnej różnych języków. W wielu kulturach, tzw. prymitywnych, nie istnieje specjalna nazwa własnej wspólnoty. Na przykład u Eskimosów. Zamiast tego funkcjonuje jedno – „Inuit”. Co to znaczy „Inuit”? „Człowiek”, oczywiście. A więc członkowie tej wspólnoty nazywają siebie ludźmi. A skoro tak, to wszyscy ci, którzy nie należą do ich wspólnoty, mogą być uważani za nieludzi. Konsekwencji tego nie trzeba dopowiadać, one realizowały się w historii wiele razy.
Można też spojrzeć na kategorie gramatyczne. W języku angielskim, którego za bardzo nie lubię, większość zdań zaczyna się od „ja”. „Ja”, „ja”, „ja”. To przecież nie może dziać się bezkarnie. „Ja” jestem w centrum świata ze wszystkimi tego konsekwencjami. Teraz widzimy, że kryzys, wobec którego stoimy, olbrzymi, na skalę globu, ma jakieś subtelne związki z tym naszym „ja”. Z tą hipertrofią, rozdymaniem „ja” poza wszelkie sensowne granice. I to „ja” przenika coraz częściej do innych języków. Ma ścisły związek z kształtem naszej cywilizacji i ze wszystkimi zawartymi w tym „ja” potencjami, zarówno twórczymi, jak i destrukcyjnymi. Myślę, że w tej chwili zaczynają brać górę potencje destrukcyjne.
Nawet w dzisiejszym nowochińskim zaimek „ja” jest o wiele częściej używany niż 500 czy 1000 lat temu. „Ja” przez stulecia nie było aż tak obecne w językach. Zaczyna się formować u Homera, i to dopiero w Odysei, bo w Iliadzie jest jeszcze słabe.
W czasie debaty z Czesławem Miłoszem i ks. Wacławem Hryniewiczem, którą zorganizowano na koniec zeszłego wieku, ostrzegał Pan przed tym „ja”.
Egoizmy były mało szkodliwe, póki było nas na Ziemi mało. Ich dzisiejsza suma, jak widzimy, ma potężną, destrukcyjną siłę. Podobnie jest z religiami. Monoteizmy, wcześniej czy później, muszą doprowadzić do nietolerancji. Bo jeżeli jest jeden bóg i jedna prawda, to wszystko inne jest albo gorsze, albo nic niewarte.
Muszę się z Panią podzielić pewną obserwacją kawek. Lubię ptaki, ale kawki szczególnie.
Rozpoznaję je po szarobiałej tęczówce.
Tak. Są to niezwykle inteligentne ptaki. Ich intuicja do dzisiaj jest dla mnie tajemnicą. Dwa razy hodowałem kawki, od pisklęcia. Pierwszą, gdy miałem osiem lat. Drugą – tuż przed pójściem na studia. Moja kawka zachowywała się jak młode kocię. Przylatywała, ocierała się o człowieka, łapała za ucho. Była niebywale wierna. Gdy już jako dorosła była ze stadem, wystarczyło, że wychyliłem się za okno i zacząłem ją wołać. Od razu przylatywała i siadała na parapecie albo na ramieniu.
Moja druga kawka okazała się mieć dar proroczy. Trzy dni przed moim wyjazdem na pierwszy rok studiów, pod koniec września 1959 r., nagle zniknęła. Przepadła. No cóż, normalna kolej rzeczy, pomyślałem. Wiedziałem, że przychodzi taki moment, kiedy łączą się w pary i potem zostają w tym związku przez całe życie. A żyją długo, bo nawet 70 lat. Pogodziłem się z tym, że uciekła. I nagle, w czerwcu, gdy wróciłem do Wielunia tuż po zdaniu egzaminów, słyszę już na schodach jakieś wrzaski i hałasy, które dochodzą z naszego mieszkania. Otwieram drzwi, a tu moja kawka spada prosto na mnie. Siada to na moim ramieniu, to na głowie, zaczyna szarpać za ucho. Moja kawka! Byłem tak zdumiony, że stałem przez chwilę w drzwiach i zupełnie nie wiedziałem, co robić. Mama opowiedziała mi, że trzy dni wcześniej siedziała na parapecie i stukała w okno. Gdy je otworzyła, wpadła do mieszkania i od razu na szafę, gdzie zawsze nocowała. Czekała na mnie. Mama nie wiedziała, kiedy wrócę, a kawka – tak.
Dlaczego o tym opowiadam? W tamtym okresie, kiedy obserwowałem kawki, widziałem scenę, która mnie zdumiała i przeraziła, bo wydawało mi się, że o kawkach wiem już wszystko. Otóż po jednej stronie dosyć dużego skwerku spacerowała para kawek. Jak się Pani przyjrzy kawkom, to zauważy, że one zawszą chodzą parami.
W przyjemnej odległości.
Tak, metr od siebie, dwa. Rzadko bliżej. Na drugim końcu skwerku – druga kawka, samotna. Kawki gdy owdowieją, żyją w samotności. Spacerowała powoli, wlokła za sobą skrzydło, które wyglądało na złamane. Szukała czegoś. Chciałem ją nawet zabrać, ale wiem, że na złamane skrzydło nie ma rady. Patrzę na jeden koniec skwerku, na drugi, i nagle widzę, że te dwie kawki przestają dziobać, zatrzymują się i obserwują ułomną kawkę. W pewnym momencie obie, jak na sygnał startera, rzucają się do tamtej. Biegną w podskokach, zaczynają ją dziobać. I może zadziobałyby ją, gdybym ich nie spłoszył. To był impuls. Wtedy zrozumiałem, z czego się bierze nasz instynktowny lęk czy niechęć, nieufność wobec innego.
Ludzie wywodzą się z tego samego pnia co zwierzęta. Na fundamentalnym poziomie mamy te same odruchy i motywacje, które mają i one. A jednym z najsilniejszych impulsów zwierzęcych jest nieufność wobec innego.
Nieufność, która szybko przeradza się w strach i we wrogość. Do stępienia ostrza tej agresji, naszej nieufności, służy nam kultura.
Znamy sytuacje skrajne, kiedy kultura była bezsilna.
Kultura jest bronią, która ma swoje ograniczenia i słabości. Impuls wrogości, nasze zwierzęce dziedzictwo, jest fizjologicznie zakodowany w rdzeniu przedłużonym, najstarszej części ludzkiego mózgowia.
Znajomość kilkunastu języków nauczyła mnie jednak zdrowego relatywizmu. Przekonałem się, że na moim języku i na mojej wizji świata rzeczywistość się nie kończy.
Jest taki fragment z kanonu palijskiego, w którym mowa o tym, że drogą wyzwolenia jest również pisanie i komentowanie tekstów. W tym przypadku tekstów Dharmy, ale można to przecież rozszerzyć na pracę z innymi tekstami.
Bycie tłumaczem jest chyba w duchu bardzo buddyjskie.
Bycie w cieniu to jest najlepsza możliwa sytuacja. Tłumacząc i komentując teksty, gromadzi się dobrego karmana.
Ireneusz Kania – Tłumacz i poliglota, z wykształcenia romanista. Autor przekładów z kilkunastu języków – w tym z sanskrytu, tybetańskiego i pali. Specjalista w dziedzinie buddyzmu i kabały. W Znaku ukazał się zbiór jego esejów Ścieżka nocy (2001). Nowy wybór jego tekstów opublikuje niebawem Wydawnictwo Pasaże