U Lema na kolor uwagę zwróciłem tylko raz. Na początku podróży czternastej Ijon Tichy oddaje swoją rakietę do remontu: „Kierownik warsztatów radzi pomalować na zielono. Jeszcze nie wiem”. Poza tym światy Lema są dla mnie szare, jak okładka wydania Opowieści o pilocie Pirxie, które dostałem na początku lat 90., albo żółte jak Cyberiada kupiona mniej więcej w tym samym czasie w nieistniejącej już Księgarni Naukowej w Koszalinie. Pamiętam swoje niezadowolenie: na kanarkowym tle ni to rycerz, ni to cyborg, gęsto szrafowana ilustracja jak rycina sprzed 100 lat. A ja liczyłem na statki kosmiczne i roboty z mieczami świetlnymi! Nie można wymagać od dziesięciolatka, żeby poznał się na dowcipie Daniela Mroza, ale dobrze wiedzieć, że pierwszy kontakt często pozostawia wrażenie na całe życie.
Ponad dwie dekady później sam mogłem do Lemowego świata wnieść swój wkład i zaprojektować pierwsze wrażenia u przyszłych czytelników.
To onieśmielające zadanie. Lema można odmalować na tysiąc różnych sposobów. Pasuje do niego surowa forma późnych peerelowskich wydań, w których dominują typografia i rygor. Można jego książki – spójrzmy na pierwsze polskie wydania Astronautów i Obłoku Magellana – ubrać w zmierzające ku abstrakcji kolorowe kompozycje, gdzie linia staje się trajektorią lotu statku kosmicznego, rozmazana plama zarysem planety, a trzy przecinające się kreseczki i wirujące wokół nich roje punkcików tworzą nowe gwiazdozbiory. Neonowa stylistyka lat 80. i pełne kontrastów geometryzujące ilustracje brytyjskich wydań odkrywają przed nami kolejne oblicze jego światów. Z wyobraźnią Lema nie gryzą się też realistyczne obrazy wyjęte jak ze szkiców produkcyjnych Ralpha McQuarriego do pierwszych części Gwiezdnych wojen. Na miejscu są nawet ilustracje trącące poetyką propagandowych wizerunków jak z Elementarza Falskiego, tylko zamiast Ali, Asa i traktorów ryjących bruzdy w tłustej ziemi zobaczymy przesłonięte szklanymi przyłbicami kosmicznych skafandrów twarze nieustraszonych pionierów podboju kosmosu. Abstrakcyjny i realistyczny, prostolinijny i wymagający, fantastyczny i zwyczajny, pełen powściągliwości i nieposkromiony, kolorowy i szarobury: tysiąc wszechświatów.
Ilu artystów, tylu Lemów. To przeoczona chyba cecha jego twórczości: stworzył dzieła, które można oglądać i przedstawiać na wiele rozmaitych sposobów!
Ja natomiast zastanawiałem się, jak wyglądałyby jego książki, gdyby pisał nie w Polsce, ale w ojczyźnie współczesnej literatury science fiction: w Stanach Zjednoczonych. Pewnie część z jego tytułów ugrzęzłaby w absurdalnie kiczowatych okładkach (ciekawym polecam sprawdzić pierwsze amerykańskie wydania książek Raya Bradbury’ego czy Philipa K. Dicka), ale kto wie, może by im to nie zaszkodziło? Oprawy peerelowskich wczesnych książek Lema są wysmakowane i oszczędne. Nie sposób poznać, że to okładki prozy gatunkowej. Gdyby te książki ukazały się w wydawniczych fabrykach, które w połowie ubiegłego wieku zapychały amerykańskie księgarnie kolejnymi tomami przygód nieustraszonych bohaterów kosmosu, Lem byłby nie elegancki i powściągliwy, lecz pełen energii i rozmachu. Niezwyciężony stałby się przede wszystkim trzymającą w napięciu space operą, a nie przejmującą, posępną analizą technologicznej zagłady, Astronauci byliby nie surową przestrogą przed koszmarem wojny globalnej, ale pełnym zieleni, czerwieni, żółci wglądem w postapokaliptyczny świat. Wtedy wreszcie na Obłoku Magellana zamiast punkcików jarzących się na zgaszonym tle widniałby może imponujący statek kosmiczny jak z o dekadę późniejszej Odysei kosmicznej. Krótko mówiąc, byłby Lem inny. Chciałem wstrzyknąć w uniwersum pisarza trochę takiej hipotetycznej stylistyki.
