W dzieciństwie byłam chłopcem. Przynajmniej częściowo. Miałam komplety sportowych ubrań z rysunkami rakiet kosmicznych i rakietek tenisowych, wzory na tyle uniwersalne, żeby pasowały na brata, kiedy z nich wyrosnę. Mój rower miał najwięcej przerzutek ze wszystkich dziecięcych rowerów, a moje ciało miało najwięcej strupków, które można było zdrapywać, i wtedy jak na moje standardy wyglądało to jeszcze bardziej elegancko, jak u prawdziwego wojownika. Miałam typową fryzurę lat 90. przeznaczoną dla dzieci: możliwie krótką i z krzywą grzywką skracaną nożyczkami przez matkę do takiej długości, żeby nie zasłaniała zbyt dużo czoła i żebym od niej nie oślepła. Ojciec mówił do mnie Dorek i z całą pewnością byłam jego ulubionym synem. Zabierał mnie do warsztatu, mogłam budować tam domy lub meble z drewna, używając przy tym wszystkich dostępnych narzędzi, nawet krajzegi, czyli stołowej piły tarczowej, chociaż tej akurat z niewielką pomocą. Wychodziłam sama z domu i nigdy nie miałam wyznaczonej godziny powrotu. Wieczorami poza domem pilnował mnie tylko duży czarny pies rasy seter szkocki (gordon), z którym mieliśmy najwięcej przygód, byliśmy władcami całego świata, nieustraszonymi i pewnymi siebie. Wiedziałam, że umiem dobrze wspinać się na ogrodzenia i że szybko jeżdżę na rowerze, daleko, aż do wielkiej szosy lubelskiej, więc wydawało mi się, że takie talenty wystarczą, żeby poradzić sobie jakoś w życiu. To była dobra perspektywa. Nie czułam się specjalnie ważna dla moich rodziców, ale byłam ważna sama dla siebie i to było dla mnie w sam raz.
Mogłam być, kim chciałam. Kiedy ktoś pytał mnie, kim chcę zostać, jak dorosnę, odpowiadałam, że psem, ale prawdę mówiąc, nigdy do końca nie wierzyłam, że uda mi się dorosnąć. To była odległa koncepcja filozoficzna, poza moim pojęciem, bo ja nie byłam za bardzo zainteresowana transferem z dziecka w prawdziwą dorosłą osobę; sam pomysł, że można zaplanować sobie przyszłość, wydawał mi się co najmniej głupi.
Czułam, że moje ciało to ciasny, ale jednak wystarczający domek zbudowany w odpowiedniej skali. Wszystko się w środku mieściło i działało jak trzeba. Było w nim wygodnie jak u Reksia w budzie. Oczywiście, gdyby nadarzyła się taka okazja, to mogłabym je wymienić na trochę ładniejsze ciało, np. ciało atomówki, która ma długie żółte włosy i może latać oraz uratować świat, ale mój wzrost i wiek wydawały mi się doskonałe, trafione w punkt. Nie chciałam ich gwałtownie zmieniać. Cieszyłam się, że ktoś mnie tak świetnie wymyślił, oraz z tego, że miałam w sobie wielką prędkość i supersiłę. Potrafiłam sama się sobą zaopiekować, wymyślałam wspaniałe historie i umiałam dobrze rysować wilki, a więc dorastanie nie było mi do niczego potrzebne. Nigdy nie uwierzyłam też do końca w to, że moi rodzice byli kiedyś dziećmi podobnymi do mnie. Wcale nie dawali tego po sobie poznać. Fakt, że ja byłam dzieckiem, był moją supermocą. Niestety, szybko się okazało, że nie wszystko układa się w życiu po mojej myśli.
