Franciszek Retman – rocznik 1944, wzrost: 176 cm, waga: 66,2 kg.
Everyman lat 60.: człowiek z prowincji, który w stolicy studiuje fizykę. Nie ma cienia wątpliwości, że pogłębiana nauka pozwoli odpowiedzieć na nurtujące go pytania. Kolejne życiowe doświadczenia – nieszczęśliwa miłość, tragiczna śmierć przyjaciela, małżeństwo, ojcostwo, praca – sprawiają, że jego wiara w potęgę nauki słabnie, a zamiast odpowiedzi pojawia się coraz więcej pytań.
To zarys fabuły filmu Krzysztofa Zanussiego z 1973 r. W dokumentalnych scenach Iluminacji występują naukowcy, w tym prof. Władysław Tatarkiewicz, który objaśnia znaczenie tytułowego słowa. Odwołuje się do św. Augustyna, według którego jest to stan, gdy człowiek posiadający „czyste serce” zyskuje dostęp do wiedzy w sposób nagły, bez pośrednictwa zmysłów i rozumu.
Jednym z konsultantów naukowych Iluminacji jest dr Jerzy Vetulani – jego nazwisko pojawia się w czołówce filmu.
Znajomość braci Vetulanich z Krzysztofem Zanussim zadzierzga się w 1960 r., kiedy przyszły reżyser przyjeżdża z Warszawy do Krakowa, by studiować na UJ filozofię w wydaniu niemarksistowskim, z gwiazdorskimi wykładami Romana Ingardena. Na jednym roku spotyka się z Jankiem; lubią się, uczą się razem do egzaminów w mieszkaniu przy pl. Wolności. Tam Zanussi poznaje się z Jerzym.
W USA, na olimpie
Konsultację do Iluminacji Zanussi proponuje Vetulaniemu, gdy ten jest przed habilitacją i u progu kariery w Stanach Zjednoczonych. Jego nazwisko wkrótce usłyszy naukowa międzynarodówka.
Dzieje się to za sprawą prof. Fridolina Sulsera, który zasłynie z odkrycia mechanizmu działania dezypraminy, substancji stosowanej jako lek przeciw depresji. Vetulani zna jego prace, podziwia go i chciałby z nim pracować. Szczęśliwie się składa, że Jacek Spławiński, znajomy z Zakładu Biochemii w Instytucie Farmakologii, przebywa wówczas na Uniwersytecie Vanderbilta i rekomenduje Vetulaniego Sulserowi.
Zanim jednak ten osiadły w Ameryce Szwajcar podejmie decyzję o przyjęciu do swojego zespołu Polaka o włosko brzmiącym nazwisku, przylatuje do Krakowa, by poznać go osobiście. Więcej – jedzie do Łopusznej, gdzie Vetulani jest na wakacjach. Obaj nie marnują czasu, rozmawiają nie tylko o sprawach naukowych. Jerzy pokazuje Sulserowi Auschwitz – „czarną dziurę” bólu na mapie Polski. W milczeniu wędrują wśród opustoszałych baraków; dla Vetulaniego to też pierwsza wizyta na terenie byłego obozu koncentracyjnego. Jest wstrząśnięty.
Wyzna: „Do tego stopnia, iż strasznie się z Sulserem spiliśmy, by jakoś odreagować”.
W 1973 r. Vetulani leci do Stanów, do Nashville. Zaczyna pracę na Uniwersytecie Vanderbilta jako research associate (pracownik naukowy), ale już po trzech miesiącach odbiera list z informacją o awansie na associate professor (adiunkt). W uzasadnieniu jest napisane: „Za agresywne zachowanie na seminariach”.
W Polsce za Jerzym ciągnie się opinia przemądrzałka czytającego wszystkie periodyki naukowe, sypiącego z rękawa nowinkami, bez pardonu wcinającego się w słowo osoby, która czyta referat. W kraju nad Wisłą ten ekspansywny styl budzi irytację, w stanie Tennessee: podziw.
