Subskrybuj
Katarzyna Błażejewska-Stuhr fot. Karolina Synowiec
Dziennikarka, reporterka i ekspertka ds. komunikacji. Publikuje m.in. w „Krytyce Politycznej”, „Tygodniku Powszechnym” oraz Miesięczniku ZNAK

Jeść cukier z głową

Im mniej cukru, tym lepiej. Jednak jeśli zjemy obiad złożony w dużej mierze z warzyw, a na deser weźmiemy kawałek ciasta, to błonnik i przeciwutleniacze z nich zapobiegną szkodliwemu działaniu cukru.

Czy to prawda, że z punktu widzenia biologii ludzkiego organizmu oraz zasad dietetyki cukier jest nam w zasadzie niepotrzebny?

Stoję na stanowisku, że jest nam potrzebny. Nie potrzebujemy cukrów dodanych, ale są komórki naszego ciała, dla których glukoza stanowi podstawowe źródło energii. Mowa m.in. o komórkach mózgowych oraz erytrocytach, a także znajdujących się w nerkach nefronach, które potrzebują glukozy. Oczywiście możemy tę energię wyprodukować z tłuszczów albo zastąpić cukier ciałami ketonowymi, czyli produktami przemiany tłuszczów w wątrobie, ale jest to opcja numer dwa i plan B dla naszego organizmu.

Jednak w dzisiejszych czasach zdecydowanie za dużo cukru zjadamy. Dlatego warto rozróżnić, skąd pochodzi cukier w naszej diecie, bo nie każdy cukier jest „tak samo zły”.

Dlaczego?

Do niedawna cukier znajdował się w produktach, które miały nie tylko „puste” kalorie, lecz też witaminy i mikroelementy. Najsłodszymi rzeczami w diecie człowieka – zanim pojawiła się produkcja słodyczy na masową skalę – były owoce czy chociażby miód, a one zawierają nie tylko cukier, ale też witaminy, mikroelementy, przeciwutleniacze, aminokwasy, czyli różne inne substancje, które korzystnie wpływają na nasze zdrowie i funkcjonowanie. Od kiedy nauczyliśmy się rafinować cukier, to, niestety, jest go coraz więcej w różnych produktach, które już niekoniecznie mają bogatą wartość odżywczą. Nadmiar tego rodzaju cukru jest zdecydowanie szkodliwy. Nie mówiąc już o syropach glukozowych i fruktozowych.

Niektórzy lekarze twierdzą, że cukru powinniśmy się zupełnie pozbyć z diety, bo jest dla nas trucizną, a energię, którą daje, z powodzeniem można czerpać z bardziej odżywczych źródeł. Brzmi to dość radykalnie, trudno mi sobie wyobrazić, żeby do niedzielnej kawy nie zjeść ciastka albo po obiedzie nie sięgnąć choćby po dwie kostki gorzkiej czekolady.

Cukier rafinowany jest nam zupełnie niepotrzebny, ale rzecz dotyczy niuansów. Przykładowo: fruktozę zawiera zarówno pomarańcza, jak i szklanka soku pomarańczowego, a jednak ta pierwsza jest bogata w błonnik, którego sok nie posiada.

Z mojej praktyki wynika, że radykalizm w stosunku do cukru długoterminowo nie przynosi dobrych efektów. Jako psychodietetyk wiem, jak dużo negatywnych zachowań czy nawyków może wynikać z takiego zero-jedynkowego podejścia do jedzenia.

Każda restrykcja bywa niebezpieczna. Rzecz jasna, dla niektórych radykalne postanowienie ułatwia działanie: „Nie jem cukru”, i koniec. Nie myślę wtedy, czy chcę lody czy nie. Ale zazwyczaj jest tak, że odmawianie sobie czegoś wzmaga napięcie i po okresie diety, postanowieniach „odbijamy” to sobie. Do diety w odpowiednim schemacie można dokładać jedzenie zawierające cukier, tylko trzeba to robić z głową i umiarem. Żeby tak się stało, warto uświadomić sobie, jak cukier działa na nasz organizm.

A jak działa?

Gdy zjemy coś słodkiego, czyli źródło glukozy, to od razu w jamie ustnej czujemy słodki smak. Ślina zawiera amylazę, która rozpoczyna proces trawienia i cukier zaczyna wchłaniać się już w pierwszym odcinku przewodu pokarmowego. To powoduje, że bardzo szybko poziom glukozy we krwi zaczyna rosnąć do wysokich wartości. Mówimy tu o gwałtownych wahaniach krzywej glikemicznej.

