Myślę, że jestem szczęściarą, bo mój tata to mężczyzna, który potrafi i przytulić, i się rozpłakać. Dzięki temu już jako mała dziewczynka nie zbudowałam sobie aż tak tradycyjnego obrazu męskości, która miałaby być pozbawiona emocji. Płaczący ojciec jest dziś częstszym i bardziej akceptowanym widokiem?
Zdecydowanie tak, choć nie jest to jeszcze powszechne zjawisko. Współcześnie mężczyźni odkrywają szeroko pojętą wrażliwość, czyli czułość, zdolność do opiekowania się samymi sobą i innymi ludźmi, wyrażania całego spektrum emocji. Ta strefa u bardzo wielu z nich jest zablokowana. Wiąże się to ze stylem wychowania chłopców praktykowanym od pokoleń, czyli przekazami transgeneracyjnymi i utrwalonymi przekonaniami na temat męskości.
Współczesny odkrywający swą wrażliwość mężczyzna byłby tym, który jest świadomy schematów wyniesionych z domu i nie chce realizować wzorca ojca nieobecnego, pozbawionego emocji?
Współczesny mężczyzna jest przede wszystkim człowiekiem. Na podstawie moich doświadczeń terapeutycznych mogę powiedzieć, że wspomniana próba odblokowania swojej wrażliwości to tak naprawdę dążenie do tego, żeby móc funkcjonować w pełni swojego człowieczeństwa.
Natomiast męskość – jako twór kulturowy – podlega różnego rodzaju modyfikacjom. Bycie mężczyzną biologicznym to nie jest to samo co bycie męskim mężczyzną w rozumieniu kulturowym. Obecnie ten konstrukt ulega kontestowaniu i redefiniowaniu. W ostatnich latach szczególnie u młodszego pokolenia mężczyzn widać dużą polaryzację: z jednej strony zupełne odrzucenie tego, co tradycyjnie uznawane za męskie, a z drugiej – próbę odtworzenia silnie patriarchalnych wzorców.
Mam wrażenie, choć być może wynika ono z funkcjonowania w określonej bańce społecznej, że świadomość szkodliwości patriarchatu jest dziś dużo bardziej powszechna niż choćby dekadę temu. O ile jednak kobiety – zapewne w dużej mierze dzięki osiągnięciom feminizmu – mocno skoncentrowały się na przedefiniowaniu swojej roli, o tyle mężczyźni pozostali trochę w tyle, trudniej im na nowo zbudować swoją tożsamość. Dlaczego tak się dzieje?
Oj, jeśli odpowiem na to pytanie, niekoniecznie będzie się Pani cieszyła…
Spróbujmy jednak.
Nie do końca zgodzę się z tym, że patriarchat jest passé i że przynosi same szkody.
Co do mody – zgoda, ale trudno mi pomyśleć, jakie możemy mieć z niego korzyści.
Patriarchat to bardzo duże uogólnienie, które w narracji feministycznej pojawia się zwykle, żeby opisać władzę mężczyzn nad resztą społeczeństwa. Oczywiście ten element zawiera się w patriarchacie, lecz jednym z podstawowych elementów patriarchatu jest również odpowiedzialność mężczyzny za rodzinę, za kraj, za społeczność. Gdyby dokładnie przeanalizować tak rozumiany patriarchat, okaże się, że jako kontrakt społeczny miał i ma wiele zalet.
Na przykład?
Nawet jeżeli popatrzymy na kulturę zachodnią, w dalszym ciągu wzorce patriarchalne są bardzo silnie odtwarzane i nadal zawierają się też w oczekiwaniach kobiet wobec mężczyzn.
Jeżeli np. pytamy kobiety o to, czego oczekują od mężczyzn, bardzo często siła i odpowiedzialność są wskazywane jako pierwsze. A to przecież cechy związane z patriarchatem.
Czy były prowadzone badania na ten temat?
