To był klasyczny owczarek niemiecki. Ziajał i przynosił patyki. Siadał z dziadkiem w ciasnej kuchni i oczywiście nie palił, ale trochę wyglądał, jakby chciał dostać jednego małego sporta. Dziadek i Mali byli zżyci. Wymieniali czułości i spojrzenia, spacerowali w milczeniu. Potem przestali. Mali kulał, a z czasem w ogóle nie mógł chodzić. Rodzina wynosiła go przed blok w kocu. Pałętało się słowo dysplazja. Mali wyglądał jak lokalny bożek – niesiony do auta przez kilkoro dorosłych, w tym milczącego dziadka. Mali wkrótce zniknął. Skórzana kurtka dziadka również.
Kilka dekad temu w Polsce panował boom na owczarki niemieckie.
Winne były temu seriale z przełomu lat 60. i 70. – Czterej pancerni i pies oraz Przygody psa Cywila. Mądry, gotowy ryzykować życiem dla kompanów Szarik, od razu stał się ikoną. I tę ikonę wciąż można podziwiać. Nie tylko na ekranie, ale także w Centrum Szkolenia Policji w Sułkowicach. Wprawdzie trudno ustalić, którego z trzech psów grających w serialu ciało stało się eksponatem, jednak wkład Szarika w kynologiczne gusta Polaków jest ogromny. Tym tragiczniejsze wydają się losy tej rasy.
Owczarek piękny i chorowity
Dziś owczarek niemiecki należy do kategorii trzeciej, czyli rasy szczególnie zagrożonej chorobami (obok bloodhounda, buldoga, doga z Bordeaux, mastiffa, mastiffa neapolitańskiego, pekińczyka, bernardyna i mopsa) według klasyfikacji „Breed Watch”. Stosowana jest ona w ramach Kennel Clubu, największej brytyjskiej organizacji zajmującej się hodowlą psów i organizacją wystaw.
Alarmująca kategoria jest konsekwencją degeneracji psów przez człowieka.
Poziom drugi, nieco łagodniejszy, ale także oznaczający zagrożenie zdrowia, wskazuje już nie na kilka ras, a na kilkadziesiąt. Ich problemy wynikają, częściowo ze stosowania chowu wsobnego w przeszłości oraz z hodowli selekcyjnej, zorientowanej na konkretne cechy zwierząt. U owczarków niemieckich to np. uparte równanie do estetycznych kanonów – m.in. przesadnego kątowania tylnych nóg. Daje ono efekt obniżenia linii lędźwi. Jej spadek „pod kątem około 23 stopni” określa aktualny wzorzec rasy ustanowiony przez Międzynarodową Federację Kynologiczną (FCI). Ale nie zawsze tak było.
Pierwszy owczarek niemiecki – Horand von Grafrath, był bardziej postawny i klocowaty niż współczesny pies. Z czasem jednak zaczęto go zakrzywiać i przechylać, co odbiło się na zdrowiu i ruchu owczarków – piszą na łamach „Scientific Reports” autorzy publikacji zatytułowanej Different Conformations of the German Shepherd Dog Breed Affect Its Posture and Movement. Jak? Ano np. tak, że aż 20,5% z nich cierpi z powodu dysplazji (niedostateczny rozwój kości i innych elementów) stawów biodrowych – zdaniem Orthopedic Foundation for Animals. Choć trzeba zaznaczyć, że obecnie odsetek psów z dysplazją ulega zmniejszeniu. Sytuacja się poprawia, co jest efektem systemów regulacyjnych i wytężonej pracy wielu hodowców. Dziś psy (w hodowlach podlegających FCI) kwalifikowane do rozrodu muszą przechodzić m.in. testy radiologiczne. Mój dziadek 30 lat temu raczej nic o owczarkach nie wiedział. Może gdyby miał świadomość, czym są obarczone, wybrałby innego psa? Czy Mali z tego właśnie powodu podróżował w kocu?
Niskie tyłki owczarków niemieckich od zawsze budziły kontrowersje. I budzą je do dziś. W 2016 r. na słynnej wystawie „Crufts” w Wielkiej Brytanii pojawiła się 3-letnia suczka Cruaghaire Catoria. Ludzie byli oburzeni. Organizacje broniące praw zwierząt zawrzały, a mikrobiolożka Rachel Dutton napisała: „Wstydź się, Kennel Club”. Grzbiet psa wyglądał jak zjeżdżalnia. Brytyjski dziennik „Independent” ujął to inaczej. Pisał o psie z „opadającym grzbietem” i „zdeformowanym chodem”, ale zdaniem weterynarzy kulawizna nie występowała. Suczka przed pokazem pomyślnie przeszła testy weterynaryjne, a jej właścicielka – Susan Cuthbert, zajęła na pokazie pierwsze miejsce. Dlaczego? Bo standardem w kynologii jest grzbiet opadający.
