Subskrybuj
Redaktorka i nauczycielka akademicka. Autorka książki "Emil i my. Monolog wielkodzietnej matki" (2021). Publikowała m.in. w "Piśmie", "Dwutygodniku" i "Nowej Europie Wschodniej". Jest matką trojga dzieci

Między #tradwife a Strajkiem Kobiet

Gdy zastanawiałam się, czy dotyczy mnie hasztag #metoo, wydawało mi się, że nic drastycznego w życiu mnie nie spotkało. A przecież pamiętam matczyne ostrzeżenia: ubierz się skromnie, nie siadaj sama w przedziale, wysiadając, sprawdź, czy nikt za tobą nie idzie, w razie zagrożenia krzycz głośno: „pożar”, bo na zwykłe „ratunku” ludzie nie zareagują.

Wykrochmalone kołnierzyki, dzieci w bonetach, wełniane ubranka, skórzane trzewiczki, ciepłe barwy na zdjęciach. Przetwory, zadbane ogrody, pola rzepaku, kukurydzy, dyni. To imaginarium tradycyjnej żony, która jest dumna z tego, że zajmuje się wyłącznie pracą domową, na rzecz męża i dzieci, oraz „dzieli się swoimi inspiracjami dotyczącymi elegancji, macierzyństwa i podtrzymywania domowego ogniska”. Karolina Baszak, Urzekająca (Ewelina Chełstowska) i inne podobne profile mają tysiące followersek.

Co to w ogóle znaczy: urzekająca? Być kobietą urzekającą to być miłą – radzi ksiądz na webinarze. Można sobie kupić całe to imaginarium, sukienki dla katoliczek, jak nazwał polski „Vogue” jedną z marek sprzedających tradycyjne wzory spódnic i sukienek. Żeby było sprawiedliwie – lewa strona, sfrustrowana brakiem odzewu po strajkach kobiet, ma za to ubrania i akcesoria z detalami w kształcie błyskawic. Obydwie strony monetyzują własną przynależność polityczną i kulturową, bo nie mają realnego wpływu na zmiany społeczne. Skoro powinny być miłe.

Dla porządku tradycyjna męskość w świecie Urzekającej nie jest nigdy groźna ani przemocowa. „Czy mąż kiedyś wrócił pijany?” – pyta anonimowo jedna z followersek. Od razu czuję wielopokoleniowy kobiecy lęk w tym pytaniu. „Tak – odpowiada ze śmiechem Urzekająca, głaszcząc męża po głowie – i było mi go bardzo żal, bo był potem taki biedny…”

W e-booku Niemodna Karolina Baszak pyta, „czy możliwy jest powrót do czasów, gdy mężczyźni kłaniali się kobietom w pas, a kobiety wyglądały i zachowywały się jak damy”. Odpowiadam: nie można, wręcz nie należy, bo o tym, co się kryło pod ujmującą powierzchownością rodem z Lalki, opowiada dziś bez owijania w bawełnę badaczka XIX w. Alicja Urbanik-Kopeć. Wyjaśnia ona, że pod koniec XIX  w. ideałem była „prawdziwa kobiecość” – cnotliwa, czysta, działająca dobroczynno-patriotycznie, zamknięta w domu. A ponieważ „mężczyźni mają swoje potrzeby, a lud jest chutliwy”, więc to kobieta – szlachcianka, mieszczka, Dulska – zostaje strażniczką wartości. Zamiast dyscyplinować mężczyzn, należy więc zakazać pracy seksualnej kobiet. Zamiast ukarać syna, należy oddalić służącą.

Geniusz kobiety

„Mnie osobiście jako mamie trójki dzieci kurs otworzył oczy, jak ważna jest praca mamy w domu, nie chore ambicje, by zaistnieć w świecie [sic!], ale służenie miłością w codzienności, życie pełne pokoju serca, spełnione życie to życie, w  którym sama siebie dajesz w ofierze, to jest ofiarność, czyli geniusz kobiety” – pisze jedna z zadowolonych kursantek.