W 2021 r. w Instytucie Psychologii Uniwersytetu Gdańskiego ponad 100 naukowców i naukowczyń prowadziło badania w 66 krajach na bardzo dużej próbie 28 tys. respondentów i respondentek. Zadawano podczas nich pytanie: „Męski, czyli jaki?”. Większość odpowiedzi wskazywała na bardzo patriarchalny sposób myślenia. Jako cechy męskie wymieniano m.in. sprawczość, pewność siebie, dominację, dążenie do wysokiego statusu społecznego i zaradność finansową.
Badanie pokazało, że męskość jest czymś, co bardzo trudno się zdobywa, niezwykle łatwo zaś traci.
Tylko czy te wyniki nie wskazują raczej na wolne tempo zmiany myślenia o kobiecości i męskości?
Te zmiany na pewno zachodzą szybciej na poziomie deklaratywnym, trudniej o ich przyjęcie w praktyce. Im bardziej kryzysowa sytuacja, czy to w parze, czy w społeczeństwie, czy w ogóle światowo, tym większa tendencja do tego, żeby powrócić do tradycyjnych ról. Często gdy w relacjach definiowanych jako partnerskie pojawia się poważniejszy problem, kobieta mówi do mężczyzny: „Zrób coś z tym”. To oczywiście odrobinę anegdotyczny przykład, jednak w dalszym ciągu mamy społeczną tendencję, żeby oczekiwać od mężczyzn, że to oni w większym stopniu będą brali odpowiedzialność za różne obszary funkcjonowania. Inna rzecz, czy oni faktycznie biorą tę odpowiedzialność.
Właśnie. To przecież chyba równie częsty obrazek, że kobieta w związku jest tą bardziej decyzyjną, nastawioną na działanie stroną.
To wynik procesów związanych z emancypacją kobiet, która trwa już od ponad 200 lat, można przyjąć, że od rewolucji francuskiej. W ubiegłym roku przypadła 105. rocznica przyznania Polkom praw wyborczych. Wraz z emancypacją pojawiła się możliwość włączenia w szeroko pojętą kobiecość cech i zachowań zarezerwowanych do tej pory dla mężczyzn. Choć może nie zabrzmi to najlepiej, ogromną rolę odegrały w tym procesie także wojny światowe, które sprawiły, że z tkanki społecznej zniknęły miliony młodych mężczyzn, więc siłą rzeczy kobiety musiały zaangażować się w czynności i role tradycyjnie przypisane mężczyznom. Natomiast jeżeli chodzi o mężczyzn, kłopot jest taki, że o sensie zmiany ich roli społecznej zaczęliśmy rozmawiać dopiero niedawno.
Prowadzona przez Pana Fundacja Masculinum na polskim gruncie jest pionierem tej refleksji.
Zajmuję się tym tematem od 13 lat i rzeczywiście nie przypominam sobie, żeby wcześniej ktoś na szerszą skalę mówił o tym, że nad męskością warto się zastanowić. Oczywiście domagały się tego kobiety, lecz mężczyźni niekoniecznie brali to na serio. Przekazy transgeneracyjne w dalszym ciągu blokują ich w robieniu tego samego, co zrobiły już kobiety. Czyli tak jak kobiety włączyły do spektrum swojej kobiecości tradycyjnie męskie cechy, zawody, sposoby ubierania się itd., tak mężczyźni nadal mają problem z przeprowadzeniem podobnej zmiany, ponieważ tego typu ruchy uważane są za niemęskie.
Czyli potrzeba nam emancypacji mężczyzn?
Tak, ale emancypacja mężczyzn ma zupełnie innego rodzaju formułę niż emancypacja kobiet, która w dużej mierze polegała na wyzwoleniu się spod władzy mężczyzn. I to istotnie był wadliwy aspekt patriarchatu. Natomiast emancypacja mężczyzn nie odbywa się wcale wobec kobiet, tylko wobec własnych ograniczeń. Ten proces trochę potrwa, bo potrzeba czasu, żeby społecznie zgodzić się na to, że nowa męskość może mieć różne wymiary.