Niezdarna kosmitka
Zmiany przychodziły stopniowo. Przyjmowałam je z dużą zgrozą, bo były niespodziewane i straszne. Wcale mi się nie podobało to, co się ze mną dzieje. Emocjonalnie znajdowałam się w otchłani rozpaczy albo na wyimaginowanym cmentarzysku słoni, gdzie pełno jest walających się kości i chichotliwych hien. Byłam tam całkiem sama, odłączona nawet od własnego ciała, bo to nowe ciało było już inne, nie było tak bardzo moje. Pojawiły się rzeczy, których nie mogłam uniknąć, i to było straszne. Na początku myślałam, że dam radę zatrzymać jeszcze zbliżającą się wstrętną starość, przez niektóre osoby nazywaną też dojrzałością. Wymyśliłam na nią różne sposoby. Miałam nadzieję, że jeśli będę na bieżąco wyrywać pęsetą włosy łonowe i zakrywać pachy, to wszystko będzie dobrze i nie trzeba będzie niczego zmieniać. A jednak było coraz gorzej. Najchętniej spędziłabym cały okres dojrzewania zamknięta w domu. Trwałoby to kilka lat, ale może łatwiej bym go zniosła i nie czułabym się taka zniszczona życiem wśród ludzi, którzy nie przestawali oceniać mnie przez pryzmat wyglądu i niespodzianek zmieniającego się ciała. Niestety, rodzice się nie zgodzili i musiałam chodzić do szkoły. Było to miejsce mało przyjazne do życia. A tak naprawdę to każde miejsce poza moim pokojem było takie samo: najgorsze.
Codziennie konfrontowałam się z osobami, dla których byłam przede wszystkim ciałem, nastoletnim i nie do końca udanym – a więc jeszcze nie prawdziwą osobą – i nie było to dla mnie łatwe. Odkryłam wtedy, że o ile małe dzieci zostały wymyślone w taki sposób, żeby mogły wzbudzać w dorosłych chęć zaopiekowania się sobą i czułej ochrony, o tyle nastolatki wywołują w dorosłych wyłącznie lekki wstręt. Wyglądają jak niezdarni kosmici, mają nieproporcjonalne ciała, ich twarze świecą się od zbyt dużej ilości sebum, ciągle się czerwienią, potykają się o swoje własne nogi, mówią dziwnym głosem, wydają się strasznie głupi i nie ma w nich żadnej słodyczy. Z tych powodów z trudem traktuje się ich z szacunkiem. Szczególnie jeśli są dziewczynami. Czasami ten okres rozciąga się na całe życie albo kończy się, ale pozostają po nim okropna niepewność oraz poczucie wartości na poziomie zero, ciągłe przekonanie, że jest się nieważną i śmieszną. Bardzo trudno wyrasta się na kogoś, w kim jest siła i pewność siebie. To egzotyczne wartości, które skutecznie eliminuje wychowanie dziewczynek do bycia grzecznymi i ciągłe przywoływanie ich do porządku. To wychowanie sprawia, że codziennie chce się wyłącznie zniknąć.
Miałam nowy zapach. Był szczególnie wyraźny po WF-ie, na którym robiłam niewiele więcej poza wstydzeniem się siebie w spodniach odsłaniających nogi albo nóg w leginsach. Każda wersja była najgorsza, a WF był największym koszmarem. Pod warstwą odzieży sportowej z lycry rosły czarne włosy. Była ich cała plantacja! Myślałam, że z takim ciałem wyglądam jak zwierzę. Trudno było o czymś takim zapomnieć i spokojnie ćwiczyć dwutakt, podczas gdy chciało mi się wymiotować ze wstrętu od samego patrzenia na nogi. Moje łydki znacznie różniły się od ciał pań z reklamy, które pozawijane w białe ręczniki, siadają na brzegu wanny w telewizorze i maszynką usuwają niewidzialne włoski z idealnie gładkich nóg po to, żeby były jeszcze bardziej idealne. Matka straszyła mnie, że jeśli zgolę włoski na nogach, to odrośnie ich dwa razy więcej, będą dwa razy dłuższe i dwa razy grubsze, a skóra zrobi się czarna jak na brodzie u mężczyzny i nigdy nie pozbędę się tego zarostu. Kilka razy odważyłam się zaryzykować, ale miałam kłopoty, kiedy matka zauważyła, co zrobiłam, i musiałam przysięgać, że więcej tego nie zrobię. Nie było tak łatwo stać się panią z reklamy.
