Grzegorz Strzelczyk: Na miłość bez wątpienia można spojrzeć zarówno z perspektywy biologii, jak i religii. W języku i jednej, i drugiej istnieje jednak zagrożenie zubożenia jej fenomenu. Redukcji do poziomu, w którym dany język czuje się najbardziej komfortowo…
Jerzy Vetulani: Z biologicznego punktu widzenia miłość niewątpliwie ogłupia. Gdy bada się, jak wyglądają u samic szczurów kolce synaptyczne na neuronach hipokampa – a na ich podstawie można ocenić, jak duża jest „intelektualna” (w przypadku szczurów powiemy: „poznawcza”) aktywność mózgu – to w czasie rui ich liczba spada. Szczurzyca nie jest wówczas zajęta myśleniem. Potwierdzałyby to badania robione również u ludzi. Sprawdzano np., jak wygląda aktywność mózgu w przypadku miłości romantycznej i macierzyńskiej, pokazywano dziewczynie zdjęcie jej przyjaciela, a matce fotografię jej małego dziecka. Okazało się, że pewne części mózgu były aktywne tak samo mocno – te odpowiedzialne za emocje, jądra migdałowate czy kora wyspowa. Natomiast jeśli przy miłości macierzyńskiej aktywowały się również pewne miejsca w korze związane z właściwościami kognitywnymi, to pozostawały one zupełnie ciemne przy miłości romantycznej – w jej przypadku po prostu przestajemy racjonalnie myśleć.
Właśnie wskazał Pan, jak się zdaje, poziom, na którym język biologicznego opisu jest u siebie. Natomiast w religii miłość można nadmiernie wyidealizować, zupełnie wyabstrahować od biologicznych uwarunkowań. Co z kolei może prowadzić do sytuacji, w której ten abstrakcyjnie skonstruowany ideał jawić się będzie jako nieosiągalny w praktyce. Jeśli zaś nikt nie będzie w stanie go osiągnąć, to z czasem coraz więcej osób przestanie nawet podejmować próby. Tak ideał może stracić wpływ na realne życie.
To, co już powiedzieliśmy, ma bardzo ciekawe przełożenie socjologiczne – które małżeństwa są bardziej trwałe: aranżowane, czyli racjonalne, czy te z miłości, ideału? Współcześnie te pierwsze uważamy za rzecz ohydną, ale np. moja prababcia pozostawiła po sobie bardzo ciekawe pamiętniki, które zaczęła pisać jako nastolatka. Rozpoczynają się od tego, że chłopi spalili jej dwór i ona musiała uciekać, z trudem uniknęła śmierci. Dwór uległ zniszczeniu więc jej ojciec został dzierżawcą Rusocic. Gdy zmarł, okazało się, że folwark jest bardzo zadłużony, zjawiali się Żydzi z wekslami, żądając pieniędzy. Prababcia miała wówczas dość bogatego absztyfikanta z Litwy – szlachcica, którego zupełnie jednak nie kochała. Zdecydowała, że dla ratowania majątku wyjdzie za niego, choć widziała go wcześniej ledwie osiem razy, i wówczas w jej pamiętniku (wydanym zresztą w postaci książki pt. Kapitan i dwie panny) pojawia się 25 maja 1860 r. wpis zupełnie dramatyczny: „Dzień 21 maja jest dniem, w którym w świątyni Pańskiej przed obliczem Boga przysięgłam dozgonną miłość człowiekowi, którego nie kochałam”. Wieczór poślubny był jeszcze gorszy. Ale nie minęły trzy miesiące, a 15 sierpnia pojawia się wpis, kończący pierwszą część pamiętnika: „O ile dawniej z przyjemnością w wolnych chwilach pisałam ten pamiętnik, o tyle teraz nudzić mnie zaczyna, wolę przez ten czas porozmawiać z Bolkiem. On dzień cały w polu pracuje ogromnie, ale też i mnie się dosyć zajęcia dostało w udziale (…). Nigdzie nie bywamy i bywać nie będziemy, żyjąc tylko dla siebie”. Miłość rozkwitła w małżeństwie, które było kompletnie wykombinowane. W związku aranżowanym, gdy nie kocha się namiętnie partnera lub partnerki, po prostu dokładniej się go / ją widzi. Wad nie traktuje się wtedy jako straszliwych przywar. Kiedy zaś jest się zakochanym, to się idealizuje i potem, gdy po miesiącu lub dwóch wychodzą pewne złe cechy, to człowiek czuje się oszukany, ideał się rozbija i, jak Ksiądz mówił, przestaje mieć cokolwiek wspólnego z rzeczywistością.
