Subskrybuj
(fot. Łukasz Giza / Agencja Gazeta)
Pisarz, muzyk, fotograf i rysownik ziemniaków. Za prozy Psy pociągowe (2011) i Pod słońce było (2014) był nominowany do nagród Gdynia oraz Silesius. Grał w zespołach AGD, Pustki i Indigo Tree. Książka pt. Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek zawędrowała...

Jak zapytać samotność, gdzie są jej koledzy?

Samotność starzeje się dwa razy szybciej niż człowiek. Dlatego w dzieciństwie jest w stanie się nami opiekować. Moja urodziła się rok przede mną. Zrobiła to tylko dlatego, żeby móc być przy mnie w najważniejszych momentach życia.

Kiedy w moje pierwsze urodziny zaczynałem chodzić, samotność wprawnie trzymała mnie pod pachami, żeby pomóc mi dźwigać ciężką zasikaną pieluchę. Pokazywała, jak wygląda równowaga. Dzięki niej upadałem tak, żeby uszczerbki na zdrowiu były jak najmniejsze. Dlatego nigdy nie miałem wstrząsu mózgu, tylko lekkie zadrapania, nie poparzyłem się wrzątkiem i nie złamałem ręki, spadając z osiemnastu stromych kamiennych schodów w domu mojego kuzyna. Dzięki niej dorastałem w przekonaniu, że jestem twardszy od skały.

Rodzice lubili moją samotność, bo od momentu, w którym ją poznałem, mieli więcej spokoju. Czasami, kiedy wyciągałem plastikowe żołnierzyki i bardzo cicho bawiłem się z nią w wojnę, stawali w drzwiach dziecinnego pokoju i mówili do siebie: „Zobacz, jakiego grzecznego syna mamy. Inni mają rozwrzeszczane bachory, a my urodziliśmy aniołka. Nawet te blond włoski ma jak cherubinek”. Zdarzało się, że całowali mnie w czoło, a ja złościłem się, bo przy okazji deptali po zasiekach lub schowanych między pudełkami czołgach. Nie uważali na żołnierzy, którzy za chwilę mieli po raz piętnasty tego dnia zginąć. Nigdy nie przepraszali, kiedy zniszczyli moją pieczołowicie przygotowaną wojnę. Nie gniewałem się zbyt długo, bo nie miałem pojęcia, dlaczego świat miałby mi robić na złość, skoro jego zadaniem jest dawać to, co najlepsze. To przekonanie wyssałem z mlekiem matki – tak przynajmniej twierdziła.

W sumie kto miał wiedzieć, co ma w pokarmie, jak nie ona. Co ciekawe, mleko w proszku przekazywało tę samą prawdę życiową.

*

Odkąd pamiętam, najskuteczniejszą metodą podrywu była właśnie ona. Samotność.

Już po pierwszych kilku zdaniach dziewczyny głaskały mnie po głowie i współczuły tragicznego losu, jaki mnie spotkał, bo byłem sam jak palec, a przecież urodziliśmy się po to, żeby dzielić wszystkie troski na dwoje. Współczuły mi samotności, której zawdzięczały, że mogły mnie poznać. Dziwiło mnie to, ale ulegałem, bo dzięki temu mogłem czasami pójść z kimś do łóżka, przytulić się, pogadać, a od wielkiego dzwonu odnaleźć w którejś z dziewczyn żonę.