Nie lubię stwierdzenia, że męskość jest w kryzysie, bo wydaje mi się ono upraszczać sprawę. Trudno jednak czasem oprzeć się wrażeniu, że podczas gdy koleżanki singielki szukają metod samorozwoju, mają pasję i energię do odkrywania świata, ich rówieśnicy pozostają w marazmie i znużeniu. Czy rzeczywiście można mieć poczucie takiego pęknięcia między światem kobiet i mężczyzn?
To pęknięcie wynika z faktu, że współcześni mężczyźni są zależni od kobiet. Niedawno byłem na bardzo ciekawej konferencji, gdzie prezentowano wyniki przeprowadzonych w ubiegłym roku w Polsce badań Looking At The Man – Mężczyźni o mężczyznach. Jednym z pytań, na które raport miał dać odpowiedź, było to, gdzie jest źródło siły i mocy mężczyzn. Proszę sobie wyobrazić, że aż 48% mężczyzn odpowiedziało, że źródłem siły i mocy jest miłość partnerki. Tymczasem gdy o to samo zapytać kobiety, w pierwszej piątce nie wskazują zwykle miłości partnera.
Daje do myślenia.
To pokłosie tego, że współcześni mężczyźni są wychowywani przez kobiety, a nie przez mężczyzn. W historii życia statystycznego Polaka, już dorosłego dzisiaj, występują olbrzymie deficyty dorosłych mężczyzn, którzy byliby wzorcami w różnego rodzaju sytuacjach.
Teraz to się na szczęście trochę zmienia, bo mamy rozkwit nowoczesnego ojcostwa, ale na efekty tego zjawiska musimy jeszcze trochę poczekać. W tym momencie mówię o współczesnym dorosłym Polaku. On zwykle pierwszego mężczyznę, który mógł być dla niego jakkolwiek formatywnym wzorem, najczęściej spotyka na studiach, o ile w ogóle tam trafił, albo w wojsku.
Na wcześniejszym etapie uczą się głównie od kobiet.
I to one im mówiły, jacy oni są, jacy mają być, czego od nich potrzebują. To spowodowało duży chaos i trudności z wyborem fundamentów, na których można budować tożsamość. Jeżeli mężczyzna próbuje ją kształtować, odpowiadając na oczekiwania kobiet, prowadzi to zwykle na manowce ze względu na to, że ta narracja jest nieprawdopodobnie różna.
Kobiety, o czym Pani wspomniała, są nastawione na rozwój. Na szczęście zauważam, że mężczyźni też coraz częściej się na nim koncentrują. To statystycznie w dalszym ciągu jest nieporównywalna skala, lecz gdy zaczynałem pracować z mężczyznami, panowało takie powszechne przekonanie, że chodzenie na terapię, na warsztaty, podejmowanie różnego rodzaju aktywności, które nie wiązałyby się stricte z budowaniem kompetencji służących zarabianiu pieniędzy, jest przyznaniem się do wady. Do tego, że z moją męskością jest coś nie tak, więc tym samym jestem niemęski. Gdy zatem dekadę temu organizowałem pierwsze warsztaty dla mężczyzn, przez osiem miesięcy zbieraliśmy grupę, która ostatecznie liczyła siedem osób.
Dzisiaj grupy zapełniają się szybko?
Obecnie prowadzę trzy–cztery warsztaty miesięcznie, tylko dlatego, że mam niewiele czasu, ponieważ liczba mężczyzn proszących o konsultacje stale rośnie.
Rok temu trafiała do nas zaledwie jedna piąta tych zgłoszeń, które trafiają teraz. To bardzo duży wzrost zainteresowania mężczyzn rozwojem, a raczej pracą nad poprawą jakości swojego życia.