O tym, co było głównym tematem pracy w USA, Vetulani opowiadał Andrzejowi Kobosowi: „W kierowanym przez Fridolina Sulsera w Zakładzie Farmakologii Uniwersytetu Vanderbilta próbowano badać wpływ leków antydepresyjnych na generacje wtórnego przekaźnika, cyklicznego AMP. (…) Było już wiadomo, że leki antydepresyjne zwiększają aktywność układu noradrenergicznego i że depresja jest wynikiem jego braku. Badania na świnkach morskich wykazały, że jeżeli poda się lek antydepresyjny, to natychmiast wzrasta poziom cyklicznego AMP.
Jedynym kłopotem było, że leki antydepresyjne nie działają od razu. Przykładowo, jeżeli ktoś jest w ostrym ataku schizofrenii, to gdy poda mu się dużą dawkę chloropromazyny, nie jest wprawdzie wyleczony, ale objawy mijają w ciągu kilkunastu minut. Podobnie jest ze zwykłą tabletką na ból głowy. A z lekami antydepresyjnymi jest zaś tak, że jeśli ktoś wpada w depresję, to trzeba przynajmniej dwóch albo trzech tygodni regularnego podawania leków, żeby pacjent wyszedł z niskiego nastroju i wrócił do normy. Jeżeli nie poda mu się leków, to może być na takim niskim poziomie przez długi czas i skończyć samobójstwem.
###banner###
W Vanderbilt University (…) Fridolin Sulser, (…) zaproponował mi dalsze zbadanie tego właśnie bardzo wtedy modnego cyklicznego AMP. Zaproponował mi, abym zobaczył, co się stanie, gdy ten lek zaczniemy podawać chronicznie. (…)
Wymyśliliśmy – i sądzę, że miałem w tym duży udział – hipotezę tzw. down-regulation, tzn., że działanie leków antydepresyjnych polega na obniżeniu reaktywności układu adrenergicznego – konkretnie: beta-adrenergicznego – w mózgu. Myśleliśmy, że część mózgu, która jest ważna dla depresji, to część odpowiadająca za emocje, badaliśmy więc przodomózgowie limbiczne. Na szczęście, w przodomózgowiu znajduje się część kory mózgowej, a najsilniejsze zmiany down-regulacyjne zachodzą – jak się później okazało – właśnie w korze mózgowej.
Pracę opublikowaliśmy w »Nature«. Potem sprawdziliśmy naszą teorię na lekach z innych grup. Prawie wszystkie znane wtedy leki antydepresyjne powodowały beta down-regulation. Okazało się, że leki antydepresyjne rzeczywiście działają przez zmniejszenie reaktywności układu beta-adrenergicznego. Potem ukazały się prace wykonane na zwłokach ludzkich, gdzie stwierdzono, że ludzie z depresją mieli w pewnych częściach mózgu nadmierną aktywność receptorów beta-adrenergicznych.
Nasza hipoteza chwyciła; była tak prosta, że mogli ją zrozumieć psychiatrzy. To właściwie zrobiło mi nazwisko. Przez pewien czas była to hipoteza obowiązująca. Następnie oczywiście przyszły nowe leki. Niektóre z nich nie powodowały beta down-regulation, ale okazało się, że powodują zwiększenie alfa-regulacji. Zaczęto patrzeć, co dzieje się z innymi układami neuroprzekaźnikowymi. W tej chwili można powiedzieć, że receptorowa beta down-regulation nie jest głównym mechanizmem działania antydepresyjnego, natomiast cała hipoteza miała to, co każda dobra hipoteza mieć powinna, tzn. jej obalenie oznaczało dalszy duży skok do przodu. Była to w każdym razie pierwsza hipoteza, która zwracała uwagę na to, że leki antydepresyjne powodują w mózgu zmiany adaptacyjne do obecności tych leków. To jest coś, co do dzisiaj pozostaje niewzruszoną prawdą”.
Artykuł, o którym wspomina Vetulani, nosi tytuł Action of various antidepressant treatments reduces reactivity of noradrenergic cyclic AMP-generating system in limbic forebrain (Działanie różnych leków antydepresyjnych redukuje reaktywność cyklicznego systemu noradrenergicznego, produkującego adezynofosforany w przodomózgowiu limbicznym). Zostaje opublikowany 9 października 1975 r. w „Nature” – olimpie czasopism naukowych.
Przez kilka lat ta praca jest podwaliną do zrozumienia skuteczności leczenia antydepresyjnego i stosowanych w nim leków.