Po zaślepieniu miłością, kiedy zaczynaliśmy wybudzać się z pięknego snu, niektóre z nich przytomniały i mówiły: albo ona, albo ja. Zwykle po krótkim zastanowieniu wybierałem ją. Byłem do niej przywiązany, a je znałem zawsze zbyt krótko. Nie mogły tego pojąć. Trzaskały drzwiami i nigdy więcej się nie spotykaliśmy. Były też takie, którym nie przeszkadzała moja odwieczna towarzyszka życia. Tolerowały ją, kiedy siedziała mi na kolanach i obejmowała za szyję. Nie miały nic przeciwko, kiedy przesiadywałem z nią w zamkniętym pokoju i robiłem nie wiadomo co. Nawet w nocy, kiedy budziłem się wystraszony koszmarem, w którym spadałem do studni bez dna, szukałem w jej objęciach spokoju. To także potrafiły znieść. Jedliśmy śniadania we troje, wyjeżdżaliśmy razem na wakacje, przemycając samotność do hoteli, żeby nie płacić za dodatkowe łóżko i oglądaliśmy nudne filmy, które samotność uwielbiała. Jednak nawet kobiety przekonane, że są dla mnie w stanie znieść wszystko, nie wytrzymywały w trójkącie. Prędzej czy później odchodziły wycieńczone trudami funkcjonowania w haremie. Układały sobie życie od nowa i dzwoniły na święta z życzeniami, nie przejmując się zazdrosnymi mężami, którzy dzięki mojej samotności mieli schrzanione Boże Narodzenie. Dzięki swoim żonom wściekali się na moje życie, chociaż nic o nim nie wiedzieli, ale wiadomo, jak upierdliwi mogą być zazdrośnicy. Eksdziewczyny, którym przypominałem się tylko z okazji świąt, zawsze pytały o kota. Jak żyje? Czy nadal jest taki gruby? Czy zmieniłem mu dietę? I czy obcinam mu pazury? Wiedziałem, dlaczego to robiły. Wredne żmijki. Chciały się zemścić w najbardziej delikatny sposób, jaki umiały. Wiedziały, że moje koty (bo przez całe dorosłe życie przewinęło się ich kilka) miały w dupie samotność i z tego powodu ona ich nienawidziła. Za każdym razem, kiedy sierściuch siadał mi na kolanach, nie było miejsca dla niej. Odstraszyły ją mruczeniem i ciepłem, którym chętnie dzieliły się z moim brzuchem. W takich momentach samotność stawała na głowie, żeby odzyskać swoją pozycję. Straszyła wizjami zawału serca, nadejściem kolejnej nerwicy czy po prostu wyzywała od leni, bo wiedziała, że to mnie dotknie. Umiała wzbudzić wyrzuty sumienia. Wiem, że nie robiła tego złośliwie, tylko ze zwykłej troski o siebie.

*

Żyjąc z samotnością, nigdy nie mogłem o nas powiedzieć „my”, chociaż byliśmy nierozłączni.

*

Pogoń za nią jest uciążliwa, bo samotność za każdym razem zmienia swoją postać. Raz jest niewidoczna w tłumie, raz chowa się między drzewami, a raz zachowuje się tak jak ktoś, kogo bardzo dobrze znamy, i nie można jej odróżnić od oryginału. Dzięki temu nie udawało się ustalić, z kim tak naprawdę rozmawiam. Często przybierała postać nudnych wujków, których spotyka się tylko na pogrzebach, czasami była daleką ciotką z Australii, z którą nie wiadomo o czym gadać, a czasami niewielkim rozczochranym chłopcem wyglądającym jak ja z dzieciństwa. Ścigałem ją, spalając miliony kalorii i męcząc się niemiłosiernie. Wszystko do momentu, w którym uświadomiłem sobie, że można ją dogonić tylko w jeden sposób – uciekając. Wtedy ona zaczynała mieć problem. Trudno jej było odróżnić mnie od zasłaniającej wszystkie istotne sprawy rzeczywistości. Łaziła za mną wściekła krok w krok, a ja robiłem się spokojny, bo wiedziałem, że dzięki złości jest w stanie zadbać o siebie i o mnie.

###banner###

Po czterdziestych urodzinach nasza relacja uległa zmianie. Zacząłem się bać, kiedy nie było jej obok, czyli w tych krótkich momentach, w których mój gruby kot leżał mi na kolanach. Głaskałem Zazou, ale już nie tak spokojnie jak kiedyś. Chwile z nim nie przynosiły wytchnienia i odpoczynku. Bałem się, że go stracę, i dzięki temu samotność przylgnie do mnie jak pośliniona gumowa przyssawka z haczykiem, na którym wiesza się ścierki w kuchni. Tylko dlaczego w tym momencie? Dlaczego teraz? Przecież już pogrzebałem Mruczka, Szarego, Masełko i Ozziego. Powinienem się przyzwyczaić do odchodzenia i tych krótkich momentów, w których żadnego kota nie było pod ręką. Przecież jeżeli człowiek robi się starszy, powinien stawać się mądrzejszy i uodporniony na odchodzenie i umieranie. Widocznie ja dziecinniałem. Bałem się, że kiedy Zazou zdechnie, zostanę sam, chociaż miałem świadomość, że jestem samotny od wielu lat. Czy tak wygląda kryzys wieku średniego?
Czyżby samotność mi się znudziła i gnany siłą popędu starzenia (wiem, co mówię, istnieje taka żądza), szukałem młodszej, bardziej atrakcyjnej i bardziej kochanej samotnościuni? Takiej z długimi paznokciami, mniejszymi zmarszczkami, jędrnymi piersiami i której nigdy wieczorem nie boli głowa? Czyżbym na starość robił się aż tak łatwy?

