Zaczęło się od Komisji Wyborczej nr 95 w Krakowie. Zaraz po wyborach zauważono, że wystąpiła tam dziwna anomalia.
W pierwszej turze Rafał Trzaskowski zwyciężył w niej wyraźnie, uzyskując 550 głosów wobec 221 oddanych na Sławomira Mentzena i 218 na Karola Nawrockiego. Tymczasem w drugiej turze komisja podała, że to właśnie Nawrocki zdobył aż 1132 głosy – ponad dwukrotnie więcej niż Trzaskowski, który miał ich 540. Tak rażąca zmiana szybko zyskała w mediach ironiczne miano „wyborczego cudu”. Czy to możliwe, że wyborcy w dwa tygodnie tak bardzo zmienili preferencje?
Jak się okazało, głosy oddane na jednego kandydata komisja przypisała błędnie drugiemu. Co ważne – a co w dużej mierze umknęło w późniejszej dyskusji – o pomyłce donieśli urzędowi miasta sami członkowie komisji nr 95.
Natychmiast zaczęły się pojawiać pytania: w ilu jeszcze miejscach doszło do podobnych anomalii? I czy były one wynikiem pomyłki, czy też świadomego działania? Wioletta Paprocka, szefowa sztabu Trzaskowskiego, wystosowała 5 czerwca apel na portalu X (dawnym Twitterze): „Jeśli widzicie nieprawidłowości – zgłaszajcie je na stronie protestwyborczy2025.pl, a my zwrócimy się do Państwowej Komisji Wyborczej, aby każdy z tych przypadków wyjaśniła”. Dzień później premier Donald Tusk zapewniał: „Każdy zgłoszony przypadek nieprawidłowości w liczeniu głosów jest sprawdzany i analizowany. Ewentualne fałszerstwa są badane i będą ukarane. Protesty trafią do Sądu Najwyższego”.
Nadal jednak przeważała opinia, że to pojedyncze incydenty, bez większego znaczenia dla wyniku wyborów. „Do takich błędów musiałoby dojść w tysiącu lub nawet kilku tysiącach obwodowych komisji wyborczych. Pomyłki musiałyby być systemowe – na korzyść jednego kandydata” – tłumaczył Adam Gendźwiłł, ekspert ds. procesów wyborczych, w rozmowie z OKO.press.
Sprawy nabrały rozpędu 20 czerwca. Tego dnia „Gazeta Wyborcza” opublikowała analizę Krzysztofa Kontka nt. anomalii w wynikach drugiej tury wyborów prezydenckich. Postawił on bardzo mocną tezę: do nieprawidłowości mogło dojść aż w 1482 obwodowych komisjach, co przekładałoby się na 315–487 tys. dodatkowych głosów dla Nawrockiego, które niesłusznie zostały mu przypisane. Zwolennicy Trzaskowskiego natychmiast zrozumieli, do jakich wniosków to prowadzi: wybory mógł tak naprawdę wygrać ich kandydat, a nie Nawrocki. Ogłoszone wyniki są niewiarygodne.
Temat podjęli politycy i najważniejsze osoby w państwie. Adam Bodnar, ówczesny minister sprawiedliwości, poinformował 25 czerwca, że wystąpił do Sądu Najwyższego z „wnioskiem o przeprowadzenie oględzin kart do głosowania w 1472 komisjach wyborczych”. Tego samego dnia Roman Giertych stwierdził w programie Kropka nad i, że „mamy do czynienia z sytuacją, w której obwodowe komisje wyborcze zostały w sposób nielegalny w większości przejęte”, choć nie potrafił precyzyjnie wyjaśnić, co to znaczy w praktyce. Dwa dni później Bartosz Arłukowicz, europoseł Platformy Obywatelskiej, napisał na platformie X, że „nie znamy realnego wyniku wyborów”, a „PKW ogłosiła nieprawdziwy wynik”.
Nietrudno się domyślić, że skoro takie tezy zaczęli formułować ważni politycy, tym bardziej robiła to część zwykłych wyborców Trzaskowskiego, idąc w swoich diagnozach jeszcze dalej. W mediach społecznościowych zaroiło się od opinii, że wybory zostały skradzione i należy je powtórzyć. Rząd zaś pod żadnym pozorem nie powinien uznawać wygranej Nawrockiego.