Fenomen społeczności Urzekającej doczekał się nawet socjologicznej analizy, napisanej przez Annę Szwed, która zauważa, że do tradycyjnie pojmowanej „kobiecej kobiecości” jego liderka dodała rys indywidualistyczny, z warsztatami coachingowymi, a nawet makijażowymi („Jesteście billboardem Jezusa” / „Czy Jezus chciałby oblubienicę z tłustymi włosami?”). Pisze też, że to, co nam ze świeckiej perspektywy wydaje się zwykłym reprodukowaniem konserwatywnych wzorców, z punktu widzenia niektórych środowisk (np. oazowych) jest poważnym renegocjowaniem dotychczasowego wizerunku katoliczki. Słowem, według niektórych środowisk Urzekająca jest bardzo na lewo.

Skąd ta tęsknota za dawnymi czasami, jasnym podziałem ról, tak wyraźnie obecna u konserwatystek i konserwatystów? Ponowoczesny świat domaga się od nas coraz to nowszego dookreślenia wobec wielu spraw, których nie ma szans poważniej przemyśleć, nie ma jak się od nich odbić, jeśli nie dotykają naszego osobistego doświadczenia. Czy nie lepiej zatem zostawić wszystko tak, jak było? Dwie płcie, prawo naturalne, zakaz eutanazji i in vitro, zakaz aborcji we wszystkich przypadkach (choć przecież wcale tak nie było). Odpocząć, wreszcie nie bać się, że nasza kobiecość i męskość rozpłyną się w nieokreślonym, przestaną być narzędziem identyfikacji, jak tiurniura czy mundur, które pięknie podkreślają sylwetkę. Ostre cięcia, zaszewki, stelaże – to nic, że niewygodnie, lecz przynajmniej bezpiecznie. Im dalej od tych wyraźnych piktogramów: męskiego i kobiecego, tym łatwiej się rozpłynąć w morzu możliwości, stracić kontur.

A przecież żeby żyć, od czasu do czasu trzeba zrzucić nie tylko tiurniurę, ale i skórę, która linieje, robi się dla nas za ciasna. Jeśli jej nie zrzucimy, to stwardnieje na kamień, a my już zawsze pozostaniemy w niezmiennej formie, jak mumia, jak odcisk naszego ciała w zastygłej lawie.

###banner###

Mamy na szczęście coraz więcej książek, które opowiadają heterodoksyjne doświadczenia kobiet: służących, pracownic seksualnych, chłopek, nie tylko mieszczek i szlachcianek (choć to, co myślały na ich temat kobiety z klas wyższych, też jest ciekawe). Wczytuję się w nie zachłannie.

Może się okazać, że prześniona rewolucja, o której pisał Andrzej Leder, miała też cechy przyspieszonej, a niekoniecznie chcianej feministycznej modernizacji w polu społecznym (powszechna praca kobiet, prawo do aborcji z powodu sytuacji społecznej itd.) – i teraz mamy backlash, nie tylko w Polsce zresztą, także w Rosji i USA. Ujmując rzecz prosto i dzisiejszym językiem: autostrady i orliki za pieniądze z Unii są okej, natomiast wiązane z nimi prawa mniejszości już nie. Ale też nie wszystkie kobiety chcą podbijać miasto. Wiele jest strażniczkami patriarchatu. A inne są po prostu zmęczone.

Przypominam sobie dowcip z jakiegoś benefisu Magdy Umer, dowcip, który w ogóle nie jest zabawny. Jadą dwie kobiety tramwajem po pracy, jedna mówi: „– Jestem taka zmęczona, a najgorsze z tego wszystkiego jest to codzienne myślenie. Trzeba myśleć i myśleć…

– Ech, bo ty sobie zawsze życie utrudniasz. Ja tam robię mielone na dwa dni, a potem niech sobie sami odgrzewają”.

Różne formy pracy

Polska, gdzie w 1974 r. odnotowano, że pracę zawodową podejmowało 80% kobiet pomiędzy 25. a 50. rokiem życia, obok NRD, była liderem zatrudnienia kobiet w Europie – pisała Barbara Klich-Kluczewska w książce Rodzina, tabu i komunizm w Polsce. A może one wcale nie chciały pracować? Może – ktoś wtrąca złośliwie – po prostu musiały, bo jedna pensja nie wystarczała na godne życie?