*

Samotność najlepiej miesza się z alkoholem. Wstrząśnięta czy odkapslowana – zawsze smakowała dobrze. Gdy piła piwo, przestawała być oddzielnym bytem, tylko zlewała się ze mną w całość. Razem płakaliśmy, snuliśmy plany na beznadziejną przyszłość i ustalaliśmy, kto ma zająć jaką pozycję, żeby wszystko się nie powiodło. Zasypialiśmy w ubraniach na niepościelonym łóżku, a rano przez chwilę staraliśmy się nie zauważać siebie nawzajem, żeby móc przyzwyczaić się do wstydu związanego ze zbyt śmiałymi wizjami przyszłości wymyślanymi po pijaku. Myliśmy zęby w ciszy i z ciężkim oddechem jechaliśmy do pracy, którą musieliśmy przetrwać tylko po to, żeby przeżyć. No cóż, tak czasami wygląda sens życia – pocieszałem się, spoglądając co pięć minut na zegarek.

*

Żeby spotkać wieczność, pierwszy krok musisz zrobić ty, a później jakoś leci. Samotność trzymała mnie za rękę, kiedy pijany starałem się wdrapać na barierkę mostu. Jaki ty jesteś uczuciowy, jaki jesteś wrażliwy i delikatny. Jesteś jak młody Werter albo Kordian – szeptała mi na ucho, kiedy niewprawnie gramoliłem się na przęsło. Metal był wilgotny, poślizgnąłem się i nagle wszystko się zmieniło. Most zrobił się irracjonalny, irytująca była pod nim rzeka, wkurzający był człowiek, który przebiegał przez ulicę, żeby udaremnić mi skok, żenująco wiał wiatr. Wszystko połączyło się w całość jak podczas jakiegoś gównianego oświecenia. Wytarłem wilgotne ręce o spodnie i zrezygnowałem z poznania wieczności. Wydawało mi się kurewstwem tak bez wyraźniej przyczyny wymienić kochaną samotność na atrakcyjną wieczność, w której uścisku i tak kiedyś utonę, spędzając w nim niewyobrażalną ilość czasu. Podziękowałem człowiekowi, których chciał mnie uratować, ale mu się nie udało, i zostawiłem go z trzęsącymi się nogami.

Znowu zacząłem oddychać na poważnie.

*

Mogło być gorzej trudniej, ale było łatwiej trudniej. Poczułem swobodę. Zacząłem opowiadać dowcipy w stylu „przychodzi samotność do lekarza” albo „był sobie Polak, Rusek i samotność”, ale okazało się, że nikogo nie śmieszyły, oprócz mnie. Samotność stała się lekka i przyjemna w dotyku. Dzięki niej przestałem zauważać koleżanki z pracy, które były już po przejściach życiowych i chciały rozpocząć życie od początku, obstawiając mnie jako towarzysza ich podróży ku śmierci. Zapraszały mnie na kolacje, do kina czy na spacer, ale ja zawsze byłem zajęty. Samotność miała nad nimi jedną zasadniczą przewagę: nie można się było z nią pokłócić.

*

Ona jest cierpliwsza od anioła stróża. Zawsze przy mnie stoi i wybacza wszystkie momenty, w których o niej zapominam. Poza tym jest wygodniejsza od duchów, bo nie ma potrzeby się do niej modlić. Wie, że prawdziwi wyznawcy nigdy nie wyrzekną się wiary w jej istnienie. To ona ustalała warunki i tylko ona mogła zadecydować, kiedy odejdzie. A nie działo się to zbyt często, bo samotność najwięcej czasu spędzała w pozycji siedzącej. Miała duży brzuch, który wyglądał nienaturalnie w stosunku do reszty ciała, bo przypominał piłkę do kosza, która dla żartu została włożona pod koszulkę. Jej wentyl wystawał spod opinających, spranych T-shirtów. Ona się tym jednak nie przejmowała. Dla samotności wszystko było w dobrym guście, a wstyd był głupotą wymyśloną na potrzeby ujednolicania istnienia. Co by było, gdybyśmy wszyscy wyglądali jak modele i modelki z magazynów mody? Nikt nie mógłby nas od siebie odróżnić. Piękno budowane z głupoty i próżności szkodzi, a teraz większość „wspaniałych” rzeczy tak powstaje. Często powtarzała te zdania, uśmiechając się i pokazując żółtą, martwą jedynkę, którą miała od wypadku w przedszkolu. Ząb umarł, kiedy ona, biegnąc na spotkanie z pierwszą miłością, upadła i uderzyła się w oparcie drewnianego krzesła z namalowaną Myszką Miki. To był jedyny moment w jej życiu, w którym chciała opuścić samą siebie i mogłaby stać się kimś innym, ale los tak kieruje zdarzeniami, że jesteśmy tym, kim powinniśmy być, i nie ma od tego ucieczki. Samotność na ogół dobrze wiedziała, kim jest, i cieszyła się z każdego dnia jak dziecko, robiąc to oczywiście adekwatnie do wieku. Dlatego czasami wyglądała, jakby była załamana, a czasami znudzona. Do tak okazywanej radości ciężko się było przyzwyczaić. Była niewygodna jak kamyczek w bucie. Przeszkadzała, ale przez ból cały czas dawała znać, że jest blisko.

