Subskrybuj
Fot. Jakub Włodek / Agencja Gazeta
Publicysta ekonomiczny. Stale współpracuje z „Krytyką Polityczną”, „Przewodnikiem Katolickim” i „Dziennikiem Gazetą Prawną”. Autor serii powieści kryminalnych Metropolia.

Polska neutralna klimatycznie?

Polska może osiągnąć neutralność klimatyczną w 2056 r., sześć lat po unijnym terminie. Nie ma jednak żadnego powodu, by twierdzić, że Szwedzi, Finowie czy Niemcy są bardziej „odpowiedzialni klimatycznie” niż Polacy. Ci pierwsi emisję CO2 zwyczajnie przenieśli za granicę.

Kilkudziesięciu aktywistów międzynarodowej grupy Extinction Rebellion 7 września 2020 r. zablokowało ul. Świętokrzyską w Warszawie. Chcieli w ten sposób zwrócić uwagę na nadchodzącą katastrofę klimatyczną i wymóc na politykach ogłoszenie alarmu klimatycznego. Aktywiści mają już dosyć bierności w kwestii zmagań ludzkości ze zmianami klimatu. Członkowie wywodzącej się z Wielkiej Brytanii inicjatywy wcześniej m.in. okupowali wiele ulic w Londynie i demonstrowali w Nowym Jorku. W Monachium postawili symboliczne szubienice, które miały unaocznić obserwatorom, że ocieplanie się klimatu jest procesem zagrażającym przeżyciu jeśli nie całego gatunku ludzkiego, to przynajmniej wielu jego przedstawicieli.

Oczekiwanie podjęcia jednoznacznych działań zderza się jednak z pragmatyką codzienności. Wbrew pozorom politycy w tym temacie nie są bierni, bo nieustanne kluczenie jest swego rodzaju aktywnością. I to niełatwą: balansowanie pomiędzy koniecznością ograniczenia emisji dwutlenku węgla a utrzymaniem wzrostu standardu życia obywateli swoich państw to zadanie wymagające niebywałej ekwilibrystyki. Niekończące się negocjacje obracają się właśnie wokół wyważenia obu tych racji. Do coraz większej części decydentów dociera powoli, że skuteczne przeciwdziałanie zmianom klimatu musi opierać się na solidnej korekcie modelu ekonomicznego, w  kierunku bardziej egalitarnym, wspólnotowym i inkluzywnym. Działania w obszarze samej energetyki bez wątpienia nie wystarczą.

Cele a rzeczywistość
W 2015 r. w Paryżu odbyła się konferencja Narodów Zjednoczonych ws. klimatu. Podpisane na niej porozumienie zakłada dążenie państw zrzeszonych w ONZ do ograniczenia wzrostu temperatury na świecie. Miałaby ona być maksymalnie 1,5°C wyższa niż w czasach sprzed rewolucji przemysłowej. W tym celu świat powinien osiągnąć neutralność klimatyczną, czyli zerową emisję dwutlenku węgla netto, do roku 2050. Założenia były więc bardzo ambitne – wcześniej mówiono o ograniczeniu wzrostu temperatury do 2°C – jednak, niestety, dotychczas pozostają one tylko na papierze.

ONZ publikuje co roku Emissions Gap Report, który pokazuje postępy we wdrażaniu celów klimatycznych na świecie. Najnowsza edycja z 2019 r. nie napawa przesadnym optymizmem. W ostatniej dekadzie emisja gazów cieplarnianych rosła w tempie 1,5% rocznie, a w 2018 r. osiągnęła rekordowy poziom 55,3 gigaton dwutlenku węgla. Emisja CO2 z energetyki oraz przemysłu w samym 2018 r. wzrosła o 2% i także była rekordowa.

Co gorsza, nie ma specjalnych oznak, że szczyt emisji jest już za nami, więc z każdym rokiem zwłoki odraczane reformy będą musiały być radykalniejsze.

Już teraz można założyć, że zrealizowanie celów klimatycznych z konferencji w Paryżu będzie wymagać do 2030 r. ograniczenia emisji CO2 o ponad połowę w stosunku do 2018 r.

