Subskrybuj
"Edyp i Antygona", aut. Antoni Brodowski, ze zbiorów Muzeum narodowego w Warszawie, domena publiczna via Wikimedia Commons
"Edyp i Antygona", aut. Antoni Brodowski, ze zbiorów Muzeum narodowego w Warszawie, domena publiczna via Wikimedia Commons

Miłość wymaga różnicy

Wydaje mi się ważne, by kobiety i mężczyźni nauczyli się uczestniczyć we wspólnym świecie, który bierze pod uwagę ich różnice, bez podporządkowywania jednych drugim. Wciąż musimy stworzyć taki świat.

Jak z perspektywy czasu postrzega Pani kryzys wywołany pandemią COVID-19?

Pewien młody badacz, który uczestniczył w moim seminarium dla studentów podyplomowych, napisał do mnie niedawno: „Dwa centralne tematy Pani myśli: dotyk i oddech, są teraz najważniejszymi problemami”. Szkoda, że dzieje się tak ze względów negatywnych, a nie pozytywnych. Byłoby wskazane, aby myśleć o praktyce oddychania jako elemencie kultury życia, a o powietrzu jako tym, co łączy wszystkie żywe istoty.

O dotyku jako pierwszym i najbardziej fundamentalnym narzędziu komunikacji i komunii między nami, a nie czymś, czego należy się obawiać.

Dlaczego na Zachodzie zapomnieliśmy o tym, jak ważne jest powietrze?

Powietrze jest absolutnie nieredukowalne, ale nasza logika nie potrafi poradzić sobie z takim rodzajem rzeczywistości fundamentalnej. Powietrze jest najbardziej niezbędne do życia, a jednak nasza kultura to raczej jedzenie niż oddychanie traktuje jako źródłowy warunek samej możliwości egzystencji. Gdy materialiści koncentrują się na potrzebie spożywania i jego kosztach, raczej nie zajmuje ich bardziej podstawowa i – w pewnym sensie darmowa – potrzeba oddychania.

Od którego momentu zaczęliśmy zapominać o powietrzu?

Sofokles w Antygonie podkreśla przejście od czasu, w którym ludzie zaledwie zamieszkiwali kosmos, do epoki, w której świat sam w sobie jest tworzony przez człowieka. Troska Antygony o czystość powietrza popycha ją do pochowania brata pomimo zakazu Kreona i to właśnie pozbawiając ją powietrza – poprzez uwięzienie w jaskini – Kreon wymierza jej karę śmierci.

Pisałam o Antygonie w Speculum. De l’autre Femme (1974), ponieważ zasady, za które oddaje ona życie – szacunek dla przyrody, genealogii matrylinearnej, różnicy płciowej – są w samym sercu współczesnej debaty. Jednak kto z nam współczesnych naprawdę rozumie znaczenie tych imperatywów?

Czy człowiek nie próbuje nadal naginać praw natury, zamiast rozważać, jak je respektować i rozwijać się w zgodzie ze swą naturalną przynależnością?

Gdyby tylko tak zrobił, pozwoliłoby to wykorzystać oddech potrzebny jego duszy do uczynienia z niej arystotelejskiej duszy zmysłowej – stworzonej z oddechu i dotyku.

Czy pragnienie dominacji nad naturą pochodzi od logosu?

Logos czy logika leżąca u podstaw dyskursu jest instrumentem, za pomocą którego nasza zachodnia tradycja próbowała przywłaszczyć sobie rzeczywistość i zawładnąć nią, ale racjonalny dyskurs nie może wyrazić tego, co żywe, bo słowa utrwalają, życie zaś istnieje wyłącznie poprzez stawanie się. Najbardziej podstawowy gest życia – oddychanie – nie może być zredukowany do rozważania. Istnieją jednak pewne szczególne użycia języka, które idą w parze z kulturą oddechu, takie jak śpiew czy poezja. Mistrzowie jogi, zwłaszcza podczas praktyki w Indiach, nauczyli mnie, jak ważne jest śpiewanie, które na Zachodzie zbyt często zostaje pochłonięte przez dyskurs.

Każdego dnia piszę wiersz, niczym codzienną modlitwę – mój pierwszy tomik poezji zatytułowałam Prières quotidiennes (Codzienne modlitwy, 2004). Przykładam niewielką wagę do formy, zamiast tego staram się wyrażać doświadczenie w intymnym połączeniu z przeżywanym życiem, pozwalając mojemu ciału odkrywać odpowiednie słowa bez poddawania ich osądowi rozumu. To powrót do pierwotnej mowy, zanim zostanie ona włączona w dyskurs.

Taka mowa zachowuje ciszę?