Najgorsze było przebieranie się na zajęcia w strój sportowy w szatni pełnej ciał i to, że nie było się gdzie ukryć. Kilka razy przebierałam się w toalecie, ale utopiłam tam telefon, który w kabinie wyślizgnął się z kieszeni, więc później odpuściłam ten sposób i starałam się tylko przebierać jak najszybciej, zanim mnie ktoś zobaczy. Najgorsze było też to, że zajęcia prowadził nauczyciel, który chętnie pocieszał swoje uczennice. Kiedy nie wyszedł nam dobrze skok wzwyż albo coś innego, to czy tego chciałyśmy czy nie, mocno nas do siebie przyciskał, to było przytulanie na pocieszenie. Raz dziewczyny ze starszych klas zapytały nas w szatni, z kim mamy lekcję. Ktoś wymienił nazwisko, a starsze dziewczyny odpowiedziały: o nie, przecież one są jeszcze małe! Pamiętam, że jednego dnia ktoś poskarżył się po godzinie wychowawczej naszej wychowawczyni i powiedział jej, że jesteśmy za bardzo przytulane na lekcjach, ale nic się nie wydarzyło, poza tym że pan od WF-u strasznie się na nas obraził. Kazał nam później biegać za karę w kółko przez cały WF i opowiadał innym nauczycielom, jakie z nas kłamczuchy. Wszyscy byli oburzeni, że miałyśmy czelność coś takiego wymyślić, nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak możemy popsuć komuś życie, i że gdyby coś takiego działo się naprawdę, to oni by o tym wiedzieli. To bardzo wyraźne wspomnienie i świetna lekcja życia.
Rola przyszłej matki
Ale oczywiście to nie koniec zmartwień. Moje ciało przysparzało mi ich milion. Raz zapomniałam z domu podpasek i wstydziłam się je pożyczyć, więc ćwiczyłam przez cały WF z rolką papieru toaletowego w majtkach. Jakieś dziecko powiedziało mi też na boisku, że z moich pryszczy można chyba wycisnąć całe wiadro ropy, i byłam prawie pewna, że ten chłopiec (oczywiście, że to był chłopiec!) może mieć sporo racji. Pryszcze pojawiały się nawet w uszach. Matka zabierała mnie do kosmetyczki, wyłam tam z upokorzenia i bólu, ale niewiele to pomagało. Nie dostałam żadnych poważnych leków, bo pokutowało wtedy myślenie, że jak zacznę brać antybiotyk na trądzik, to nie będę mogła mieć dzieci albo urodzę chore, które całe życie będzie się przeze mnie męczyć. Była to ostatnia rzecz, którą przejmowałabym się jako zasypana wągrami dziewczynka. Ale z jakiegoś powodu nikt nie brał za bardzo pod uwagę mojego zdania. Wtedy poczułam przedsmak tego, że w ogóle nie liczę się ja jako osoba – liczy się tylko wyimaginowana koncepcja macierzyństwa, a inna rola niż przyszłej matki dziecka w ogóle nie jest dla mnie przewidziana w planach świata. Już w klasach 4–6 musiałam robić wszystko dla dobra dziecka, mimo że nigdy nie zamierzałam żadnego urodzić. Macierzyństwo było wszystkim, co miało mnie czekać w przyszłości, jedyną perspektywą sukcesu. Jednocześnie byłam przekonana, że i tak nikt nie chciałby się ze mną rozmnażać, bo czułam się jak potwór i nienawidziłam swojej twarzy. Raz myślałam, że mam złamany nos. Tak bardzo bolał mnie w jednym miejscu, że poszłam do pielęgniarki, żeby to zgłosić. Okazało się, że to tylko kolejny wyrastający pryszcz. W tym czasie jedna dziewczynka rzeczywiście zaszła w ciążę. Chodziła ze mną do klasy i dostawała stypendium dla najlepszego sportowca w gminie. Miała pójść do szkoły sportowej w Warszawie, ale nic z tego nie wyszło, bo urodziła dziecko, drugą taką samą dziewczynkę jak ona, tylko trochę mniejszą. To było na początku gimnazjum. Chyba musiała zmienić klasę.