Jak to wygląda w poszczególnych państwach? W zakresie emisji CO2 do atmosfery zupełnie „bezkonkurencyjne” są państwa Półwyspu Arabskiego, których energetyka oparta jest na ropie. Ratuje nas to, że są one przynajmniej stosunkowo małe, więc ich niszczący wpływ na światowy klimat jest ograniczony. Gdyby wszystkie kraje przyjęły taki model energetyczny jak Półwysep Arabski – np. Katar emituje 30 ton CO2 na głowę rocznie – to już teraz nasza planeta przypominałaby piekarnik. Zaraz za nimi są jednak kraje anglosaskie, które nie tylko są demokratyczne i nowoczesne, ale też zdecydowanie bardziej liczne. Kanada w 2018 r. wyemitowała 15,5 tony CO2 na głowę, czyli 0,3 tony więcej niż dwa lata wcześniej. Emisja CO2 per capita w USA wyniosła 14,9 tony i była dokładnie taka sama jak w 2016 r.

Na ich tle Unia Europejska wypada niezwykle oszczędnie, jednak także na Starym Kontynencie ograniczanie emisji idzie jak po grudzie. W 2017 r. państwa UE wyemitowały 6,3 tony CO2 na głowę, czyli dokładnie tyle samo co dwa lata wcześniej i nawet nieco więcej niż w 2014 r. Polska nie tylko przekracza średnią unijną, ale też z każdym rokiem generuje więcej CO2 – w okresie 2014–2018 emisja per capita w naszym kraju wzrosła z 7,3 do 8,1 tony. Tu trzeba zaznaczyć, że Unia Europejska jest największym rynkiem konsumpcyjnym świata – jest nie tylko zamożna, ale też liczna. Państwa członkowskie zamieszkuje 513 mln mieszkańców, tymczasem Stany Zjednoczone „tylko” 326 mln. Tak więc twierdzenie, że wpływ UE na globalne emisje jest nikły, okazuje się zupełnie nieuzasadnione. Unia Europejska, licząc już bez odchodzącej Wielkiej Brytanii, w 2018 r. odpowiadała za 8% globalnych emisji, co oznaczało, że jest trzecim największym światowym emitentem – po Chinach (27%) i USA (14%), ale przed Indiami (7%).

Trzeba też zauważyć, że zdecydowanie największy światowy emitent CO2, czyli Chiny, we wrześniu 2020 r. także zadeklarował osiągnięcie neutralności klimatycznej – do 2060 r.

Europejski Zielony Ład
Nic więc dziwnego, że UE postanowiła samodzielnie wdrożyć plan dojścia do neutralności klimatycznej, nie oglądając się na inne części świata. A raczej mając nadzieję, że da przykład pozostałym państwom, które pójdą jej śladem. Europejski Zielony Ład zakłada, że do 2050 r. UE osiągnie zerową emisję CO2 netto, a więc będzie pochłaniać co najmniej tyle samo dwutlenku węgla, co sama wyemituje. Do tego czasu decydenci UE chcą także przemodelować gospodarkę, by oddzielić wzrost gospodarczy od eksploatacji zasobów. Nie ma więc mowy o jakimkolwiek gospodarczym regresie. Rozwój ekonomiczny nadal jest w planach UE, jednak ma on się odbywać na innych podstawach i przestać być ekstensywny. Równocześnie wciąż mają obowiązywać europejskie cele konwergencji, czyli dążenie do ujednolicenia poziomów życia na całym obszarze Wspólnoty.

Zielony Ład UE zakłada również konkretne działania, które mają umożliwić osiągnięcie celów. Opierają się one przede wszystkim na inwestycjach w energetykę odnawialną, ale też w innowacje ograniczające zużycie zasobów w przemyśle czy transformację lokalnych systemów transportu zbiorowego i poprawę efektywności energetycznej budynków – czyli zmniejszenie energii koniecznej do ich ogrzania. Działania te mają być finansowane z Mechanizmu Sprawiedliwej Transformacji, który docelowo miał przekazać regionom UE 40 mld euro w okresie 2021–2027, w celu wygenerowania inwestycji o łącznej wartości 100 mld euro.