W Sharing the World (2008) piszę, że cisza jest progiem, z którego można przyjąć i wysłuchać drugiego jako innego. Ta cisza jest niezbędna, aby uszanować horyzonty każdego z dwóch światów, które się przy nim spotykają. Jak wspomniałam w Entre Orient et Occident (1999), ostatecznym kresem dla człowieka Zachodu byłoby opanowanie każdego dyskursu, co próbował uczynić Hegel, za to dla Buddy celem jest osiągnięcie ciszy.

Kultury Wschodu zasadniczo pozostają wierne przyrodzie i troszczą się o rytm życia.

Zachód raczej uprzywilejowuje kulturę podmiotu, zainaugurowaną ludzkimi próbami zawładnięcia światem, a zatem wyzwolenia z naturalnych przynależności i współistnienia z innymi bytami ożywionymi, których funkcjonowanie człowiek stara się regulować. Chór w Antygonie potępia takie działanie. Moja myśl stara się uciec od logiki „panowania nad”, by zamiast niej powrócić do nieredukowalnej pojedynczości, osobności każdej żywej istoty.

Czy oddychanie uczy nas, jak żyć w zgodzie z innym(i)?

Oddychanie jest w pierwszej kolejności warunkiem naszej autonomii i indywiduacji: narodzić się to tyle, co samodzielnie oddychać. Oddychanie jest również tym, co jednoczy nas z innymi żywymi istotami. Tym samym oddychanie zarazem oddziela nas, jak i jednoczy ze światem i z innymi. Codzienna praktyka jogi nauczyła mnie, jak świadome ćwiczenie oddechu przyczynia się do uwolnienia nas od fizycznego i także psychicznego paraliżu poprzez wyciąganie z kolein nawyków, przekonań i luzowanie blokad. Pozwala nam odkryć, czym jest ucieleśniona duchowa integralność, która sprawia, że możemy rozpoznać i przyjąć innego jako innego – nie projektując nań własnych problemów, a zatem nie obciążając ani nie zanieczyszczając naszej relacji.

Czy Pani zdaniem praktykowanie życia wymaga kultywowania naturalnej różnicy między płciami?

Uważam, że przynależność płciowa jest źródłową i nieredukowalną determinantą naszej tożsamości i podmiotowości. Fakt, że podlegamy różnicy płciowej, jest pierwotny względem wszystkich innych związanych z seksualnością kwestii, w szczególności kwestii wyboru.

Dlatego posługuję się terminem sexué, „posiadający płeć, płciowy”, zamiast sexuel – „seksualny”, o ile nie chodzi o samą orientację seksualną.

Posiadanie płci to fakt, który charakteryzuje nas jako żywe istoty, a przyjęcie różnicy płciowej to sposób na uznanie samych siebie i istnienie jako żywy byt pośród innych żywych bytów, zamiast zachowywania się jak władca wszechświata. Podważanie historycznie zbudowanych płci kulturowych (gender) nie doprowadzi do zniesienia wszelkich różnic. Jesteśmy wyewoluowanym gatunkiem zwierząt, a jako taki zostaliśmy podzieleni na dwie płcie. Zaprzeczanie temu jest zachowaniem nieludzkim.

To radykalne stanowisko na temat różnicy. Czy spowodowało ono wykluczenie Pani z francuskich elit intelektualnych po publikacji Speculum…?

Nie spodziewałam się ani sukcesu, ani odrzucenia. Na szczęście reakcje nie były wyłącznie negatywne, książka osiągnęła olbrzymi sukces sprzedażowy, a wiele kobiet dziękowało mi za jej napisanie.

Czy naprawdę muszę wyjaśniać, co spowodowało przemoc wykluczeń? Nie ma wątpliwości, że moje stanowisko podważa fundamenty naszej kultury, w szczególności poprzez opowiadanie się za powrotem do natury sprzed opracowania logiki binarnej przez filozofów presokratejskich. Moja myśl kwestionuje uprzywilejowanie „tego samego” w stosunku do istnienia różnicy – począwszy od różnic, które istnieją między żywymi istotami.

Jak skorzystała Pani z tej sytuacji odrzucenia?

Zostałam serdecznie przyjęta za granicą, przede wszystkim we Włoszech. Dużo tam pracowałam z kobietami z niezależnych ruchów politycznych, a także z przedstawicielkami Włoskiej Partii Komunistycznej. Zostałam nawet poproszona o wygłoszenie przemowy podczas ostatniego kongresu partii. Następnie współpracowałam z jednym z jej członków, Renzo Imbenim, zwłaszcza w Parlamencie Europejskim. Wspólnie napisaliśmy raport na temat unijnego obywatelstwa, w którym domagaliśmy się praw dla kobiet, dzieci i obcokrajowców. Zapraszano mnie także na zagraniczne uniwersytety, zarówno w Europie, jak i w Stanach i Kanadzie.