Trzustka dostaje sygnał, że musi produkować insulinę, bo cukier w za dużych ilościach staje się dla naszego organizmu toksyną. Uszkadza naczynia nerwowe, krwionośne i niszczy nasze tkanki. Zatem trzustka produkuje dużo insuliny, żeby szybko „upchnąć” tę glukozę z krwi do komórek. Nagły, silny wyrzut insuliny powoduje gwałtowny spadek glikemii we krwi. Część jest „upychana” w mięśniach czy w wątrobie, jednak nadmiar zamieniany jest w kwasy tłuszczowe i umieszczany w „spiżarniach” naszego ciała, czyli tkance tłuszczowej. Z kolei spadek poziomu glukozy we krwi daje takie objawy jak ospałość, zmęczenie, trudności z koncentracją. Wtedy zaczynamy myśleć o tym, skąd szybko ten cukier pozyskać. No i znowu jemy coś słodkiego, fundując sobie kolejną sinusoidę.

Jeżeli zaś zjemy węglowodany złożone, czyli coś, co zostanie lekko nadtrawione w jamie ustnej, później zaś będzie dalej trawione w żołądku, to glukoza będzie się uwalniała do krwi wolniej.

Ten proces zostanie rozciągnięty w czasie i nie będzie potrzeby wyrzutu tak dużej ilości insuliny przez trzustkę, a co za tym idzie, później nie będzie szybkiego i tak gwałtownie odczuwanego „zjazdu” energii.

Czyli połowa sukcesu to zjedzenie np. kaszy, marchewki lub owsianki, a nie prostych węglowodanów obecnych w słodyczach?

Można tak powiedzieć. Najlepiej jeść węglowodany złożone „w towarzystwie” białek i tłuszczów, które spowalniają trawienie i wchłanianie glukozy. Owsianka na mleku z suszonymi owocami czy bananem będzie słodkim posiłkiem, ale można ją zrobić na wodzie z mlekiem migdałowym czy jogurtem, dodać garść orzechów i garść borówek – i to już zupełnie inna, lepsza, bardziej sycąca owsianka.

Ważne jest też, by unikać tych wahań poziomu cukru we krwi, bo to samo w sobie jest dla nas niebezpieczne. Kiedy jesteśmy w fazie „wzrostowej”, cukru jest dużo, to tkanki naszego ciała ulegają uszkodzeniu.

Natomiast kiedy mamy niski poziom glikemii, czyli stężenia glukozy we krwi, to gorzej funkcjonujemy i źle się czujemy, mamy też napady tzw. wilczego apetytu, poszukujemy słodyczy.

Jednocześnie obciążamy naszą trzustkę. Gdy musi się ona często zrywać do produkcji insuliny, staje się przeciążona, a to prowadzi do rozwoju cukrzycy typu 2, która, niestety, jest plagą dzisiejszych czasów. Zdarza się i tak, że trzustka działa, jak trzeba, i produkuje insulinę, ale może wtedy dojść do insulinooporności, czyli stanu, w którym komórki organizmu, zwłaszcza w mięśniach i wątrobie, „zatykają uszy i oczy” – stają się mniej wrażliwe na działanie insuliny, mimo jej obecności we krwi. Trzustka musi wtedy produkować jeszcze więcej insuliny, aby utrzymać prawidłowy poziom glukozy we krwi. Ponad 20 lat temu na studiach uczyłam się o insulinooporności w teorii, ale nikt wtedy nie słyszał o pacjentach z tym schorzeniem. Dzisiaj to codzienność. Dlatego dłuższe przerwy między posiłkami lub kwadrans spaceru po jedzeniu już pomagają uwrażliwić tkanki na insulinę.

Powiedziała Pani, że cukier może stać się toksyną dla naszego organizmu. Czy to stanowisko od zawsze obecne w dietetyce, tylko przykrywane przez prężnie działające mechanizmy marketingowe firm produkujących słodycze, czy też dopiero w ostatnim czasie badacze doszli do takiego wniosku?