Lata 60. i 70. to postęp w badaniu biologicznych efektów leków – powstają najważniejsze preparaty stosowane w leczeniu depresji i schizofrenii, co rewolucjonizuje terapię tych zaburzeń psychicznych, łagodząc cierpienie pacjentów.
Za oceanem otwierają się perspektywy kariery naukowej Vetulaniego.
Zamykają się po cichutku w 1975 r., kiedy umiera jego matka.
Jerzy nie chce zostawiać ojca samego w Polsce. Do Krakowa wraca w 1975 r.
Pół roku później umiera Adam Vetulani.
Jerzy nie ma możliwości powrotu do Stanów.
Poławiacz pereł
W 2016 r. Anna Kaplińska zapytała Vetulaniego: „Gdyby tak metaforycznie powiedzieć, co w pana życiu było tą perłą, po którą udał się pan w głębiny?”. Odpowiedział: „Zapewne była nią publikacja moich odkryć w »Nature«. To obiektywnie były perły – nowa hipoteza, która wzbudziła zainteresowanie w świecie uczonych. (…) To była właśnie ta chwila. Nagle byłem gwiazdą w Stanach i pewnie bym szedł taką drogą, gdyby nie to, że ze względów emocjonalnych musiałem wrócić do Polski. Przyjechałem dla mojego ojca, żeby być przy nim, kiedy mama odeszła. To była dobra decyzja i dla mnie, i dla niego. Więc gdzie właściwie są te perły? Chyba są wszędzie, tylko trzeba ich szukać, bo się bardzo kryją”.
Vetulani wraca do Instytutu Farmakologii. W 1976 r. domyka rozpoczęty przed wyjazdem do Stanów przewód habilitacyjny i zostaje powołany na stanowisko kierownika nowo powstałego Zakładu Biochemii w Instytucie Farmakologii PAN.
Ma 40 lat.
Od tego momentu – obok pracy naukowej skupiającej się na poszukiwaniach leków przeciwdepresyjnych oraz antypsychotycznych, pomagających osobom dotkniętym schizofrenią – zajmuje się zarządzaniem zespołem ludzi. Czasem robi to bezkompromisowo.
W 1989 r. jest już profesorem zwyczajnym. A sześć lat wcześniej, jeszcze jako świeżo mianowany profesor nadzwyczajny, otrzymuje międzynarodową Nagrodę Anna Monika II klasy, ufundowaną przez Petera Rehma, majętnego Niemca, syna Anny oraz ojca Moniki (stąd nazwa), za badania nad mechanizmami działania elektrowstrząsu.
Drugim nagrodzonym jest Haim Belmaker, neurofarmakolog z USA, syn Żyda z Błonia, który wyjechał z Polski z rodziną tuż przed II wojną światowa.
Vetulani z Belmakerem poznają się, zanim zostaną laureatami Nagrody Anna Monika, jeszcze na kongresie naukowym w Kopenhadze, na który Jerzy przylatuje dwa dni przed rozpoczęciem. W recepcji okazuje się, że jest problem z jedynką. Obsługa pyta, czy zgodzi się przez dwa dni dzielić pokój z prof. Belmakerem. Jerzy nie widzi problemu, zostawia bagaże w pokoju i pędzi do kina na Kaligulę, „o którym jest wówczas głośno między innymi z powodu ostrych scen seksu”.
Po seansie wraca do pokoju hotelowego, gdzie spotyka się z Belmakerem. Traf chce, że on również wraca z seansu filmu Tinta Brassa.
A kino ludzi zbliża.
Z Kaliguli rozmowa meandruje na wątki ojczyźniane. Belmaker poleci Vetulaniemu książkę This Is My God Hermana Wouka. „Dzięki niej zacząłem rozumieć żydowskie państwo” – wyzna Vetulani. Zrewanżuje się rekomendacją Poland Jamesa Michenera.
Po dwóch dniach menedżer hotelu informuje Vetulaniego, że zwolnił się dla niego pokój. Z Belmakerem zgodnie komunikują: dziękujemy, będziemy dalej mieszkać razem.