Prócz owczarków popularnością cieszą się wciąż rasy brachycefaliczne, ze spłaszczoną kufą. W 2016 r. Brytyjskie Stowarzyszenie Weterynaryjne przestrzegało w szczególności przed kupnem buldogów, shih tzu i mopsów. Dowiedziono, że brachycefaliczność zwyczajnie skraca psom życie.
Nadmierne skrócenie kufy u mopsa przekłada się na jego problemy z żuciem i przełykaniem. A także powoduje niewydolność oddechową.
Mops często charczy krztusi się. W trakcie wysiłku lub upału może się przegrzać. Z powodu jego wydatnych oczu dochodzi często także do owrzodzenia rogówek. Jak w przypadku owczarka, powodem tych problemów są lata hodowli skupionej na przekazywaniu niezdrowych, ekstremalnych pod kątem aparycji cech.
– Rozwijaliśmy [u mopsa] ten kształt pyska, ale naturze to nie odpowiada, więc nie wszystkie elementy w środku zmniejszają się tak, jak chcemy – mówi Rowena Packer, badaczka z Royal Veterinary College. Na tym nie koniec. Kolejnym przykładem jest inny ikoniczny pies, bernardyn. Ten legendarny pies ratowniczy pochodzi ze Szwajcarii. Został wyhodowany przez mnichów z Hospicjum św. Bernarda w Alpach. Jego wizerunek medialny to zawsze masa, ogromne fałdy skóry i noszona na szyi beczuszka brandy. Pies ratował podróżników zasypanych lawinami. A legenda głosi, że alkohol miał tych wydobytych spod śniegu rozgrzać do czasu dotarcia ekipy ratunkowej. Swoją popularność Bernardyn przypłacił zdrowiem. „Breed Watch” martwi się luźną skórą na ich pyskach, a szczególnie w okolicach ich górnych i dolnych powiek. Ich brzegi często nie mają kontaktu z okiem, gdy pies znajduje się w naturalnej pozie – wywijają się do wewnątrz lub na zewnątrz. Stan ten może przerodzić się w miejscowe zapalenie. Do tego dochodzi szereg schorzeń wynikających z samej masy psa.
Łatwo skończyć w tym miejscu na oburzeniu i obrazić się na to, w jaki sposób obecnie psy kategoryzujemy.
Jednak historia relacji człowieka z psem jest długa, a dzisiejsze rozumienie ras psów stosunkowo nowe. Ten koncept, opierany na pilnowaniu ksiąg rodowodowych, przestrzeganiu standardu rasy i czystości krwi, liczy sobie w naszym kręgu kulturowym niecałe 200 lat – jak piszą Michael Worboys, Julie-Marie Strange i Neil Pemberton w książce The Invention of the Modern Dog. Nie znaczy to, że wcześniej nie stosowano hodowli selekcyjnej. Lecz nie była ona tak restrykcyjna, nie dążyła do ujednolicenia psów w ramach jednej rasy, tak jak w dwóch ostatnich stuleciach. Wcześniej opierała się przeważnie na psiej użyteczności.
Początków dzisiejszego rozumienia rasy można upatrywać w wiktoriańskiej Anglii. Projekt poprawiania psów uosabiał aspiracje rosnącej w siłę burżuazji, zostawiając nieco w tyle ideały ziemiaństwa. Był też próbą narzucenia hierarchii. „Wsparcia” natury i ewolucji. Przejawem stawiającej wówczas pierwsze kroki eugeniki. Wytworem ambicji i fantazji. Pytanie, jak do tego doszło, być może pozwoli zrozumieć, czym są rasy psów dzisiaj.
Psy pasterskie i dla damy „na kolanko”
Wspólna historia psa i człowieka rozpoczęła się jakieś 27–40 tys. lat temu. To wtedy genotypy psów i wilków uległy rozdzieleniu. Powodem psio-ludzkiej przyjaźni miała być obopólna korzyść, tzw. ewolucyjny skrót. Zamiast wykształcać nowe cechy, wykorzystaliśmy zdolności psów. I vice versa. Nie trzeba mieć superwęchu, wystarczy mieć psa. Nie trzeba strzec ogniska do późnej nocy, dobry czworonóg ogarnie to za nas. Pies pomagał zdobyć pożywienie, a człowiek gwarantował mu miejsce w obozowisku. Z wdzięczności oddawał także część strawy.