*

Z powodu samotności nigdy nie udało mi się być samodzielnym. Zawsze była obok chętna do pomocy, z której zwykle nic nie wychodziło, lecz i tak na nią liczyłem. Towarzyszyła mi na ślubie, jednak nie pojawiła się przy okazji rozwodu.

Była, gdy zaczynałem rozpijać pierwszą flaszkę, ale nigdy nie podtrzymała mi głowy nad kiblem podczas rzygania. Kiedy robiłem jej wyrzuty, ona stała obrócona do mnie plecami i w kółko powtarzała: jeżeli nie wiesz, czego chcesz, to nie wiem, co mam ci dać.

Robiła się złośliwa i bezwzględna. Opiekowała się mną na siłę, ale wyglądało to jak wpychanie do buzi kolejnego kawałka szarlotki przejedzonemu maluchowi. Otwórz usteczka, kochanie, jeszcze jeden gryzek, za mamusię i za tatusia. Nie płacz, złotko, przecież to dla twojego dobra. Musisz coś jeść, żeby żyć, żeby się bawić, żeby mieć siłę na kolejnego małego gryzka. Przeżarty, zawsze kończyłem na fotelu w drgawkach dobrostanu, którym mnie obdarowywała.

Nie potrafiłem od niej brać tak, żeby nie dostać.

*

Kiedy spogląda się nocą na rozgwieżdżone niebo, widać kosmos pełen samotności, z której nie wypada się nie cieszyć. Oczywiście niektóre planety są bliżej, inne dalej, ale to może tyle na temat uczuć. Samotność nie jest zbyt wylewna, więc trzeba uważać, co się przy niej mówi, bo można ją dotknąć do żywego. Gwiazdy wiedzą o tym najlepiej.

*

Towarzystwo nie jest potrzebne samotności, ale samotność jest potrzebna towarzystwu. Zapisywałem w zeszycie m.in. takie sekwencje, żeby móc lepiej zrozumieć to, co nas łączy. Stałem się wyrozumiały i obecny w naszym związku. Nie mogła się nadziwić, jak bardzo się zmieniłem. Kochała mnie, cierpiąc niezrozumienie samej siebie.

###banner###

*

Po tym, jak przeżyłem statystyczną dla mężczyzn połowę życia, otworzyłem okno i usłyszałem hamujący samochód, szum wiatru i śpiew słowika, który nie wiadomo co robił w centrum miasta. Wszystko było przeraźliwie wyraźne. Znane mi dźwięki wydawały się nowe, jakbym usłyszał je po raz pierwszy. To nie zmieniło mojego życia, lecz niebezpiecznie poszerzyło perspektywę. Samotność, widząc to, drgnęła zaniepokojona na fotelu. Kawałek pizzy odgrzanej w mikrofalówce, który akurat jadła, spadł na niepoodkurzany dywan. Od tamtego dnia chodziła po domu spięta i jeszcze bardziej milcząca. Szybciej dostawała zadyszki, wchodząc po schodach, i siwiała w zastraszającym tempie. Jej skóra przypominała miękki i gorący asfalt, po którym przed chwilą przejechał szkolny autobus.

*

Ona zawsze umiera pierwsza, żebyśmy odchodząc z tego świata, mogli się dowiedzieć, jak tak naprawdę wygląda samotność przez duże, wyraźne i opiekuńcze „S”. Tak przynajmniej twierdzą ci, którzy już przeżyli swoje życie. Szóstego września dwa tysiące osiemnastego roku moja samotność umarła. Zupełnie niepotrzebnie. A może był w tym jakiś sens, bo przecież dzięki temu mogłem spędzać więcej czasu z garbatym i wiecznie zasmarkanym smutkiem.

Filip Zawada: jak uczyłem się zachwycać?

Artykuł pojawił się w numerze: Oswajanie samotności