Dużą rolę odegrali w tym procesie trendsetterzy, czyli mężczyźni, którzy postanowili pójść na terapię, zacząć pracować na warsztatach nad różnymi aspektami siebie jako człowieka, jako mężczyzny, i w swoich środowiskach pokazywali, że to się opłaca. Że dzięki temu dokonali zmiany, która spowodowała, iż jakość ich życia znacząco się poprawiła. Taki oddolny marketing powoduje, że coraz więcej mężczyzn, szczególnie młodszych, zaczyna zauważać, że pójście na terapię, warsztaty, przeczytanie książki psychologicznej to nie słabość, tylko świadoma decyzja, że buduję lepszą jakość swojego życia i wpływam też tym samym na jakość życia osób, które są ze mną powiązane.
A jakie są przyczyny, dla których ci mężczyźni trafiają na terapię?
Bardzo różne i zależą często od kontekstu życia konkretnego mężczyzny. Jeżeli mówimy o mężczyznach młodych, dwudziestoparoletnich, oni właśnie najczęściej poszukują samorozwoju. Chcą się przygotować, żeby lepiej funkcjonować w życiu, co oznacza np. dobrze układać sobie relacje z kobietami, przygotować się do roli ojca, ale też poradzić sobie w różnych sytuacjach rodzinnych, związanych często z koniecznością odniesienia się do swojego pochodzenia, lub zawodowych. Natomiast im mężczyźni są starsi, tym częściej pojawiają się w gabinecie, ponieważ chcieliby być zdecydowanie lepszymi ojcami dla swoich dzieci, niż byli ich ojcowie dla nich. Trafiają tam też w wyniku kryzysów w relacjach, a także z powodu jednostek chorobowych takich jak depresja, nerwica itd.
Chciałabym, żebyśmy przyjrzeli się teraz typom mężczyzn, na których kształtowanie się mają wpływ patriarchalne wzorce. Zacznijmy może od maminsynków, którzy nie potrafią zerwać kontaktów z matką i szukają jej figury w ewentualnej partnerce. Skąd się bierze ten typ?
Najczęściej z parentyfikacji, która polega na zawłaszczaniu chłopca przez matkę i powoływaniu go do roli zastępczego partnera. Jeżeli matka jest opuszczona przez partnera lub sama go odtrąciła, nadal ma różne potrzeby relacyjne. Chce być kochana, potrzebuje być dla kogoś ważna, dawać komuś miłość itd. W takiej sytuacji syn jest dla niej najbardziej emocjonalnie dostępny i ona zupełnie nieświadomie zaczyna budować z nim relację zbliżoną do partnerskiej. Angażuje go w problemy, zwierza się z trudności, niejednokrotnie oczekuje, żeby chłopiec realizował różne zadania. Taki syn pozbawiony jest wzorca męskiego, czyli dorosłego mężczyzny, który go uchroni przed tą sytuacją.
To znaczy?
Jedną z najważniejszych funkcji ojca, zwłaszcza w życiu chłopca, jest separowanie matki od niego. Ojciec ma być niczym klin, który odsuwa matkę od dzieci. Jego obecność w przestrzeni rodzinnej sprawia, że matka swoje emocje i potrzeby kieruje do niego, a nie do syna. Jeżeli ojca nie ma w tym układzie, kobieta często zupełnie nieświadomie wikła syna w toksyczną relację. Skutkuje ona tym, że syn buduje sobie obraz matki nieszczęśliwej, bo przecież on nie jest w stanie zaspokoić jej wszystkich potrzeb, choćby z tej prostej przyczyny, że nie pójdzie z nią do łóżka. Gdyby się to wydarzyło, wówczas mielibyśmy już bardzo patologiczną sytuację.