Od początku pewne zachowania psów były faworyzowane, inne nie.
Psy okazały się pojętne, komunikatywne i przede wszystkim gotowe do pracy. Właśnie ten aspekt znacząco zbliżył nas do siebie. Na tej podstawie człowiek zaczął psy odróżniać. Pierwsze typy kształtowały się naturalnie, były różnorodne. W obrębie jednego typu psia uroda przechodziła płynnie jedna w drugą. Tworzyła gradient. Nie było potrzeby rozmieniania psów na drobne.
Psy, które dobrze biegały i strzegły zwierząt, zaczęto nazywać pasterskimi lub owczarkami – herding dogs. Potem wyłoniła się szeroka kategoria myśliwska. Gończe nazywano ogarami (hound), chwytające zwierzynę retrieverami. Mające wszystkie te cechy – terierami. Były też psy pilnujące dobytku – stróżujące, oraz psy ratownicze. Wyróżniano psy wyścigowe, szczurołapy – ratting dog, a także miniaturowe dla dam na kolanko – lap dogs. Oraz znane północnym ludom – psy zaprzęgowe. Z biegiem lat pojawiły się także psy terapeutyczne i służbowe. Było ich coraz więcej i więcej. Każda grupa miała swoje zadanie – to one gwarantowały przecież psu bytowanie w ludzkiej społeczności.
Wraz z potrzebami człowieka zadania psów się zmieniały. Wiele typów wyginęło jak starogrecki stróż – molossus, daleki przodek mastiffa. Albo wilczarz irlandzki, monstrualny dog, który polował na wilki, póki te na Wyspach Brytyjskich nie zostały wytępione przez człowieka (Przyjmuje się, że pies ten został odzyskany, ale historia jego przywracania jest raczej kontrowersyjna). Wspomnieć można też rzekomą krzyżówkę psa i kojota – hare indian dog. Po wynalezieniu broni palnej ten czworonóg przestał być potrzebny. Stopniowo zmieszał się z innymi psami. Ale chyba zapomniano o małym piesku, który miał w zwyczaju kręcić rożnem. Wbiegał do koła i przebierał nogami, aby mięso przypiekało się równo z każdej strony. To on, ten właśnie niskopodłogowiec – turnspit dog, doglądał mięsa, zanim wynaleziono piekarniki. I zanim wynaleziono w wiktoriańskiej Anglii pojęcie psiej rasy (breed), wedle której w mniejszym stopniu liczyło się już, co pies robił, a bardziej jak wyglądał. Te dwa bieguny oczywiście nigdy nie uległy całkowitemu rozdzieleniu. Często aparycja wynikała z funkcji, jaką pies pełnił. Turnspit dog nie bez powodu był krótkołapy i miał podłużny grzbiet. Jednak w tamtych latach nie było to wcale regułą. Nowoczesne psy cechowała inna trajektoria rozwoju…
Namysł nad rasami psów poprzedziły dzieła ery nowożytnej. Wiedza o psach była zamknięta w wielotomowych księgach Johna Caiusa, pioniera anatomii i francuskiego przyrodnika Georges’a-Louisa Leclerca de Buffona. Hrabiego frapowała bliskość psa i wilka. Dzięki serii eksperymentów hodowlanych w końcu orzekł, że gatunki te są rozdzielne. Ale wciąż zdumiewała go psia wielorakość – próbował ją więc jakoś usystematyzować. Na podstawie Biblii wykoncypował, że natura ma swój cel – oczywiście służyć człowiekowi. Dlatego podstawowym psem, z którego wyniknęły wszystkie inne, musi być pies pasterski. Różnorodny z racji istnienia geograficznej i klimatycznej zmienności. Reszta psów, myślał de Buffon, to zwykłe kundle – krzyżówki wiernie służących ludziom przodków. Nawet mops to kundel. Zdaniem francuskiego badacza miał on być dzieckiem buldoga i małego doga, a nie, jak dziś głosi prawdopodobna hipoteza: ulubieńcem chińskiego dworu, prastarą rasą cesarską.