Problem w  tym, że część z  tych miliardów euro może nie popłynąć szerokim strumieniem do regionów naszego kraju, choć akurat one bez wątpienia ich potrzebują. Na lipcowym szczycie UE Polska była jedynym krajem, który nie zadeklarował, że do 2050 r. osiągnie neutralność klimatyczną. Tymczasem istotnym postanowieniem szczytu było zmniejszenie dotacji z mechanizmu transformacji o połowę, jeśli kraj nie zadeklaruje osiągnięcia neutralności klimatycznej w założonym czasie. Pozostała część nie przepadnie, jednak zostanie zamrożona. Sam fundusz zresztą też nie jest tak okazały, jak początkowo zaplanowano. Z powodu konieczności walki z kryzysem spowodowanym pandemią koronawirusa i utworzeniem Funduszu Odbudowy mechanizm sprawiedliwej transformacji został ograniczony do zaledwie 10 mld euro, z czego Polska miałaby otrzymać jedną trzecią – czyli ok. 3,5 mld euro. O ile zadeklaruje spełnienie celu klimatycznego UE.

Wymiksowani z planu
Można więc powiedzieć: z dużej chmury mały deszcz. Koronakryzys zburzył plany europejskim decydentom, którzy zredukowali Fundusz Sprawiedliwej Transformacji do, nie bójmy się słów, ogryzka. Szczególnie na tle wszystkich funduszy unijnych, które w latach 2021–2027 będą opiewać na 750 mld euro. Liderzy UE ułatwili więc rządowi Polski wymiganie się od złożenia deklaracji o neutralności klimatycznej, gdyż łatwiej zrezygnować z 3,5 mld euro niż z przewidzianych poprzednio kilkunastu. Nic dziwnego, że aktywiści ekologiczni są wzburzeni. Nawet najbardziej świadomy klimatycznie region świata nie potrafi dojść do szeroko zakrojonego porozumienia ws. ograniczenia emisji CO2.

Oczywiście Polska nie odstąpiła od unijnych planów, gdyż politycy znad Wisły wzgardzili tą wciąż jednak górą pieniędzy. Polska jest jednym z najbardziej uzależnionych od węgla krajów Wspólnoty – i to zarówno od jego spalania, jak i wydobycia. Choć w tym drugim zakresie zdecydowanie mniej.

Według corocznego raportu Transformacja energetyczna w Polsce publikowanego przez Forum Energii w 2018 r. Polska wyprodukowała 78% swojej energii elektrycznej z węgla, przy czym 49% z kamiennego i 29% z brunatnego. Odnawialne źródła energii (OZE) odpowiadały za 13% miksu energetycznego, natomiast gaz za kolejne 7%.

Co gorsza, nasz miks energetyczny zamiast się poprawiać, jeszcze się pogarsza. Udział OZE w ciągu roku spadł z ponad 14%, głównie z powodu wprowadzenia przepisów ograniczających możliwość inwestycji w elektrownie wiatrowe oraz mniejszej wietrzności. Pocieszający jest spadek produkcji energii z węgla brunatnego, który jest najbrudniejszym jej źródłem. Uzyskaliśmy go dzięki wyłączeniu elektrowni Adamów w Turku. Jednak odpowiednio wzrosło zużycie węgla kamiennego, więc zysk ten był połowiczny. Wyraźnie wzrosło też zużycie gazu, który co prawda również jest emisyjnym źródłem energii, jednak jest najbardziej zielonym ze wszystkich paliw kopalnych.