Już w latach 50. XX w. nauka wiedziała, że może on być szkodliwy, jednak biznes skutecznie uniemożliwiał szerzenie tej wiedzy. Myślę, że dużo w kwestii zaciemnienia prawdy na temat toksycznej natury cukru udało się zdziałać lobby funkcjonującemu głównie w Stanach Zjednoczonych w latach 60. i 70. XX w. Trwała wojna dwóch narracji w kwestii tego, co może być przyczyną zaobserwowanego wzrostu zachorowań na chorobę niedokrwienną serca. Początkowo podejrzewano właśnie cukier, lecz później lobby cukrowemu udało się sprytnie i przekonująco odwrócić narrację i zrzucić to podejrzenie na tłuszcze. We wrześniu 2016 r. czasopismo „JAMA Internal Medicine” opublikowało artykuł autorstwa Cristin Kearns (UCSF) i współpracowników, analizujący wewnętrzne dokumenty Sugar Research Foundation (SRF, dziś Sugar Association). Wnioski z tego badania mówią o tym, że SRF finansowała przegląd literatury opublikowany w „New England Journal of Medicine” w 1967 r., przygotowany przez naukowców z Harvardu (m.in. Marka Hegsteda i Fredericka Stare’a).

Organizacja nie tylko finansowała je (wydając łącznie 50 tys. dol.), ale też ustalała cel przeglądu, dostarczała publikacje do analizy i otrzymywała robocze wersje artykułu przed publikacją – bez ujawnienia konfliktu interesów.

W przeglądzie wyłączną winę za choroby serca przyznano tłuszczom nasyconym i cholesterolowi, a rolę cukru „bagatelizowano”. Zaczęto więc zastępować masło margaryną, a cała wina przemysłu cukierniczego przeszła na przemysł tłuszczowy. Jednak od początku lat 2000. mocno zaczęto już – mimo prężnych zabiegów lobbystów – widzieć rzeczywistą winę cukru.

W takim razie jakie normy spożycia cukru dla osoby dorosłej możemy przyjąć za nieszkodzące naszemu zdrowiu?

Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) zaleca, aby spożycie cukrów dodanych w procesie produkcji jedzenia nie przekraczało 10% dziennego zapotrzebowania na energię, a najlepiej, żeby stanowiło mniej niż 5%. Jeżeli zapotrzebowanie dzienne osoby dorosłej wynosi 2000 kcal dziennie, to może spożyć maksymalnie 50 gramów, czyli ok. 10 łyżeczek cukru, a zalecane jest ograniczenie do 25 gramów, czyli 5 łyżeczek.

Już w diecie bez cukru rafinowanego przyjmujemy takie ilości, np. z mleka i owoców.

Jednak w związku z tym, że coraz więcej cukru jest dodawanego do wszystkich produktów, w których często nawet nie podejrzewamy jego obecności, nieświadomie przekraczamy te normy często wielokrotnie.

Nie wszyscy mają czas w sklepie czytać skład każdego produktu i tropić, czy nie ma w nim cukru.

Moje pacjentki często odkrywają tę wszechobecność cukru dopiero wtedy, gdy chcą go całkowicie odstawić i zaczynają zwracać większą uwagę na składy. Wtedy okazuje się, że cukier jest niemal wszechobecny: w wędlinach, sosach, musztardach, pieczywie tostowym czy mieszankach przypraw. Czytanie etykiet rzeczywiście zajmuje trochę czasu, ale to jest praca, którą musimy wykonać tylko raz – gdy odkryjemy już swoje produkty bez cukru, to warto się ich trzymać. Nie trzeba szukać i tropić ponownie.

Powiedziała Pani o sinusoidzie, którą wywołuje spożywanie cukrów prostych, w tym zwłaszcza tych rafinowanych. Czy tak właśnie działa mechanizm uzależnienia od cukru?

Gdy podnosi się poziom glukozy w naszej krwi, to z jednej strony nasz mózg produkuje dopaminę, hormon szczęścia, który utwierdza go w przekonaniu, że „dobrze robi”. Podobnie swoją dietę przeżywali nasi praprzodkowie, którzy poszukując jedzenia, gdy znaleźli dojrzałe owoce, czuli fizjologiczne sygnały, mówiące: „Jedz tego jak najwięcej”. I jest to coś miłego, tylko im więcej tego cukru będziemy mieli w diecie, im częściej on się będzie pojawiał, tym większej dawki będziemy potrzebowali, żeby poczuć tę przyjemność. Z drugiej strony z uwagi na zdrowie trzustki dobrze, aby tego cukru we krwi jednak za dużo nie było.