Namysł nad psami nie ustawał, lecz zmieniały się jego kryteria. Nieco bardziej pogłębionej klasyfikacji dokonał w kolejnym stuleciu brytyjski weterynarz i obrońca zwierząt – William Youatt. W 1845 r. opublikował w Wielkiej Brytanii słynną książkę – The Dog. Wyodrębnił w niej 68 rodzajów psów (co było wtedy synonimiczne z określeniem rasy, typu, itd.). Podzielił je na trzy grupy – kryterium stanowił kształt czaszki. Pierwsza określała psy dzikie i udomowione o cienkich podłużnych głowach, m.in. w typie brytyjskich chartów. W drugiej znalazły się spaniele, setery, wyżły i ogary, z głową zwężoną umiarkowanie i wysokim czołem, dającym odpowiednią przestrzeń na inteligencję. To nie jest żart. W tamtym czasie popularna była frenologia – pseudonauka wiążąca zdolności intelektualne z kształtem głowy. Dlatego dla Youatta środkowa grupa czworonogów była najcenniejsza. A ostatnia najmniej. Zamykała się w zaledwie dziewięciu psach ze zmniejszoną kufą i zmarszczonym czołem. Te psy, z buldogiem na czele, miały być rzekomo bardziej „brutalne”. Na prawdziwie nowoczesnego psa trzeba było jednak jeszcze chwilę poczekać. Dopiero 15 lat później zaczęto powszechnie mówić o rasie wyłącznie w kontekście czystości krwi czworonogów – piszą Michael Worboys, Julie-Marie Strange i Neil Pemberton w książce The Invention of The Modern Dog. XIX stulecie stworzyło do tego warunki idealne, kiedy to rozum człowieka miał swój popisowy moment w historii.
Major pana Smitha – pierwszy nowoczesny pies
Telefon, radio, karabin maszynowy, wreszcie kolej, fotografia i kolejne szczepionki – zapanowała era wynalazków, która umocniła władzę Homo sapiens na ziemi. W krótkim czasie nasz gatunek stworzył innowacje, które z impetem wepchnęły świat na nowe tory – urbanizacji, pęczniejącego przemysłu i oczywiście imperializmu. Był to czas zamętu niespotykanego dotąd w dziejach, co trafnie podsumował filozof i matematyk Alfred North Whitehead, stwierdzając: „Największym wynalazkiem XIX wieku było wynalezienie metody stwarzania wynalazków”. Dopiero z perspektywy czasu widać, że wiek XIX to także czas gdy rozum – jak z kolei pisał filozof szkoły frankfurckiej Max Horkheimer – coraz wyraźniej stawał się instrumentem panowania i przemocy, a świat zaczął być postrzegany jako jego łup. Łupem nowego porządku musiał paść także pies.
Wcześniej pies polował. W XIX w. nie był już oczywiście do tego zadania niezbędny.
Polowania miały charakter towarzyski, popisowy, prestiżowy. Lordowie i właściciele ziemscy trzymali po kilkanaście par psów, czasem więcej. Często wymieniali się zwierzętami z innymi hodowcami w okolicy. Jednak w każdym „szczepie” psów były te najlepsze, nazywane stallions – analogicznie do koni wyścigowych. Te osobniki zaczęto wystawiać na pokazach rolniczych. Z czasem pojawiło się coraz więcej rozrywek. Obok wystaw organizowano psie wyścigi i inne konkursy skupiające się na umiejętnościach czworonogów. Popularne były zakłady, obstawianie zwycięzców, a wśród klasy robotniczej silne fetowanie i picie na umór. Wydarzenia te miały charakter komercyjny i często w ich programie znajdywały się także tzw. krwawe sporty – szczucie psami niedźwiedzia zakutego w kajdany (bear-baiting) albo walki psów i kogutów. Zabroniono ich w 1835 r. na mocy The Animal Cruelty Act. Rywalizacja przeniosła się więc w inne miejsce.
Konkurencja rosła także na wystawach psów, gdzie niemal od początku kontrowersja goniła kontrowersję.
Z początku wywoływała je zmiana w ocenianiu psów, które zaczęły być punktowane wyłącznie za wygląd, a nie możliwości sportowe. Dlatego z czasem podczas konkursów dzielono psy na sportowe i niesportowe. To jednak nie rozwiązało sprawy. Przez dekady miłośnicy psów mieli obiekcje odnośnie do decyzji sędziów. Na nobliwych wydarzeniach w dużych miastach zasiadali dżentelmeni i przeważnie nagradzali psy swoje lub swoich kolegów. Prasa burzyła się, ludzie wykłócali o swoje racje. Czemu? Nie było zgody co do wspólnych kryteriów oceny. Powstawało wiele osobnych stowarzyszeń i organizacji, które próbowały przewodzić nowej sile. Wkrótce w wojnie o pieczę nad psami zwyciężył Kennel Club, ale moment „wynalezienia nowoczesnego psa” nadszedł nieco wcześniej. We wrześniu 1865 r. Należał on do Johna Henry’ego Walsha. Eksmyśliwego, który po tym jak stracił palce lewej ręki, postanowił zajął się dziennikarstwem. Na łamach magazynu „The Field” próbował położyć kres niekończącym się waśniom. W tym celu opublikował pierwszy wzorzec psiej rasy, z kompletnym opisem i rycinami. Przedstawiał wyżła, który wabił się Major. Pies ten rzeczywiście istniał i należał do niejakiego pana Smitha. Walsh pisał na jego podstawie: „Oczy [powinien mieć wyżeł] średniej wielkości, miękkie i inteligentne, różne od koloru skóry”. Demonstrując standard psa, podzielił jego ciało na pięć części. Każdą liczoną w punktach:
– głowa i szyja – 30 punktów,
– kształt i ogólna harmonia sylwetki – 25,
– nogi i łapy – 20,
– jakość i pokrój – 15,
– umaszczenie i sierść – 10.