Polska ma więc wciąż w  dużej mierze energetykę z XX w. – najwyraźniej nasz sektor energetyczny przespał nowe millenium. Światowe Forum Energetyczne co roku publikuje Energy Transition Index (ETI – „Wskaźnik Transformacji Energetycznej”) i w edycji za 2019 r. uplasowaliśmy się dopiero na 75. miejscu. Z państw UE jedynie Bułgaria została sklasyfikowana niżej, ale niewiele, bo na 77. pozycji. Na naszej fatalnej lokacie zaważyły przede wszystkim udział energetyki węglowej (dopiero 112. miejsce na świecie), elastyczność systemu elektroenergetycznego (110. miejsce) oraz wysoka emisyjność sektora energetycznego (108.). Są jednak obszary, w których wypadliśmy całkiem nieźle. Pod względem poziomu inwestycji w  efektywność energetyczną uplasowaliśmy się na 26. pozycji, pod względem wolności inwestycji na 23., a logistyki na 26. Nasz potencjał zmiany modelu pozyskiwania energii jest więc raczej instytucjonalno-organizacyjny. Sam system energetyczny może nam w tym bardziej przeszkadzać, niż pomagać.

Mając to wszystko na uwadze, analitycy Polskiego Instytutu Ekonomicznego (PIE) postanowili oszacować termin, w którym realnie możemy uzyskać neutralność klimatyczną. Porównali w tym celu wynik Polski w ETI 2019 r. oraz analogiczne wyniki trzech krajów UE, które dobrowolnie zadeklarowały osiągnięcie zerowej emisji CO2 znacznie przed 2050 r. Mowa o Finlandii (2035 r.), Austrii (2040 r.) oraz Szwecji (2045 r.). Na podstawie wyników w poszczególnych kategoriach ETI oraz tych trzech deklaracji PIE szacuje, że Polska mogłaby osiągnąć neutralność klimatyczną w 2056 r., a więc dopiero sześć lat po terminie unijnym.

Cóż mają w sobie te trzy państwa, że same od siebie, przez nikogo nieprzymuszane, zadeklarowały zerową emisję znacznie wcześniej, niż wymaga tego Unia Europejska? Dwa kraje nordyckie mają to szczęście, że funkcjonują tam elektrownie atomowe. W obu istotne są także elektrownie wodne. W Szwecji atom oraz woda dostarczają w sumie aż 80% energii elektrycznej, a w Finlandii ponad połowę. Austria wyróżnia się natomiast bezkonkurencyjnym udziałem hydroenergetyki, która zapewnia w tym kraju 60% energii elektrycznej, a kolejnych 25% dokładają wiatr oraz gaz. Dzięki temu Austria może pochwalić się znacznie niższą emisyjnością niż Dania czy Finlandia, w których wciąż istotny udział w miksie ma energetyka węglowa (odpowiednio 21 i 14%).

Nowa nadzieja
Czyżbyśmy byli więc w najbliższych dekadach skazani na węgiel? Niekoniecznie. W publikacji Przyszły miks energetyczny Polski autorzy z Fundacji Instrat oraz PIE wskazują, że krajom Europy udało się odejść od „czarnego złota” w stosunkowo krótkim czasie. Przykładowo, jeszcze w 1990 r. 14 krajów UE wydobywało 370 mln ton węgla kamiennego rocznie, tymczasem w 2018 r. za 74-milionowe wydobycie odpowiadało już tylko pięć krajów Wspólnoty – a sama Polska aż za 86%. Autorzy publikacji wskazują, że w okresie przejściowym Polska powinna postawić na gaz, którego zresztą udział w miksie rośnie. Tak zrobiła Dania – dla niej błękitne paliwo stało się rozwiązaniem na kilka dekad, podczas których Duńczycy transformowali swoją energetykę. Stosunkowo niskoemisyjny gaz może stać się dla Polski „mniejszym złem”. Co więcej, sieci gazowe po odpowiednich modyfikacjach mogą być używane do transportu mieszanki, której znaczną część będzie stanowić wodór, uważany przez wielu za źródło energii przyszłości.