Twierdzi Pani, że różnica płciowa jest naturalna. Czy to oznacza, że została wpisana w biologię ludzkiego ciała?

Nasza przynależność płciowa jest zdeterminowana przez dyspozycje genetyczne, chromosomowe, wcielone w organizm mężczyzny lub kobiety poprzez specyficzną morfologię i w szczególności własności hormonalne. Czy to nie dziwne, że współczesna nauka jest bardzo zainteresowana chromosomami i hormonami płciowymi, podczas gdy nas cechuje głęboka nieuważność w stosunku do naszej tożsamości, zarówno fizycznej, jak i psychicznej?

Jak to możliwe, że lekceważymy podział płciowy, twierdząc, że walczymy o wyzwolenie kobiet?

Czy taka „walka o wyzwolenie kobiet” nie jest równoznaczna z podtrzymaniem tradycyjnego stanowiska, które odmawia uznania szczególnej podmiotowości kobiety i odpowiedniej kultury dla jej naturalnej przynależności?

Nie sądzę, by moje stanowisko w tych kwestiach – nawet we Francji – było marginalne. Rozmawiam incognito z kobietami – w parkach, środkach komunikacji publicznej, w sklepie – które w rzeczywistości są bliższe temu poglądowi aniżeli „oficjalnemu” dyskursowi feministycznemu. Czy zarzut esencjalizmu, z którym się spotykam, nie wynika z błędnie sformułowanej opinii? Jeżeli istnieją kobieta i mężczyzna, to czy istota ludzka jest czymś innym niż skonstruowaną esencją?

Różnice biologiczne pociągają za sobą różnice w postrzeganiu świata?

Klasyczna logika uprzywilejowała „jedno”: widzialne, konkretne, substancjalne i zewnętrzne – wiele cech, które przypisywane są męskiej płciowości. Tym samym zaniedbała cechy kobiecej płciowości, jeśli po prostu nimi nie wzgardziła, a one mają więcej wspólnego z dotykiem, wydzielinami, tym, co niewidzialne i wewnętrzne, intymne i osadzone na komunii dwojga – wieloma cechami, które mężczyzn tak pociągają, jak budzą w nich wstręt. Mężczyzn rozpala mit jaskini Platona, który uprzywilejowuje wzrok, podczas gdy kobiety dążą do zmysłowej transcendencji, którą pozwala uchwycić dotyk.

Czy między żeńską i męską podmiotowością zachodzi radykalna różnica?

Kobieca podmiotowość powinna być zdolna do zgodnego istnienia z jej charakterystyczną cielesnością oraz z jej pozycją względem matki.

Konstrukcja podmiotowości nie jest taka sama dla każdego, lecz zależy od tego, czy ktoś urodził się z matki innej niż on sam, jak w przypadku chłopca, czy też z matki do siebie podobnej – jak u dziewczynki. Zależy również od tego, czy miłość i pokoleniowe dziedzictwo zachodzą w nas samych, czy poza nami, ze wszystkimi różnicami, z którymi się to wiąże. Widać to na przykładzie gościnności, która dla kobiety wykracza poza państwowe granice, kulturę, domostwo, a zakłada otwartość już w najbardziej intymnych głębiach własnej osoby.

Czy zatem idea „nijakiego” podmiotu jest fikcją?

Pojmowanie podmiotowości jako nijakiej jest równoznaczne z potrzebą czy pragnieniem, najczęściej męskim, wzniesienia się ponad naturę i zdominowania jej – począwszy od utożsamianej z naturą matki. Taka potrzeba bywa usprawiedliwiana poszukiwaniem „prawdziwej obiektywności”, lecz prawdziwa obiektywność wymaga zdolności do rozpoznania się w swej specyficzności. Zatem niejako założona, rzekoma „obiektywność” odpowiada na subiektywne, osobowe potrzeby, a to, co przedstawia się jako obiektywna prawda, odpowiada temu, co jest właściwe dla konkretnego podmiotu. Prawdziwe spotkanie, płodna wymiana między dwiema odrębnymi podmiotowościami zdają się niemożliwe.

Uznanie kobiecej podmiotowości i międzykulturowych relacji również przeczy istnieniu wyjątkowego, „neutralnego” podmiotu.

Jak najlepiej wyrażają się różnica płciowa i podziały pokoleniowe?