W świecie dietetyków rzeczywiście funkcjonuje powiedzenie, że cukier uzależnia. To jednak skrót myślowy, bo to uzależnienie nie działa tak jak w przypadku substancji psychoaktywnych, np. narkotyków czy alkoholu. Gdy odstawimy cukier, nie pojawia się ten sam zespół odstawienia co w przypadku substancji psychoaktywnych, zatem to nie uzależnienie fizjologiczne. Natomiast rzeczywiście w przypadku cukru obserwuje się bardzo silne uzależnienie behawioralne – po jego spożyciu robi nam się dobrze i poprawia nam się nastrój. Tego nas nauczono w dzieciństwie, że jak jest nam smutno i źle, stłuczemy kolano czy wydarzy się inna przykra rzecz, to dostajemy np. lizaka. Mój syn, co ciekawe, po wizycie u dentysty, dostał ostatnio takiego lizaka (wprawdzie bez cukru, ale lizaka), co kształtuje odruch sięgania po cukier bezpośrednio po przykrych doświadczeniach, związanych np. z bólem, dyskomfortem. Jem cukier, gdy jest mi źle, jem też, gdy świętuję. W naszych społeczeństwach to bardzo silne „odruchy”.

Nasz organizm dopasowuje się do tego, jaką mamy dietę. Wiemy, że ludzkie ciało jest holobiontem, czyli połączeniem komórek, bakterii oraz mikroorganizmów, które w nas żyją.

Komórek „nie naszych” – tj. bakterii, grzybów i wirusów – jest więcej niż naszych. W zależności od tego, jak wygląda nasza dieta, zmienia się mikrobiota w naszych jelitach, a ona produkuje różne substancje, które trafiają m.in. do naszego mózgu. Te substancje, docierając do mózgu poprzez tzw. oś jelitowo-mózgową, wpływają na nastrój, odporność na stres i funkcje poznawcze. Wiemy też, że tzw. złe bakterie jelitowe bardzo lubią cukier i wydzielają związki, które kierują naszym apetytem w taki sposób, żebyśmy zjadali go coraz więcej.

Co jeszcze różni uzależnienie od substancji psychoaktywnych od uzależnienia od cukru?

Naukowcy wskazują na zmiany w mózgu (np. w zakresie pamięci epizodycznej), jednak neuroadaptacja po spożyciu cukru jest mniejsza od tej po zażyciu narkotyków. Dostajemy kopa energetycznego, lecz cukier nie działa tak jak substancje psychoaktywne. Mówię o tym kopie energetycznym, bo gdy pójdziemy np. na kinderbal, to możemy zauważyć, że dzieciaki szaleją tam w lekkim opętaniu, ale jest to inne szaleństwo, niż gdyby zażyły substancje psychoaktywne.

Co może zrobić osoba o przeciętnym dziennym zapotrzebowaniu kalorycznym, która dziennie robi ok. 6 tys. kroków, ale nie uprawia intensywnego sportu, by cukier, który codziennie spożywa, nie wpłynął negatywnie na jej zdrowie i samopoczucie?

Myślę, że sporo zależy od jej konstrukcji psychicznej.

Są osoby, które mówią: „Robię detoks, od dzisiaj zero cukru”. Ogłoszenie tego światu staje się dla nich motywacją. Moim zdaniem jednak lepiej jest podejść do sprawy mniej rewolucyjnie – unikać gwałtownych wahań poziomu glukozy. Zadbać, by w każdym posiłku znalazły się węglowodany, ale te złożone i pełnoziarniste, które powoli będą uwalniały się do krwi. Pomocne będą w tym razowe pieczywo pełnoziarniste, kasze, brązowy ryż i makaron z pełnego ziarna. Powinniśmy dbać również o to, żeby w diecie znalazło się dużo błonnika, bo on spowalnia wchłanianie glukozy do krwi. Ważne jest też, by do każdego posiłku dokładać jak najwięcej warzyw. Poza tym posiłki powinny mieć w sobie również źródło białka i tłuszczu.

Widzę, że pewną modę wywołała książka Glukozowa rewolucja autorstwa Jessie Inchauspé. Na jej kanwie wielu niedietetyków twierdzi, że nie wolno jeść owsianki, bo zawiera sam cukier i podnosi poziom glikemii we krwi. To nieprawda.

Po pierwsze, płatki owsiane nie podnoszą za bardzo cukru w naszej krwi, a po drugie, dobrze skomponowana owsianka, np. z dodatkiem orzechów lub masła orzechowego, napoju sojowego, mleka czy jogurtu, czyli źródeł białka i tłuszczu, spowalnia wchłanianie węglowodanów prostych.