W Szwajcarii stosunkowo niedawno kobiety otrzymały prawa wyborcze, ale za to aborcja jest bezpieczna, od 2002 r. legalna i pokrywana przez podstawowe ubezpieczenie zdrowotne.

– Po godz. 17, jak już mój partner skończy pracę i przejmie dziecko, nie mam już tyle siły na myślenie – mówi podczas pandemii Agata Sikora, kulturoznawczyni i eseistka, w live dla krakowskiej Spółdzielni Ogniwo.

„Kiedy ruch [kobiecy] skupił się na prawach kobiet w miejscu pracy i ogłosił rozbrat z powojennym ideałem małżeństwa, część gospodyń domowych, czując się wykluczoną, przekuła swoje poczucie wyobcowania w pogląd, że ruch kobiecy podważa fundamenty rodziny, atakując instytucję małżeństwa” (tłum. Dorota Konowrocka-Sawa) – pisze Linda Scott w książce Kapitał kobiet. Stąd kariera Phyllis Schlafly, która odwracała pytanie: „Czy jest Pani przeciwna pracy kobiet?”, na pytanie: „Czy kobiety nie zasługują na to, żeby być utrzymywane przez mężczyzn?”.

Jak więc sprawić, żeby w narracji promującej pracę i niezależność kobiet dobrze poczuły się też te, które nie chcą iść do pracy poza domem? Może należy nazwać pracą opiekę i troskę o dzieci i dom, bo prawie zawsze kobiety pracujące w domu dorzucają się więcej do ogólnego dobrobytu, niemierzonego w PKB: częściej podwożą na zajęcia cudze dzieci, angażują się w pracę wolontaryjną na rzecz szkoły i lokalnego środowiska – po prostu dlatego, że mają więcej czasu i przestrzeni, żeby dostrzec cudze potrzeby. A ich niechęć do poważnych, pracujących na zewnątrz matek i ojców rośnie wprost proporcjonalnie do poczucia, że są wykorzystywane przez te osoby, które stawiają na karierę kosztem innych.

Kobiety publiczne, matki, madki

„Jednak już w 1834 roku płace zaczęły spadać, więc pracownice [fabryki w Lowell – przyp. M.M.] urządziły strajk, jeden z pierwszych w Stanach Zjednoczonych. Organizowały się, wysyłały petycje do władz stanu, upominały się o prawa pracownicze, wygłaszały płomienne przemowy i publikowały radykalny biuletyn. Przez to wszystko stały się »kobietami publicznymi«” – terminem tym określano kobiety, które przestały się cieszyć poważaniem tylko dlatego, że występowały na własną odpowiedzialność, pisząc i przemawiając poza domem” – pisze Linda Scott.

Moim zadaniem jest chociaż nie pomniejszać dochodu rodziny przez moje ambicje: zarabiać w kulturze nie mniej, niż wynosi zasiłek dla matki dziecka z niepełnosprawnością. „Napisanie książki to trwonienie zasobów rodziny na zewnątrz – usłyszałam po publikacji Emil i my. Bo zamiast zabiegać o uznanie własnego głosu, mogłam przecież pracować na rzecz dobra rodziny, jednak po cichu – robiąc słoiki, rozwożąc dzieci na zajęcia i odrabiając z nimi lekcje. Konserwatywna część czytelników mojej książki zgłasza uwagi nie do mnie, tylko do mojego męża. To on powinien ze mną porozmawiać, wymierzyć sprawiedliwość, uciszyć mnie, symbolicznie zakneblować?

Ludzie zachowują się należycie tylko wobec osób ważniejszych od siebie, może równych sobie. A matka z dzieckiem z niepełnosprawnością to taki byt negatywny, na samym dole drabiny społecznej, co widać było np. podczas protestu rodziców dzieci z niepełnosprawnościami w sejmie. Poczucie wykluczenia ma to do siebie, że się pogłębia i można się w końcu stać naprawdę taką roszczeniową madką, bo jej już na niczym nie zależy, tylko na dobru swojego dziecka i chwili spokoju.