Spiskowej atmosferze poddała się także część dziennikarzy i intelektualistów. Tomasz Lis pisał na X: „Dopóki są jakiekolwiek wątpliwości co do uczciwości wyboru Nawrockiego, a są nie tylko jakiekolwiek, ale ogromne, jego zaprzysiężenie nie powinno nastąpić”. W podobnym tonie wypowiadał się także np. Jarosław Mikołajewski, pisząc na łamach „Gazety Wyborczej”: „Dopóki nie dostaniemy sprawdzonych wyników, powinny zostać odroczone ceremonie wręczenia zaświadczeń o zwycięstwie”.
Naturalne anomalie
Hipoteza Kontka spotkała się z ostrą krytyką. Nie tylko ze strony zwolenników Nawrockiego, ale też ekspertów i dziennikarzy, którzy nie ukrywali, że ideowo bliżej im do Trzaskowskiego. Dłuższe analizy, wskazujące na luki w argumentacji Kontka, opublikowali m.in. dziennikarz OKO.press Piotr Pacewicz, zespół ekonomistów Mariusz Kozakiewicz, Bogusz Lewandowski, Michał Lewandowski i Paweł Kalczyński, a także Fundacja Batorego, dla której raport przygotowali Dominik Batorski, Jarosław Flis i Piotr Szulc.
We wszystkich tych polemikach powtarzały się trzy główne zarzuty wobec analizy Kontka. Po pierwsze, koncentrowała się ona wyłącznie na anomaliach korzystnych dla Nawrockiego, pomijając sytuacje odwrotne, gdy to Trzaskowski osiągał zaskakująco dobre wyniki. Po drugie, jednakowo traktowała komisje, w których oddano kilka czy kilkanaście głosów, i te, gdzie głosowały tysiące wyborców. W małych obwodach nawet niewielka zmiana przekłada się na duże wahania procentowe, co może sprawiać wrażenie „anomalii”, choć w rzeczywistości chodzi o naturalne odchylenia statystyczne. Po trzecie, ignorowała specyfikę miejsc takich jak szpitale czy zakłady karne, gdzie rotacja wyborców bywa wyjątkowo duża.
Gdy uwzględniono te niedostatki metodologiczne, wyniki okazały się zupełnie inne niż u Kontka. „Odkryliśmy 7 tys. głosów więcej na Trzaskowskiego, a 5 tys. więcej na Nawrockiego” – podsumował Flis analizę dla Fundacji Batorego.
Mówiąc krótko, o żadnym masowym fałszerstwie ani o błędnym wskazaniu zwycięzcy wyborów nie mogło być mowy. Cała afera została sztucznie napompowana.
Nie przekonało to jednak najbardziej zagorzałych zwolenników Trzaskowskiego. Ich nieformalnym liderem stał się Giertych, który podsycał emocje w mediach społecznościowych. „To był wał!” – grzmiał 30 czerwca na platformie X. „Historia go oceni” – pisał 1 lipca o Hołowni, gdy ten ogłosił, że przeprowadzi zaprzysiężenie Nawrockiego.
Z braku mocnych dowodów zarówno premier Tusk, jak i inne ważne osoby w państwie – w tym wspomniany Hołownia – zaakceptowali wynik wyborów. Spora część wyborców Trzaskowskiego, szczególnie tych aktywnych w mediach społecznościowych i sympatyzujących z Giertychem, nadal pozostaje jednak przekonana, że doszło do przekrętu, a Nawrocki nie jest pełnoprawnym prezydentem.
Teorie spiskowe są jak cebule
Bronisław Komorowski wysłał w 2015 r. tekst do „Gazety Wyborczej”, w którym zarysował główną oś podziału politycznego, tak jak ją wtedy widział: „Spór przebiega wzdłuż nowej linii – Polski racjonalnej w kontrze do Polski radykalnej”.
Duża część zwolenników Koalicji Obywatelskiej, a nawet szerzej – wszystkich partii tzw. Koalicji 15 października – często odwołuje się do podobnego rozróżnienia, siebie oczywiście sytuując po stronie „racjonalnej”. Oskarżają polityków i sympatyków PiS-u, czasem nie bez podstaw, o hołdowanie nieuzasadnionym, wręcz absurdalnym teoriom. Najlepszym przykładem jest teza o zamachu smoleńskim. Przed wyborami prezydenckimi sporo było zresztą głosów, że to PiS pójdzie drogą Donalda Trumpa z 2020 r. i w przypadku niepowodzenia będzie negował prawomocność wyników. Tymczasem wyszło odwrotnie.