Myślę, że w tym miejscu musimy nieco uporządkować pojęcia. Bo przecież słowa „miłość” używać możemy w bardzo różnych znaczeniach. Już greka, w której kształtowały się zręby zachodniej kultury, przejęta później przez chrześcijaństwo, wyróżniała trzy przynajmniej rodzaje miłości. Polszczyzna ma z tym pewien problem, bo używamy tylko jednego słowa. A jest przecież filia – trwała relacja pozbawiona zasadniczo konotacji seksualnej (np. przyjaźń), eros – miłość erotyczna, oraz agape – altruistyczna miłość opierająca się głównie na woli, idąca po linii wyboru maksymalnie dostępnego dobra (z tego zakresu byłaby idea dobroczynności czy miłości nieprzyjaciół).
Co do słownictwa, to Polska ma w ogóle pecha, bo również język erotyczny jest bardzo prymitywny, bez subtelności, od razu w chodzi w wulgaryzmy albo używa śmiesznych terminów, jak „ruja” czy „porubstwo”. Natomiast na rodzaje miłości biolodzy patrzą inaczej – przez pryzmat zmieniających się faz. Płody i dzieci do pierwszego roku są bardzo seksualne, chociaż nie zdają sobie z tego sprawy. Pojawia się u nich olbrzymia ilość wyprodukowanych hormonów płciowych. Potem następuje okres ciszy hormonalnej – jeśli jest w niej jakakolwiek ciekawość erotyczna, to tylko na zasadzie odkrywania świata. Mniej więcej ok. 12. roku życia hormony płciowe znów zaczynają się budzić i pojawia się libido. Zyskujemy pobudzenie seksualne nieukierunkowane jeszcze na konkretną osobę. Ta faza ma bardzo wyraźne biochemiczne podłoże w postaci andro- i estrogenów. Następnie pojawia się pożądanie – to jest właśnie okres romantycznej miłości (np. u zwierząt to będzie czas walk godowych), zaczynamy widzieć potencjalnego partnera i walczmy o jego zdobycie. Podświadomie, a czasem bardzo świadomie, oczekujemy też przyjemności płynącej bezpośrednio ze zbliżenia seksualnego, a więc zaczynają działać neuroprzekaźniki, dopamina itd. Ale już nawet przed jakimkolwiek zbliżeniem seksualnym okres starań daje wiele przyjemności, która polega na samym tylko poszukiwaniu. To wiąże się oczywiście z niezwykle istotną w biologii koncepcją nagrody. W fazie konsumpcji są już inne mechanizmy neuronalne. Zaczynają działać opioidy i GABA – mechanizmy, któr podlegają tolerancji, i wtedy im więcej bodźców, tym mniejsza atrakcyjność, co może być przyczyną wielu nałogów, również nadmiernego poszukiwania seksu, w którym coraz bardziej bawi poszukiwanie ( faza dopaminowa), a coraz mniej satysfakcji daje konsumpcja. Dlatego żeby utrzymać ten sam poziom satysfakcji, coraz więcej musimy szukać. W końcu całe życie tracimy na niepotrzebne poszukiwanie, co akurat przy miłości jest marnowaniem tego, co jest w niej – moim zdaniem – najważniejsze: związku, który by obie strony ulepszał, usprawniał.
Czyli więzi.
Więź jest rzeczą najważniejszą i u osób trochę dojrzalszych seks to droga do zwiększenia więzi, a nie do satysfakcji płynącej wyłącznie z orgazmu. Fazy, które wymieniłem, pozwalają zrozumieć różne oblicza miłości. Znając mój opis, można interweniować chemicznie, a dzięki filologicznemu rozróżnieniu Księdza psychologicznie.
