Urzekła mnie kiedyś historia o tym, jak Zbigniew Herbert pomylił łątkę z jętką i nieświadom niczego, odmalowywał przerażające obrazy metafizycznego „piekła owadów”. Od tej pomyłki – wiele mówiącej o wyobraźni humanistów – rozpoczyna swoją niezwykłą opowieść o pająkach Robert Pucek, upominając poetów, by uważniej wczytywali się w teksty przyrodników, skoro już czerpią z nich źródło dla metafor i porównań. Swojej irytacji sposobem przedstawiania zwierząt w literaturze nie ukrywał również Konrad Lorenz – austriacki zoolog uznawany dziś za pioniera współczesnej etologii. Nie dość, że pisarze nieustannie projektują wzorce ludzkich zachowań i ocen moralnych na psychikę zwierząt, to na domiar złego nie mają pojęcia o rzeczach tak podstawowych jak wygląd, przynależność gatunkowa czy pochodzenie opisywanych stworzeń. Braku wiedzy nie można tłumaczyć tym, że świat literatury to zasadniczo świat fikcji – przekształcać rzeczywistość ma prawo ten, kto wpierw nauczył się widzieć ją w jej własnych kształtach.
Tak przekonuje Lorenz, który poświęcił niemal całe życie badaniom zjawiska imprintingu i mechanizmów uczenia się u ptaków, za co otrzymał w 1973 r. Nagrodę Nobla. W tym czasie mieszkał z rodziną i zwierzętami – kaczkami, gęsiami, kawkami, psami, orłem, papugą, rybkami i wieloma innymi stworzeniami – w swoim gospodarstwie w Altenbergu. W pisanych zaraz po wojnie, a przetłumaczonych na język polski w 1975 r. Opowiadaniach o zwierzętach (później wydawanych też pod innymi tytułami) uwidacznia się ta podwójna perspektywa naukowca i towarzysza zwierząt, który z nimi je, śpi, wysiaduje jajka, wychowuje młode, gęga do nich i kwacze (ku uciesze zaskoczonych sąsiadów). Jego zwierzę bywają indywiduami (kawka Czok, gęś Martina, pies Tito), ale zasadniczo przynależą do zwierzęcej społeczności swojego gatunku, której strukturę i zasady chce zrozumieć badacz.
Moje wątpliwości wzbudzał co prawda wyraźny w perspektywie Lorenza rys „szlachetnego patriarchalizmu”, w myśl którego zwierzęta zakładają rodziny, są wiernymi narzeczonymi, dobrymi mężami, żonami lub wdowcami, zachowują się po rycersku lub ordynarnie, przekazują sobie ojcowskie rady i prawie nigdy nie buntują się wobec władzy opiekuńczego, choć autorytarnego przywódcy stada. To cenne, by zdać sobie sprawę, do jakiego stopnia nasza interpretacja rzeczywistości uwikłana jest w coś, co sami uznajemy za „normalne” i właściwe. Niemniej zasadniczo dostrzegam przewrotny cel Lorenzowskich antropomorfizacji: „nie rzutuję ludzkich właściwości na zwierzę. – pisze. – Czynię raczej coś odwrotnego: pokazuję, ile zwierzęcego dziedzictwa tkwi dziś jeszcze w człowieku”. A wszystko po to, by uświadomić nam, ile w tym, „co zwiemy wszechludzkim”, jest „przedludzkiego”, co nas raczej łączy, niż dzieli ze zwierzętami. Po książki Lorenza chętnie sięgała Wisława Szymborska, ceniąc w nich właśnie ową odwróconą logikę, pozwalającą z ironią odnieść się do roszczeń klasycznych humanistów stawiających człowieka w centrum świata jako miarę wszechrzeczy.
###banner###
Mnie najbardziej zainteresował etyczny wydźwięk Opowiadań o zwierzętach. Jak we wcześniejszej książce Tak zwane zło Lorenzowi zależało bardzo na zmianie postrzegania zachowań agresywnych czy wynikających z walki o przetrwanie, które bardzo często mylnie interpretujemy.
Rewidował on utrwalony w kulturze obraz zwierząt, które dzielimy na „dobre” i „złe”, „bezwzględne” i „niewinne”, pokazując działanie pewnej ewolucyjnej zasady. Im niebezpieczniejsze narzędzia obrony, w jakie natura wyposaża dany gatunek, tym silniejsze wykształca ona mechanizmy społecznej – jak to ujmuje Lorenz – wewnątrzgatunkowej samokontroli. Przykład: walki wilków o pozycję w stadzie kończą się w momencie, w którym przegrany rywal odsłania swój najsłabszy punkt na ciele, a więc szyję. Ostateczny cios kłami mógłby zostać zadany przez dominatora z łatwością i właśnie dlatego do niego nie dochodzi. W przeciwieństwie do zwierząt wyposażonych w ostre kły i dzioby z pozoru niewinna synogarlica, słodki kozioł (zwany Bambi) czy finezyjny paw są w stanie swoich rywali zamienić w krwawy strzęp. Dzieje się tak jednak przede wszystkim – dodaje Lorenz – w stanie sztucznego zamknięcia, kiedy zwierzętom naturalny kompas” najzwyczajniej zaczyna wariować.
Właściwie jedynym gatunkiem, który na wolności nie może polegać zupełnie na swoich instynktach – jako że umiejętność zadawania śmierci nie wykształciła dostatecznie silnego mechanizmu społecznej kontroli – jest… człowiek.
Z pewnością również dlatego, że nasze „bronie” nie są de facto ewolucyjną adaptacją – nie wyrastają z ciała jak kły czy pazury, więc sami nie wyczuwamy do końca, jak ich używać (a raczej nie używać). Jeśli przeto zwierzęta bywają drapieżnikami – czy, jak wolałby Lorenz, łowcami – to jedynie człowiek potrafi być rzeczywiście zabójcą, uśmiercającym przedstawicieli nie tylko innych gatunków, ale i swojego własnego.
Zaskakuje mnie w tym jedna rzecz – wydaje się, że nauki przyrodnicze od dłuższego czasu, być może już od epoki Darwina, sukcesywnie podważają mit ludzkiej wyjątkowości, osobności i doskonałości, odsłaniając kolejne warstwy wypieranego zwierzęco-roślinnego dziedzictwa i jednocześnie mroczną stronę człowieczeństwa. Dlaczego zatem humaniści początku XXI w. musieli dopiero ogłosić zwrot posthumanistyczny, założyć odrębne dyscypliny badań jak animal studies czy plant studies, by o tym powinowactwie zacząć mówić na serio? Czy to nie zastanawiające, że wyobraźnia literacka, która stwarza przecież tyle możliwości dla ustanawiania innych niż ludzkie światów i wydaje się nieograniczona wręcz w swoim potencjale, stała się tak silnie naznaczona i ograniczona antropocentrycznym punktem widzenia?
—
Konrad Lorenz Opowiadania o zwierzętach
tłum. Wanda Kragen
Wydawnictwo Literackie, Kraków 1975, s. 16