Dlaczego więc tyle osób z „racjonalnej Polski” tak chętnie uwierzyło w wątpliwą i szeroko krytykowaną teorię o skradzionych wyborach? Jak widzieliśmy, nie chodziło jedynie o anonimowe konta w internecie, lecz także o dość wpływowe postacie, takie jak politycy Roman Giertych czy Bartosz Arłukowicz, a także dziennikarze, jak choćby wspomniany Lis. Czyli osoby, które teoretycznie powinny orientować się w chaosie informacyjnym, mieć kompetencje do oddzielania wiadomości wiarygodnych od niewiarygodnych oraz ufać zdaniu większości ekspertów.
Łatwiej to zrozumieć, gdy weźmiemy pod uwagę, czym są teorie spiskowe w polityce – i jak wygląda obecny stan debaty publicznej, napędzanej przez algorytmy internetowe.
Zacznijmy od pierwszej kwestii. Teorie spiskowe często postrzegamy jako dziwaczną wizję świata, w której wyznawcy dopatrują się najbardziej oderwanych od rzeczywistości wyjaśnień różnych wydarzeń. Ale takie teorie – przynajmniej ich polityczna odmiana – to także wyraz głębokich przekonań ideowych i próba uporządkowania rzeczywistości w zgodzie z nimi.
Jak piszą autorzy tekstu The Psychology of Conspiracy Theories: „Teorie spiskowe zdają się oferować szerokie, wewnętrznie spójne wyjaśnienia, które pozwalają ludziom podtrzymywać swoje przekonania w obliczu niepewności i sprzeczności”. Dlatego takie teorie mają zwykle dwie warstwy.
Na powierzchni pojawia się konkretna historia: zamach, katastrofa, wybory, zdrada. To ta część, którą widzimy od razu i która najczęściej przyciąga uwagę mediów. Pod spodem kryje się jednak druga warstwa – ideologiczna. To ona nadaje sens, spina narrację i zamienia pojedyncze wydarzenie w opowieść o tym, jak działa nasz świat.
Dwuwarstwową strukturę komunikacji politycznej znakomicie uchwycił kilka dekad temu francuski semiotyk Roland Barthes. Nie pisał wprawdzie o teoriach spiskowych, lecz o tym, co nazywał mitami – ale jego koncepcja pasuje tu jak ulał. Barthes analizował obrazy, zwykłe przedmioty, stereotypy i przekazy medialne, pokazując, że niosą one znaczenia na dwóch poziomach: z jednej strony mówią coś wprost, z drugiej – kodują ukryty sens, ideologię.
Jego najsłynniejszym przykładem była analiza okładki magazynu „Paris Match”, na której młody czarnoskóry żołnierz w mundurze salutuje francuskiej fladze. Na poziomie dosłownym – pisał Barthes – widzimy portret lojalnego żołnierza. Na poziomie mitu okładka przekazuje jednak coś więcej: ideę wielkości i jedności francuskiego imperium kolonialnego, w którym nawet dawni poddani oddają cześć ojczyźnie.
Podobnie funkcjonują teorie spiskowe w polityce. Na powierzchni mamy opowieść o „fałszerstwie wyborczym” czy „zamachu”. Na głębszym poziomie jednak nie chodzi już o samo wydarzenie, lecz o całą wizję świata: o zdradę elit, o „prawdziwy naród” przeciwko „uzurpatorom”, o Polskę, którą trzeba odzyskać. Teorie spiskowe działają więc jak mity w sensie Barthes’owskim – wykorzystują ideologie jako sensotwórcze podwaliny komunikatów krążących w debacie publicznej.
Kiedy na przykład ktoś powtarza, że PiS ukradł wybory prezydenckie, w tle tego komunikatu kryje się głębokie przekonanie, że „PiS ma bardzo luźne podejście do praworządności i nagina reguły demokracji”. Jeśli część z was pomyślała sobie właśnie: „Hm, to w sumie nie jest absurdalna teza”, to trafiliście w samo sedno teorii spiskowych. Ich siła polega na tym, że te głębsze przekonania nie są całkowicie wyssane z palca – właśnie dlatego nadają wiarygodność temu, co znajduje się na powierzchni teorii i jest słabo uzasadnione (jeśli w ogóle ma jakieś uzasadnienie).