Po trzecie, ogromne znaczenie ma regularność posiłków. Nasze ciało czuje się dobrze i bezpiecznie, gdy funkcjonuje w określonych ramach, żywi się o w miarę stałych porach. Warto sobie te pory ustalić i się do nich stosować. Nie zawsze jest to możliwe, ale zazwyczaj da się to zrobić. Pracuję z pacjentami, którym wydawało się, że ich tryb życia to uniemożliwia, lecz później okazywało się, że gdy wcześniej to zaplanują, to mogą np. wypić wcześniej przygotowany w domu koktajl podczas pierwszej przerwy w pracy.

Po czwarte, niezwykle ważną rzeczą w dbałości o zachowanie dobrego poziomu insuliny jest zrobienie nocnej przerwy od jedzenia. Ona pomaga uwrażliwić tkanki na insulinę i dać odpocząć wątrobie. Nie mówię teraz o popularnych ostatnio postach przerywanych i jedzeniu tylko przez 8 godzin w ciągu doby, lecz o zachowaniu 12-godzinnej przerwy między ostatnim posiłkiem a pierwszym dnia następnego. To – w przeciwieństwie do postów przerywanych – dla wszystkich zdrowe i bezpieczne.

Jeżeli jem kolację o godz. 19, to powinnam zjeść ją taką, aby się najeść, a śniadanie zjeść ok. 7–8 rano.

Żeby sobie pomóc, możemy głośno przy wieczornym posiłku powtórzyć, która jest godzina. Bardzo dobrze robi też spacer, w miarę możliwości po każdym posiłku, choć zdaję sobie sprawę, że to może być trudne. Jednak nawet 10–15 minut przechadzki hamuje szybki wystrzał glukozy do krwi. Gdy będziemy chodzili, poprawi nam się krążenie, mięśnie zaczną się uwrażliwiać na insulinę.

Dobrze jest zadbać też o zmianę nawyków. Jeżeli jestem przyzwyczajona, że zawsze do kawy jem ciastko, to mogę nawet nie poczuć, że wcale nie mam na nie ochoty – będę zjadała je „na automacie”, zgodnie z przyzwyczajeniem.

To mój przypadek. To nie jest proste.

Teraz trwa sezon letni, jest mnóstwo świeżych owoców. Zamiast ciastka można zjeść truskawki, morele, brzoskwinie. Możemy w ten sposób zadbać o słodki smak i przełamanie aromatu kawy w zdrowszy sposób.

Światowa Organizacja Zdrowia szacuje, że ponad 1,9 mld dorosłych na świecie ma nadwagę, z czego 650 mln cierpi na otyłość. Według danych GUS w 2019 r. prawie 65% ogółu mężczyzn w Polsce miało nadmierną masę ciała (ok. 46% miało nadwagę, a niecałe 20% otyłość). W populacji dorosłych kobiet dotyczyło to 49% ogółu pań (ponad 31% miało nadwagę, a niemal 18% – otyłość). Mówiąc o cechach indywidualnych, kierujemy uwagę na czyjeś wybory, styl życia. Zastanawiam się, czy odpowiedzialność za ten problem rzeczywiście spoczywa na jednostkach. Mamy przecież całą machinę marketingową…

Na całym świecie obserwujemy silne rozwarstwienie – w grupie osób bogatych otyłość występuje bardzo rzadko, natomiast znacznie częściej pojawia się u biednych. Dlatego oprócz wiedzy o żywieniu konieczny jest też dostęp do zdrowej, przystępnej cenowo żywności. Niestety, żywność wysoko przetworzona, czyli zawierająca syropy glukozowe i fruktozowe, jest najtańsza, a to ją powinno się ograniczać. Wprawdzie wprowadzono podatek cukrowy, więc słodzone napoje są nieco droższe niż wcześniej, lecz nadal, tak jak słodycze, powszechne i niedrogie. Teoretycznie wiemy, że są niezdrowe, jednak cały czas, wydawałoby się, świadomi rodzice, dbający o zdrowie swoich dzieci, podają im np. soki, a najlepszym napojem dla dzieci jest woda. Pamiętam nawet kampanię społeczną jednego z instytutów podległych ministerstwu, w której twierdzono, że zalecane pięć porcji warzyw i owoców dziennie może być podane w formie soków. To nieprawda.

Działania systemowe są potrzebne, ale trzeba je wprowadzać z głową. Dziesięć lat temu wprowadzono ustawowy zakaz sprzedaży niezdrowych produktów w sklepikach szkolnych.

