Subskrybuj
Pisarka, dziennikarka, publicystka, współzałożycielka Fundacji „Kultura nie boli”. W Big Book Cafe koordynuje i spina w całość program literacki. Autorka książek Lalki w ogniu. Opowieści z Indii, Znaki szczególne, Pojutrze. O miastach przyszłości, Między walizkami....

Kiedy byliśmy prawdziwi

Po lekcjach wszyscy rozchodziliśmy się do siebie, rodzice byli jeszcze w pracy, mieszkania czekały puste. Za nami zostawał gwar zatłoczonych korytarzy i boisk. Przed sobą mieliśmy godziny prywatności. Można ją było, bez świadków i upomnień, odkrywać. Albo naruszać.

W domu było cicho, tykał tylko zegar zawieszony w przedpokoju. Wybijał kwadranse, pośród których mogłam być sobą. A więc nie zdejmowałam butów, lubiłam chodzić w nich po dywanach, po parkiecie. Jeszcze przed obiadem pozostawionym przez mamę w termosie wyjadałam słone paluszki z kredensu nad telewizorem. I było to pierwsze z naruszeń. Bo kredens był strefą taty, zdobywanych przez niego drobnych luksusów. Poza tym tata nie miał w domu swojego kąta. Tylko wąska półeczka, na której musiały pomieścić się: portfel, chustka do nosa, zegarek. Inne rzeczy ważne: dyplomy ze studiów, akty notarialne, leżały wysoko na regale. Ale gdzie trzymał siebie, swoje sekrety? Szukałam bez skutku.

W piwnicy były ponoć listy miłosne do mamy, pisane na korze brzozowej. „Znajdziesz je sobie kiedyś i weźmiesz”. Kiedyś znajdę. Póki co to wciąż nie moja sprawa. Choć oni zagłębiają się w starość, a ja jestem od dawna dorosła, to wciąż ich intymność, wysycona autentycznymi uczuciami, otoczona warstwą ochronną. Jeśli je kiedyś (wtedy) znajdę – czy będę chciała przeczytać?

Na pewno wówczas chciałam wejść, i nieraz wchodziłam, do sypialni. W te puste popołudnia, gdy nikt nie patrzył. Wysuwałam szuflady szafek nocnych, w których mama trzymała swój, bardzo uładzony, świat. Nie było tego dużo, ale wyłaniał się wszechświat emocji, relacji, dowodów. Korale i bransoletki przymierzane przed owalnym lustrem. Pierścionki z żółtego złota skryte w puzdereczku przywiezionym z Buchary. Notesy, starannie wypełnione imionami, nazwiskami, numerami telefonów, datami urodzin. Laurki ode mnie i brata, listy od przyjaciół, złożone w szarej kopercie. Szminki perłowe, róż do policzków, albumy pełne zdjęć nieznanych mi ludzi, każde z opisem na odwrocie.

Tata miał życie publiczne, oficjalne profesje, z których wracał do nas późno, pospiesznie odwieszając kurtkę w przedpokoju. Mama mówiła o publicznej rzeczywistości „pic na wodę, fotomontaż”, nic nie robiła sobie z ludzkiego poklasku, z władzy.

Wytwarzała życie prywatne, jego akcenty i ślady były w domu z troską gromadzone i umiejscowione, oddała im bezpieczne przestrzenie: półki, szuflady. Swoje płaszcze wsuwała starannie na wieszakach do szafy.

Książeczkę do nabożeństwa i sztuczną szczękę babci, z którą rozminęłam się w czasie, oglądałam zawsze z niesłabnącym dreszczem, po czym chowałam znów w jej skórzanej torebce. Była ukryta w szafie, w najodleglejszym kącie, gdzieś za futrzaną czapą mamy. Trzeba było podstawić taboret i mocno się postarać, żeby tego wymiaru tajemnicy dosięgnąć. Po babci nie było nic więcej, tylko maszyna do szycia. Jej narzędzie pracy i własność, ale czy rzecz osobista? W żadnej z chałup i mieszkań, w których żyła babcia, nie miała swojego pokoju. Tylko krzesło, na którym lubiła siadać i czytać przy radiu. Cała jej prywatność, niezapisana i nieopowiedziana, zniknęła. Prawda o niej nie istnieje w żadnym archiwum ani zbiorze danych, nie mogę jej wyszukać. Pozostała jej, na wyłączność.