Dobrze to widać na przykładzie popularnych w Stanach Zjednoczonych historii o przestępstwach seksualnych, a czasem wręcz pedofilskich, popełnianych przez znanych przedstawicieli elit. Jedna z tych teorii dotyczy tzw. listy Epsteina – domniemanych nazwisk wpływowych osób, które miały korzystać z usług miliardera i skazanego przestępcy seksualnego Jeffreya Epsteina. Druga – już jawnie absurdalna – to „Pizzagate”, według której czołowi politycy Partii Demokratycznej, w tym Hillary Clinton, mieli rzekomo kierować siatką pedofilską działającą w piwnicy pewnej pizzerii w Waszyngtonie (choć ta restauracja nie ma nawet piwnicy). Z czasem z tych opowieści wyrósł jeszcze większy ruch konspiracyjny – QAnon, głoszący, że istnieje globalna elita odpowiedzialnych za handel dziećmi, której przeciwstawia się Donald Trump.
Pod powierzchnią obu tych teorii kryje się jednak już nie tak absurdalne przekonanie, że część elit rzeczywiście ma skłonność do nadużyć seksualnych i potrafi to długo tuszować. Wystarczy wspomnieć afery Harveya Weinsteina czy Billa Cosby’ego, które pokazały, że system społeczny i medialny przez lata chronił ludzi z ogromną władzą. Właśnie to ziarno prawdy – realne przypadki nadużyć – sprawia, że nawet najbardziej fantastyczne teorie spiskowe zyskują wiarygodność i emocjonalną siłę.
Albo weźmy polski przykład – teorię o zamachu smoleńskim. Warstwa powierzchniowa – „Rosjanie dokonali zamachu” – jest niczym niepoparta. Warstwa głęboka – „putinowska Rosja jest zdolna do łamania prawa i stosowania przemocy” – jak najbardziej tak.
Jeśli dostrzeżemy tę dwuwarstwowość teorii spiskowych, łatwiej zrozumiemy, dlaczego tak wiele osób – o różnych sympatiach politycznych – ulega ich urokowi. Gdy dana teoria na poziomie głębokim pasuje do naszych przekonań, poziom powierzchniowy staje się łatwiejszy do przyjęcia, niezależnie od tego, jak bardzo brakuje mu podstaw.
To właśnie ta mieszanka – absurdalna narracja na powierzchni i nie tak absurdalna w głębi – sprawia, że polityczne teorie spiskowe zyskują taką popularność. Są nie tylko „opowieściami o wydarzeniach”, lecz także strukturami sensu, które pomagają ludziom porządkować świat i wyrażać własne lęki, podejrzenia i emocje wobec polityki oraz władzy.
Medialna teoria chaosu
Budowa teorii spiskowych to jedno. Ale żeby w pełni zrozumieć ich współczesną siłę, trzeba przyjrzeć się również rzeczywistości medialnej, w której teorie te powstają i się rozprzestrzeniają. Inaczej mówiąc: nie chodzi tylko o treść tego rodzaju teorii, lecz również o miejsce ich przekazywania.
Najbardziej znanym teoretykiem mediów jest pewnie Marshall McLuhan – autor słynnego hasła the medium is the message, które w wolnym tłumaczeniu można oddać jako: „przekaźnik jest przekazem”. McLuhan zwracał uwagę, że nie liczy się wyłącznie treść komunikatu, ale także medium, które ją przenosi: prasa, radio czy telewizja. To, gdzie umieścimy informację, zmienia jej sens i oddziaływanie.
Z dzisiejszej perspektywy być może jeszcze ciekawsze są spostrzeżenia nieco mniej znanego następcy McLuhana – Neila Postmana. Rozwijał on intuicje poprzednika, a jego najważniejsze książki ukazały się w latach 80. i 90. XX w. Dlatego skupiał się na analizie kultury telewizyjnej, przy czym wiele jego diagnoz zaskakująco dobrze opisuje także realia internetu – nierzadko nawet trafniej niż medium, które było przedmiotem jego bezpośrednich badań.
Postman zauważył, że telewizja ma skłonność do wyrywania informacji z kontekstu i zestawiania ich w absurdalnych konfiguracjach. W serwisie informacyjnym poważny materiał o katastrofie ekologicznej może sąsiadować z relacją z konkursu jedzenia hamburgerów w Kentucky. Zdaniem Postmana odbiera to powagę sprawom istotnym i wprowadza widzów w stan dezorientacji: wszystko staje się równoważne, a więc równie błahe. Jak pisał w Zabawić się na śmierć, telewizja to ciąg wyizolowanych zdarzeń, które są „oderwane pod względem treści, kontekstu i struktury uczuciowej od wszystkiego, co je poprzedza i co następuje po nich”.