Ze względu na brak odpowiedniego wprowadzenia i uzasadnienia zmiany duża część Polaków poczuła, że odbiera się im wolność i nie pozwala dać dziecku pieniędzy na drożdżówkę.

Poszło to w zupełnie inną, niewłaściwą stronę. Polscy naukowcy od kilku lat przywołują dane, m.in. WHO, z których wynika, że dzieci w Polsce tyją najszybciej w Europie, a porównując w skali światowej, to niechlubne „podium” dzielą z dziećmi z Meksyku. Gdy byłam w tym kraju dwa lata temu, to rzeczywiście zdobycie nieprzetworzonej żywności graniczyło z cudem.

Oczywiście brak wystarczających działań systemowych nie powinien być wymówką. Ważne, byśmy zrozumieli, że każdy i każda z nas jesteśmy odpowiedzialni za swoje zdrowie. Nikt za nas nie będzie tego robił tak dobrze, jak my to możemy zrobić. To, w jaki sposób zadbamy o naszą dietę i aktywność fizyczną, przełoży się na jakość naszego funkcjonowania. Niestety, to nie przypadek, że cukrzyca typu 2, która była kiedyś chorobą osób starszych, będących na emeryturze, coraz częściej dotyka osób młodych. Jeżeli zaczyna się chorować w wieku nastoletnim, to, niestety, powikłania po tej chorobie będą skracały życie i obniżały jego jakość.

Zwiększenie indywidualnej świadomości tego, co jest dobrym wyborem dietetycznym, przemyślenie tego, co chcemy jeść – i dlaczego – nawet przy braku systemowych zmian jest istotne. To wcale nie musi oznaczać całkowitej rezygnacji z cukru – w przypadku niektórych produktów, jak np. dobrej jakości keczupu, jego zawartość dodaje walorów smakowych i jest niezbędna w recepturze.

Wspomniała Pani o powikłaniach cukrzycy typu 2. Jakie mogą być inne następstwa otyłości?

Oprócz cukrzycy otyłość często łączy się z nadciśnieniem tętniczym i miażdżycą. Nazywamy to zespołem metabolicznym, czyli współistnieniem różnorodnych czynników zwiększających ryzyko rozwoju chorób sercowo-naczyniowych. Długotrwale podwyższony poziom glukozy we krwi przyczynia się do stanów zapalnych w organizmie. Współcześnie wiele chorób, takich jak cukrzyca, miażdżyca i otyłość, ma związek z przewlekłym stanem zapalnym.

Tlący się w organizmie stan zapalny może powodować, że brakuje nam sił i energii, jesteśmy ospali – co świadczy o tym, że w naszym ciele toczy się nieustannie jakaś bitwa.

Jeżeli chodzi o powikłania cukrzycy sensu stricto, to mówimy m.in. o stopie cukrzycowej – uszkodzeniu tkanek często w postaci owrzodzeń lub infekcji, które wynika z naruszenia nerwów i naczyń krwionośnych w kończynach, spowodowanego przewlekle podwyższonym poziomem glukozy we krwi. Autorzy książki Słodziutki. Biografia cukru twierdzą, że co pół godziny w Polsce dochodzi do amputacji stopy właśnie z powodu stopy cukrzycowej. Innym powikłaniem cukrzycy jest też zaćma, czyli uszkodzenie komórek oczu i ich degradacja. Kolejnym problemem może być nefropatia cukrzycowa, czyli uszkodzenia nerek. Jej objawy często zaczynamy odczuwać wtedy, gdy 70% nerki jest już uszkodzone i nie działa. Cukrową etiologię przypisuje się niekiedy chorobie Alzheimera – potocznie mówi się, że to „cukrzyca mózgu” właśnie dlatego, że cukier w nadmiarze atakuje komórki układu nerwowego.

Nadmiar cukru powoduje też tzw. glikację różnych cząsteczek, tj. przyłączenie się cząsteczki cukru do białek i tłuszczów. Dochodzi do niej m.in. w skórze i jest ona związana z uszkodzeniem kolagenu, a co za tym idzie, pogorszeniem się jakości naszej skóry – staje się wiotka, mniej elastyczna. Nie tylko na zewnątrz – to samo dzieje się wewnątrz naszego organizmu, tylko nie jesteśmy w stanie tego zobaczyć.

Czyli spożywanie dużej ilości cukru powoduje, że szybciej się starzejemy?