###banner###
Bezpośrednią inspirację stanowiły dla mnie tysiące okładek pulpowej amerykańskiej literatury science fiction. Książki i czasopisma gatunkowe ukazywały się w Stanach Zjednoczonych już od późnych lat 20. W latach 40. osiągnęły apogeum swojego artystycznego rozwoju. Mimo gatunkowego pokrewieństwa i pewnych cech wspólnych wynikających ze sposobu, w jaki drukowano te prace, były to realizacje bardzo zróżnicowane. Poetyckie i delikatne jak ażurowa wycinanka obrazy Virgila Finlaya sąsiadowały na księgarskich półkach z cieszącymi się olbrzymią popularnością ilustracjami Franka R. Paula, gdzie puszczał wodze wyobraźni i tworzył roje nieprawdopodobnych istot, których jedynie mdłym odbiciem są bywalcy kantyny w Mos Eisley z pierwszej części Gwiezdnych wojen. Czułki, skrzydła, owadzie nogi, pajęcze oczy, kły, futro, laser, stal: to wszystko wyobraźnia twórców ilustracji literatury pulpowej umiała przetworzyć we wspaniałe, czarujące, uwodzicielskie światy. Zależało mi na takiej właśnie sile oddziaływania. Zaczerpnąłem więc co nieco z tych fascynujących wydań. Pulpowe ilustracje powstawały najczęściej w kilku najbardziej wyrazistych kolorach, ponieważ magazyny i książki drukowane były na olbrzymią skalę i, co za tym idzie, na marnej jakości papierze. Niuanse światłocienia i pastelowe barwy gwarantowały klęskę techniczną wydruku. Miało być wyraziście, kontrastowo, jasno, barwy powinny być tak podstawowe, jak to możliwe: papuzi żółty, sztandarowa czerwień, jadowita zieleń i szatański fiolet składały się na podstawową paletę pulpowej stylistyki. Na okładkach królowały realistyczne przedstawienia, choć trafiały się bardziej abstrakcyjne i stylizowane realizacje – Hannes Bok przez długie lata balansował na granicy groteski i abstrakcji. Całe szczęście, że nie umiem rysować zbyt dobrze, więc siłą rzeczy moje formy musiały być uproszczone. Estetyka pulp fiction – zawsze żywa, inspirująca, przesycona obietnicą wielkiej przygody – nigdy nie była jednorodna i rozmaite jej oblicza wpłynęły na moje projekty okładek książek Lema.
Niezwyciężonemu chyba najbliżej do realistycznego rysunku i pulpowej ilustracji: czerwone tło, żółta ziemia, wyniosła rakieta, skulona postać ludzka. Nie wiadomo, o co do końca chodzi z seledynowymi sześcianami, ale nie wydają się nie na miejscu, wprowadzają do obrazu element czegoś niewiadomego i obcego. Astronauci to podobnie nostalgiczna gra z konwencją: podstawowe kolory, stylizowana rakieta, w miarę realistycznie oddane postaci na pierwszym planie. Fiasko jeszcze balansuje na granicy realizmu, ale nic się tu nie zgadza: światło pada dziwnie, okna statku kosmicznego przypominają te w kościele i jestem prawie pewien, że w powieści nie pojawia się jabłko leżące na podłodze. Wszystko to zebrane razem ma zbudować atmosferę i klimat spotkania z nieznanym: skosztowanie owocu z drzewa wiedzy. Katar i labirynt z kości do gry (na wszystkich widnieje szóstka) odchodzi od wiernego przedstawiania rzeczywistości. Izometryczna perspektywa wskazuje, że to bardziej metafora niż opowieść. Tegoroczna okładka Summy technologiae to wyimaginowany fragment manuskryptu, jaki mógłby powstać, gdyby w benedyktyńskich skryptoriach opowieści zapisywały roboty: miniatura inicjału, zero-jedynkowy zapisany uncjałą tekst…
Przez ostatnią dekadę stworzyłem 25 okładek książek Lema. Zwieńczeniem tej podróży przez jego wszechświaty jest powrót do Bajek robotów, od których w 2012 r. wszystko się zaczęło. Wydawnictwo Literackie zdecydowało, by na 100-lecie urodzin pisarza wydać tę książkę z ilustracjami. Zawsze podobały mi się przedwojenne wydania książek Juliusza Verne’a z drobiazgowymi całostronicowymi rycinami. Obiecywały przygodę i podróż do innego świata. Do każdego z opowiadań z Bajek robotów stworzyłem osobną ilustrację. Nie chciałem konkurować z Danielem Mrozem i tworzyć czegoś w zdecydowanej kontrze do jego kreacji. Wiem, że wielu czytelników z nostalgią wciąż wraca do stworzonych przez niego światów. Nie chciałem, żeby czuli się obco w tym, który ja zaproponowałem, choć jest tak odmienny od propozycji sprzed półwiecza. Dlatego moja retrofuturystyczna wizja jest trochę zbieżna z wizją Mroza. I w niej istnieją roboty dzierżące flagi i wymachujące mieczami, trochę poczciwe i w ogóle nietechnologiczne. Pomyślałem, że dobrze byłoby zostawić odbiorcy przestrzeń, by jego wyobraźnia również popracowała, dlatego moje obrazy są prościutkie, abstrakcyjne nawet, i znów na równych prawach istnieją w nich przedstawienia i metafory.
Teraz siadam do pracy nad nowym projektem związanym z Lemem. Znów muszę wybrać się w podróż na stworzone przez niego planety i cieszę się na nią bardzo, choć wiem, że zajmie mi kilka lat. Nie ma nic lepszego, niż przemierzać jego uniwersum.