Czyż nie jest to idealny opis dzisiejszego internetu? Wystarczy spojrzeć na media społecznościowe, gdzie na naszych tablicach sąsiadują ze sobą informacje z najbardziej renomowanych redakcji, fake newsy, memy, a ostatnio treści generowane przez sztuczną inteligencję.
Platformowy strumień wiadomości nieustannie miesza powagę z błahostką, fakt z fantazją, wiedzę z reklamą.
Pomieszanie widać na kilku poziomach. Chodzi nie tylko o treści, ale i samych nadawców. Na platformach takich jak X obok siebie funkcjonują komunikaty głów państw, polityków, ekspertów, dziennikarzy, celebrytów, anonimowych użytkowników, a także trolli i botów. W rezultacie głos specjalisty nie różni się na pierwszy rzut oka od przypadkowej wypowiedzi czy automatycznie wygenerowanego wpisu.
Co gorsza, ten mechanizm działa z dwóch stron – zarówno po stronie odbiorców czytających platformowe treści, jak i twórców tych treści. Wyjaśnijmy. Nie chodzi tylko o to, że gdy czytamy coś w mediach społecznościowych, to migają nam przed oczami komunikaty z różnych porządków – np. poważne i błahe – zacierając różnicę między odmiennymi treściami. Ważne jest także to, że ci, którzy tworzą te komunikaty, dokładają się do tego procesu przez używanie podobnego stylu wypowiedzi, dostosowanego do danego medium.
Słusznie pisze o tym amerykański dziennikarz Ezra Klein. Niektórzy traktują media społecznościowe jako rodzaj narzędzia do prześwietlania ludzi, tak jakby nasze posty ujawniały, kim naprawdę jesteśmy. Zdaniem Kleina lepszą metaforą jest „forma odlewnicza”. Każde medium społecznościowe ma swoją charakterystykę, pewien sposób bycia – użytkownicy, którzy się w nim zanurzają, przejmują ten sposób. W konsekwencji wszyscy się do siebie upodabniają. Na przykład na X-ie dominuje charakterystyczny styl: krótkie, cięte posty wymierzone w inne osoby. Wymogom tego stylu poddają się zarówno anonimowi użytkownicy, jak i najważniejsze osoby w państwie.
Weźmy dwa wpisy z portalu:
„Kaczyński mówi, że walczył w ustawkach, Duda, że trzeba przestrzegać Konstytucji, Nawrocki coś o przyzwoitości. To musiał być ten sam snus”.
„Jarosław Mały Bu. Nie wiedziałem”.
Oba są autorstwa nie „zwykłych” internautów, lecz premiera Tuska. Choć trudno byłoby to poznać po treści – równie dobrze mógłby to napisać jakiś @Jan_Precz_Z_Kaczorem.
Albo jeszcze ten tweet:
„Jak tam na urlopie, Panie @donaldtusk? Kawka, lody, gofry są grane, jak rozumiem… Delikatnie przypominam, że zarządza Pan dużym państwem. Czas wracać do pracy!”.
To nie żaden @Nie_Dla_Rudego, tylko były premier Mateusz Morawiecki.
Przy takim poziomie zlania się żartu i powagi, prawdy i zmyśleń, a także wymieszaniu opinii przedstawicieli państwa i anonimowych internautów trudno się dziwić, że teorie spiskowe kwitną w środowisku mediów społecznościowych. Po prostu brak tam mechanizmów porządkowania informacji i ich weryfikowania. Algorytmy podbijające posty oparte na emocjach i wprost obraźliwe nie poprawiają sytuacji.
Nie inaczej było w dyskusji o sfałszowanych wyborach. Mieszało się tam dosłownie wszystko: prawdziwe informacje o nieprawidłowościach w poszczególnych komisjach, uzasadnione i nieuzasadnione interpretacje tych zdarzeń, celowo rozprowadzane dezinformacje, a także zwykłe internetowe przepychanki i złośliwości.
Pamiętajmy też, że dezinformacja ma przewagę nad wiarygodnymi wiadomościami na platformach społecznościowych. Wiemy z badań, że fałszywe informacje rozprzestrzeniają się w mediach społecznościowych zdecydowanie szybciej i szerzej niż informacje prawdziwe. Soroush Vosoughi, Deb Roy i Sinan Aral z MIT, analizując dane z Twittera z lat 2006–2017, przebadali ok. 126 tys. plotek rozpowszechnionych przez 3 mln osób. Odkryli, że to właśnie fałszywe treści docierały do największej liczby użytkowników: najlepsze 1% z nich trafiało do od tysiąca do nawet 100 tys. osób, podczas gdy prawdziwe wiadomości rzadko przekraczały zasięg tysiąca odbiorców.
