Zaczniemy jednak, jak to nadal często bywa, gdy rozmowa dotyczy kobiet, od mężczyzny. Renesans współczesnej literatury japońskiej na całym świecie, w tym i w Polsce, zawdzięczamy Harukiemu Murakamiemu. To ten wydawany u nas od połowy lat 2000. pisarz, literacka megagwiazda, sprawił, że kolejne pokolenie czytelniczek i czytelników zainteresowało się literaturą z Kraju Kwitnącej Wiśni. Nastolatkowie, którzy rozsmakowali się w prozie Murakamiego, dziś są już dorośli – część, jak niżej podpisana, nadal z sentymentem sięga po kolejne jego powieści.
Z perspektywy czasu z coraz większym rozbawieniem myślę o Murakami Bingo – grafice nawiązującej do tej imprezowo-liczbowej gry, która zamiast cyfr zbiera powtarzane przez pisarza ulubione motywy (kot, spaghetti, studnia) – i coraz wyraźniej dostrzegam to, czego w powieściach autora nie ma: wyrazistych, prawdziwych kobiet.
Trudno nie zauważyć, że stanowią one w prozie Murakamiego niewiele więcej niż wydmuszki, potrzebne, by zaspokajać erotyczne potrzeby głównego bohatera, sprowadzone do kilku zapadających w pamięć cech (piękne ucho, ta pulchniejsza, tamta drobna). Murakami równie często wymieniany był jako potencjalny kandydat zarówno do literackiego Nobla (nadal jest, choć oczytani bukmacherzy zapewne coraz słabiej oceniają jego szanse na wyróżnienie), jak i do Bad Sex in Fiction Award, przyznawanej za najsłabiej napisane (a czasem wręcz szkodliwe) sceny erotyczne w prozie.
W 2017 r. pisarka Mieko Kawakami w serii rozmów z Murakamim poruszyła właśnie ten temat. Zapytała wprost, czy zdaje sobie sprawę, że kobiety w jego historiach są tylko po to, by poprowadzić głównego bohatera tam, gdzie powinien się znaleźć, a potem – jeśli tylko on jest zainteresowany – pójść z nim do łóżka. Pisarz wycofał się z odpowiedzi. Wytłumaczył zdawkowo, że postaci, które tworzy, nie są aż tak głębokie – ważne jest to, co na powierzchni.
Mimo tej otwartej krytyki Mieko Kawakami często podkreśla swoją fascynację prozą Murakamiego. I z wzajemnością: Murakami nazwał Mieko Kawakami swoją ulubioną młodą pisarką. Znamienne, że zarówno w formie, jak i w tak elementarnej kwestii jak portretowanie kobiet ich twórczości nie mogłyby się bardziej różnić. Kawakami jest młodsza co najmniej o pokolenie, ambitna, doceniana przede wszystkim przez kobiety – pisarki i czytelniczki. Kiedy w 2008 r. za nowelę Chichi to ran (Piersi i jajeczka) dostała Nagrodę im. Akutagawy, Shintarō Ishihara, polityk, były gubernator Tokio, a dawniej pisarz i zdobywca tego samego literackiego wyróżnienia z 1956 r., zgromił jej dzieło. Określił je jako „wstrętne”.
Siostrzeństwo i macierzyństwo
Proza Kawakami dotarła do Polski w przekładzie Anny Horikoshi, możemy się więc przekonać, co tak zdegustowało Ishiharę. Powieść Piersi i jajeczka to rozwinięcie wspomnianej nagrodzonej noweli. Pracująca w barach Makiko przyjeżdża do Tokio z Osaki, bo marzy o chirurgicznym powiększeniu piersi. Jej dojrzewająca córka Midoriko w ramach nastoletniego buntu nie odzywa się do matki – w czasie podróży komunikuje się z nią, pisząc półsłówka w notesie. W stolicy zatrzymują się u Natsuko, młodszej siostry Makiko – w pierwszej części tekstu aspirującej pisarki, mediatorki między wygadaną matką i niemą córką. W drugiej części, niemal dekadę później, Natsuko jako spełniona autorka staje przed naglącą decyzją dotyczącą macierzyństwa – zegar biologiczny tyka, a perspektywa zajścia w ciążę (jeśli w ogóle tego by chciała) wydaje się coraz odleglejsza lub nawet w ogóle niemożliwa. Z czułością wspomina kilka dni lata, gdy odwiedziły ją siostra i siostrzenica, ale sama jest już w zupełnie innym miejscu, z własnymi problemami.