Ja też jestem taką madką, która denerwuje filozofów, która zadaje niewygodne pytania o przywilej, kto ma prawo do tego sejmu i do tej windy w metrze. Zdaję sobie sprawę, że mówię do wrogiego odbiorcy, który uważa, że żyję z jego podatków, pięćset plusów i świadczeń, i wszystko zostanie mi policzone, tak jak już usłyszałam, że się promuję na niepełnosprawności mojego dziecka.

A tymczasem mój głos jest głosem środowiska, w którym się rozlega. Ono go nagłaśnia albo ucisza. Okazało się, że w moim myśleniu mam nadspodziewanie wiele sojuszniczek i sojuszników.

A może to ja jestem Karen?

Znacie tę amerykańską definicję? Matka trojga dzieci, jeździ SUV-em, właśnie skarży na ciebie twojemu menedżerowi – wiecznie wkurwiona kobieta w średnim wieku, podminowana, łamie przepisy, jeździ agresywnie, z pretensjami w dwojakim sensie. Przemoc kobiet to duży temat, całkowicie stabuizowany. Daje o sobie znać tylko wówczas, gdy całej winy za śmierć dziecka nie da się zrzucić na konkubenta. Ludzie od zawsze chcieli ubaśniowić życie, rozdzielić – za Brunonem Bettelheimem – figurę matki na mamę i macochę, bo dzieciom trudno jest znieść okrucieństwo biologicznych rodziców.

Kilka lat temu w wywiadzie z lekarzem z SOR-u przeczytałam opinię, że najwięcej stłuczek i  wypadków powodują kobiety 30–40-letnie, w  dobrych autach, i jeszcze mają uwagi, że im pieszy wszedł pod koła. Ale może dlatego, że spieszą się z  pracy do drugiej pracy, domowej, po drodze z różnych miejsc odbierając dzieci? Feministyczne badaczki miast wiedzą już, że mężczyzna jedzie prosto do pracy, a droga kobiety pełna jest zygzaków i nawróceń – z dziećmi, po dzieci, po zakupy, na pocztę itd.

A może to sygnał, że frustracja kobiety po czterdziestce lub po pięćdziesiątce, która już wie, że wiele nie opowie, nie zabierze głosu, nie zmieni świata, sięga zenitu? Być może ma za podglebie zignorowaną lub ośmieszoną menopauzę, która przesuwa kobiety do świata niewidzialnych dla mężczyzn (wiem, że to uwewnętrznione spojrzenie patriarchalne, ale trudno je zignorować).

Jednym z kobiecych sposobów na uwidzialnienie jest kobiecość wiecznie młoda, zakonserwowana wbrew logice, bo np. wiadomo, że ma się już dorosłych synów. „Usta, cycki. Wszystko mam zrobione” – chwali się kobieta, która w tej możliwości upatruje dowodów swojego życiowego powodzenia. Synowie są ważni, lecz – paradoksalnie – mniej niebezpieczni, bo jeśli dorosła kobieta ma córkę, to musi z nią wiecznie rywalizować na polu urody, tak jest we wszystkich niby prokobiecych kampaniach, jednocześnie dla matek i córek. Matki i córki wyglądają na zdjęciach reklamowych jak siostry, pisała o tym Elżbieta Korolczuk. A siwizna zadbanych kobiet jest traktowana jako największe naruszenie.

Z podobnego rodzaju totalnym uprzedmiotowieniem spotkałam się podczas operacji piersi – przed dyżurką stało nas kilka, w różnym wieku, w szlafrokach. Musiałyśmy się kolejno obnażyć przed paroma lekarzami, na naszym ciele pisano flamastrami, zaznaczając który fragment nas został przeznaczony do usunięcia. Przypominało mi to infografikę ze sklepu mięsnego – rysunek zwierzęcia rozpisany na rodzaje mięsa: podgardle, pierś, szynka. Dlatego czasem kobietom pozostaje tylko krzyk.