Byłam zbyt wysoka, druga co do wzrostu w klasie. Dlatego nikt nie wiedział do końca, jak się do mnie zwracać. Nie byłam jeszcze dorosła ani nie byłam już dzieckiem. Byłam zbyt duża, ale nadal zbyt młoda i ze szczeniacką twarzą. Nie było jasne, czy wypada mówić do mnie jak do kobiety, czy jak do dziewczynki, którą niby byłam, ale w ciele, które przerosło już własną matkę. Wydawało mi się, że zajmuję sobą zbyt dużo miejsca. Dlatego zaczęłam specjalnie się garbić, żeby nie było mnie tak bardzo widać i żeby przynajmniej trochę zniknąć. Efekt był bardzo słaby, ale byłam zdesperowana, a później nie mogłam się odzwyczaić. Trudno było mi znaleźć dobre ustawienie dla kręgosłupa, bo zawsze robiłam nim dziwne sztuczki, żeby coś ukryć. To zostało w mojej postawie: krzywe plecy, spuszczona głowa, wyciągnięta do przodu szyja. Korektywa w szkole była mało przydatna. Dostałam zalecenia, żeby chodzić na basen i stać 10 min dziennie przy ścianie, ale wstydziłam się robić jedno i drugie. Poza tym moje piersi majtały się przy chodzeniu. To sprawiło, że poruszałam się ze zbyt dużym namysłem i starałam się zbyt dużo nie poruszać, tylko tyle, ile trzeba. Nigdy nie przestawałam przejmować się tym, że wszyscy widzą, jak przy chodzeniu skacze mi biust albo jak na T-shirtach odznaczają się sutki i jak piersi stają się coraz bardziej szpiczaste. Już w drugiej klasie ktoś zasugerował, że powinnam nosić biustonosz. Nie wiedziałam, jak się za to zabrać, żeby powiedzieć to na głos swojej matce, więc proces przymierzania się do tematu zajął mi jeszcze przynajmniej dwa lata wstydu. Zmiany fizyczne miały też swoje niemiłe konsekwencje w życiu.
Szybko zauważyłam osobliwą prawidłowość, że dziewczynka może robić to samo co chłopiec, ale tylko dopóki nie urośnie. Później czekają ją same kłopoty.
Czułam się słaba i bezbronna. Było tak, jakbym nagle wyszła do ludzi jak dzikuska z lasu, całkowicie nieprzygotowana na to, co miało mnie spotkać. Nie wiem, czy wszystkie kobiety mają podobne doświadczenia z dojrzewania, ale jeśli tak – a na pewno nie dotyczy to tylko mnie jednej – to trudno się dziwić, kiedy czujemy się słabe, a ważne decyzje, nawet te dotyczące naszego życia, podejmują mężczyźni. Oni mają w sobie śmiałość. Chętnie zaglądają nam do majtek. Są w tym wspierani przez Kościół i polityków. Wyobrażam sobie, że dorastanie w męskocentrycznym świecie musi być dla chłopców milsze. Zazdroszczę im tego doświadczenia. Pewnie też jest trudne, ale chyba mniej! Wyobrażam to sobie tak: nikt nie wymaga od ciebie ładnej buzi, nie dotyka bez zgody twojego ciała, nie decyduje za ciebie, jak masz wyglądać, żeby się spodobać, i nie jest to twoje główne zadanie, oraz nie czujesz ciągłej bezradności, że nie jesteś wystarczająco ładna, rozsądna, miła. Moja siła odśrodkowa skończyła się najpóźniej w czwartej klasie. Potem było naprawdę strasznie i nie do zniesienia, ponieważ byłam brzydką dziewczyną, z którą nikt się nie liczył. Brzydkie dziewczyny mają najgorzej, bo ich siła wewnętrzna wynosi zero. Każdy komentarz na temat wyglądu pozostawia w ruinie brzydką dziewczynę i każde spojrzenie wydaje się pełne dezaprobaty. Trudno się przed tym obronić, jeśli nie ma się w sobie samej sprzymierzeńca, np. dzikiej atomówki z supermocą, gotowej bić się z potworami, które chcą ją zniszczyć.
Czy jestem prawdziwą dziewczyną?
Kiedy pierwszy raz ogoliłam głowę, miałam 18 lat. Nie pamiętam już, dlaczego to zrobiłam. Chyba po prostu pragnęłam wielkich zmian, a ta zmiana była jednocześnie radykalna i łatwa. Moja matka skomentowała to tak: zawsze umiałaś najlepiej się oszpecić. Dostała histerii, że zrobiłam to przed studniówką, i powtarzała mi, że na pewno nie zdam matury, bo we włosach jest cała mądrość człowieka. Zaproponowała, żeby kupić perukę – chyba miała nadzieję oszukać w ten sposób los. Nie zgodziłam się, więc zrobiła w domu jeszcze większą dramę i dręczyła mnie przez pół roku, opowiadając, że obcinanie włosów przed egzaminem przynosi pecha, więc mogę sobie zapomnieć o studiach. Ojciec jej wtórował: kiedyś była ładna dziewczyna, a teraz nie wiadomo, co jest. Bardzo starałam się z tego śmiać i obrócić wszystko w żart. Często chodziłam w czapce, mówiłam, że zimno mi w głowę. Czułam się najbrzydsza na świecie. Bałam się, że w tym, co słyszę w domu, może być jakaś racja i że mój wygląd naprawdę może przynieść mi pecha oraz że zbyt wysokie łyse dziewczyny z trądzikiem nie zasługują na dobre życie. Jakimś cudem zdałam jednak kluczowe przedmioty maturalne na 100%. Dostałam się na studia. O dziwo, rodzice nigdy nie przestali się za mnie wstydzić i nigdy nie zdobyłam ich aprobaty. To doświadczenie w pewien sposób było dla mnie wzmacniające. Zauważyłam, że mogę zrobić z moim ciałem wszystko, co zechcę, i nie musi się to nikomu podobać. Powrót do samostanowienia był jak zwrot akcji.