Na trzeci dzień Belmaker dostaje telefon z Izraela. Po zakończonej rozmowie mówi Vetulaniemu, że otrzymał dwie dobre wiadomości: pierwsza jest taka, że umarła jego siostrzenica, która niedawno przyszła na świat. „To dobra wiadomość?!” – dopytuje Jerzy. „Tak, bo ona urodziła się z bardzo ciężkimi wadami rozwojowymi. A gdyby żyła dłużej niż sześć tygodni, to musiałbym – jako ortodoksyjny żyd – obchodzić długą żałobę, ponad pół roku. A to jest bardzo uciążliwe” – wyjaśni Belmaker. Druga dobra wiadomość jest zaś taka, że dostał Nagrodę Anna Monika, o którą Vetulani też się wówczas ubiega. Jerzy szczerze się z drugiego wydarzenia cieszy. Gdy wróci do Polski, dowie się, że jemu również przyznano tę nagrodę.
By nagrodę odebrać, Vetulani musi mieć zgodę ambasadora PRL w Szwajcarii. Pisze stosowne pismo, na które nie przychodzi odpowiedź. Zniecierpliwiony, dzwoni do jednego z głównych szefów fundacji Anna Monika, ten telefonicznie łapie polskiego ambasadora na wakacjach i nakłania do napisania glejtu, którego sens brzmi: Vetulani może przyjąć tę nagrodę. Jerzy w ostatniej chwili dostaje wszystkie pozwolenia i jedzie na uroczystości do St. Moritz. Tu spotka Belmakera.
„On nie wiedział, że też ubiegałem się o Annę Monikę, a widział w Kopenhadze, jak naprawdę bardzo się ucieszyłem i mu serdecznie pogratulowałem, gdy otrzymał wiadomość o jej przyznaniu. Dla niego, psychiatry, było to dowodem prawdziwej wiarygodności”.
Anna Monika ma dwa wymiary: prestiżowy i finansowy. Laureaci z zachodnich krajów odbierają czeki, tylko Vetulaniemu zostaje wręczona gruba brązowa koperta z 10 tys. dolarów w pięćdziesięciodolarowych banknotach.
Dla Jerzego to gigantyczna kwota. Dla porównania: po czarnorynkowym kursie zarabia ok. 20 dolarów miesięcznie.
Część pieniędzy zostawia w szwajcarskim banku, część przywozi do Krakowa. W Szwajcarii kupuje jeszcze narty, dziś nieużyteczne i smętnie oparte o ścianę piwnicy przy pl. Inwalidów. Urządza w domu wystawne przyjęcie.
Pracownikom rozdaje dolary z nagrody: 50 dolarów idzie dla sprzątaczki – wówczas to podwójna pensja adiunkta; po kilkaset dolarów przeznacza dla najbliższych współpracowników; dwie panie docent dostają po 1000 dolarów.
„Dlaczego tak to podzieliłem? Zawsze opowiadałem się przeciw urawniłowce. Więc gdy jako kierownik Zakładu dawałem premie, to w różnej wysokości, ale z pełnym uzasadnieniem, dlaczego tak robię. Ludzie się trochę krzywili, jednak akceptowali moje zasady”.
Ludzie się krzywili też z innego powodu. Jerzy Vetulani zagrał wyłącznie na siebie, nie wymienił w pracy nazwisk naukowców ze swojego zespołu, mających w nią ogromny wkład. Tego rodzaju decyzji w niepamięć się nie puszcza.
Uwaga, szef
Z prof. Ireną Nalepą, kierowniczką Zakładu Biochemii Mózgu, przez ponad 30 lat współpracowniczką Jerzego, rozmawiam w jej gabinecie przy ul. Smętnej. Na ścianie wisi obraz namalowany przez Tomasza Vetulaniego.
– Tomek podarował mi go po śmierci Jerzego, gdy zabierał z gabinetu ojca swoje obrazy – wyjaśnia prof. Nalepa. – A jak wchodzi się do instytutu, też wisi obraz Tomka. Jurek z syna był dumny.
Nalepa wraca w naszej rozmowie do początków: w listopadzie 1985 r. w gazecie czyta ogłoszenie, że Zakład Biochemii poszukuje na stanowisko adiunkta kogoś z jej wykształceniem. Zgłasza się do dyrektora, a ten odsyła ją na interview do kierownika, mówiąc, że to on podejmuje decyzje. Idzie więc do kierownika, którym okazuje się Jerzy Vetulani.