Chociaż tak naprawdę zdaje się, że psychologiczne mechanizmy zaczynamy rozumieć w pełni, gdy mamy stosowną wiedzę neurobiologiczną. Wcześniej poruszamy się po omacku. Na przykład odkąd zrozumieliśmy, jak działa neurobiologiczny mechanizm uzależnień, psychologowie nie muszą się już tego domyślać. Wracając jednak do głównego zagadnienia, chrześcijaństwo, mówiąc o miłości, wyraźnie relatywizuje wątek prokreacyjny i seksualny, przesuwając się w stronę odpowiedzialności za więzi. Jezus, mówiąc o miłości, najmniej mówi o wymiarze erotycznym. Przekracza zresztą także ideał naturalnych więzi grupy rodzinnej czy plemiennej poprzez uniwersalizację pojęcia „bliźni”. Był to jeden z głównych powodów zgorszenia – otwarcie idei miłości tak, by przekraczała granice plemienne. Rozszerzenie jej również na obcego. A z innej beczki – ostatecznie także celibat – choć historycznie rzecz biorąc, rozpowszechnienie tego obowiązku miało silny motyw finansowy – ma służyć temu, by człowiek zdystansowany od więzów związanych wyłącznie z miłością erotyczną mógł poświęcić swój czas i uwagę budowaniu więzi we wspólnocie, której posługuje.
To bardzo dobre dla klasztorów, gdzie więź może być budowana bez erotyki, ale nie możemy na nią przecież zamykać oczu. Tak samo jak na inne formy miłości, np. nieheteroseksualną. Zobaczmy relację Jezusa z Janem – to było ewidentnie coś więcej niż przyjaźń – coś takiego czułem czasem do moich mistrzów i nazwałbym to głębokim sentymentem. Bez jakiegokolwiek elementu erotycznego.
Obawiam się, że takie interpretowanie relacji Jezusa z Janem silniej niż na tekście, który takim samym terminem opisuje też np. relację Jezusa do Łazarza i jego sióstr, opiera się na modnych od jakiegoś czasu usiłowaniach, by koniecznie „wkręcić” Jezusa w jakiś seksualny kontekst – czy to hetero-, czy homoseksualny. Ale jak już jesteśmy przy Jezusie i Jego więziach, chciałbym jeszcze wrócić do kwestii greki i jej pojęciowych rozróżnień. W tejże samej czwartej Ewangelii w jednym z kluczowych dialogów po zmartwychwstaniu Jezus pyta Piotra: czy Ty mnie miłujesz? Dwa razy jest tam agapas me, przy czym Piotr odpowiada philo se – używając innego terminu, czy to świadomie, czy to nie widząc różnicy. Agape to największy stopień altruizmu – gotowość do oddania życia. Za trzecim razem Jezus zmienia sformułowanie i pyta: phileis me? – czy jesteś mi przyjacielem? Jezus jakby zmniejsza wymaganie i pod znakiem zapytania stawia nawet ten niższy stopień przywiązania. Piotr po raz trzeci odpowiada philo se i reaguje smutkiem…
W języku polskim to w ogóle nieczytelne.
Tego nie da się dobrze przełożyć, to trzeba wytłumaczyć w komentarzu. Ale wciąż chodzi mi po głowie kwestia „zasięgu” miłości. W chrześcijaństwie przekroczenie seksualności jest także związane z uniwersalizacją. Wyjście z tej przestrzeni oznacza spojrzenie wykraczające poza poziom więzów grupy rodzinnej i etnicznej – nie ma już Żyda ani Greka, powie Paweł. Miłość ma sięgać szerzej. To jedno z wyzwań, z którymi ta religia próbuje sobie radzić – przychodzi jej to z trudem, ale ciągle próbuje.