Mieko Kawakami zdecydowanie walczy z powielaniem klisz na temat kobiet w Japonii, a jej Piersi i jajeczka to kwintesencja powieści kobiecej i o kobietach.
Czytelniczki zachwyciły się żywym, bezpretensjonalnym językiem – Kawakami sama pochodzi z robotniczej rodziny z Osaki, pierwszą część powieści napisała więc barwnym dialektem osakijskim, nieczęsto kojarzonym z literaturą wysoką – ale przede wszystkim szczerym i nieoceniającym obrazem kobiet na różnych etapach życia, borykających się ze zmianami, które zachodzą w ich ciałach. Makiko nie jest pusta, choć chce, żeby jej starzejące się piersi nabrały krągłości, Midoriko nie jest infantylizowana, choć w pamiętniczku zastanawia się, po co komu w ogóle potrzebna jest miesiączka. Natsuko zaś staje przed niecodziennymi pytaniami o moralność w kontekście planowanego macierzyństwa.
Zainteresowaniem czytelniczek (i miejmy nadzieję, że sięgają po nie również czytelnicy) cieszą się również felietony o macierzyństwie. Swoje doświadczenia z przebiegu ciąży i spotkania z nowym człowiekiem spisywały np. Mieko Kawakami (Kimi wa akachan, Jesteś niemowlakiem), Aoko Matsuda (Jibun de nazukeru, Nadaję imię) i Nao-cola Yamazaki (Haha de wanaku, oya ni naru, Jak zostać rodzicem, nie matką). Każda z tych książek zyskała rozgłos m.in. dlatego, że kwestionowały tradycyjnie przyjęty podział rodzinnych ról, punktowały trudności, z którymi muszą mierzyć się nowe matki w szczęśliwych, ale niesformalizowanych związkach. Krótkie i napisane przystępnym językiem, czasami żartobliwe i słodko-gorzkie, niewątpliwie potrafią dodać otuchy przyszłym matkom, które – być może – nie mają komu zwierzyć się ze swoich obaw.
Na całym świecie pokutuje jeszcze przekonanie, że w pewnym wieku kobiety muszą zdecydować: dziecko czy kariera. W przesyconej konfucjańskimi zasadami Azji, w tym w Japonii, decyzja ta staje się nawet dramatyczniejsza niż gdzie indziej.
Słyszy się jeszcze, że dziewczynki są rzadziej zachęcane do pilniejszej nauki, częściej zaś do doskonalenia umiejętności potrzebnych, by wyjść dobrze za mąż i umiejętnie prowadzić gospodarstwo domowe. Jeśli podejmują pracę, to ich droga zawodowa kończy się na najniższych stanowiskach. Do niedawna ideałem było kotobuki taisha – odejście z pracy zaraz po ślubie. Owocowało to niestety przekonaniem, że młode kobiety zatrudniają się jedynie po to, by w miejscu pracy „złowić” odpowiedniego kandydata. Zakładano, że jako pracownice nie zabawią długo; jak złote rybki upiększą swoją osobą biurowy open space, po czym zaraz znikną.
Jestem kobietą pracującą, żadnej pracy się nie boję
Wcale nie łatwiej jest jednak przebijać szklany sufit. Nieważne, czy zaczynamy z najniższego szczebla drabiny czy na jej górze. Maha Harada, pisarka i historyczka sztuki, słynąca przede wszystkim z powieści, w których centrum pojawiają się słynne obrazy, w Sōri no Otto (First Gentleman) wyobraziła sobie pierwszą japońską premierkę. Data w powieści celowo nie została sprecyzowana… Nie traćmy więc nadziei.