Chyba niewielu dziś zaskakuje, że fałsz łatwiej znaleźć w mediach społecznościowych niż prawdę. Ale warto dodać do tego spostrzeżenia lekcję płynącą z rozważań Postmana.
Wymieszanie stylów i komunikatów sprawia, że hierarchia źródeł informacji zostaje zatarta. Podobnie zresztą jak różnica między informacjami zawierającymi odmienne treści. Tak więc prawdziwe treści – w swojej „odkontekstowionej” formie – mogą być wykorzystywane do wsparcia tych nieprawdziwych. Na przykład tweety premiera o wykrytych nieprawidłowościach w niektórych komisjach mogą być użyte jako dowód potwierdzający tweety anonimowych użytkowników o tym, że całe wybory to „wał” – choć w rzeczywistości obie te informacje mówią o czymś innym.
Prawdziwych komunikatów nie tylko jest mniej niż fałszywych, ale dodatkowo treść tych pierwszych może zostać wykorzystana do wsparcia tych drugich zamiast do ich obalenia.
Jeszcze nie Stany
Próba podważenia wyniku wyborów prezydenckich po zwycięstwie Nawrockiego nad Trzaskowskim od razu budzi skojarzenia z tym, co wydarzyło się w 2020 r. w Stanach Zjednoczonych, gdy Biden pokonał Trumpa. To naturalne zestawienie – oba przypadki dotyczą oskarżeń o „ukradzione wybory” i gwałtownych reakcji części elektoratu.
Nie powinniśmy jednak pomijać istotnych różnic między obiema aferami, bo to właśnie one wiele mówią o tym, jak można – albo przeciwnie, jak nie należy – reagować na pojawiające się teorie spiskowe.
W Stanach Zjednoczonych to Trump, najważniejsza postać na tamtejszej scenie politycznej, wprost zakwestionował wynik wyborów i próbował nie dopuścić do objęcia urzędu przez Bidena. Nie ograniczył się do podsycania wątpliwości – zorganizował realną kampanię delegitymizacji nowego prezydenta. Próbował nawet namówić gubernatorów poszczególnych stanów i członków Kongresu do niezatwierdzania rezultatu wyborczego.
Efektem jego działań był niesławny atak na Kapitol. To nie były już jedynie internetowe przepychanki czy ostre słowa na wiecach, lecz realna przemoc, której skutkiem były ofiary śmiertelne i poważne obrażenia.
Wydarzenia ze stycznia 2021 r. pokazały, że gdy najważniejszy przywódca stawia się ponad instytucjami państwa, granica między polityką a uliczną rewoltą może bardzo szybko zniknąć.
W Polsce scenariusz potoczył się inaczej. Najważniejsi przegrani – sam Trzaskowski i Tusk – nigdy nie posunęli się tak daleko jak Trump. Trzaskowski niemal natychmiast zdystansował się od teorii o sfałszowanych wyborach, a Tusk, choć zapewniał, że rząd sprawdzi każdą nieprawidłowość, nigdy nie twierdził wprost, że wynik został zmanipulowany.
Nie doszło też do fizycznej przemocy. Nikt nie szturmował Pałacu Prezydenckiego ani siedziby Państwowej Komisji Wyborczej. W całej historii III RP – mimo napiętych relacji między dwiema największymi formacjami, PiS i KO – udało się uniknąć sytuacji, w której polityczny spór przerodziłby się w otwarty, gwałtowny konflikt na ulicach.
To doświadczenie pokazuje wyraźnie, że zachowanie kluczowych polityków ma ogromne znaczenie. Wciąż potrafi działać jak bezpiecznik. Równie istotna jest odporność instytucji państwowych na presję polityczną i ich zdolność do działania według prawa, niezależnie od nastrojów ulicy czy trendów w internecie.
W tym właśnie kryje się lekcja na przyszłość. Ogólny stan mediów społecznościowych – z ich chaotycznym strumieniem treści i podatnością na dezinformację – sprzyja rozkwitowi teorii spiskowych, to jasne. Ale nie może być to wymówka dla politycznej kapitulacji tych, którzy ponoszą największą odpowiedzialność za państwo. Liderzy i instytucje nadal dysponują realną władzą i to od nich w dużej mierze zależy, czy spiskowe narracje pozostaną internetową plotką, czy też staną się paliwem dla groźnych kryzysów.