Wobec przypuszczanego przez współczesność szturmu na sferę prywatności zmieniłam zdanie. I to, co w zniknięciu mojej babci długo uznawałam za utracone, teraz postrzegam również jako ocalone. Od upublicznienia i interpretacji, od cudzych spojrzeń i słów. Tych, o których wiemy niewiele, łatwiej zostawić w spokoju.

W kapsułach samowystarczalności

Z czasów samotnych wypraw po naszym mieszkaniu pamiętam zmianę szerszego planu. Przemeblowanie lat 90. i przeskok z wymuszanej w socjalizmie zbiorowości, często ledwie imitującej wspólnotowość, do obsesji prywatności i odrębności. Skończyły się defilady i „malowanie trawy na zielono”, udawanie i zadowalanie czynników oficjalnych. Nie wiem, czy dało się słyszeć zbiorowe westchnienie ulgi, lecz na pewno dorośli chętnie pospieszyli do prywatnych spraw. Tak długo marginalizowanych, ustrojowo deprecjonowanych na rzecz bezosobowych mas. Teraz już konkretne, osobiste i zindywidualizowane życie toczyło się za drzwiami mieszkań, chronionych domofonami.

Wielkie starania szły na to, by własne przestrzenie odzyskać, estetycznie i duchowo wyposażyć na nowe czasy. Ulice, podwórka, klatki schodowe i wszystko, co znalazło się poza granicami prywatnych istnień, ulegało zaniedbaniu. To był odwrót i odwet za pół wieku. Na naszych oczach wolność zyskiwała wartość intymną, powiązaną z własnością. Ta narodowa i zbiorowa wciąż były, jednak na drugim miejscu.

Z jednej strony wydaje się, że do dziś pozostajemy na tej samej trajektorii, tyle że tysiące lat świetlnych dalej – w skrajnym już skupieniu na sobie, w epoce nazywanej epidemią narcyzmu wyrosłego z kultury indywidualizmu, dopalonego internetem i platformami społecznej rywalizacji. Ale z drugiej strony można to widzieć inaczej – że tamta, odkryta na nowo wolność istnienia bez zewnętrznej kontroli (państwa, instytucji czy ludzi) została zhakowana, wystawiona na handel. Być może porwał nas świat, w którym już tylko kontrybuujemy swą prywatność, a globalną daninę płacimy w tej najcenniejszej walucie. Jednocześnie i masowo tracąc faktyczne prawo do istnienia na osobności.

Pole prywatności, to, na którym kształtuje się ludzka prawdziwość, jest jednocześnie wynoszone na piedestał i dewastowane. Poddawane różnym napięciom, pozostaje w centrum uwagi, choć przecież zanika.

W latach 90. XX w. zniknęły soboty spędzane przez dorosłych w czynie społecznym, na przystrzyganiu krzewów, naprawianiu naszych siatek do badmintona i pękniętych desek w parkowych ławkach. Mieszkańcy naszego osiedla rozeszli się do swoich mieszkań (wykupowanych na własność) oraz ogródków działkowych, w których ustawiali nabyte na prywatny użytek grille i pompy. My, młodzi, też się pożegnaliśmy ze zbiorową grą w dwa ognie czy rozwiązywaniem konfliktów przez „pójście na solo” przy świadkach. Teraz już sami wpatrywaliśmy się w MTV, odtwarzaliśmy własne, subiektywne listy przebojów na taśmach wideo, mieliśmy swoje zabawki miast pożyczanej piłki. A zamiast zakopywanych z przyjaciółkami pod drzewem „sekretów” – witrażyków komponowanych techniką kolażu z kwiatów i znalezisk, nakrywanych potem szkiełkiem i zasypywanych piaskiem –  prowadziłyśmy już całkiem odrębne pamiętniki. Można je było kupić w sklepach papierniczych, miały pachnące kartki oraz metalowe kłódeczki, które zamykało się na klucz, by strzegły opisów dramatów małego życia. Dzieci także zyskały prawo do prywatności, a w swoich pokojach nie tylko miały sprzątać, mogły też pobyć same, słuchać w kółko ukochanej piosenki z odtwarzacza (a nie ogólnopolskiego radia), no i ukrywać się przed awanturami zdenerwowanych rodziców, których życia właśnie wywracały się do góry nogami. Prywatność była odkrywana w otoczce opowieści o jej historycznym rozgrabieniu. Była odzyskana, priorytetowa i bezcenna.