Relację z pracą do ekstremum pociągnęła w swojej powieści Dziewczyna z konbini Sayaki Murata (tłum. Dariusz Latoś). Mająca na koncie już kilka książek Murata właśnie za Dziewczynę z konbini otrzymała w 2016 r. Nagrodę im. Akutagawy, co umocniło jej pozycję jako jednej z najciekawszych pisarek ostatnich lat. Przekład na angielski Convenience Store Woman z 2018 r. autorstwa Ginny Tapley Takemori przyniósł kolejny przełom w popularności literatury japońskiej na świecie. Przede wszystkim przesunął światło reflektorów z pisarzy na pisarki, a z onirycznej i kontemplacyjnej na literaturę bardziej zadziorną. Pomógł także ugruntować pozycję autorów i autorek nagradzanych tym konkretnym wyróżnieniem. Zdobycie Nagrody im. Akutagawy staje się obecnie paszportem do kariery zagranicą, a przynajmniej do zaistnienia w przekładzie. Zresztą: analiza zdobywców tej nagrody również dostarcza nam ciekawych wniosków. Od 2010 r. na 36 nagrodzonych mieliśmy aż 20 autorek. To więcej niż połowa.
Tytułową Dziewczyną z konbini jest Keiko Furukura, 36-letnia pracownica sklepu całodobowego, jednego z convenience stores, które znaleźć można w Japonii przy co drugiej ulicy. Od najmłodszych lat Keiko nie wpisywała się w społeczne normy i dopiero posada w sklepie nadała jej życiu ramy i sens. Keiko śpi i je wyłącznie po to, żeby następnego dnia być gotowa jak najlepiej wypełniać służbowe obowiązki. Nie wykazuje jednak większych ambicji, żeby awansować – jest całkowicie ukontentowana swoim teraźniejszym życiem. A to wzbudza już niemałe poruszenie.
Od premiery w samej Japonii sprzedało się 1,5 mln egzemplarzy powieści. Czytelnicy gorąco dyskutują nie tylko o samej Keiko (Czy bohaterka jest w spektrum autyzmu, na co mogłyby wskazywać opisane w powieści epizody z jej dzieciństwa? Czy potrzebuje pomocy?), ale też o niebezpiecznej presji społecznej wywieranej na młodych ludzi, by założyć rodzinę lub piąć się po szczeblach kariery. Keiko i jej preferowany styl życia nikomu wszak nie wadzą, a przez wiele osób traktowane są jako realne zagrożenie. Czego? Właściwie nie wiadomo: porządku, spokoju, norm?
Dziewczyna z konbini jest powieścią feministyczną i choć główną bohaterką autorka uczyniła kobietę – a katalizatorem, który wprawia w ruch destrukcyjne dla jej spokoju mechanizmy, jest napotkany w sklepie klient mężczyzna – w swoim pierwotnym odczytaniu nie jest chyba wyłącznie o kobietach.
Tytuł oryginału Konbini Ningen, czyli człowiek konbini, homo convinicus pozwala nam na dużo szersze rozumienie tego tematu. Keiko odnajduje spokój w sklepowym uniformie, który maskuje jej kobiece kształty, identycznym dla każdego pracownika, niezależnie od płci. W codziennej pracy posługuje się ustalonym z góry zestawem fraz, które powtarzają wszyscy, kobiety i mężczyźni. W świecie konbini nikt nie musi analizować społecznej hierarchii ani konwenansów – możliwości interakcji z drugą osobą ogranicza pracowniczy manual. Murata wspomina w wywiadach, że jej rodzina była bardzo konserwatywna: wszelkie nadzieje i aspiracje rodziców pokładane były w jej starszym bracie. Ona zaś miała być miła, ładna, dziewczęca. W czasach studenckich sama podjęła pracę w konbini i tak jak Keiko znalazła w tej pracy otuchę. Czuła się przytłoczona wymaganiami i oczekiwaniami rodziny, podejściem znajomych ze studiów starających się ją przekonać, że skoro i tak wyjdzie za mąż, szkoda tracić cenny czas na naukę.
Dziewczyna z konbini, choć przyniosła Sayace Muracie największy rozgłos, nie jest bynajmniej najbardziej radykalną wizją, jaką przedstawiła w swoich książkach. Już przed tym sukcesem pisarka – nieprzypadkowo nazywana przez koleżanki po fachu oraz fanów „Crazy Sayaka” – zmuszała czytelników do zakwestionowania tego, co uważamy za moralne lub normalne. Pokazała nam świat, w którym urodzenie dziecka dawało możliwość „wyeliminowania” (a mówiąc wprost – zabicia) dowolnej osoby, w myśl zasady: życie za życie (Satsujin Shussan, Zabójczy poród). A innym razem dystopijne społeczeństwo, które zaniechało jakichkolwiek kontaktów seksualnych, uważanych powszechnie za nieczyste. Dzieci poczęte w sposób naturalny są tam szykanowane, a platoniczne relacje z postaciami fikcyjnymi i avatarami stają się powszechne (Shōmetsu sekai, Ginący świat). W twórczości pisanej po Dziewczynie z konbini pisarka nadal odważnie kwestionuje społeczne normy, szczególnie dotyczące seksualności i cielesności.