Pytania o źródło są absolutnie kluczowe, czym zajmowałam się w Narodzić się. Początek nowej istoty ludzkiej (wyd. pol. 2024) oraz w Sharing the Fire (2019). Rodzimy się z połączenia dwóch różnopłciowych istot żywych, dlatego nasze pochodzenie nie może być zawłaszczone przez jedną z nich. Co więcej, nie może być uchwycone przez wspomniany dominujący model myślenia, który uprzywilejowuje jedyność i jej transcendentalną formę – Jedno: niezmienne, identyczne i podobne. Następnie pochodzenie przypisano Bogu lub wyjaśniano za pomocą mitycznych opowieści i systemów filozoficznych bardziej zgodnych z naszą logiką.

Czy kobiety mają większą świadomość tej tajemnicy pochodzenia?

Tak, kobieta jest lepiej zaznajomiona z naturalnym charakterem naszego pochodzenia. Tradycja kulturowa, w której żyjemy, uporczywie dba o wyróżnienie jedyności i Jednego przez uczynienie ciała kobiety przyjmującym męskie nasienie. Rzekomo rodzimy się biologicznie ze spermy, a duchowo z narzucanego kobiecemu ciału męskiego logosu. Pozbawiona swej rozrodczej potencjalności kobieta zostaje doceniona jako ciało i odżywcza gleba, przy czym potencjał generatywny żeńskich chromosomów nie jest uznawany. Mimo to fakt, że dziecko przypomina i ojca, i matkę, dowodzi, że ten kobiecy potencjał jest czymś rzeczywistym.

Czy uznanie różnic płciowych jest konieczne, żeby możliwe było pokojowe społeczeństwo?

Różnice przyczyniają się do naszej indywiduacji, co zauważył filozof Gilbert Simondon w pracy L’Individuation psychique et collective (1989), ale są także niezbędne do budowy społeczeństwa. Rzeczywiście różnica płciowa nie może być w pełni uświadomiona na poziomie indywidualnym, ponieważ wymaga spojrzenia na „ja” w relacji do innych. W tym wymiarze różnica płciowa zapewnia żywe połączenia między jednostkami w społeczności.

Wykastrowane jednostki zostają pozbawione tożsamości osobowej, dlatego takie osoby są kierowane przez zewnętrzne imperatywy: zwyczaje, doktryny, ideologie czy nakazy wydawane przez mniej lub bardziej autorytarnych panów.

Tym, co jest w stanie wyzwolić nas z powyższych uwarunkowań, jest dynamiczny potencjał pragnienia, który ożywia nas i pobudza do zjednoczenia we wspólnocie. Nie chodzi tu o kwestię seksualności samą w sobie, tylko o świadome, relacyjne i emocjonalne czynniki, które wiążą się z naszą płciowością. Możliwości nie rodzą się z podobieństw, ale z różnicy.

Wzywa Pani do „współistnienia w odmienności”?

Aby zachodziła różnica, powinny istnieć prawa chroniące i uznające poszczególne tożsamości.

Dlatego od dawna walczyłam – zarówno na poziomie teoretycznym, jak i politycznym – o pozyskanie praw płciowych. Nasze prawodawstwo zbudowane głównie wokół kwestii własności dóbr, do których przypisuje się zgodnie z patriarchalną tradycją kobiety i dzieci, musi zostać zastąpione lub co najmniej uzupełnione o ustawy, które z zasadnym szacunkiem uprzywilejowują wszystkie istoty w ich wyjątkowości.

Jak wygląda kwestia kultury kobiecej? Czy coś takiego istnieje, czy też powinno zostać wynalezione?

Kobiety mają już swój specyficzny język, co widać w licznych analizach lingwistycznych operujących na różnych płciach, jakie prowadziłam z innymi badaczami np. w Sexes et genres à travers les langues (1990).

W analizach tych uwidoczniła się m.in. wyraźna specyfika płciowa w użyciu składni oraz różnice w stosunku do przestrzeni i czasu.

To istotne, by obecne systemy szkolnictwa i normy społeczno-kulturowe dostosowały się do tych różnic, uznając je za sposób wspierania współpracy (a nie podporządkowania) między obywatelami różnych płci.

W jaki sposób różnica płciowa przekłada się na inne różnice?

Wspomniany Simondon twierdzi, że pozostałe różnice wynikają z procesu indywidualizacji, który jest bardziej powierzchowny niż indywiduacja – będąca powszechną, źródłową i fundamentalną. Uniwersalny charakter różnicy płciowej – nawet jeśli ta uniwersalność zakłada jakąś dwojakość – pozwala na współistnienie pozostałych różnic, częstokrotnie wynikających z podziału płciowego. Było to przedmiotem zainteresowania niektórych etnologów, którzy pokazali, jak społeczeństwo jest ustrukturyzowane wokół więzi rodzinnych czy międzypłciowych sojuszy.