Świadomie lub nie, rozpoczynaliśmy wtedy zbiorowy transfer do kapsuł samowystarczalności, w których nie będzie już trzeba pożyczać szklanki cukru od sąsiada, lecz w których – dopiero w następnym rozdziale – zrobi się zaskakująco mało miejsca na swobodę bycia sobą, zaś proszenie o cokolwiek stanie się krępującym, jeśli nie wyklętym, symbolem zależności.

W naszych salonach

Nie wszystko i nie od razu było na sprzedaż. Ale szukając momentów zwrotnych, w których uczyliśmy się celebrować prywatność, jednocześnie nią ryzykując, warto dostrzec, że niemal od początku kapitalistycznych przemian istotne stało się życie na pokaz. Wszystko, co pozwalało wyróżnić się z tłumu, wydostać z urawniłowki i zaznaczyć, że się na wodach nowej rzeczywistości jakoś płynie, było w cenie. A szczęśliwą i dostatnią prywatność prezentowaliśmy ze wzbudzającą dziś rozrzewnienie starannością i troską. W „dużych pokojach” przełomu wieków, tych, które zaczęliśmy – mocno na wyrost – nazywać „salonami”, koncentrowały się dowody osiągnieć. Przestrzenie wypoczynkowe, z wygodnymi meblami i nakrytymi serwetką zdobyczami technologii (wieża hi-fi, wideo, potem komputer, modem, blue-ray, płaskoekranowy telewizor i zestaw kina domowego), były dla nas samych i rodzin sferami komfortu, a także pokojami reprezentacyjnymi. Tą strefą, do której od progu kierowaliśmy gości. Tą prywatnością, która miała swoje odświętne wydanie i wymiar publiczny – zobaczcie nas, tak właśnie żyjemy. Mieszkania dla gości sprzątaliśmy, bo a nuż zechcą zajrzeć głębiej. Szczególnie do łazienki, gdzie nieulepszona codzienność wyzierała szczerze z pędzli do golenia i gąbek. Dziś już rzadko odwiedzamy się w domach (częściej sprzątanych za pieniądze), chętniej decydujemy się na niezobowiązujące i niezdradzające o nas niczego tzw. trzecie miejsca – restauracje albo plenery. Nawet dla osób, które uznajemy za bliskie, nasze sfery prywatne są częściej zamknięte i pilniej strzeżone. Ale przecież są także urządzane w zgodzie z trendami upodabniającymi je do miejsc publicznych: hoteli czy pałaców. Jakbyśmy nie tylko zasłaniali prywatność, lecz także próbowali ją oddalić od codzienności. Przytulny i pełen niedoskonałości rozgardiasz, w którym rzeczy, ludzie i myśli żyją własnym życiem albo szwankują, nie ma już racji bytu. Domy, jeśli pokazywane, znajdują się pod kontrolą i jak inne aspekty życia są z rozmysłem kadrowane, cyzelowane. To, jacy jesteśmy naprawdę, nie tylko pozostaje sekretem dla innych, ale zaczyna przypominać niewiadomą również dla nas samych. Ceną za nieustające pozowanie online okazuje się głębsza zmiana relacji z samym sobą. Często i konsekwentnie trenowane miny wchodzą w krew. Współczesne kobiety rzadko noszą w torebkach lusterka, uruchamiają za to funkcję „odwróć ekran” w smartfonach. A przecież czym innym jest przyglądać się sobie w lustrze, czym innym – pozować do kamery.

Mody wnętrzarskie meblują nam codzienność. Tę ukazywaną już nie ludziom z krwi i kości, lecz wirtualnym widzom ostrożnie komponowanych przekazów. To, w czym żyjemy – i jak – występuje w zaaranżowanych fragmentach. Redagujemy i cenzurujemy przekaz. Prywatna zwyczajność coraz rzadziej wychodzi na światło dzienne. Nie wiadomo, ile nam jej jeszcze pozostało. Ani jak ją ochronić.  Być może najwięcej mogłyby powiedzieć o niej panie sprzątające. Albo wzywani do awarii hydraulicy, którzy muszą się dostać do szafki pod zlewem.