Miękkie granice
Podobną do Keiko jest Sada Narukido z powieści Oczy, nosy, usta, brwi Kanako Nishi (tłum. Anna Wołcyrz). Skryta, skrępowana niezrozumiałymi konwenansami Sada jest idealną redaktorką, przez kolegów i koleżanki porównywaną do robota. Spełnia wszelkie zachcianki pisarzy – często zakrawające o molestowanie – bo wierzy, że jest to jej obowiązek. Podobnie jak u Furukury, przypadkowe spotkania powodują, że uporządkowany – na dobre czy na złe – świat Sady zaczyna (niemal dosłownie) nabierać rumieńców.
Sayaka Murata i Kanako Nishi w życiu prywatnym są przyjaciółkami – wspierają się i motywują wzajemnie do pisania, dopingują podczas zagranicznych odczytów i paneli, polecają nawzajem swoje książki. Nishi podkreśla, jak ważna dla niej jest taka branżowa solidarność i siostrzeństwo. Te dwie autorki łączy optymizm i żartobliwy ton, nawet gdy piszą o sytuacjach ekstremalnych, brak pruderii w podejściu do cielesności. Różni kreacja bohaterów. Murata jest bardzo blisko swoich postaci – jaka inna pisarka opublikowałaby list miłosny do sklepu całodobowego i pracowała w nim jeszcze po międzynarodowym sukcesie? – podczas gdy Nishi świadomie kreuje postaci odległe. Im bliższa jej historia, tym mniej wspólnych nitek łączy ją z bohaterem. Dzięki temu – jak twierdzi – może zachować zdrowy dystans.
Co wyjątkowe w jej prozie: Kanako Nishi przedstawia nam Japonię, która nie jest homogenicznym tworem.
„Żyjemy w ramach – tłumaczy w eseju zatytułowanym Merry Christmas – są to ramy, które wyznaczają granice naszego kraju, nasza płeć, religia. (…) Nasze ciała to również ograniczające nas ramy. Nie możemy od nich uciec, ale możemy się starać, żeby ich kontury były bardziej miękkie”. Tę myśl w Oczach, nosach, ustach, brwiach Nishi rozwija niemal dosłownie – Sada, doświadczona przez lata gry w fukuwarai (to tradycyjna zabawa, w której na planszy w kształcie twarzy z zasłoniętymi oczami rozkładamy jej elementy składowe), opanowała zdumiewającą umiejętność dekonstruowania twarzy, zarówno tych należących do ludzi wokół, jak i swojej własnej. Robi to z czułością, z przekory, a czasem po prostu z nudy. Subtelnie i naturalnie poszerza też geograficzne granice, opowiadając historie, które zamieszkują postaci o mieszanym pochodzeniu (jak konkurent do ręki Sady), przyjezdni z zagranicy (jak adoptowana przez japońsko-amerykańskie małżeństwo dziewczynka z Syrii w powieści zatytułowanej krótko: i). Przenosi też akcję powieści poza Japonię i pozwala czytelnikom i czytelniczkom zbliżyć się do innych kultur, tych mniej oczywistych niż typowe wakacyjne destynacje majętnych Japończyków.
O tym, jak ważne jest poszerzanie mentalnych granic czytelników, wie dobrze kolejna literacka gwiazda, pisarka tajwańskiego pochodzenia, Li Kotomi. W 2021 r. została drugą w historii autorką bez japońskiego paszportu (pierwszą była Chinka, Yang Yi, w 2008 r.), która odebrała Nagrodę im. Akutagawy. Li jako nastolatka zafascynowała się kulturą Japonii na tyle, że postanowiła nauczyć się języka – teraz pisze i tłumaczy między japońskim i chińskim mandaryńskim, w obu językach osiągnęła natywną biegłość. Ba, w powieściach zdarza jej się używać obu, tworzy też własne języki, wyobraża sobie, jak mógłby ewoluować język japoński wypierany przez silniejsze: angielski i chiński.