Dorosły mężczyzna wychowany wyłącznie przez matkę niekiedy wychodzi do świata z przekonaniem, że kobieta jest kimś, kogo nie da się zaspokoić. Jednym z jego dużych problemów, niepozwalającym mu się związać z inną kobietą, jest to, że widział matkę opuszczoną przez mężczyznę. Ona poświęciła się dla niego i teraz on nie może jej zdradzić, podobnie jak kiedyś ojciec.
Chyba często jest też tak, że młodzi mężczyźni mają już świadomość, iż matka za bardzo chce zachować kontrolę nad ich życiem. Jak mogliby w tej sytuacji postawić granicę, żeby nie zerwać całkowicie kontaktów?
Problem polega na tym, że nie są w stanie tego sami uregulować, ponieważ siła relacji z matką znacznie przekracza ich możliwości. Taki mężczyzna znalazł się w uwikłanej relacji i jeśli będzie chciał postawić matce granicę, spotka się to z jej negatywną – mniej lub bardziej wprost wyrażoną – reakcją. Będzie ona albo agresywna: matka wypomni, że tak się poświęciła, a syn nie potrafi być wdzięczny, czyli wzbudzi w nim poczucie winy, albo bierno-agresywna, kiedy matka zacznie pokazywać się jako ofiara. Żeby postawić granicę w takiej relacji, trzeba mieć ogromną wewnętrzną siłę. A skąd tę siłę ma wziąć chłopiec, który do tej pory nie był uczony budowania swojej autonomii? Po to właśnie są terapia, warsztaty, rozmaite kręgi męskie pozwalające kształtować wewnętrzną niezależność, która jest podstawowym warunkiem do stawiania granic matce czy komukolwiek innemu.
Interesującym typem są również incele, którzy pozostają w mimowolnym celibacie.
Incele to mężczyźni, którzy nie tyle nie potrafią zbudować relacji z kobietą, ile nie mogą się tego nauczyć, gdyż doświadczają bardzo różnych i silnych ograniczeń. Mogą to być bariery wynikające z ich stanu zdrowia, np. z niepełnosprawności, lub z wychowania w silnie przemocowych rodzinach.
Sam fakt, że mówimy o incelach i używamy tego sformułowania, już jest stygmatyzacją, która wzmacnia tylko trudności doświadczane przez tę grupę.
Praca terapeutyczna z tymi mężczyznami jest niezwykle trudna, ponieważ często nie chodzi tylko o subiektywne blokady w ich głowach, ale o obiektywne ograniczenia zdrowotne lub cielesne. Oni bardzo rzadko są w stanie sami sięgnąć po pomoc.
Jest też całkiem spora grupa, która dobrze czuje się w zastanym patriarchalnym układzie: to chłopcy konserwatywni, głosują na prawicę, dosyć często chodzą do kościoła, mają właśnie tradycjonalistyczne podejście do związków z kobietami. Choć nowocześni, wyluzowani i stawiający na rozwój, to ostatecznie myślą tylko o tym, żeby samemu zdobywać najwyższe szczyty, a kobietę zostawić domu. To tzw. instachłopcy. Skąd taki wybór drogi życiowej?
Po pierwsze, może on wynikać z wyznawanego systemu wartości, wyniesionego czy to z domu, czy ze społeczności, w której się wychowywali. Nie zapominajmy, że żyjemy w kraju, w którym Kościół katolicki ma cały czas dużo do powiedzenia. Dla wielu mężczyzn tradycyjny układ może być przyjmowany jako dobry, bo obserwują, że funkcjonuje i w pewnym stopniu się sprawdza.