Okazji do prywatności ubywa. Od początku XXI w., coraz bardziej zabiegani i zajęci, spędzamy w domach mniej czasu. A nawet gdy jesteśmy u siebie, to mniej czasu spędzamy na czynnościach nazywanych domowymi, czyli prywatnych właśnie. Gotowanie, pranie, prasowanie, sprzątanie, opieka nad dziećmi i starszymi – to się da powierzyć. Jedzenie zamawiamy z dowozem już zarówno do biur, jak i do mieszkań. Bo też domy są częściej biurami i zakładami pracy, w których produkujemy wartości rynkowe. Właśnie tak powstaje ten tekst, między stołem w kuchni a kanapą w pokoju. Pandemia koronawirusa jeszcze wzmogła redefinicję naszego otoczenia. W wideozebraniach uczestniczyliśmy ubrani od pasa w górę, siadając na tle z rozmysłem ustawionych książek, klosz lampy ustawialiśmy tak, by dobrze wypaść w sztucznym świetle. Nasze intymne zaułki zagrały w publicznych przedstawieniach, albo ukazując swą banalność, albo dowodząc tego, jak dobrze preparujemy scenografie życia. Tak czy inaczej, były świadomie wybranymi kawałkami, ich autentyczność jest wątpliwa.

Jeszcze ciekawsze, co stało się z naszym poczuciem bezpieczeństwa i świętej prywatności, a zatem prawdziwością, gdy do domów zaglądać zaczęły oczy współpracowników, bliższych i obcych. Gdy na kilkanaście kryzysowych miesięcy lockdownu wprowadziliśmy sferę publiczną do siebie. To wtedy urodził się trwający wciąż trend pracy zdalnej. Część z nas już nie wychodzi do pracy, nie rozstaje się z prywatnością dla służbowego, społecznego emploi. A przecież to transakcja dwukierunkowa. Nie tylko nam wygodniej przesiąść się z pieleszy na oficjalne zebranie online. Także nasza codzienność musi się skurczyć, ustąpić miejsca i czasu zadaniom pozaprywatnym. W wielu domach stół jadalny stał się biurkiem, biblioteczka – oficjalnym miejscem łączeń z zarządem, sypialnia – gabinetem.

Urządzenia, choć zajmują mniej miejsca w domach, rozsiadły się w nas. Smartfony, zabierane ze sobą do sypialni, głaskane tuż przed snem i po przebudzeniu, uzyskały dostęp do najgłębszych sfer naszego istnienia. Gdy śpimy, czuwają przy nas. Spłycają sny, nieustannie wysyłają podszepty o życiu całodobowym, ciągłej aktywności. Imponują nam wytrzymałością baterii i szybkością wprowadzania aktualizacji. Pamiętają lepiej niż my. Co byśmy zrobili, gdyby nie piknęły, że jutro urodziny bratanicy, a dziś – rocznica ślubu. Noszą nasze kalendarze, nasze „szybkie notatki”, niby wspierają, jednak tak naprawdę ograbiają naszą pamięć. Są jak komiwojażer nadmiaru treści, który chętnie je za nas poniesie, bylebyśmy czuli się zobowiązani je nieustannie przetwarzać i produkować kolejne.

Jak podać siebie innym

Na prywatne pytanie: „Jak się czujesz?”, można dziś spodziewać się odpowiedzi ze smartwatcha wziętej. Spałam półtorej godziny za krótko, a mimo to zrobiłam już 6 tys. kroków, puls i tętno w normie, czyli mogę śmiało zaraportować: „Wszystko OK, a co u ciebie?”. Jeśli pomiar samopoczucia i widok własnych twarzy powierzyliśmy „osobistym” urządzeniom, gdzie właściwie znajdujemy się my?

Prywatność to podzbiór spraw odczuwanych, doznawanych w pojedynkę. To prawo bycia pozostawionym sobie, w wolności od ingerencji czy obecności innych, czas i miejsce dla wyłaniania się wolnej woli. Przypisujemy jej fundamentalną wartość w nowoczesnych systemach prawnych – od państwowych konstytucji, przez prawa człowieka, po przepisy międzynarodowe. Jej znaczenie dla bycia człowiekiem szczęśliwym, spełnionym i zdrowym potwierdzają nawet jej daleko idące naruszenia, których bez liku doświadczamy w konflikcie sfery prywatnej (także – biologicznej, faktycznej) z tą wirtualną, publiczną (właściwie w całości urynkowioną). W świecie zachodnim nie ma wątpliwości: prywatność jest wartością. Ponieważ stanowi bramę do autentyczności. Można nawet zaryzykować upraszczające stwierdzenie, że bez prywatności nie możemy czuć się prawdziwi. Czyli nieskrępowani oraz niepoddani wpływowi odkształcającemu zachowania, myśli czy wybory. A jednak żyjemy również w czasach, w których wyjątkową wartość przypisujemy autentyczności, tyle że manifestowanej publicznie. Trwamy w architekturze niemożliwego oczekiwania: aby być szczerym w świetle kamer, na oczach wszystkich, pod ostrzem ocen.