Geny mają ogromne znaczenie – to z ich powodu bliżej nam do rodziny, narodu itd. Bardzo interesującym pomysłem Żydów na utrzymanie spójności w czasie diaspory stały się reguły dietetyczne. W ich konsekwencji kontakty pomiędzy wierzącymi Żydami i pozostałymi były bardzo ograniczone. Oczywiście mogę zaprosić ortodoksyjnego Żyda do siebie, ale on nic u mnie nie zje, chyba że wypije wodę z butelki, którą sobie sam otworzy. Doszło więc do tego, że genom Żydów europejskich i irackich jest bliższy sobie niż np. genom Żyda Polaka i Aryjczyka Polaka albo Pers goja i Persa Żyda.
Geny mogą stanowić podłoże wspólnoty, ale na poziomie kulturowym Jezus wysadza tę granicę. Kontestuje definicję bliźniego opierającą się na plemiennej wspólnocie genów. Zdaje się, że w perspektywie Prawa dopuszczalna była możliwość poszerzania materiału genetycznego jedynie poprzez wzięcie branki na wojnie. Dzieci zrodzone ze związku z nią mogły być nawet halachicznymi Żydami, o ile spełniło się specjalny rytuał. To był wyjątek. Natomiast Jezus robi woltę. Po pierwsze, głosi, że bliźnim nie jest tylko ten, kto jest mi bliski etnicznie (z czym, sądząc po wydarzeniach ostatnich miesięcy, Polacy mają chyba do dzisiaj problem), i, po drugie, naucza, żeby miłować nieprzyjaciół – to moment kiedy przynajmniej potencjalnie następuje zupełna uniwersalizacja chrześcijaństwa.
To wykroczenie poza etniczność być może najsilniej przemawia za katolicyzmem jako postępowym odłamem chrześcijaństwa. Dlatego Ameryka Łacińska jest tak cudownym rejonem, bo wszystko się w niej wymieszało i mózg ewoluuje tam najszybciej. Świadczy o tym częstość występowania wariantu genu nikrocefaliny zwanego haplotypem D, będącego wskaźnikiem szybkości ewolucji ludzkiego mózgu. Wyniki badania ewolucji mózgu przeprowadzone na tej podstawie okazały się politycznie potwornie niepoprawne. W Afryce Subsaharyjskiej właściwie tego haplotypu nie ma, mózgi praktycznie nie ewoluują. Natomiast niemalże 100% populacji ma go w Ameryce Łacińskiej. Nastąpiło tam stopienie się genów różnych ras, a to daje zupełnie nową jakość.
Na planie etyczno-kulturowym uwzględnienie obecności innego zawsze zmienia perspektywę.
A jeszcze bardziej późniejsze pojawienie się trzeciego elementu.
Dokładnie tak, to jeszcze istotniejsze.
Jest np. ogromna różnica między małżeństwami bezdzietnymi i tymi z dziećmi. Te pierwsze żyją fantastycznie do 50. roku życia, a potem zaczyna się problem. Ci, którzy mają dzieci, dostają od nich tak w kość, że muszą się nauczyć kompromisu: muszę wstać do płaczącego dziecka, zmęczyć się, żyć mniej wygodnie, ale oczywiście per aspera ad astra.
Jest taki wątek w klasycznej średniowiecznej teologii Trójcy, kiedy pada pytanie, dlaczego właściwie Bóg to trzech, a nie jeden, dwóch albo – czemu nie – czterech. Oczywiście – liczba boskich osób pochodzi z nowotestamentalnego Objawienia, ale czy można podać jakieś jej filozoficzne uzasadnienie? Na bodaj najciekawszy pomysł wpadł Ryszard od św. Wiktora. Zwrócił uwagę, że dopóki mamy dwie kochające się osoby, to ich miłość może w istocie przemienić się w układ dwóch egoizmów – „kocha się” drugiego tak naprawdę jedynie dla własnej korzyści, np. seksualnej. Taki układ może funkcjonować w praktyce – zdaje się, że Ryszard był całkiem bystrym obserwatorem… Zatem żeby można było mówić o miłości altruistycznej, oni muszą razem pokochać kogoś innego od siebie, połączyć się w miłości do kogoś innego. To wspólne wyjście ku trzeciemu oznacza przekroczenie egoizmu i stanowi zabezpieczenie przed nim. Dlatego Bóg musi być Trójcą. Dwójca nie wystarczy, bo Bóg nie byłby w swej naturze zabezpieczony przed egoizmem. A zatem brakowałoby Mu pewnej doskonałości. Z kolei Trójca wystarczy, gdyż esencjonalnie czwarty nic nowego już nie wniesie.