W skład ogólnej harmonii wchodziły jeszcze biodra (7), zad (6), barki (5), klatka piersiowa (4) i sama symetria (3). Suma punktów miała w opinii Walsha dać wymierną ocenę psiego osobnika, realizować obiektywny model, który raz na zawsze zażegna obecne na pokazach spory. Tak też wzorzec pierwszego psa zapoczątkował powstawanie kolejnych. W ciągu kilkunastu miesięcy było już ich tyle, że zdecydowano się wydać podręczną książkę dla hodowców pod redakcją Walsha. Praca The Dogs of the British Islands miała na celu ustanowienie krajowych standardów, ufundowała nowy sposób widzenia czworonogów. Zaprezentowała, jak w nowych czasach z psami żyć, jak je rozmnażać i jak je pokazywać. Tak pies przestał być dla człowieka wyłącznie tresowanym pracownikiem. Zaczął być produktem, przedmiotem, o którym stanowił na chłodno jego rodowód oraz wartość zapisana w jego dobrej, a najlepiej czystej krwi. Nie oznacza to, że psy nierasowe były traktowane lepiej. Z dużym prawdopodobieństwem można uznać, że podejście człowieka do nich było jeszcze bardziej bezwzględne. Jednak i tak pewnie okazywało się bardziej humanitarne niż wobec reszty zwierząt gospodarskich.
Wiktoriańskie rozumienie rasy uczyniło jednak z psa spełniającego standardy coś innego – żeton.
Żeton, w który inwestowano, odżywiano i pielęgnowano. A następnie podczas pokazów poszczególne części ciała psa sędziowie przeliczali na punkty. Punkty z kolei na wygraną i prestiż. Wierzono za Herbertem Spencerem, iż konkurencja napędza ewolucję. Tak, pomimo krytyki, rozpowszechniły się rasy i zaczęły mimowolnie odgrywać rolę edukacyjną. Hodowcy i wielbiciele odkryli, że istnieją ich ideały – tzw. czyste typy, powtarzalne standaryzacje, do których bezwzględnie należy dążyć. Koniec więc z mieszańcami! Zaczęto żyć z rozmnażania psów. Więcej warci byli potomkowie nagradzanych czworonogów niż szczenięta pozbawione tytułów. Widać w tych dążeniach obsesyjną potrzebę utrzymania porządku i hierarchii. Do dziś niektórzy nazywają się panami lub paniami swoich psów. Jeśli to kogoś ciut razi, użyje słów „pańcio” lub „pańcia”, ale nawet zdrobnienia nie są zdolne odczarować wyższościowej natury tej relacji.
Dżentelmeni wyrywają ogony
Na hierarchiczne ujęcie rasy psa wpłynęło także zafascynowanie darwinizmem. Nie bez znaczenia pozostawały także stosunkowo nowa kultura czasu wolnego oraz zwyczaje klasowe i genderowe. W tamtych latach mizoginia występowała w parze z psią modą. Utarło się, że dżentelmeni zajmują się psami sportowymi, ewentualnie niesportowymi, ale poważnymi, a damy z towarzystwa mają swoje toy dogs. Pieski miniaturowe, w kokardach popkuli koronkach. Niektórzy mężczyźni widzieli w kobiecych pokazach psów wyłącznie tani sentymentalizm. Twierdzili wręcz, że kobiety (a szczególnie te bezdzietne) potrafią rozmnażać jedynie małe psie potworki. Skupiali się tak bardzo na powierzchowności, że nie zauważyli podstawowej różnicy w ich podejściu do zwierząt. Kobiety raczej nie trymowały psom uszu, ogonów i wilczych pazurów. A te zrzeszone w Ladies Kennel Association walczyły z okaleczaniem zwierząt. Część męskich hodowców przeciwnie – pozbawiała psy ogonów w całości. Szczególnie rasa schipperke była narażona na „wyrywanie go wręcz z korzeniami” – piszą autorzy The Invention of The Modern Dog. Tak powstawały poważne szkody w kręgosłupach psów, ale dżentelmeni z czasem dali się namówić na „delikatniejsze cięcie”. Jednak nawet gdy jedna ze spraw trafiła do sądu (w 1894 r.), argumentowano tak samo – obcinanie psom ogonów i uszu miało być dobre dla ich zdrowia. Sąd był jednak niewzruszony i ukarał trzy osoby, które nie mogąc zapłacić grzywny, trafiły do więzienia. Dziś praktyka obcinania psom uszu (cropping) czy ogonów (docking) jest w większości krajów prawnie zabroniona.