Pierwsze wrażenie: osoba nadpobudliwa. Mówi, zlecając coś swoim pracownikom i odbierając telefony. Przeprasza na moment, wylatuje do innego pokoju, wraca i przechodzi do konkretów. Bo Vetulani to człowiek konkretny: stawia konkretne pytania i oczekuje konkretnych odpowiedzi.
I zyskuje przy dalszym poznaniu – najpierw wydaje się zasadniczy i despotyczny.
Mówi Nalepie, że po niej, jako biochemiczce, spodziewa się wprowadzenia nowej linii badań, by wzbogacić te, które rozpatrują poziom behawioralny i receptorowy. Jest to typowe wrzucenie na głęboką wodę – metoda, którą profesor stosuje wobec przyjmowanych pracowników. W żartach dodaje, że dzięki niej „albo wypłynie, albo się utopi, a potem się zobaczy”. Na dzień dobry jeszcze ustala zasady savoir-vivre: ze wszystkimi jest po imieniu i to samo proponuje Nalepie. Ona ochoczo to akceptuje, dopiero później orientuje się, że ten „układ” bywa jednostronny: nie wszystkim wychodzi „tykanie” szefa.
W styczniu 1986 r. Nalepa rozpoczyna pracę w Zakładzie Biochemii. Zespół jest młody, więc pojawiają się problemy domowe wynikające z tego etapu życia, w tym te cyklicznie powtarzające się, czyli chorujące dzieci. Vetulani nigdy nie robi problemu, gdy trzeba wziąć opiekę, lecz nie odmawia sobie i dorzuca: „No dobrze, choruje ci dziecko i nie wiesz, co z tym zrobić? Przecież jesteś farmakologiem, to jest tylko kwestia dawki”.
W parze z wyrozumiałością idzie niecierpliwość: wszystko ma być gotowe na wczoraj. Odpuszcza, gdy spokojnie wytłumaczy mu się, że to fizycznie niemożliwe. Vetulani nie ma zapędów dyktatorskich, skłonności do tego, by zdominować pracownika. Wścieka się o głupoty. Na przykład o to, że zacinają się drzwi. Kopie, klnie, szarpie klamką. Cały zakład ryczy ze śmiechu, ale po kątach, bo to przecież szef. Po jednym takim wystąpieniu jego ówczesna sekretarka, Edyta Kukiełka, wiesza obrazek lwa czającego się do skoku, podpisany: „Uwaga, szef”.
Po kilku dniach powtarza się akcja z drzwiami. Vetulani wypada wściekły ze swojego gabinetu, widzi lwa, podpis i… wybucha śmiechem. Ciśnienie tak szybko mu spada, jak szybko rośnie.
Przeszkód na drodze nie lubi również ze względu na pracowitość; na bzdury tracić czasu nie ma zamiaru. Potrafi równocześnie robić kilka rzeczy naraz, tak jak wtedy kiedy przyjmuje Nalepę do pracy.
Nalepa twierdzi, że Vetulani jest przykładem na idealną przerzutność uwagi. Co to znaczy? Test na przerzutność uwagi wykonuje się szczurom w czasie badania leków.
Jerzego przerzutność uwagi jest dopracowana do perfekcji.
I nigdy nie odbija się na jakości pracy. Lecz odbija się na czasie jej wykonywania. Gdy Jurka czynność nuży, mówi: „Muszę wziąć się za coś innego, bo w tej sprawie nie myślę”. W tym tkwi metoda opierająca się na maksymalnym wykorzystaniu przez człowieka potencjału: intelektualnie jest on wydajny wyłącznie wtedy, gdy to, co robi, budzi w nim zainteresowanie.
Nalepa poznaje Vetulaniego, gdy ten jest już po pięćdziesiątce. A to moment w życiu kiedy człowiek łagodnieje. Koledzy pracujący z nim wcześniej wspominają go jako osobę trudną do zniesienia: agresywną w formułowaniu pytań, potrafiącą dyskutanta zmiażdżyć, ośmieszyć i wykpić. Mówiąc krótko: wcześniej Vetulani ma skłonność do tego, by się nad kimś zwyczajnie pastwić.