Wpatrzeni w ekrany pełne wyreżyserowanych ujęć, cenimy tych celebrytów, artystów, którzy zachowują się autentycznie i naturalnie, działają zgodnie z przekonaniami, utrzymują integralność między personą prywatną a publiczną.

Czyli dobrze grają same siebie, nie popełniając błędu. Wiadomo, ile kosztuje wizerunkowy zgrzyt. Może wywołać falę hejtu, po której marka osobista i wizerunek zostaną zniszczone, z konsekwencjami sięgającymi stojącego za nimi prawdziwego człowieka. Ryzyko, jakie dawniej dotyczyło jedynie tzw. osób publicznych, dziś jest udziałem znakomitej większości z nas.

Mediatyzacja życia, a szczególnie przejście od mediów nadawczych (np. telewizji czy rozgłośni radiowych) do tych zindywidualizowanych i pozornie własnych (profili czy podcastów publikowanych na platformach, których właścicielami są big techy lub inne firmy zarabiające na ogłaszanych przez nas treściach), zmieniła nas z odbiorców przekazów centralnych w populację osób nadających własne programy, z różnym stopniem twórczego i psychicznego zaangażowania. Zostaliśmy zatrudnieni w zakładzie pracy na rzecz upowszechniania wiedzy o nas samych. A ten proces ma nieuchronny rewers w postaci spłycenia samopoznania.

Angażując się w myślenie, jak podać siebie innym, opuszczamy prywatność. Rezygnujemy z prawa do bycia samym sobie, w spokoju. Z myślenia bezużytecznego i czasu prawdziwie wolnego.

Czy rezygnujemy, ponieważ w istocie dostajemy w zamiast coś, czego autentycznie pragniemy? A może to jedynie szydercza transakcja wyprzedawania siebie po kawałeczku, aż do całkowitej utraty tożsamości? Nie spotkałam nikogo, kto umiałby z przekonaniem zapewnić, że odrzucenie sfery online jest wciąż możliwe. Johann Hari, który w książce Złodzieje. Co nas okrada z uwagi opisał spotkania z 200 badaczami atencji oraz własne próby przejścia na offline, wykazuje praktyczną niemożliwość funkcjonowania w odpięciu. Popandemiczne ruchy dyskusyjnych klubów książki, wspólnego zbierania chwastów i szydełkowania w realu, popularne wśród części przedstawicieli pokolenia Z, pozostają niszową – i zasługującą na uznanie – próbą wyprawiania się na pozaelektroniczne łąki. Ale zapytajmy uczciwie: czy ktoś tam czeka? Czy też ścieżki, którymi wędrujemy ku prywatności, zarosły?

Pokazać siebie raz jeszcze

Przecież im dalej nam do siebie – tych odprężonych, nie tyle z nieumytymi włosami, ile nietresowanymi myślami, niebodźcowanych i szturchanych ciągłymi instrukcjami – tym większe łaknienie wszystkiego, co jest non-fiction. Na festiwalach filmów dokumentalnych – pełne sale. Na spotkaniach z pisarzami powracające mantrycznie pytanie: „A to, co pani opisuje, zdarzyło się naprawdę?”.