Drugi powód może być taki, że eksperymenty społeczne prowadzące do oddzielenia tego, co biologiczne, od tego, co kulturowe, prowadzą do formułowania sprzecznych komunikatów. Niby możesz być, kim chcesz, ale tak naprawdę nie do końca możesz, bo wówczas narazisz się na hejt, odrzucenie, deprecjonowanie itd. Młodzi mężczyźni obserwują, w jak dużym pogubieniu funkcjonują ich rodzice, jak poszukiwanie nowych wzorców relacyjnych doprowadziło do tego, że ich rodziny nie wytrzymały próby czasu i albo się rozpadły, albo zamieniły się w rodzinną spółkę z o.o., gdzie każdy żyje swoim życiem, nie ma właściwie relacji i komunikacji. Wówczas często dochodzą do wniosku, że zamiast dalej eksperymentować, sięgną po gotowe rozwiązania.
Coś jeszcze przyciąga ich do takiej drogi?
Po trzecie, strach przed niewyrazistością i przekonanie, że lepiej być tradycyjnym mężczyzną, niż nie wiedzieć, kim się jest.
Czwarta przyczyna to sytuacja geopolityczna, która w ostatnich latach bardzo się zmienia i buduje stan potencjalnego ciągłego zagrożenia. Myślę zwłaszcza o wojnie w Ukrainie, w której zasadniczo to na mężczyznach spoczywa obowiązek militarnej obrony kraju. Im większy kryzys, tym większa tendencja do tego, żeby społeczeństwo wracało do wypróbowanych przez wieki ról.
Wspomniał Pan o tym, że Kościół w Polsce ciągle mocno sprzyja utrwalaniu tradycyjnych wzorców. Odwołam się tutaj do osobistego doświadczenia. Nie tak dawno uczestniczyłam z partnerem w kursie przedmałżeńskim, gdzie jako najlepszą lekturę ułatwiającą nam zrozumienie przyszłego męża polecano opublikowaną w latach 90. książkę Mężczyźni są z Marsa, kobiety są z Wenus Johna Graya, która przecież w dużej mierze utrwala stereotypy dotyczące różnic między płciami, zwłaszcza w zakresie komunikacji i emocjonalności. Choć na rynku mamy teraz wiele książek, artykułów, podcastów, konferencji poświęconych nowej roli kobiety, rynek dla mężczyzn jest jednak nadal dość ubogi. Mężczyźni nie mają potrzeby, żeby o tym słuchać, czytać, rozmawiać?
Ta potrzeba dopiero się w nich budzi. Jeżeli jednak używamy słowa „rynek”, musimy wziąć pod uwagę, że on rządzi się prawem popytu i podaży.
A one pokazują, że to przede wszystkim kobieta jest czytelniczką.
Tak, kobieta jest czytelniczką, odbiorczynią wykładu itd. Natomiast kiedy zaczynaliśmy pracę w fundacji, to tzw. rynek dla mężczyzn w ogóle nie funkcjonował. Musiało dopiero nastąpić jego odblokowanie. W fundacji wyraźnie obserwujemy, że po pierwsze, mężczyźni zaczynają mieć lepszy kontakt z własnymi potrzebami, a po drugie – otwarcie zabiegają o to, żeby ich potrzeby były zaspokajane. I mam na myśli nie tylko podcasty, wykłady, książki, ale też inicjatywy podejmowane wśród mężczyzn w firmach, w których pracują, gdzie od wielu lat realizowane są programy dla kobiet, typu kobieta liderką, asertywność kobiet, lecz nie ma podobnej oferty dla mężczyzn.
Coraz więcej firm zgłasza się do naszej fundacji z zapytaniami o rozwiązania, które możemy zaproponować mężczyznom wewnątrz organizacji. Nie chodzi im jednak o propozycje związane stricte z kompetencjami zawodowymi, tylko takie, które dotyczą mężczyzn jako ludzi.
Sporym powodzeniem cieszą się programy dotyczące rozwoju kompetencji z zakresu inteligencji emocjonalnej opracowane specjalnie dla mężczyzn. Bo to się przekłada na jakość ich pracy. Przecież mamy tak naprawdę jedno życie, to, co się dzieje w sferze prywatnej, przekłada się na zawodową, i odwrotnie.