Dlaczego nasze czasy określa się przez wykluczenie: jako albo tylko indywidualistyczne, albo tylko wspólnotowe?

Powyższe tendencje są symptomami nierozwiązanych problemów w naszej relacji do inności. Podobnie jak miało to miejsce pod koniec XIX w., inny nadal zbyt często jest pojmowany jako podmiot szczególny, który mimo to funkcjonuje jako norma: dziecko, szaleniec, obcy. Nie ma tu relacji między innym jako innym, niemożliwa jest wszelka wzajemność.

Różnica, o której mówię, nie jest porównawcza ani hierarchiczna, lecz mimo to kobieta była i nadal jest definiowana jako negatyw mężczyzny. Mylimy różnicę z opozycją, do czego prowadzi nas dominująca w myśleniu logika binarna.

Jedna z Pani ostatnich prac dotyczy „dzielenia” wspólnego świata. Co Pani ma przez to na myśli?

Niektóre grupy feministek utrzymywały, że separatyzm był konieczną strategią oporu. Z pewnością kobiety nie mają łatwo, by wyrazić, do czego sprowadza się ich świat.

Niemniej wydaje mi się ważne, żeby kobiety i mężczyźni nauczyli się uczestniczyć we wspólnym świecie, który bierze pod uwagę ich różnice, bez podporządkowywania jednych drugim. Wciąż musimy stworzyć taki świat. Opiera się on na założeniu, że mężczyzna z kobietą przyjmują, że odpowiadają tylko części istoty ludzkiej i pojmują zarówno konieczność, jak i owoce płynące z dzielenia się z drugą płcią – w naturalnej prokreacji, a także dla kolejnych pokoleń wspólnoty. Z tej perspektywy różnica płciowa staje się różnicą mogącą zabezpieczyć związek między naszą przynależnością naturalną i kulturową.

Ten świat niesie szansę na wartą przeżycia i współdzielenia przyszłość nie tylko dla ludzi, ale wszystkich istot żywych. Istotnie jest on zbudowany z życia – życia, które nie przynależy do żadnego pojedynczego bytu, lecz rozwija się za pomocą wzajemnego dzielenia między wszystkimi bytami.

Czy gra językowa zawarta w tytule Pani książki J’aime à toi [Ja kocham do Ty – przyp. red.] z 1996 r. ma na celu wyrażenie różnicy w miłości?

W tym sformułowaniu chodzi o uniknięcie redukcji drugiej osoby do przedmiotu. Uścisk o charakterze erotycznym, pocałunek to bliski dotyk, który zachodzi między tkankami śluzowymi. Jest jak komunia dokonująca się w największej intymności ciała. Może mieć miejsce tylko wtedy, gdy obie strony odrzucą dzielący je dystans, przy jednoczesnym zachowaniu różnicy między nimi.

Podobnie jak przy poczęciu dziecka, miłosne zjednoczenie wymaga różnicy stron, która jest nie do pogodzenia z zawłaszczeniem jednej przez drugą.

Istnieje podobnie jak złożone dzieło sztuki, które kochankowie tworzą wspólnie, nie posiadając go na wyłączność. To nie utopia ani marzenie nastolatka, bo praktyka jogi, pisma tantryczne poświęcone energii dowodzą, że takie miłosne zjednoczenie jest możliwe.

Zatem sensem Pani twórczości jest przywracanie energii.

Uważam, że przezwyciężenie nihilizmu wymaga takiej kultury energii naturalnej, jaka została odłożona do lamusa na wieki przez ponadzmysłowe ideały, do których przezwyciężenia zaprasza Nietzsche, i że przyznawanie przewagi technice nad tą naturalną energią jest nie mniej nihilistyczne. Współcześnie to technologia rządzi światem do tego stopnia, że jak twierdzi Heidegger, powstrzymuje ona demokrację. Jak zatem możemy czerpać z niej korzyści, nie uzależniając się od niej? Może właśnie przez kultywowanie potencjału naszej własnej energii, której olbrzymią częścią jest pożądanie seksualne? Energia pozwala nam podtrzymywać nadzieję, a dzielenie się nią to budowanie wspólnego świata. Parafrazując Abrahama Lincolna, powiedziałabym, że aby uwierzyć w przyszłość, należy samemu ją budować.

Tłumaczył Karol Kleczka
© „Philosophie Magazine”, 2021. Przedruk za: „Philosophy Now”

Artykuł pojawił się w numerze: Dotknij mnie