Li jest nie tylko cudzoziemką w Japonii, lecz także głośno opowiadającą się za poszerzeniem praw społeczności LGBTQ+ lesbijką. W jej powieściach odnajdujemy świat ekspatów, queerów, wszystkich tych, którzy tylko we własnym gronie mogą poczuć się widziani i dostrzegani. Niestety, Li regularnie otrzymuje nienawistne wiadomości w mediach społecznościowych, których po Nagrodzie im. Akutagawy tylko przybyło. Praca nad poszerzeniem wizerunku kobiety w Japonii o więcej kolorów skóry i całą tęczę na biało-czerwonej fladze nadal trwa.
Czytanie dla uprzywilejowanych
W ostatnich latach przyznano jeszcze jedną historyczną Nagrodę im. Akutagawy. Laureatką za debiutancką nowelę Hanchibakku (Garbuska) została Saō Ichikawa. Przyjmując wyróżnienie, Ichikawa zauważyła: „Za długo musieliśmy czekać, aby osoba z niepełnosprawnością, taka jak ja, została zauważona i doceniona na polu literatury”. U dziesięcioletniej Ichikawy zdiagnozowano wrodzoną miopatię, rzadką chorobę genetyczną powodującą zanik mięśni. Pisarka porusza się na wózku, oddycha przez respirator, tworzy na tablecie. Tak jak jej bohaterka.
Hanchibakku ze szczerością i (auto)ironią przedstawia życie kobiety z niepełnosprawnością, mieszkającej w domu opieki. Shaka jest piekielnie inteligentna, kończy korespondencyjne studia, dla frajdy pisuje erotyczne historyjki do internetowych portali. Jest niezwykle majętna – odziedziczona w spadku fortuna rodziców pozwala jej opłacić wszelkie wygody. Nie przyjmuje gości, nie wychodzi z pokoju. Jej jedynym kontaktem ze światem zewnętrznym są opiekunki, przychodzące ją nakarmić i umyć. Oraz publiczność na Twitterze, przed którą Shaka bez zahamowań (choć pod pseudonimem) wylewa swoje kontrowersyjne opinie.
Shaka jest antybohaterką – trudno ją polubić, trudno jej współczuć. Bliżej jej do narzekającego na swoje nieszczęścia, zaszytego przed komputerem incela niż do którejkolwiek z wcześniej przedstawionych protagonistek. Marzy o tym, żeby zajść w ciążę – co dla jej kruchego ciała byłoby zabójcze – po to, by móc dokonać aborcji. Widzi w tym szansę na zabranie głosu w dyskusji między dorosłymi z niepełnosprawnościami a zwolennikami aborcji, gdy u płodu udało się wykryć wrodzone choroby.
Ichikawa zwraca również naszą uwagę na wykluczenie osób z niepełnosprawnościami. Dla niej samej, tak jak dla jej bohaterki, fizyczny akt czytania jest bardzo trudny, jeśli nie niemożliwy. Choroba wyklucza u niej długie utrzymywanie książki na wysokości oczu. Jeszcze do niedawna wydawnictwa w Japonii niechętnie inwestowały w wydania audio i e-booki swoich książek, a przecież dla wielu osób z niepełnosprawnościami są bezcenną alternatywą w obcowaniu z kulturą pisaną.
Miłośnicy literatury japońskiej w Polsce nie mają na co narzekać – sukcesy komercyjne literatury popularnej, „wytchnieniowej” i niesłabnące zainteresowanie klasyką na pewno sprawią, że w szczelinach zaczną trafiać do nas też teksty trudniejsze, ciekawe, przełamujące stereotypy. W wydawniczych kuluarach słychać już przynajmniej o kilku, które spowodują, że obraz współczesnych japońskich kobiet nabierze głębi. Na pewno jest to portret niejednoznaczny, barwny, czasem autokrytyczny. Sporo w nim jeszcze białych plam, ale myślę, że zgodzicie się, iż to, co widzimy, to nie portret – tylko cały pejzaż, na którym zdecydowanie jest więcej niż kimono i piękne uszy.