Wobec powszechnej fikcjonalizacji wszystkiego nie wiadomo komu i do czego może przysłużyć się ta prawdziwa, wyprowadzana z wyobraźni fikcja, choćby literacka lub artystyczna. Produkując obrazy prywatnego życia, emitowane w kawałeczkach i odcinkach (posty, zdjęcia, filmiki), odmawiamy zbiorowe wyznanie niewiary w linearne opowieści, mogące odsłonić głębszy sens, konteksty albo związki przyczynowo-skutkowe. W postterapeutycznej kulturze nawet poszukiwanie odpowiedzi we własnych doświadczeniach kompresuje się do prostych zbitek i schematycznych diagnoz. Pojęć „narcyzm” czy „trauma”, choć są w naszej społecznej świadomości świeże, już używamy jako wyzutych ze złożoności komunałów. Szybko się to toczy: prywatna opieka psychoteraputyczna, dopiero osiągająca szerokie zasięgi, już ulega przetrawieniu i częściowej kontestacji, ponieważ (szczególnie w wydaniu popsychologicznym) staje się jeszcze jednym redukującym opisem naszych prywatnych wszechświatów. Rozpacz nazywa depresją. Szczęście – podniesionym nastrojem. Nie wiemy, jak ją łączyć z duchowością. Ani jak te prywatne lekcje samoświadomości stosować potem w życiu. Psychoterapeuci zyskują więc także pozalecznicze, opresyjne role. Są jeszcze jednymi trenerami dobrego życia. Symbolizują męczące wezwanie do bycia lepszym, innym niż status quo.

Wśród sposobów leczenia naszej kondycji są np. propozycje terapii narracyjnych. Czyli ćwiczeń z innego opowiedzenia sobie własnej historii. Ale czy nie do tego jesteśmy właśnie wszyscy zaprzęgnięci – czy nie staliśmy się już przodownikami czasów, w których z całych sił próbujemy, każdy w prywatnym zakątku, pokazać siebie raz jeszcze, tylko lepiej? Współczesność wycieńcza, bo przypuszcza atak na naszą zwyczajność. Ta jest rugowana. Nie ma sensu chwalić się kanapką z żółtym serem. Jeśli jadłeś dziś śniadanie, była to albo brioszka z jajkami po holendersku, albo usuń post i się nie wygłupiaj. Zwykłe życie to ryzyko ośmieszenia. Niezwykłość to jedyna akceptowana waluta. Medium zapośrednicza i wzmacnia, nie lubi prozaiczności, musi ją poddać ulepszeniu.

Skoro wszystko, co prywatne, lecz opublikowane, może zostać poddane wiwisekcji i podlegać karze nienawiści, to pora przyznać, że znajdujemy się pod presją totalną. Wszyscy otrzymujemy wezwanie do tworzenia fikcji. O ile Dorota Rabczewska, pseudonim Doda, dobrowolnie przystąpiła do udziału w reality show Bar i współtworzyła forpocztę tych, którzy skakali do publicznego basenu na ochotnika, o tyle teraz w ogóle trudno realizować swoje społeczne potrzeby bez udziału w wirtualnych mediach. Bez zaryzykowania całym, całą sobą.

Zaawansowana fikcja

Jednym z przejawów naddatku fikcyjności jest niezwykle wysoka wartość wszystkiego, co nosi metkę non-fiction. Najbardziej chodliwe są teraz historie oparte na faktach. Zbrodnie prawdziwe. Reportaże i książki biograficzne. A biografie osób publicznych muszą zawierać rozdziały o prywatności, inaczej ich wartość jest podważana. Czytamy opowieści o naszych babkach. O naszym traumalandzie. To, w czym możemy się przejrzeć, zrozumieć kawałek siebie w realnym kontekście. Albo przysposobić sobie jakąś prawdę, tutejszą, aktualną, możliwą do współdzielenia. I dzieje się tak, mimo że coraz gorzej radzimy sobie z odróżnianiem zmyślenia od prawdy, wcieleń od realu. Dobrym przykładem są napaści na Tomasza Schuchardta, który w filmie Dom dobry Wojciecha Smarzowskiego wcielił się w rolę mężczyzny stosującego przemoc. Aktor na ulicy jest zaczepiany i traktowany obelżywie, mylony z fikcyjną postacią. Część odbiorców filmu zarzuca też obrazom przemocy przesadę, nierzeczywistość, chociaż scenariusz powstał w oparciu o prawdziwe zdarzenia i relacje. Zakłócenie rozumienia prawdziwości rozgrywa się zarówno w nas samych, jak w sferze społecznej: komu ufać, gdy większość skupiona jest na performansie? Czy sami czujemy się wciąż prawdziwi i gdzie możemy tacy być? Czy jeśli zmieniłam twarz zabiegiem plastycznym i mam zagęszczone rzęsy, to wciąż patrzę w oczy samej sobie?