Niedawno Infuture.institute oraz Fundacja moonka opublikowały raport Dojrzewanie polskich chłopców, nad którym Pan zresztą także pracował. Pokazuje on dobrze, z czym muszą mierzyć się dorastający chłopcy w naszym kraju. Aż 44% z badanych wskazało, że z wyzwaniami okresu dojrzewania radzi sobie sama. Natomiast 75% respondentów negatywnie odnosi się do przekonania, że mężczyzna powinien ukrywać emocje. Jak mądrze wspierać chłopców w wyrażaniu emocji?
Wrócę do tego, co powtarzam jak mantrę: mężczyznom są potrzebni inni mężczyźni. Mam tu na myśli również chłopców. Podstawowym wsparciem w zakresie emocjonalnego wychowania jest więc jakościowe ojcostwo, ale też znacznie większa obecność dorosłych, świadomych mężczyzn w życiu współczesnych chłopców. Oni potrzebują nie tylko móc poobserwować to, w jaki sposób może funkcjonować dorosły mężczyzna na różnych polach, ale także mieć z kim budować głębokie relacje.
Czyli jakie?
Posłużę się przykładem ze swojego życia. Mam dwóch synów i oni na co dzień obserwują, jakim jestem mężczyzną. Jeśli nie byłbym w stanie nikogo przytulić, powiedzieć „kocham”, pogłaskać, wyżalić się do ich mamy, mojej żony, przy znać, że jest mi smutno, to oni nie mieliby świadomości, że mężczyzna zarówno potrafi takie rzeczy, jak i może je robić. Staramy się wraz z żoną uczyć synów kontaktu ze swoją emocjonalnością i jej wyrażania w bezpiecznych warunkach. Dzieci przecież potrzebują dialogu, wytłumaczenia, czego nie można i dlaczego, co warto, a czego nie warto robić.
Jeśli spojrzeć na męskie relacje, to do ok. 14. roku życia dla syna najważniejszy jest kontakt z ojcem, lecz niezwykle istotne okazuje się także otoczenie chłopców męską opieką w dalszej części ich życia. Tak funkcjonuje plemienny ojciec, czyli ten, który już nie jest pojedynczym człowiekiem, tylko grupą mężczyzn, pełniącą funkcję uzupełniającą wobec tego pierwszego ojca. Takie założenie realizujemy w męskich kręgach, podczas których spotkania już dorosłych mężczyzn z innymi dorosłymi mężczyznami odgrywają rolę kompensacyjną, a więc pozwalają doświadczyć od innych mężczyzn np. tego, czego zabrakło w ich w relacji z ojcami.
Dlaczego właściwie kobieta nie może być formatywnym wzorcem dla chłopaka? Czy musimy się formować zawsze na wzór osób tej samej płci? Przecież chłopakom może imponować np. dobra nauczycielka i – na odwrót – dziewczynom dobry nauczyciel?
To nie jest tak, że nie może być wzorcem, lecz nie może być wzorcem męskości. Nie przeżywa życia w męskim ciele, nie doświadcza kryzysów charakterystycznych dla życia mężczyzny. Przecież chłopcy spotykają kobiety, które wyrażają smutek – płaczą, pokazują wrażliwość. Niestety, nie przekłada się to na ich powszechną zdolność do wyrażania tego typu postaw, kiedy stają się dorosłymi mężczyznami. Męskość pochodzi wyłącznie od mężczyzn. Jest czymś w rodzaju klubu, do którego trzeba zostać przyjętym.
Ciekawe jest też to, że pewne stereotypy dotyczące kobiecości i męskości działają w jedną stronę. Na przykład dziewczynkom mówi się, że mogą robić wszystko, że nie ma czegoś takiego jak męskie zawody. Na rynku mocno jest obecny trend buntowniczek, tupeciar, dziewczynek, które mogą zmieniać świat i kosmos. Natomiast w drugą stronę działa to trochę słabiej, czyli np. mężczyzna pielęgniarz to już raczej rzadki obrazek.