Ofelizm to w potocznym ujęciu kobiecość nadmierna, szalona. Jak się chce kogoś uciszyć, trzeba go ubrać w zwiewne szaty i kwietny wianek. Pojęcie to, wykorzystane w romantyzmie, próbują odzyskać feministyczne badaczki, pisze o nim Katarzyna Czeczot w książce Ofelizm. Romantyczne zawłaszczenia, feministyczne interwencje. Chłopka, która topi się po zawodzie miłosnym, nie jest szalona (szalona, a więc niegroźna, nie ma szans rozkruszyć skostniałej struktury społecznej). Za nią stoi prawo natury, przyroda, więc może się zemścić na panu i jego nowej ukochanej. Prawdziwy ofelizm mówi, że trzeba odzyskać sprawczość samobójczyń, bo w decyzji o samobójstwie jest zamknięty potężny protest przeciw status quo.

Gdy walka toczy się o skromne zasoby, miłość matek do córek też okazuje się przereklamowana.

O ich trudnych relacjach pisze badaczka dawnych rytuałów Ewa Grochowska na profilu MuzykaTradycyjna.pl: „Idzie córka do mateńki soli pożyczać, a mateńka przed córeńką wrota zamyka. Już mi teraz nic do ciebie, staraj się sama o siebie, sąsiadko moja” – przytacza fragment pieśni weselnej. Od teraz obie, matka i córka, zaczynają konkurować o kołdrę, która zawsze jest zbyt krótka.

Grochowska ogląda stare zdjęcia weselne i widzi na nich „40-letnie staruszki”, matki państwa młodych. Potem kobietom pozostają tylko kościół, kuchnia, dzieci i dzieci dzieci, zresztą ksiądz to może jedyny mężczyzna, który wysłucha i od którego nie doświadczają fizycznej przemocy: nie pije, nie bije i jest sygnałem lepszego świata, jak dobra matka, Matka Boska. A ostatnim namacalnym dowodem na nasze istnienie w świecie jest długi kondukt pogrzebowy – im więcej osób w nim idzie, tym kobieta była ważniejsza, bardziej ceniona w społeczności. Zresztą hasła „miłość” i „odpowiedzialność” już dawno zostały zawłaszczone przez Kościół i prawicę, jak u abp. Marka Jędraszewskiego (który zresztą cytował Stefana Wyszyńskiego): kobiety, które urodziły dzieci państwu i Kościołowi…

Rozplątuję dwa srebrne łańcuszki: jeden z medalikiem z Matką Boską, a drugi ze świeckim wisiorkiem. Tak samo trudno jest dziś oddzielić czyste doświadczenie kobiety z ludu od katolickiego imaginarium.

Dziewczynki, kobiety, inne

Kiedy skończyłam 10 lat, na pewno jeździłam już sama do babci, półtorej godziny pociągiem w jedną stronę. Potem pół godziny na piechotę z pociągu, polną drogą. Gdy po latach zastanawiałam się, czy dotyczy mnie hasztag #metoo, to wydawało mi się, że nic drastycznego w życiu mnie nie spotkało. A przecież pamiętam matczyne ostrzeżenia: ubierz się skromnie, nie rozbieraj się, nawet jeśli będzie gorąco, nie siadaj sama w przedziale, staraj się dosiąść do rodziny z dziećmi albo do kobiet, nie rozmawiaj z nikim obcym, nie mów, dokąd jedziesz i gdzie wysiadasz, wysiadając, sprawdź, czy nikt za tobą nie idzie, w razie zagrożenia uciekaj i krzycz głośno: „pożar”, bo na zwykłe „ratunku” ludzie nie zareagują.

„Nadal uczę tego moją córkę  – pisze mi po lekturze ważna czytelniczka. – Wciąż”.

No i przypomniałam sobie przeciągłe spojrzenia konduktora, który się do mnie dosiadł, gdy w pociągu nie było już nikogo. Na szczęście miałam książkę i udawałam, że zawzięcie czytam, choć serce podchodziło mi do gardła i litery nie składały się w słowa. Do dziś wierzę, że chronił go mundur i zdrowy rozsądek – w końcu byłby pierwszym przesłuchiwanym – oczywiście, gdybyś ktoś coś zgłosił. Czy powiedziałam o tym babci? Nie powiedziałam nikomu. Do niedawna nie miałam języka potrzebnego do opisu tego przeżycia.

