Subskrybuj
fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Wyborcza.pl
fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Wyborcza.pl
Pisarka, animatorka kultury, działaczka społeczna. Laureatka Nagrody Gombrowicza i Nagrody Conrada za powieść Ma być czysto. Jej książki były nominowane m.in. do Nagrody Nike, Paszportu „Polityki”, Nagrody Literackiej Gdynia i Nagrody Literackiej Unii Europejskiej. Jej...

Lęk i wspólnota

Czytając po 20 latach „Białe zęby” Zadie Smith, nakładam je na mapę współczesnych strachów. Z projektu wspólnotowego pisarki moglibyśmy skorzystać w naszym życiu społecznym także teraz

Niedawno dostałam zaproszenie do mojej dawnej podstawówki, gdzie miałam poczytać dzieciom ulubioną książkę z dzieciństwa. Długo wybierałam, a w „top 3” pozostały pozycje, za których wskazaniem stoją różne, choć zasadnicze cechy pociągające mnie w literaturze. Pierwsza z  nich to tajemnica, jednak nie w znaczeniu kryminalnym, lecz metaforycznym (Alicja w krainie czarów). Druga to fakt, że literatura zawsze podważa porządek (Pippi Pończoszanka). Trzecia cecha, której szukam, to szansa na przyglądanie się bohaterom w różnych konstelacjach (Muminki). W tym miejscu docieram do książki, która wydaje mi się dorosłą wariacją na temat Muminków, czyli pewnym literackim projektem wspólnotowym.

Ale najpierw kontekst. Jest rok 2001 i w WTC wlatują dwa samoloty. Kilka miesięcy po tym zdarzeniu nauczyciel polskiego z gimnazjum namawia mnie z  koleżankami, żebyśmy nagrały film na konkurs Czy Polska powinna wejść do Unii Europejskiej? Chodzimy po ulicach z kamerą i zaczepiamy obcych, którzy udzielają odpowiedzi podszytych jakimś rodzajem niepokoju. Chwilę po tym, w 2002 r., w Polsce ukazuje się powieść Białe zęby, która dwa lata wcześniej trafiła do księgarń w Londynie. Napisała ją Zadie Smith. Sięgam po nią, bo jakimś cudem ktoś zdecydował o tym, że warto ją kupić do zbiorów biblioteki w Dąbrowie Górniczej. Nie słyszałam o  niej i wpada przypadkiem w moje ręce podczas przeglądu półki z nowościami. Zastanawiam się, co mnie do niej przyciągnęło i co mnie łączyło wtedy z jej bohaterami od pierwszych scen, kiedy 47-letni Archie Jones (londyńczyk) przyjaźniący się z Samem Iqbalem (pochodzącym z Bangladeszu konserwatywnym muzułmaninem) próbuje zatruć się gazem w swoim samochodzie, ale z wybranego miejsca wypłasza go mężczyzna ze słowami, że to miejsce halal i nie może tu popełnić samobójstwa, jeśli nie zamierza się wcześniej wykrwawić. Tym sposobem Archi poznaje Clarę (pochodzącą z Jamajki 19-latkę, związaną ze świadkami Jehowy) i zaczynają wspólne życie.

Zatrzymuję się przy otwarciu książki, żeby pokazać, że jest to opowieść, która biegnie „podwójną linią”. Z jednej strony podążamy za bohaterami, którzy w ciągu 20 lat wymieniają się pokoleniowo (jest ich wielu, a mapa pokoleń rodziny i sąsiadów się rozrasta), a z drugiej – za zdolnością narracyjną Smith do budowania metafor wymykających się realistycznej historii na rzecz diagnoz. Między wierszami pojawia się bowiem mnóstwo celnych spostrzeżeń w kwestiach związanych ze współczesnym budowaniem tożsamości, tematyką rasy, klasy i religii.

Kiedy czytałam powieść pierwszy raz, pewnie wciągały mnie przede wszystkim linia fabularna i wątki związane z moimi rówieśnikami, wchodzącymi w intensywne relacje przyjacielskie, seksualne i  miłosne, które nie zawsze były po drodze ich rodzinom.

Kiedy zaś sięgnęłam po tę książkę ponownie w 2022  r., uwagę przykuwali już nie tyle poszczególni bohaterowie i bohaterki, ile to, jak misternie jest utkana siatka ich relacji i zależności.