Cropping i docking były tylko jednymi z elementów eugenicznego projektu.
Bardzo długo wierzono w pseudonaukową telegonię, czyli wpływ pierwszego partnera na wszystkie ciąże. Znany dziennikarz i wielbiciel psów Hugh Dalziel pisał w czasach wiktoriańskich, że „związek suki z psem, przez którego poczęła pierwszy raz, często wywiera wpływ na kolejne mioty”. Często też nadużywano chowu wsobnego. Jeden z weterynarzy tamtego okresu John Woodroffe Hill pisał o eksperymentach na psach, które zostały „zahodowane na śmierć”. Miał on widzieć zwierzęta pozbawione sierści na uszach, z przerośniętymi czaszkami, wybałuszonymi oczyma i wykrzywionymi łapami. Nazywał je „obelgami wobec natury”. Próbował edukować, mówić, że takie okazy wkrótce utracą płodność i wymrą. Hodowcy tamtej epoki często nie słuchali. Okazywali się nowinkarzami i fanatykami ras. Ich celem było uzyskanie „czystego typu”, a chów wsobny zapewniał wzrost poziomu tych samych genów, przez krzyżowanie krewnych. Jednocześnie miał negatywne skutki – zwiększał w kolejnych miotach liczbę genów letalnych (powodujących śmierć) oraz powodował depresję wsobną (spadek żywotności i odporności, częstsze choroby genetyczne i wady rozwojowe). Już w tamtych latach zauważano, że zwykłe psy uliczne – kundle i mieszańce, zachowywały większą odporność na dziesiątkującą czworonogi nosówkę. Wirus CDV przynosił prawdziwy pogrom psów do momentu wynalezienia na niego szczepionki. Największe zagrożenie stanowił dla szczeniąt, psów rasowych, a zwłaszcza mopsów – twierdził William Youatt. Wyższą odporność jego zdaniem przejawiały mieszańce i psy pasterskie. Te, których człowiek nie tknął.
Na przykładzie psów, traktowanych jako wynalazki, dobrze widać, że postęp racjonalnej myśli może okazać się regresem.
Istniały jednak próby ocalenia psów, a tym samym resztek empatii człowieka. Stosunkowo wcześnie powstała organizacja Royal Society for the Prevention of Cruelty to Animals, w której od początku ważną rolę odgrywały kobiety. Od swojego powstania w 1824 r. RSPCA sprzeciwiały się wiwisekcji (operacji na żywych zwierzętach), walkom psów, polowaniom na lisy czy przeciążaniu i biciu zwierząt pociągowych. Lista wykroczeń przeciwko największemu przyjacielowi człowieka jest spora, jednak na obronę naszego gatunku można zauważyć, że i sto lat temu niektórzy mieli wątpliwości, co do przyjętego podejścia do zwierząt. W 1894 r. na łamach „Kennel Gazette” pytano: „Czy nasz czas i praca poświęcone dla hodowli psów są efektem miłości do rasy, czy do pieniędzy?”.
Czy możemy obejść się bez psich ras?
Także dziś sytuacja związana z rasami, kupnem i hodowlą psów bywa skomplikowana. Istnieją okazy doceniane i faworyzowane przez popkulturę. Psy-produkty, pożądane i piękne. Psy memiarskie, ikoniczne ze względu na mimikę. Wystarczy zerknąć na instagramowy profil „recenzjepsow”, by trochę się z rozmaitości czworonogów pośmiać. Są wokół nas psy torebkowe i rodzinne, takie, które pomogą samotnym i cierpiącym na depresję. Tymczasem weterynarze apelują, aby zaprzestać kupna wielu z nich. Nie stymulować rynku. Pytanie więc samo ciśnie się na usta: po co nam rasy psów? Pytam behawiorystkę Barbarę Sikorską, która jak sama mówi, żyje „z dwoma kundlami” i borzojem:
– Modyfikacja wyglądu w celu dostosowania psa do pracy zmieniła się w przejaskrawianie cech. Tak, aby wygrywać wystawy i przypodobać się potencjalnym kupującym. Gdy popatrzymy na psy wolnożyjące od kilku pokoleń, prawie zawsze wpisują się w typ kwadratowej sylwetki z ogonem i przynajmniej półstojącymi uszami. Takie psy są sprawne. Nie mają problemów zdrowotnych związanych z dziwnym wyglądem.