Świetnie rozumie i zawsze podkreśla wagę doświadczeń zawodowych zdobytych podczas zagranicznych staży naukowych. Powtarza, że w ich specjalności każdy po uzyskaniu doktoratu obowiązkowo powinien spędzić przynajmniej rok w zagranicznym laboratorium.
To dzięki Jurkowi Nalepa leci do Stanów, do labu Fridolina Sulsera. Jest jego ostatnią stypendystką – wkrótce przechodzi on na emeryturę. Fridolin ma podobne poczucie humoru do Vetulaniego. Kiedyś mówi do Ireny: „Świetnie się wszystkich rzeczy nauczyłaś, ale widzisz, jakiego ci nauczyciela dałem”. (Ma na myśli swojego kolegę). Nalepa na to: „Wiesz co, Fridolin, nie wystarczy mieć dobrego nauczyciela, trzeba być jeszcze świetnym uczniem. I to jestem ja”.
Vetulani powtarza jak pacierz: prawdziwy uczony nie może zakochiwać się we własnych teoriach – musi być gotowy, by je zweryfikować.
Nalepa daje przykład:
– Uzyskaliśmy zespołową nagrodę Wydziału Nauk Medycznych PAN, a wyniki doprowadziły nas do stwierdzenia, że beta down-regulacja nie jest warunkiem koniecznym i charakterystycznym dla przeciwdepresyjnego działania leków, jak sądzono w latach 70. i 80. XX w. W szczególności potwierdził to wynik, że citalopram, uważany za najskuteczniejszy lek przeciwdepresyjny z grupy selektywnych inhibitorów wychwytu zwrotnego serotoniny, nie powoduje beta down-regulacji, ale efekt wręcz przeciwny. Jurek zupełnie nie przejął się faktem, że te wyniki spowodowały zawężenie słuszności wcześniejszej teorii jego i Sulsera. Nawiasem mówiąc, Fridolin Sulser był mniej entuzjastyczny wobec naszych publikacji. Lecz Jurek cenił samodzielność myślenia.
Dlaczego Vetulani nie dostał Nobla?
Piotr Popik jest profesorem w krakowskim Instytucie Farmakologii im. Jerzego Maja PAN. Zajmuje się poszukiwaniem nowych leków przydatnych w leczeniu zaburzeń psychicznych.
Z profesorem spotykam się kwietniu 2019 r. w redakcji „Tygodnika Powszechnego” przy ul. Wiślnej 12. Siedzimy na sofach w tzw. gabinecie Turowicza. Przez okno wpada strużka zimnego światła, jest wczesny poranek. Prof. Popik zachowuje wobec mnie rezerwę, nie jest pewny, czy chce, bym nagrywała na dyktafon jego wypowiedzi. Z góry zakłada, że nie będę w stanie opowiedzieć o złożonej osobowości człowieka, którego nazywa swoim mistrzem.
Rozmawiamy blisko trzy godziny przy włączonym dyktafonie.
Popik studia medyczne rozpoczyna w 1981 r. w szczecińskiej Pomorskiej Akademii Medycznej. Już na trzecim-czwartym roku medycyny rozumie, że bardziej ciekawi go prowadzenie badań naukowych niż bycie praktykującym lekarzem. W tamtych czasach nie jest to postawa powszechna – studiować medycynę i porzucić powołanie lekarskie? Ale ciekawią go zagadnienia z pogranicza psychiatrii i neurologii, dużo czyta, uczy się języka angielskiego. Ma sporo pomysłów, szczególnie dotyczących badań nad farmakologicznym usprawnianiem pamięci. Szuka też lekarzy, naukowców, u których mógłby te zainteresowania realizować.
Wśród różnych lektur trafia na wykład o biochemii mózgu prof. Jerzego Vetulaniego z Instytutu Farmakologii PAN. Mniejsza z tym, że sam wykład jest interesujący – wynoszący się ponad i poza ówczesną rzeczywistość. Popika najbardziej uderza to, że wykład kończy się stwierdzeniem: bez wolności nauka, a szczególnie nauka w Polsce, nie może się rozwijać.