Życie w prywatności uprawianej jako zaawansowana fikcja prowadzi do wyczerpania i niepewności, czy się w ogóle jeszcze istnieje, a jeżeli – to w których zaułkach i kiedy możemy być sobą. Nie mamy innego niż prywatność filara, innej bezpiecznej jaskini, z której moglibyśmy wyprawiać się ku zaspokojeniu potrzeb relacyjnych. I wiemy, czujemy, że ten własny świat powinien być przedmiotem najgłębszej troski i ochrony. Batalia o sferę osobistą przenosi się teraz na nowe pola, te dotyczące śladów cyfrowych, naszych danych, relacji ze sztucznie inteligentnymi systemami, do których – prowadzeni ludzkim odruchem – już zwracamy się z pytaniami, jakie wstydzimy się postawić przyjaciołom. O ile takowych mamy. Tych przyjaciół, którzy wymagają czasu i szczerości i których żadne z naszych najprawdziwszych wcieleń nie odstraszy ani nie zniechęci, nie spowoduje, że klikną „przejdź dalej”. Takich gwarancji nie ma nikt, kto odsłaniał swą prawdziwą twarz. Prywatność jako praktyka odsłaniania się przed drugim człowiekiem jest nasycona autentycznym ryzykiem.

W naszym wielkim rozstaniu z prywatnością widoczne jest szersze spektrum wyprowadzki z obowiązującego do końca XX w. rozumienia człowieczeństwa. Powierzamy wiele swoich zdolności i cech maszynom, scedowujemy wykonywanie czynności (także twórczych) na automaty, procedury i algorytmy. Chcemy na nich polegać w poznawaniu świata i rozwiązywaniu problemów. Czynimy z nich powierników. Coraz dotkliwiej odczuwamy bycie wśród innych. Ludzie nas męczą, sprawiają, że czujemy się eksploatowani. Po całodniowej kawalkadzie spraw i aktywności na bliskość zwyczajnie brakuje sił.

A przecież nie chcemy wiele. Tylko pobyć chwilę ze sobą, bez presji, bez planów i listy „do zrobienia”. A jednak właśnie tę potrzebę potrafimy negocjować, odsuwać w sobie wciąż i wciąż.

Prywatność jest trudna. Wymaga ciszy, odłączenia, bycia w samotności. Zdolności skoncentrowania uwagi na sobie. Otwarcia pamiętnika i zapisania myśli na białej kartce. A więc konfrontacji z tym, jak jest.

Umiejętności myślenia o niczym, bo właśnie w czasie meandrowania wiele się w nas układa. Śnienia snów, których nikomu nie opowiemy. Które umkną ze świadomości. Ocalą się, niezapamiętane jak moja babcia. Nikt nas dziś nie uczy prywatności, pielęgnacji tej jedynej skóry, w której przyszło nam żyć i w której dobrze byłoby umrzeć. Nie można jej uczyć i bronić – o ironio – publicznie. Można chyba tylko spróbować ją podpatrzeć, dostrzec u tych nielicznych, u których pozostała niezagrożona.

Długo się zastanawiałam, co zabrać z mieszkania siostry mojej mamy, gdy odeszła. Dobrze się czułam w jej otoczeniu. W jej pościeli. Kochałam ciotkę, więc wszystko, co pozostawiła – a wyszła z mieszkania pewnego dnia, nie zakładając, że się z nim żegna – było bliskie, nie przestraszało. Zegar tykał, a ja mogłam być wśród materialnych śladów jej życia, w jej jeszcze zapachach. Mimo że nigdy nie opowiadała mi o relacjach uczuciowych ani o wyborach, skrywała siebie pod kołnierzykami w łezkę, rozumiałam, kim jest. Była w sposób wyraźny. Nosiła siebie z powagą i dyskrecją. Umiała istnieć, nie prosząc o zainteresowanie. Nietrudno więc było uszanować jej prywatność. Nie przyszło mi nigdy do głowy, by ją wypytywać, coś z niej wyciągać.

Zabrałam jej książki, ponieważ ustanowiły jej myślenie. Puzzle, bo sprawiały jej przyjemność. I łyżeczkę do herbaty. Pierwszą lepszą z tych, które zostawiła na suszarce. Żeby mieć coś zwykłego, w czym zaklęta była jej codzienna obecność. Niezasługująca na to, by o niej mówić, a co dopiero upubliczniać. Niewielki obiekt prywatnego użytku, pozbawiony wartości dla wszystkich poza nią samą.

Chwytam się tej łyżeczki.

Artykuł pojawił się w numerze: Granice naszej prywatności