Czy moja córka będzie chroniona przed takim doświadczeniem? Bo już wie, kim jest pedofil? Bo ma do mnie zaufanie i narzędzia do opisu sytuacji? Raz pierworodny wsiadł do złego autobusu i wyjechał nie-wiadomo-gdzie. Zadzwonił do mnie, próbując niezbyt składnie opisać swoją lokalizację. Jest wieczór, Emil śpi. Agatka w sekundę podjęła decyzję: „Mamo, jedź, bo jest ciemno i porwie go jakiś pedofil, ja zostanę z małym”. Świetnie, myślę sobie: teraz niech się coś stanie im albo nam, a jutro będziemy w TVN: „Matka rodziny wielodzietnej zostawiła siedmioletnią córkę z niepełnosprawnym czterolatkiem, żeby wyciągnąć z opałów dziesięciolatka”. Ojciec nieobecny. W międzyczasie…

Niech więc troska o bezpieczeństwo kobiet i dzieci będzie znowu wyłącznie ich prywatną sprawą, jak za tych czasów kiedy mężczyźni kłaniali się kobietom w pas. Została zgwałcona? Źle się ubrała!

Z książki Barbary Klich-Kluczewskiej o PRL-u pochodzi też inny ciekawy termin: „kobieta problemowa”, której dążenia emancypacyjne – lub też przede wszystkim ucieczka od przemocy – są lekceważone.

Wszyscy tak robią!

Gdy masz dzieci, chcący niechcący powtarzasz te same międzypokoleniowe ryty, katolickie czy tylko tradycjonalistyczne: komunie i choinki, chrzciny i święcenie pokarmów. Dzieci cię trzymają w mainstream myślę, dlatego część młodych ludzi, która nie chce żyć jak dotąd, nie planuje mieć dzieci. „To samo twierdzi w  internecie prawica, dodając przy okazji, że to początek końca świata” – zauważa kolega. Papież Franciszek mówi wręcz o egoizmie tych, którzy mają tylko jedno dziecko albo opiekują się zwierzętami. „A ile dzieci ma papież Franciszek?” – pyta celnie znajomy w internetach.

To dlatego, że trudno jest to zrobić dobrze, nasze pokolenie już to wie, mówi ktoś. Babcia mi powtarzała: traktuj dobrze rodziców, bo tak samo będą ciebie traktować dzieci. A gdyby odwrócić tę zasadę? Traktuj dobrze dzieci, to one będą dobrze traktowały swoje. Mam nadzieję, że jestem lepszą matką niż córką. Kiedyś ludzie wyładowywali frustrację związaną z byciem w świecie na słabszych w rodzinie, teraz, gdy odpłacisz światu pięknym za nadobne, podnosi się szmer dezaprobaty: ona nie jest miła…

To dzieci mnie trzymają w  mainstreamie  – myślę sobie i czuję się usprawiedliwiona. Tymczasem Miriam Synger, mieszkająca w Krakowie matka piątki i praktykująca Żydówka, mówi na to: „Jak masz zasady, to możesz się nawet oprzeć presji ubierania choinki: co ci szkodzi ubrać choinkę, wszyscy tak robią! A co ci szkodzi moje nieubieranie choinki?.

Gdy byłam młodą osobą, nie czułam, żeby dotykała mnie dyskryminacja ze względu na płeć. Pierwszy raz dotarło to do mnie, gdy byłam w ciąży. Pracowałam w  wydawnictwie i  od pewnego starszego i ważnego autora usłyszałam, żeby go przedstawić komuś innemu, bo ja będę się teraz rozmnażać! A później było tylko gorzej. Masz już stałe zajęcie, pracę na całe życie, to spadasz z agendy. Kobiety starsze, kobiety z dziećmi są innym rodzajem kobiet niż te młode i nieposiadające dzieci.