Tak. Cukier, łącząc się z białkami w naszej skórze, powoduje, że kolagen jest sztywniejszy, mniej elastyczny, więc mamy mniej gęstą skórę i więcej zmarszczek. Glikacja jest głównym mechanizmem przyspieszonego starzenia się skóry, porównywalnym z działaniem promieni UV. Nadmiar cukru przyczynia się do stresu oksydacyjnego i powstania stanów zapalnych w organizmie. Cierpią na tym nie tylko komórki naszej skóry, ale też wszystkie komórki naszego organizmu, na skutek działania dużej liczby wolnych rodników.

Autorzy badań Nutrients, foods, dietary patterns and telomere length z 2016 r. podkreślają, że dieta osób, które spożywają dużo cukru, sprawia, że skracają się telomery, czyli sekwencje DNA znajdujące się na końcach chromosomów. Pełnią one funkcję ochronną, zabezpieczając chromosomy przed degradacją i niepożądanymi uszkodzeniami podczas podziałów komórkowych. Gdy się skracają, ta funkcja zostaje zaburzona.

Im mniej cukru, tym lepiej. Jednak jeśli np. zjemy obiad złożony w dużej mierze z warzyw, a później na deser weźmiemy kawałek ciasta, to błonnik i przeciwutleniacze z nich zapobiegną szkodliwemu działaniu cukru. Zatem jeżeli już musimy zjeść coś słodkiego, to najlepiej właśnie po dużych posiłkach, żeby spowolnić wchłanianie glukozy. Wtedy też zwykle jemy coś słodkiego już tylko dla smaku, a nie po to, żeby się tym najeść i nie jako główny posiłek.

Swojego czasu modne było pojęcie zakwaszenia organizmu. Mówiło się, że jednym z głównych jego winowajców jest właśnie cukier. Czy to prawda?

Zdrowy organizm ma generalnie stałe pH płynów ustrojowych – ale różne w różnych miejscach. W naszym żołądku ono jest bardzo kwaśne, co jest potrzebne do dobrego trawienia, a później w dwunastnicy, za sprawą enzymów wydzielanych przez trzustkę, dochodzi do zmiany pH na zasadowe. Inne jest pH skóry, a inne pochwy. Jednak dieta nie do końca wpływa na pH naszego organizmu. Za to w głównej mierze odpowiadają nerki i jelita i to one regulują to, ile kationów, a ile anionów wydalą z organizmu i jakie będziemy mieli pH.

Z całą pewnością fakt, że cukier zaburza wiele mechanizmów w naszym organizmie, może się przyczyniać do zachwiania tej równowagi. Na pewno mocno wpływa na naszą mikrobiotę jelitową i występowanie innych mikroorganizmów. Jeżeli ktoś zmaga się z trądzikiem, a mimo to je cukier, to zwykle ten trądzik się nasila, bo glukoza jest świetną pożywką dla bakterii.

Często żyjemy w takim pośpiechu i nieświadomości sygnałów z ciała, że trudno nam stwierdzić, czym są spowodowane dolegliwości, które odczuwamy. Jakie są pierwsze objawy, które mogą świadczyć o tym, że mamy problem z cukrem i np. nasz mikrobiom jest zaburzony?

Myślę, że warto codziennie zastanowić się, jak się czuję, czy coś mnie boli. Taka chwila na posłuchanie własnego organizmu jest kluczowa, bo każdy jest inny. Może często boli mnie głowa? Albo mam wzdęty brzuch? To zawsze objawy, że coś jest nie tak. Czy miewam momenty spadku energii w ciągu dnia, niezwiązane ze stopniem regeneracji w nocy, czyli tym, czy ją przespałam?

Często zachęcam znajomych i pacjentów, by przynajmniej przez jakiś czas prowadzili dziennik żywieniowy. Sama też stosuję tę metodę: przez jeden, dwa dni zapisuję wszystko, co jadłam. Na bieżąco, nie dopiero wieczorem, gdy o połowie już nie pamiętam. Gdy spojrzymy na taki zapis, to już z niego można wiele wywnioskować. Winnym nie muszą być słodycze. Jeżeli na śniadanie zjadam chałkę z dżemem, na drugie śniadanie owoce z jogurtem, a na obiad naleśniki albo leniwe pierogi, to okazuje się, że właściwie przez cały dzień jem coś słodkiego, zaś brakuje błonnika, białka, tłuszczów. Gdy odkryjemy coś takiego w swoim dzienniczku, warto następnego dnia spróbować jeść bardziej wytrawnie i dokładać więcej warzyw.

Czy podział na ludzi świadomych żywieniowo i nieświadomych jest także płciowy? Czy raczej są to inne linie podziału?