To powieść, która podważa założenia typowej sagi rodzinnej, a równocześnie gra na jej strunach, bo bohaterowie krążą między historiami rodzinnymi i muszą się wobec nich określić. Większość – zarówno londyńczycy z któregoś pokolenia, jak i osoby, które przyjechały do Londynu lub urodziły się tam jako dzieci migrantów – po prostu bezustannie rozczarowuje się rozdźwiękiem między tym, jak chciałaby widzieć rzeczywistość, a tym, co się dzieje. Nie chodzi wyłącznie o indywidualne aspiracje, ale o poszukiwanie tożsamości zbiorowych, które bywają dla migrantów próbą określenia własnego sensu życia (lub jego braku). Jedno łączy wszystkich bohaterów i bohaterki: noszą w sobie lęk. I o ile był on w tamtym czasie szeroko opisywany przez różnych badaczy, w tym Zygmunta Baumana (Płynny lęk), o tyle na płaszczyźnie prozy Smith wydaje się wprowadzać nowy wątek do dyskusji o tym, czym ten lęk był podszyty.

Udaje jej się to przez zderzanie ze sobą bohaterów i bohaterek w różnych sytuacjach, przy czym jej sposób narracji dopuszcza też własne – bardziej publicystyczne, lecz przy tym organiczne – podejście do opowiadania wynikające zapewne z biografii autorki urodzonej w migranckiej dzielnicy North West, o której opowiada w swojej innej powieści London NW. Smith pisze w Białych zębach tak: „(…) imigrantów śmieszą lęki nacjonalistów, bojących się panicznie zarazy, penetracji, wymieszania ras, bo to małe piwo, pestka w porównaniu z lękami imigrantów – przed rozpuszczeniem się, zniknięciem”. To stawia też pisarkę – jak zauważa Jerzy Jarniewicz – w innym miejscu niż wcześniejszych autorów (takich jak Salman Rushdie, Hanif Kureishi, Ben Okri), bo tamci „pisali o środowiskach emigrantów pakistańskich, afrykańskich, chińskich czy jamajskich, ale były to zawsze osobne środowiska. U Zadie Smith roztapiają się one w jednej społeczności. Nie ma tu już odrębnego getta jamajskiego czy bengalskiego. Mamy zaś do czynienia ze społeczeństwem, które jest już autentycznie wielokulturowe”.

Po latach można sobie zadać pytanie, jak to, co opisała Smith w debiutanckiej powieści, przekłada się na nową mapę lęków.

Myślę o tym, zestawiając utwory, które prezentują głos nowego pokolenia imigrantów londyńskich po brexicie, ale też z perspektywy miejsca, w którym żyję, czyli Polski. Gdy patrzy się na ścieżki emancypacji czarnych kobiet, wydaje się, że wywodząca się z rodziny z Jamajki Irie opisana w Białych zębach znacznie różni się od bohaterek ostatnich lat z jamajskimi korzeniami, jak tytułowa Queenie z powieści Candice Carty-Williams z 2019 r., która jest pewna siebie i dumna z tego, kim jest. Równocześnie dylematy Irie i Queenie są nadal mocno zanurzone w uniwersalnych problemach kobiet, takich jak prawo do decydowania o własnym ciele.

Patrząc z lokalnej perspektywy, czytanie Smith, gdy w lasach na granicy polsko-białoruskiej wciąż umierają ludzie, bo mają inny kolor skóry, brzmi tak, jakby dyskusja sprzed 20 laty w ogóle się nie odbyła.

Wydaje się też przytłaczająca, gdy wracamy do – mimo wszystko często optymistycznych – diagnoz z początku lat 2000., mówiących o wielokulturowości. Zarówno brexit, #BlackLivesMatter, jak migracje klimatyczne i  wojenne pokazują, że pomimo różnych niuansów i skomplikowanych konfliktów pozytywny projekt Smith jest w odwrocie lub realizuje się tylko w niewielkich wspólnotach radykalnej troski. Co oczywiście nie oznacza że wyobraźnia autorki nie przydałaby się w codziennym życiu. Wręcz przeciwnie – mogłaby przywrócić nadzieję.

Artykuł pojawił się w numerze: Jak wzmacniać odporność psychiczną