Rzecz się dzieje tuż po stanie wojennym, zmarnowanym przez juntę Jaruzelskiego czasie i nadziejach. Takie stwierdzenie popularyzatora nauki robi na studencie piorunujące wrażenie. Popik pisze list do Jerzego, że chce badać farmakologię pamięci. Odpowiedź przychodzi natychmiast: przyjeżdżaj, pogadamy. Kilka dni później puka do drzwi przy ul. Smętnej 12. Jest wiosna, a 48-letni wówczas profesor siedzi przy maszynie do pisania. „Pan zaczeka – mówi – piszę swój nekrolog”. „Nekrolog? Umiera pan?” – docieka Popik. „Nie umieram, ale piszę, ponieważ nikt tak dobrze jak ja nie wypunktuje moich dokonań, a nie chcę, by o nich zapomniano. Piszę na wszelki wypadek, pan zaczeka, już kończę”.
Do dziś Popik nie wie, ile w tym było autoironii, ale wie, że zdolność do szokowania nie opuściła go nigdy.
Vetulani zgadza się przyjąć Popika na czwarty rok.
W sumie to fatalny czas – lata 80. są niesłychanie trudne dla naukowców usiłujących dotrzymać kroku kolegom z Zachodu. Wszystko w bloku wschodnim jest sterowane przez władzę arbitralnie rozdzielającą pieniądze na instytucje badawcze.
Popik podziwiał w Vetulanim otwartość na nowe technologie. Jako pierwszy w instytucie, a może i w Krakowie, posiada on komputer osobisty (amstrada z dyskiem Winchester), a potem peceta. Uczy się przygotowywać prezentacje, dokonywać obliczeń statystycznych, rysunków na komputerze. W tamtych latach nie ma programów statystycznych, a rysunki wykonuje się ręcznie, tuszem na kalce. Dla wielu innych profesorów komputery, poczta elektroniczna, a nawet faks są niewartymi uwagi zabawkami technicznymi.
Pytam prof. Popika o to, co nie daje mi spokoju: dlaczego Vetulani nie otrzymał Nagrody Nobla? Przecież przeprowadził pionierski i niepodważalny dowód na biochemiczne zmiany w układzie nerwowym wywoływane przez leki stosowane w leczeniu depresji, jeden z niewielu powszechnie powtarzalnych do dzisiaj efektów podania substancji psychoaktywnej.
– Czy to odkrycie nie było aż tak przełomowe w stosunku do innych ważnych odkryć? – zastanawia się na głos prof. Popik. – Trudno powiedzieć. Moim zdaniem było. Natomiast Nagroda Nobla uzależniona jest również od polityki naukowej i zdarza się, że otrzymują ją ci badacze, którzy nie są autorami przełomowych odkryć, tylko są mocniej osadzeni w rozmaitych układach. Podobnie jak z wieloma innymi zaszczytami.
Ale przecież każdy prawdziwy naukowiec marzy o tej nagrodzie… Prof. Phil Skolnick, mój szef na stażu podoktorskim w NIH w Stanach, zwykł mawiać: „Wiesz co, nie mogę teraz odejść od telefonu, bo jakby zadzwonili ze Sztokholmu, to bym nie odebrał”. Jasne, że to był żart, lecz podszyty prawdziwym oczekiwaniem. W środowisku naukowym istnieje taka sama rywalizacja jak wśród sportowców czy literatów.
Poza tym Jerzy nie był przykładem mrówczo pracującego naukowca, który wszystko odrzuca i skupia się na jednym temacie. Przeciwnie, interesowało go naraz tysiące rzeczy. A w neurobiologii, podobnie jak w każdej dziedzinie nauki, wielkie sukcesy osiągają ludzie, którzy są w stanie odrzucić istotną część życia i skoncentrować się na jednym temacie, doprowadzając go do końca. Steve Jobs mawiał: „Jak chcesz coś osiągnąć, to się skoncentruj na jednej sprawie”. Wcześniej pracował nad wieloma nowymi technologiami. Ale w pewnym momencie powiedział: „Nie, robimy jedną rzecz: iPhone’a”.