– Moje kundle są w świetnej formie. Natomiast borzoj – od czego by tu zacząć? Za długi pysk powoduje zwężenie przewodów nosowych. A jego „ścięcie” pod kątem sprawia, że Fisiek oddycha często jak Darth Vader – powietrze ucieka mu przez wargi. Zęby mają takie odstępy, że powoduje to dosyć śmieszne wypadanie języka bokiem. Utrudnia mu gryzienie, doprowadza do krwawienia dziąseł. Aby się napić czy podnieść coś z ziemi, Fisiek musi wychylić głowę do przodu. Picie w ogóle zajmuje mu strasznie dużo czasu – to efekt długiego wąskiego języka i mało pojemnej szczęki. Cały jest sztywny i nieforemny. Adoptowałam go w wieku 5 lat. I to nie jest pies z pseudohodowli – to pies rodowodowy, który był wcześniej reproduktorem. Poświęciłam naprawdę dużo pracy, by go „usprawnić” – wkładam dodatkowy wysiłek w rozwój mięśni przez ich ćwiczenie i rozluźnianie masażem. Tak, aby nie miał zaraz zwyrodnień i bóli z powodu własnej anatomii.
Pytanie o zasadność istnienia ras w 2024 r. zadaję także Annie Boguckiej, należącej do Związku Kynologicznego w Polsce, która sędziuje na międzynarodowych wystawach psów. Sędzia szybko podejmuje rękawicę:
– Podążając tym tokiem myślenia, można byłoby postawić wiele podobnych pytań: po co nam rasy koni, owiec, kóz, kur, kotów, gołębi czy innych ptaków? Tendencja do „uwalniania” psa od człowieka jest bardzo wyraźnie widoczna już od dłuższego czasu w ekstremalnych wypowiedziach czy tekstach np. działaczy PETA (People For The Ethical Treatment of Animals). Przeciwieństwem tych poglądów jest, nadal mocno rozpowszechnione w naszym społeczeństwie, traktowanie psa jako „podłego” gatunku, o który nie warto specjalnie się troszczyć – mówi Bogucka.
Obydwa podejścia są zdaniem sędzi skrajne i kwestionują kryterium rasy, które jest po prostu czymś, na co się jako społeczeństwo umówiliśmy.
Wytworem kultury, tradycji, historii. Służy dobraniu psa do człowieka, określenia jego licznych użytkowych funkcji:
– Podobnie jak w biurze matrymonialnym, tak w relacjach człowieka z psem – im lepiej zostanie dopasowany jeden do drugiego, tym większa szansa na zgodną i bezstresową koegzystencję – mówi, z czym zgadza się trenerka Barbara Sikorska.
– Dzięki rasom możemy poszukać psa, który po prostu „będzie do nas pasował”. Poza tym psy „pracujące w zawodzie” nie mają sobie równych. Psów zaganiających, tropiących czy poszukujących ludzi nie zastąpi człowiek ani żadna technologia.
– Nadal myśliwi poszukują psów o odpowiednich predyspozycjach – dodaje sędzia Bogucka – służby szukają psów o konkretnych talentach, osoby niepełnosprawne psich asystentów, aktywni psów o predyspozycjach sportowych, a leniwi takich, którym nie znudzi się leżenie na kanapie.
Sędzia wspomina także psy narodowe, reprezentujące swoje kraje. Jednym z nich jest choćby słynna akita inu, japoński pies należący do grupy pierwotnych, bohater licznych memów czy filmu Mój przyjaciel, Hachiko. Akity nazywane pomnikami przyrody po II wojnie światowej niemal wyginęły. Gdyby nie praca hodowców, zniknęłyby zupełnie.
Skazani na siebie nawzajem
To, że pies przynależy do określonej rasy, nie determinuje w pełni jego zachowania. Rasy psów są rodzajem marki – wskazówką. Nie mówią wiele o tym konkretnym psie, który żyje obok Ciebie. Pomijają to, jak duży wpływ ma na niego środowisko, w którym się wychowywał. Dziś informacja o rasie to informacja o dwóch rzeczach: określonym wyglądzie psa oraz pewnych jego predyspozycjach, które być może także wymagają nowego namysłu.