Ale jednak długo mnie to dręczyło: czy jestem prawdziwą dziewczyną? Teoretycznie tak, ale to tylko suche fakty. Studiowałam socjologię i antropologię płci. To była specjalizacja w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych na Uniwersytecie Warszawskim. Pamiętam, że na jednym z pierwszych konwersatoriów, a był to chyba fakultet o nazwie „Socjologia queer”, wykładowca zadał otwarte pytanie o to, czym jest płeć. Przychodziłam wtedy na zajęcia z cocker spanielem, siedzieliśmy razem w ostatniej ławce, a żeby nadrobić drobną niesubordynację związaną z łamaniem zakazu wstępu dla zwierząt, często zabierałam głos. Udzieliłam odpowiedzi, że moim zdaniem płeć jest reliktem starego świata i że w przyszłości nikt już nie będzie miał płci. Prawie wszyscy się z tego zaśmiali, bo uznali to za świetny dowcip, a prowadzący z pełnym skonsternowaniem rzucił: „Słucham?”, w którym słychać było zwielokrotnione znaki zapytania. Te studia trwały dwa lata. Uczyliśmy się bardzo dużo o tym, że kobiety są dyskryminowane i że mężczyźni na wszystkim wychodzą lepiej. Ale nikt nigdy nie mówił nam o tym, jak to zmienić. Bardzo chciałam nauczyć się, jak zniszczyć patriarchat. Niestety, w ofercie nie było takich zajęć. Trzeba było szukać sposobów samodzielnie i robić to w czasie wolnym od zajęć dydaktycznych. O tyle dobrze, że mieliśmy już opanowane pewne podstawy i wiedzieliśmy, dlaczego należy wychodzić na ulice i krzyczeć.
Ścieżka o płci była miłą odmianą po licencjacie na filologii polskiej. Ale była też dosyć przygnębiającym kierunkiem studiów. To trochę dziwne połączenie. Tak to wyglądało. Miło było mieć w partnerach do rozmowy osoby, którym nie trzeba tłumaczyć oczywistych rzeczy, czyli fundamentalnych założeń myśli feministycznej. Wśród moich koleżanek były głównie superlesbijki. Oczywiście byli też chłopcy i oni też byli świetnymi koleżankami. Robiliśmy badania społeczne na zajęciach praktycznych oraz mnóstwo rozmawialiśmy o tym, jak bardzo dyskryminuje się nas jako kobiety: statystycznie zajmujemy gorsze stanowiska od mężczyzn, utrudnia się nam awanse na stanowiska kierownicze, zarabiamy mniej, mamy więcej domowych obowiązków, częściej jesteśmy ofiarami przemocy, stawia się nam wyższe wymagania, lekceważy się nasze kompetencje, ogranicza się prawo do godnej opieki zdrowotnej, surowo ocenia się nasz wygląd. Mieliśmy spotkania z przedstawicielkami organizacji samorządowych, autorkami filmów dokumentalnych albo z aktywistkami z Aborcyjnego Dream Teamu i wszystko to działo się w naszej szkole. Alma Mater to matka karmicielka, a ja zostałam przez nią wykarmiona treścią na temat konstruktu płci. Podobno jesteś tym, co jesz, a więc wszystko się zgadza. Na studiach przestałam się czuć jak dziwoląg. To duży plus edukacji, że daje potężne narzędzia do odbudowania siebie z ruiny i przekonanie, że jestem nie tylko swoim własnym wyglądem, ale też kimś, kto powinien o siebie walczyć, i że to się opłaca. Cenna wiedza. Warto było ją dostać, a później poczuć i mnożyć.