Na zasadzie brzytwy Ockhama wystarczy trzech.
Dokładnie. Choć nie znaczy to, że miłość Boga tu się zatrzyma – przecież mamy stworzenie dalszych istot zdolnych do miłości. Ona nie przestaje się rozlewać. Co ciekawe, Ryszard usiłował korygować nieco teologię św. Augustyna – który zagadnieniu Trójcy poświęcił sporo uwagi, jednak nie potrafił zaakceptować miłości rodzinnej jako jej obrazu. I on też miał spory problem z pozytywnym obrazem małżeństwa.
To pewnie po tych wszystkich jego doświadczeniach. Faktem jest jednak, że chrześcijaństwo zaczęło sobie bardzo cenić wstrzemięźliwość i stąd, jak sądzę, dziewiczość Maryi. Religia żydowska była nastawiona na maksymalną wydajność reprodukcyjną. Przyjrzyjmy się, jak przebiega u nich cykl: kobieta miesiączkuje (jak mówi Biblia, uśmiecha się, to bardzo ładny eufemizm, Matka Boska się uśmiechnęła przy zwiastowaniu, św. Elżbieta również, a także Sara, gdy Archanioł Gabriel powiedział jej, że będzie miała syna), potem jest nieczysta aż do momentu jajeczkowania, czyli do chwili największego prawdopodobieństwa zapłodnienia, i wtedy idzie do mykwy, oczyszcza się i pełna ochoty trafia na mężczyznę. To bardzo ładnie uporządkowane. Potomstwo się mnoży. Taka była nagroda dla Abrahama.
Przyznaję się, że nie rozumiem tej interpretacji uśmiechu jako eufemizmu na miesiączkę. Sara śmieje się raczej dlatego, że jest dawno po menopauzie i zapowiedzi poczęcia nie traktuje poważnie. Natomiast wydaje się, że tradycja o dziewiczym poczęciu Jezusa ma przede wszystkim teologiczną funkcję: wyjaśnia, w jaki sposób należy rozumieć to, że Jezus jest Synem Bożym.
Tak, to jest archetypiczne jako coś niemożliwego i przez to boskiego. Natomiast wiedzę o uśmiechu jako eufeministycznym biblijnym określeniu miesiączki zdobyłem na kapitalnym wykładzie ks. prof. Henryka Pietrasa, który w auli PAU tuż przed Bożym Narodzeniem w 2004 r. mówił o tym, Co Aniołowie wiedzieli o Narodzeniu Pańskim. Do sporów biblistów nie mogę się mieszać, ale wykład zapadł mi w pamięć głęboko i jako niewierzący wziąłem z niego to, co mnie urzekło.
Nie wiązałbym tego wątku – przynajmniej w najwcześniejszym okresie – ze stosunkiem chrześcijaństwa do prokreacji. Nadany po stworzeniu nakaz rozmnażania się pozostaje w mocy – właściwie dotąd w oficjalnym nauczaniu Kościoła katolickiego to jeden z dwóch głównych celów małżeństwa.
Zawsze pytam studentów, jakie jest pierwsze przykazanie, oni oczywiście odpowiadają: „Nie będziesz miał Bogów cudzych przede mną”.
Bądźcie płodni i rozmnażajcie się.
Tak, to było już przed grzechem pierworodnym.
Wątek niechęci do małżeństwa chrześcijaństwo – wychodząc z kultury żydowskiej – zastało w kulturze basenu Morza Śródziemnego. Manicheizm był jednym z głównych przejawów tego trendu. A przecież wątki platońskie w ogóle nie nastawiały pozytywnie do materii i ciała. Dodatek chrześcijański jest późniejszy. Jeśli np. Paweł jest niechętny małżeństwu…
… to dlatego, że odciąga od Boga.