Dla rozwoju Zakładu Biochemii nie było korzystne to, że Jerzy zajmował się jedocześnie wieloma sprawami: redagowaniem czasopisma „Wszechświat”, wypowiedziami dla niezliczonych czasopism, pisaniem książek popularnonaukowych, wywiadami w telewizji. Niektórzy mówili, że otwierają lodówkę, a tam wyskakuje Vetulani mówiący o pigułkach na pamięć lub seksie seniorów. Znał się na wszystkim!
A to wykładał dla firmy farmaceutycznej, a to dla uniwersytetu trzeciego wieku. Zazdrosne środowisko zaczęło komentować: „W naukometrii Vetulani ma słabe wskaźniki, a w mediach wypowiada się na wszelkie tematy!”. Pewna pani profesor z Warszawy wręcz powiedziała: „Jerzy był u nas z kompletnie nietrafionym wykładem o wpływie sztuki na naukę”. Środowisko nie lubiło Jerzego w roli celebryty – zupełnie niesłusznie, ponieważ jak nikt inny popularyzował trudne zagadnienia z pogranicza neurobiologii i psychiatrii. I czynił to doskonale!
Bywało, że wkurzali go słuchacze, którzy nie dostrzegali piękna wykładu. Jerzy kończy wykład, padają pytania z sali. „Pan profesor powiedział przed chwilą, że wenlafaksyna działa trochę inaczej niż fluoksetyna. Dlaczego?” – pyta Vetulaniego pewna pani doktor. „Pani nie zrozumiała! Pani się w ogóle nie powinna wypowiadać, niech pani siada, niech pani głupot nie mówi”. I nastała cisza. Wielki pan profesor skarcił małą panią doktor…
Kiedy guru naukowy nagle robi się celebrytą, to szukasz usprawiedliwienia dla tej metamorfozy. W pewnym momencie zrozumiałem, że naukowe środowisko neurobiologów potrzebowało takiego głosu. Bo my tu sobie możemy mówić o badaniach nad depresją, lecz jeśli autorytet powie w gazecie kobiecej: „Jedzcie pigułki, one nie trują, nie zmieniają w zombie, tylko poprawią jakość życia psychicznego”, informacja zaczyna rezonować. Dopiero wtedy sukces naukowca szczurzego może przełożyć się na społeczne dobro.
Rzecz godna człowieka
Vetulani publikuje ok. 240 prac oryginalnych, 100 poglądowych, 300 doniesień zjazdowych, 27 rozdziałów w książkach.
Wypromuje dziewięciu doktorantów i czterech doktorów habilitowanych, potem profesorów Andrzeja Pilca, Lucynę Antkiewicz-Michaluk, Irenę Nalepę, Piotra Popika.
W czerwcu 2008 r. Vetulani otrzymuje tytułu doktora honoris causa Uniwersytetu Medycznego w Łodzi. Profesor Jolanta B. Zawilska w trakcie uroczystości przemawia: „Mierny nauczyciel mówi. Dobry nauczyciel tłumaczy. Bardzo dobry nauczyciel pokazuje. Ale tylko mistrz inspiruje swoich uczniów do kreatywnego działania”.
W rankingu opracowanym przez badaczy z Uniwersytetu Stanforda, opublikowanym w październiku 2020 na łamach „PLOS Biology”, uwzględniającym niemal 160 tys. najlepszych naukowców na świecie (w tym 726 naukowców z Polski) Jerzy Vetulani zostaje sklasyfikowany na 118 412. pozycji. Ranking ocenia dorobek naukowy na podstawie indeksu bibliometrycznego, z uwzględnieniem takich kryteriów, jak: indeks Hirscha, liczba cytowań, Impact Factor, miejsce i rola na liście autorów.
Sam Vetulani wyznaje: „Od zawsze wiedziałem, że chcę być uczonym. Że rzeczą godną człowieka jest pracować na uniwersytecie i odkrywać tajemnice przyrody. Praca naukowa to nie było objawienie, to nie była zmiana kierunku życiowego (poza pierwszym moim marzeniem, żeby być nurkiem i poławiaczem pereł). To było z natury, z domu”.
Skróty i śródtytuły pochodzą od redakcji.
Fragment książki „Vetulani. Piękny umysł, dzikie serce.” Książka ukaże się w kwietniu nakładem Znaku Horyzont.