Czy mnie się wydaje, czy tu jest bardzo gorąco?; Jak się nie dać menopauzie? – to tytuły książek opisujących kobiece doświadczenie przekwitania. Przekwitanie – podoba wam się to słowo, odnajdujecie się w nim? Menopauza, eufemistycznie „meno”, to nadal coś wstydliwego. A może trzeba zobaczyć menopauzę jako „początek starczej mądrości” – mierzyłam się intelektualnie z tym tytułem rozdziału w Biegnącej z wilkami Clarissy Pinkoli Estés. Chodzi umownie o  lata 42–49 w  życiu kobiety. Czy jesteśmy gotowe na starość, a nawet starczość, przed pięćdziesiątką? Książka domowej bogini Agnieszki Maciąg o menopauzie przeszła bez większego echa, za to podcast i książka Jak się starzeć bez godności Magdaleny Grzebałkowskiej i Ewy Winnickiej zrobiły furorę w internetach. Gdzieś pomiędzy tymi znakami popkultury mieści się grupa kobiet, które chcą na starość spojrzeć nowocześnie. Ale co to w ogóle znaczy? Kiedy dzieci wyjdą z  domu, wreszcie zrobić porządne badania i wyleczyć zęby? Zająć się wnukami, ale tylko w takim zakresie, w jakim ma się na to ochotę (przede wszystkim nie naciskać na posiadanie wnuków)? Polecieć na Zanzibar albo spędzić wakacje pod gruszą samotnie, tak jak się zawsze chciało?

Początek starczej mądrości

Clarissa Pinkola Estés, psychoanalityczka jungowska, podzieliła życie kobiety na siedmioletnie cykle które jednakowoż nie muszą trwać dokładnie tyle, lecz korespondują z grubsza z jej rozwojem:

‣ 28–35 – wiek macierzyństwa, nauka matkowania sobie i innym – przy czym matkować można nie tylko dzieciom, ale i ideom i projektom,

‣ 35–42 – wiek poszukiwań, matkowanie własnej tożsamości, poszukiwanie tożsamości – bardzo się odnalazłam w tym przedziale,

‣ 42–49 – początek starczej mądrości, odnalezienie swej dalekiej siedziby, dodawanie otuchy innym – wyglądam go z nadzieją: czy to już?, czy mogę mówić o starczej mądrości? (Clarissa Pinkola Estés pisze, że niektóre 20-letnie dziewczyny mają tyle blizn po bitwach, ile sędziwe staruszki),

‣ 49–56  – wiek podziemnego świata, poznawanie znaczenia słów i obrzędów,

‣ 56–63 – wiek wyboru swojego świata i pracy, jaka została jeszcze do zrobienia.

Co więc mogą kobiety? Tradycyjne albo progresywne? Mogą wszystko, ale nie naraz. Nie w jednym życiu – dodałabym do tej poppsychologicznej mantry. A ty konkretnie? Co masz jeszcze do zrobienia w świecie? Czego się boisz? Wobec kogo czujesz się zobowiązana?


Korzystałam m.in. z:
• C.P. Estés, Biegnąca z wilkami. Archetyp Dzikiej Kobiety w mitach i legendach, tłum. A. Cioch, Poznań 2015.
• A. Graff, E. Korolczuk, Kto się boi gender? Prawica, populizm i feministyczne strategie oporu, Warszawa 2022.
• B. Klich-Kluczewska, Rodzina, tabu i komunizm w Polsce, Kraków 2015.
• L. Scott, Kapitał kobiet. Dlaczego równouprawnienie wszystkim się opłaca?, tłum. D. Konowrocka-Sawa, Warszawa 2021.
• A. Szwed, Między reprodukcją a transformacją. Negocjowanie reguł dotyczących płci w społeczności rzymskokatolickich kobiet, „Lud”, t. 105 (2021), s. 58–83.
• A. Urbanik-Kopeć, Chodzić i uśmiechać się wolno każdemu. Praca seksualna w XIX wieku na ziemiach polskich, Warszawa 2021.

Artykuł pojawił się w numerze: Rzeczy, które kochamy