Nie, chodzi mu raczej o wątek eschatologiczny. Jako że koniec ma nastać rychło, nie ma sensu angażować się w rzeczy przemijające. W myśli Pawła to wydaje się kluczowe. Świat przemija, lepiej pozostańcie tacy, jacy jesteście, ale jakbyście mieli płonąć, to się żeńcie. To jest bardzo pragmatyczne podejście. Co jednak ciekawe, eschatologiczna relatywizacja statusu małżeństwa pojawia się również w nauczaniu Jezusa. W Ewangelii faryzeusze pytają Go, czyją żoną po zmartwychwstaniu będzie kobieta, która za życia miała – zgodnie z prawem lewiratu – kilku mężów. Jezus wskazuje, że w perspektywie eschatologicznej znaczenie małżeństwa ulegnie przemianie – jakby specyfika związku erotycznego traciła na znaczeniu wobec innego horyzontu. Ponadto jest jeszcze jedna ciekawa kwestia. Już w Nowym Testamencie pojawia się wątek, że biskup powinien być mężem jednej żony, tzn., że nie powinien się ponownie żenić.
Bigamia sukcesywna staje się niedopuszczalna.
W Nowym Testamencie nie jest potępiona, ale chodzi o to, że biskup nie powinien być osobą targaną pożądaniem.
Miałem kiedyś taki wykład o rzeczach dobrych dla gatunku, ale sprzecznych z naszym poczuciem moralnym. Były tam: eutanazja, eugenika i poligamia. Dokładanie do związku drugiej partnerki, gdy możliwości reprodukcyjne pierwszej spadają, jest z punktu widzenia biologii sensowne. Skąd się bierze problem pięćdziesiątnicy u mężczyzn? Z potrzeby reprodukcyjnej. Rozwój naszego gatunku tak się ułożył, że okresy płodności u obu płci są bardzo różne, a przyroda daje tu wyraźne sygnały, kiedy okresy te się kończą. Stąd rozwój kosmetyki, której celem jest wytworzenie iluzji, że jest się jeszcze w wieku reprodukcyjnym.
Niezwykle ciekawe jest to, że chrześcijaństwo w całej opowieści o Bogu i wcieleniu mówi o relacjach, więziach, a raczej pomija seksualność. Przez co objawia się miłość Boga? Że wydaje Syna w nasze ręce. Ten akt miłości przekracza to, do czego człowiek w naturalny sposób jest zdolny.
To poświęcenie największego dobra, bo łatwiej jest poświęcić siebie niż potomstwo.
Metaforycznie to chyba właśnie ten wątek. Ale, co ciekawe, nie pojawia się tam aspekt erotyczny, mocno obecny np. w mitologii greckiej, gdzie bogowie płodzą na potęgę.
Grecy nie mieli religii księgi jak chrześcijaństwo. Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że w Koranie również nie ma wątków ściśle erotycznych. To ludy pustynne, które ze względu na klimat musiały się szczelnie okrywać różnymi strojami. U Greków zaś występował kult ciała, wszystko, co tylko możliwe, było odkryte, prowadzono też znacznie bardziej higieniczny tryb życia. W związku z tym Anatole France napisał kiedyś, że to diabeł wymyślił ubranie człowieka, żeby zwiększyć pożądliwość. Bo faktycznie jak się ma np. doświadczenie z plaży nudystów, to po 5 minutach człowiek czuje się jak w sklepie z mięsem. I to jak człowiek najedzony. Erotyka bardzo mocno zależy od kontekstu. Pamiętam historię z jakiejś książki, zdaje się Bellevue is My Home, gdy do szpitala przywieziono prostytutkę, która miała futro na nagim ciele. Lekarze zbiegli się, by ją oglądać – ci sami, którzy nagie ciało mają codziennie przed oczyma i zupełnie ich ono nie rusza. Specyficzny kontekst wszystko zmienia.
Z opowieści o stworzeniu wynika, że pierwotny stan – przed grzechem – był stanem, w którym ludzie nie odczuwali wstydu, nie mieli odruchu obronnego. Nagość nie stanowiła problemu.
Bo w ogóle nie posiadali wiadomości dobrego i złego.