Są inne podziały. Niedawno w „Polityce” czytałam artykuł Martyny Bundy o współczesnym życiu kobiet na wsi. Wynikało z niego, że w wielu małych miejscowościach właściwie nie ma już czegoś takiego jak niedzielny obiad. Ludzie idą do Żabki i obiad – w postaci hot doga albo innego fast fooda – jedzą tam. To tanie jedzenie, kobiety nie muszą gotować, a to wciąż kobiety w większości odpowiadają za żywienie całych rodzin, dzieci, mężczyzn i siebie. Często widzę, że chciałyby jeść i gotować zdrowiej, ale mówią, że dzieci czegoś nie lubią, a mąż woli kotleta. Nie mają siły gotować trzech różnych obiadów, więc potrzeby innych przedkładają ponad swoje. Tak że świadomość to jedno (mimo że i tu mamy duże braki), a praktyka to drugie. Poza tym zdrowsza żywność – ryby, warzywa, owoce – jest zwykle droższa. Zmiennych jest zatem wiele.

W przypadku cukru możemy mówić o „jedzeniu emocjonalnym” i ono na pewno częściej występuje u kobiet (wskazywali na to badacze w tekście Emotional Regulation Underlies Gender Differences in Pathological Eating Behavior Styles of Bariatric Surgery Candidates z 2023 r.). Zajadamy różne emocje, smutki, stresy i napięcia. One się w nas kumulują, jeżeli nie rozładowujemy ich na bieżąco. Często nieświadome tego, radzimy sobie z dyskomfortem poprzez sięgnięcie po ciastko czy batona zamiast np. pójścia na spacer. Ten czynnik psychologiczny jedzenia jest bardzo ważny i warto również jemu się przyjrzeć. Często daję pacjentkom zadanie, żeby pomyślały o tym, co innego poza słodyczami jest w stanie szybko sprawić im przyjemność, poprawić nastrój. To może być czytanie książki, posłuchanie ulubionej piosenki, spacer, rozmowa z przyjaciółką, ułożenie sobie fajnej fryzury. Gdy jesteśmy tego świadome, łatwiej będzie odwlec nam moment sięgnięcia po słodkie, a zająć się czymś innym. Takie odwracanie uwagi może okazać się zbawienne. I nie ukrywam, że najlepszym wyborem jest aktywność fizyczna. Ona poprawia nastrój, pomaga rozładować napięcia, uregulować oddech.

Mówiłyśmy sporo o czynniku ekonomicznym w jedzeniu i obserwowanej zależności, że osoby mniej zamożne jedzą znacznie gorzej, przez co częściej zmagają się z większą masą ciała i chorobami. Co może zrobić osoba, która nie jest w stanie w szybki sposób zmienić stanu swojego posiadania, ale chciałaby zadbać o zdrowe odżywianie?

Z pewnością tanie, a dobre dla naszej mikrobioty są np. warzywa strączkowe, ze względu na dużą zawartość błonnika pokarmowego. Wypłaszczą naszą krzywą glikemiczną i sprawią, że poczujemy się lepiej. Warto też jeść sezonowo – wiele z warzyw i owoców jest w określonym okresie roku w przystępnych cenach, a mogą mieć duży wpływ na nasze zdrowie i dobre samopoczucie.

Nierzadko powodem tego, że odczuwamy ciągły głód, są niedobory witamin czy mikroelementów, które toczą nasz organizm, a z których nie zdajemy sobie sprawy. Warto to zbadać i jeżeli odkryjemy taki niedobór, to dopasować dietę tak, by szybko go uzupełnić. Dokładajmy warzywa i rośliny strączkowe do różnych posiłków – to spowoduje, że będziemy lepiej funkcjonować.

Podsumowując naszą rozmowę: czy cukier to demon, którego należy się bać i trzeba z nim walczyć, czy jednak należy go tylko oswoić i odpowiednio manewrować, by nie przejął całkowitej kontroli nad naszym życiem?

Myślę, że znajdujemy się na etapie, w którym musimy jednak podjąć zdecydowane działania, bo zagrożenie ze strony cukru jest bardzo realne i wciąż duże – statystyki dotyczące otyłości i jej powikłań mówią same za siebie. Jeszcze bardzo nam daleko do dozwolonych przez Światową Organizację Zdrowia 5–10% cukru w codziennej diecie. Jest się o co bić.

Artykuł pojawił się w numerze: Glukozowe pułapki