To rodzi podwójną trudność, na którą zwrócił uwagę np. duński terapeuta Jesper Juul, który mówił, że z jednej strony męska agresywność jest tabu, więc chłopcy mają być grzeczni, mają nie biegać, nie skakać itd., a z drugiej – wskazywał, że w dalszym ciągu nie mamy narracji, która wspierałaby wejście mężczyzn w role zarezerwowane dla kobiet.
Sam wykonuję kobiecy zawód. Proszę sobie wyobrazić, że w społeczności psychoterapeutów mężczyźni stanowią tylko 15%. Gdy zaczynałem pracę, był to zawód „hobbystyczny”, dla wielu mężczyzn nie był on skorelowany z możliwością zarabiania pieniędzy w taki sposób jak te „korporacyjne”, teraz to się zmieniło i robię to, co lubię, pomagam i jednocześnie zarabiam pieniądze.
Jeżeli zaczniemy pokazywać wzorce, które nauczą społeczeństwo, że mężczyźni mogą być obecni w różnych profesjach, ponieważ ich zadaniem nie jest przede wszystkim „zarabianie pieniędzy”, to może pojawią się oni np. w przedszkolach jako wychowawcy.
Wydaje się, że moje pokolenie, często dużo bardziej świadome schematów wyniesionych z domu, może być tym, które wypracuje nowe wzorce męskości: oparte na wartościowych cechach konkretnej osoby, a nie wyłącznie na sukcesach na polu zawodowym. Jak rodzice mogą wspierać i wychowywać swoich synów, by nie popaść jednak w pułapkę schematów wyniesionych z domu?
Pozwalając im mieć kontakt z coraz większą liczbą mężczyzn, którzy są zaangażowani w różne rzeczy. Dzięki temu młodzi chłopcy będą mogli czerpać wzorce z szerokiego spektrum, a to pozwoli im np. uzyskać dostęp do swoich różnych cech, by potem lepiej nimi manewrować. Jeżeli zajmuję się dziećmi, jestem czuły, lecz gdy idę na negocjacje, jestem stanowczy. I to nie jest wybór albo–albo, tylko i to, i to. Dlatego wznowiona właśnie książka, którą popełniłem już dawno temu z Tomaszem Kwaśniewskim, ma tytuł Czasem czuły, czasem barbarzyńca. Chodzi o to, że współczesny mężczyzna dzięki temu, że ma coraz lepszy kontakt ze swoimi zasobami, ma możliwość znacznie bardziej elastycznego działania.
To pozwala uniknąć zagrożenia, że realizacja oczekiwań partnerki będzie jedynym sensem życia mężczyzny.
Tak, tylko żebyśmy teraz nie poszli w drugą stronę, że czy to mężczyźni, czy kobiety mają być kompletnie zamknięci na swoje wzajemne potrzeby relacyjne. Chodzi o to, żeby móc zdecydować, że to twoje oczekiwanie spełnię, lecz na inne się nie zgadzam, bo to przekracza moje granice, i otrzymać od ciebie akceptację.
Tylko postawienie granic to, jak się wydaje, praca, którą musimy wykonać indywidualnie. Tymczasem często w różnych pracach analizujących nowe wzorce męskości, np. u Liz Plank lub bell hooks, pojawia się subtelna, ale jednak sugestia, żeby część odpowiedzialności za „naprawę” mężczyzn przerzucić na kobiety.
To wynik tego, że mamy problem z niezaangażowanymi w życie chłopców mężczyznami, więc ta praca przerzucana jest na kobiety. To zdecydowanie nie jest dobry układ.
Jacek Masłowski
Psychoterapeuta Gestalt i EMDR, filozof oraz coach biznesu. Współtwórca i prezes Fundacji Masculinum. Specjalizuje się w problematyce współczesnych mężczyzn i zagadnieniu męskości