Drugi nie był seksualnym zagrożeniem. W związku z tym miłość była otwarta, nie musiała się chronić przed nadużyciem ze strony drugiego.
Nie było też wówczas wielu rywali… [śmiech].
Dla mnie bardzo ciekawe jest to, że moment, w którym następuje ukrycie się człowieka, jest wprawdzie związany z wzajemnym wstydem Adama i Ewy, ale pierwotnie „ukrycie się” jest próbą ucieczki przed Bogiem. Tam najwyraźniej pojawia się lęk przed karą. Problem erotyki wybrzmiewa silniej w tzw. przekleństwie, tzn., gdy Bóg mówi o konsekwencjach tego, co się stało. Oto kobieta będzie kierowała swoje pragnienia ku mężczyźnie, a on będzie nad nią panował. Włącza się pożądanie, które zostaje ukazane jako konsekwencja nieuporządkowania, efekt popsucia się mechanizmu. Równowaga została zaburzona – także w sensie równowagi płci.
Bo religia, na ile się orientuję, na to uporządkowanie kładzie wielki nacisk. Tak samo rzecz ma się z masturbacją, która co prawda nigdy nie jest potępiona, ale jest nieporządna.
Chodzi o to, że grzech przesuwa uwagę – w centrum zainteresowania staje jakiś inny przedmiot, a nie ten, który powinien tam być.
To uporządkowanie ma też oczywiście swoje biologiczne podłoże. Kobieta np. wstrzymuje się przed seksem z pierwszym napotkanym facetem, ponieważ jest wyposażona w ośrodek wstydu. Czasem okazuje się on nawet zbyt mocny i bywa, że terapie małżeńskie polegają na wspólnym oglądaniu filmów pornograficznych, by odblokować u kobiet nadmiernie występujący odruch wstydu. Mężczyzna, będąc pozbawionym tego ośrodka, musi radzić się kobiety – stąd częste u niego pytane: „Czy było ci dobrze?”. On potrzebuje od niej wskazówek. Nasz organizm jest też tak skonstruowany – potwierdzają to badania, bo ludzie doszli już do takiego stanu wyzwolenia, że kopulują, gdy są podłączani do aparatury badawczej – że podczas orgazmu następuje zablokowanie ośrodków lęku i strachu. Seks ma na celu także zbliżenie osób, w grę wchodzi przecież maksymalna intymność. Dlatego często godzi on ludzi. Bardzo wiele kłótni małżeńskich kończy się w łóżku.
Jest to w jakiejś mierze mechanizm samoregulujący. Brakuje mi jeszcze jednego wątku. Skoncentrowaliśmy się na relacji między kobietą i mężczyzną, ale człowiek funkcjonuję też w większej grupie, istnieje wymiar szerszej odpowiedzialności. Zanim jeszcze posiadanie jednego tylko dziecka stało się nieznośnie modne, bywało często, że starsze dzieci otrzymywały już jakąś odpowiedzialność za młodsze i bardzo wcześnie kształtowała się dzięki temu przestrzeń miłości braterskiej, prawdopodobnie w tym okresie, który określił Pan jako martwy erotycznie.
Przypomniały mi się w tym kontekście ciekawe badania, podczas których sprawdzano, jakie zapachy w rodzinie lubi się lub nie. Przez dwa–trzy dni kazano uczestnikom spać w tych samych T-shirtach, które w ciągu dnia trzymano w plastikowych workach, więc pozostawał na nich dość wyraźny zapach. Dzieci, zwłaszcza dziewczynki, ewidentnie nie lubiły zapachu ojca. Również zapach rodzeństwa odmiennej płci budził negatywne reakcje. Okazywało się więc, że mamy wmontowane mechanizmy blokujące kazirodztwo. Sięga to nawet dalej, zyskując potwierdzenie w małej liczbie małżeństw między członkami tego samego kibucu. Duża ekspozycja na osoby przeciwnej płci w wieku dziecięcym powoduje zwykle bardzo skuteczne z punktu widzenia genetyki blokowanie chowu wsobnego.