Moc niezgody
Tylko trochę oburzał mnie fakt, że na terenie kampusu każda brama miała przymocowaną żółtą tabliczkę z przekreślonym psem. Był to mały absurd. Nie wiem, komu i w czym przeszkadzały psy na dziedzińcu. Ale już wtedy feminizm, który wykreśla prawa zwierząt, był dla mnie wielkim żartem. Mój pies był nielegalny. A jednak kiedy przychodziłam na wykłady bez psa, dziekan dziwił się i pytał, dlaczego nie ma dziś Rutki. Czasami spotykaliśmy się po drodze na Nowym Świecie i szliśmy razem do szkoły, a on przez całą drogę opowiadał mi o swoich owczarkach niemieckich, które adoptował z fundacji, i o tym, jakie musiał spełnić warunki, ale że było łatwo, bo w jego domu zwierzęta to część rodziny. Na furcie ciągle jednak była przyczepiona tabliczka z zakazem wstępu dla psów. Chciałam ją ukraść. Niestety się nie udało . Później zrozumiałam, że to nie ma dużego znaczenia. Dopóki mogę robić swoje, zakazy są mi obojętne. Być może moja niezgoda ma jeszcze większą moc, kiedy lekceważy się zasady w jawny sposób i z poparciem całego wydziału. Kradzież tabliczki to byłby drobiazg, zaraz mogła pojawić się nowa. Postanowiłam zmienić myślenie. Chciałam, żeby wszyscy przekonali się najpierw, jak świetnie pracuje się z psem na auli uniwersytetu. To sprawdzona informacja: pies działa jak talizman. Wszystko z nim jest lepsze. Chciałabym przekazać tę informację światu.
Lubię przestrzegać prawa, kiedy to możliwe. Czuję się wtedy jak dobra osoba. Mam taki sekret, że w myślach wyobrażam sobie policjanta z mundurem pełnym orderów, który gratuluje mi za każdym razem, kiedy zsiądę z roweru na pasach, i daje mi wtedy naklejkę z napisem „dzielny pacjent” i z rysunkiem troskliwego misia. Przestrzeganie prawa jest miłe. Sprawia mi pewną przyjemność. Niestety, nie zawsze jest możliwe, ponieważ prawo nie zawsze stoi po mojej stronie. Jeśli mam działać w imię dobra, czasami muszę łamać prawo. Nie da się tego pogodzić, a dobro jednak jest dla mnie ważniejsze.
Podam przykład: ja i moja dziewczyna jesteśmy nielegalne. Nie ma o nas niczego w konstytucji, chociaż jesteśmy dobrymi osobami, płacimy rachunki na czas i składki ZUS, pomagamy staruszkom, kupując od nich na ulicy kwiaty, kiedy stoją w zimnie na pl. Zawiszy, oraz kasujemy bilety ZTM, zdrowo się odżywiamy, umiemy śpiewać Rotę, a w czasie pandemii nosimy maski i kupujemy do domu chryzantemy. Jednak dla Polski nie istniejemy ponieważ nie jesteśmy dokładnie takie, jakie Polska by nas chciała mieć.
W świetle prawa jesteśmy dla siebie obcymi osobami, chociaż mieszkamy razem już prawie dwa lata, a moja dziewczyna jest dla mnie najważniejszą osobą. Mamy dwoje dzieci, o które dbamy – jedno rasy europejskiej, a drugie cocker spaniel. Jesteśmy rodziną patchworkową, ale nadzwyczaj udaną. Raz byłyśmy na ślubie. Niestety, nie był nasz. Zaprosiła nas para przyjaciół. Podobno ich rodzice byli bardzo podekscytowani, że przyjdą jakieś lesbijki. Prawdę mówiąc: nie widzę żadnej różnicy pomiędzy nami a nimi. Jesteśmy tak samo dobrymi osobami jak wszystkie inne osoby. A jednak jesteśmy niewidzialne. Myślę, że to jest najgorsza rzecz, jaką mi zrobił patriarchat, i za to go nienawidzę. Jak można chcieć, żebym była ładna, a jednocześnie żeby mnie nie było?
To miał być tekst o tym, jak zniszczyć patriarchat w sobie i gdzie szukać nowych figur do mówienia o sile kobiet. Moja propozycja jest taka: radykalne siostrzeństwo. Oraz żebyśmy wszyscy stali się kobietami, a najlepiej niech to będą lesbijki. Bardzo tęsknię za innym światem, takim, w którym ludzie szanują się i wierzą w swoje słowa, a dzięki temu czują się silni. Taki właśnie świat chcę robić. Niech się zacznie i niech będzie nowy i dobry.