– Mam wątpliwości co do rozwijania u nich pewnych cech, z których potem nie będą korzystać. Lub co gorsza będą cierpieć ze względu na ich posiadanie – dodaje Sikorska. Sędzia Bogucka wskazuje z kolei na autorytet Związku Kynologicznego i jego standardy, których tradycja sięga 1948 r. Mają one dawać wysokie prawdopodobieństwo otrzymania zdrowych przedstawicieli. Ale czy zawsze dają? Trenerka proponuje:
– Duży sens ma podział ras na linie pracujące i linie show. U psów, które nie będą trafiać do osób planujących zrobić użytek z ich wybujałych cech, powinno się wygaszać instynkty. Inaczej będą one ciężarem nie tylko dla opiekuna, ale i dla samego psa. Po co psom w mieście dryg do polowania, potrzeba zaganiania, nadmierna czujność i pobudliwość?
A gdybyśmy z ras zupełnie zrezygnowali?
Bogucka wiedząc, że są wytworem kulturowym, stwierdza, że prędzej czy później i tak by się pojawiły:
– Ludzie zaczęliby po jakimś czasie na nowo dobierać kojarzone psy pod kątem pożądanych cech – wielkości, długości szaty, siły, temperamentu, odwagi, predyspozycji do obrony czy polowania, potrzeby bycia blisko człowieka itd. – mówi.
Funkcje użytkowe czworonogów są nam potrzebne i nieocenione. Psi terapeuci, psi tropiciele, psi ratownicy nie mają sobie równych. Jednak obsesyjne skupienie na aparycji zwierząt i na przelotnych trendach uprzedmiotawia psy, tworzy z nich gadżety, tokeny, trofea i przede wszystkim produkty. A gdy psy stają się produktami, stymuluje to rynek w kierunku powstawania pseudohodowli. Psy sprzedawane na OLX-ie, rozmnażane przemysłowo, bez troski o ich dobrostan. Za to z troską o zysk. Poniekąd psy rodowodowe z certyfikowanych hodowli FCI rozwiązują ten problem. Podlegają kontroli zewnętrznej, można prześledzić linie przodków i wyeliminować wiele chorób. Jednak z jakiegoś powodu w przypadku owczarka niemieckiego i wielu innych ras to nie wystarcza.
Certyfikowany szczeniak to wydatek przynajmniej rzędu kilku tysięcy.
Nie każdego na to stać. Wielu chciałoby mieć po prostu ładnego pieska. Słodką shibę, przyjaznego goldena retrievera czy niezmordowanego border collie. Pochwalić się jego zdjęciem, nauczyć go kilku sztuczek, zabrać na wakacje. Tymczasem w schroniskach żyją psy z marginesu wspólnej relacji z człowiekiem. Psy okaleczone, psy z traumami. Ich cierpienie nie jest winą przypadku czy losu. Jest winą człowieka. Po wiekach eksperymentów na psach, adoptowanie kundli i czworonogów „w typie” być może jest najlepszym, co można zrobić. By wciąż mieć prawo jako ludzie nazywać psa swoim najlepszym przyjacielem.
Bo psy i ludzie żyją w bliskim symbiotycznym związku. Zniknięcie jednego ogniwa odbija się na drugim. Co, gdyby ludzi nagle zabrakło? Prawdopodobnie wiele psów by tego nie przetrwało. Te 350 ras ustanowionych sztucznie uległoby stopieniu. Wszystkie lubiane przez nas rasy istnieją zbyt krótko, aby ich genotyp, a nie tylko wygląd zewnętrzny był różny, trwały. Przede wszystkim wyginęłyby czworonogi, które rodzą się przez cesarskie cięcie, jak mopsy, ale ten los mogłyby podzielić także psy bardzo duże i inne bardzo małe. Psy nauczyłyby się polować, prowadziłyby życie jak australijski dingo albo jak moskiewskie bezdomniaki – błądząc po stacjach metra. A co, gdyby zabrakło psów? Wiemy tylko, jak jest, gdy zabraknie tego jednego psa.
Mój dziadek nie oglądał się na prawo. Wykopał Maliemu dół. Stał nad nim z rodziną w ciszy. Chmurzył się. Czegoś szukał wzrokiem w koronach drzew. Pewnie czuł dysonans. Łzy cisnęły mu się do oczu bardziej niż na pogrzebach ciotek i stryjków. Nie chciał, by ktokolwiek je widział. By ktokolwiek znał jego uczucia. Poza tym psem. Powoli więc zdjął starą skórzaną kurtkę. Przykucnął i w milczeniu otulił nią Maliego. Potem wziął łopatę i bez słowa przykrył ciało ziemią.