Pojawia się przy tym jeszcze jedna ciekawa, a pominięta dotąd sprawa. Związek często zaczyna się od zakochania i kończy na więzi, ale bywa też odwrotnie, tzn., że zaczyna się od więzi, która nie jest erotyczna. Na przykład od przyjaźni.
Przypadek przyjaciół z pracy, którzy kończą w łóżku.
Najpierw buduje się relację na zupełnie innej płaszczyźnie, a w pewnym momencie przekształca się ona w relację erotyczną.
Tak, bo pojawia się zaufanie. To jest ważne zwłaszcza w przypadku kobiet.
W świetle tego, co na początku mówił Pan o zakochaniu jako ogłupiającym procesie, może się wydawać, że takie podejście do budowania relacji jest korzystniejsze z punktu widzenia trwałości związku. Ludzie się dobrze poznają, nim wejdą w sferę erotyczną, rozwija się zaufanie, z czasem opada wstyd…
Tak, więź rozwija się z czasem. Przy pierwszym spotkaniu właściwie jej nie ma. Badania pokazały, że u zwierząt, które tworzą trwałe pary, a człowiek należy do takiego gatunku, po kopulacji następuje faza odprężenia, która jest bardzo ważna. W jej trakcie wydziela się sporo wazopresyny. Odkrycia tego dokonano na bardzo ciekawym przykładzie zwierząt – dwóch podobnych do siebie gatunków norników: preriowego oraz łąkowego. W pierwszym przypadku para jest trwała, samiec pomaga samicy opiekować się potomstwem, a przebywając razem w klatce, para ta lubi się tulić. Bliski kuzyn – nornik łąkowy – jest promiskuityczny, nie opiekuje się potomstwem itd. Podczas badań pary umieszczano w klatce na noc, gdy samica była recepcyjna, co oczywiście zawsze kończyło się kopulacją. Natomiast rano wprowadzano do ich klatki dodatkową samicę i obserwowano, jaki będzie do niej stosunek samca. Łąkowy i tak się nie tulił, natomiast ten preriowy znacznie więcej tulił się do samicy, z którą spędził noc niż do nowej. Nastąpiło więc coś, co odpowiadałoby ludzkiej więzi. Zaczęto szukać, na czym to przywiązanie mogłoby polegać, i okazało się, że u nornika preriowego znacznie więcej receptorów wazopresynowych znajduje się w brzusznej części gałki bladej. Transfekowano więc odpowiedni gen do gałki bladej samca nornika łąkowego i zaobserwowano, że para tego gatunku zaczęła pozostawać razem po kopulacji. Wazopresyna odpowiada za pamięć, więc wydaje się, że my po prostu pamiętamy historię, łączymy przyjemne przeżycie z konkretną osobą. Zresztą jedna z amerykańskich seksuolożek dawała taką radę: jeżeli nie chcesz się zakochać w facecie, z którym się kochasz, to z nim nie śpij, tylko zaraz po stosunku wyjdź. Bo jak zaczniesz z nim sypiać… Wspólne łoże jest bardzo ważne. Bliskość cielesna służy tworzeniu więzi, uwalnia się przy niej oksytocyna (tzw. trust hormon), która daje poczucie bezpieczeństwa i zaufania. Ale oczywiście to nie wystarcza, w głowie musi jeszcze powstać uczucie. Bo to, że znamy mechanizm biochemiczny, w żaden sposób nie degraduje naszej psychiki.
Morał z tej historii byłby taki, że potwierdza się – przynajmniej co do kwestii trwałości więzi – obecna w chrześcijaństwie intuicja, że istotniejsze znaczenie ma miłość przekraczająca wymiar czysto erotyczny (czy emocjonalny) i kierująca się ku altruizmowi. A to przecież niebagatelne w stosunku do tego, co dziś nazywać zwykliśmy „jakością życia”. Z chrześcijańskiego punktu widzenia wydaje się to kluczowe: chodzi nam przecież zwłaszcza o więzi, które mogą mieć potencjalnie nieskończoną trwałość – eschatologiczne otwarcie zachowuje tu swoje znaczenie. Miłość daje szansę na relacje sięgające w wieczność.