W długim terminie Polska powinna zapewnić sobie dostęp do energii jądrowej, która jest nie tylko zeroemisyjna, ale też bardzo stabilna – w przeciwieństwie do OZE nie zależy od warunków atmosferycznych. O budowie polskiej elektrowni jądrowej mówi się już od ostatnich dekad PRL, a mimo to plany te wciąż nie zostały zrealizowane. Jednak wiele wskazuje na to, że obecnie Polska jest rzeczywiście zdecydowana na uruchomienie przynajmniej jednego reaktora. W zeszłym roku podpisaliśmy porozumienie ze Stanami Zjednoczonymi w sprawie współpracy w dziedzinie energetyki jądrowej. W czerwcu tego roku minister klimatu Michał Kurtyka podtrzymał rządowe plany o rozpoczęciu budowy instalacji atomowej w 2026 r. Według tych planów w 2033 r powinien działać już pierwszy reaktor, a do 2040 r. ma być ich w sumie sześć, o łącznej mocy 6–9 GW.

Autorzy publikacji Instratu oraz PIE widzą również nadzieję w szybko spadającej cenie energii pochodzącej z OZE, dzięki czemu odnawialne źródła energii z każdym rokiem stają się bardziej konkurencyjne wobec pozostałych źródeł. Szczególnie dotyczy to energii słonecznej, której uśredniony koszt wytworzenia w okresie 2010– 2018 spadł z 371 do 85 USD za MWh.

Tymczasem Polska przeżywa mały boom fotowoltaiczny.

Fotowoltaika jest obecnie najszybciej rozwijającym się sektorem energii odnawialnej, m.in. dzięki rządowemu programowi Mój prąd, który dofinansowuje połowę kosztów założenia domowej instalacji PV. Jeszcze w 2014 r. zainstalowano w  Polsce zaledwie 20 MW mocy fotowoltaicznych, tymczasem w kwietniu tego roku było to już 1,83 GW – a więc ponad 90 razy więcej. Dwie trzecie z tych mocy zainstalowano w domach prywatnych. Efekty można zobaczyć na własne oczy zwłaszcza w górskich miejscowościach, w których dachy domów pełne są odpowiednich instalacji.

Wciąż wielką niewiadomą jest natomiast wodór. Według Europejskiego Zielonego Ładu do 2050 r. ma on stanowić kilkanaście procent miksu energetycznego UE i ma szansę wyeliminować ropę z silników samochodowych. Problem w tym, że o ile sam wodór jest paliwem bardzo ekologicznym, o tyle jego uzyskiwanie wręcz przeciwnie. Jak wskazuje Grażyna Śleszyńska w tekście dla „Obserwatora Finansowego”, główna metoda uzyskiwania wodoru z gazu ziemnego emituje niewiele mniej dwutlenku węgla niż silniki spalinowe. Z wodorem wiąże się także kilka innych problemów – takich jak konieczność wykorzystywania drogiej platyny jako katalizatora  – jednak potencjalnie może to być paliwo, które uchroni ludzkość przed klimatyczną zagładą. Według raportu Kierunki rozwoju gospodarki wodorowej w Polsce PIE największymi zaletami tego paliwa są zerowa emisja gazów cieplarnianych, praktycznie niewyczerpane zasoby oraz szerokie zastosowanie. Polska jak na razie wydaje stosunkowo niewiele na badania w zakresie wykorzystania wodoru – 116 mln zł w porównaniu do 3 mld zł we Francji – jednak w najbliższym czasie może się to zmienić. Do 2021 r. Orlen zamierza wybudować hub wodorowy we Włocławku, a w maju PGNiG poinformował o rozpoczęciu prac nad projektami wykorzystującymi wodór w energetyce i motoryzacji.

Offshoring emisji CO2
Przemiany technologiczne zachodzą tak szybko, że odejście od węgla oraz osiągnięcie neutralności klimatycznej mogą stać się dla Polski możliwe w terminie szybszym niż 2056 r. zakładany przez analityków PIE. Być może w czwartej dekadzie XXI w. wodór będzie na tyle prosty w uzyskaniu, że wraz z planowaną elektrownią jądrową stanie się podstawą polskiej energetyki. Tego nie wiemy, już teraz jednak można stwierdzić, że znacząca korekta modelu ekonomicznego jest niezbędna, by uchronić nas przed problemami ekologicznymi w przyszłości. Emisja dwutlenku węgla nie jest przecież jedynym problemem epoki późnego antropocenu. Zużywamy na ogromną skalę także inne zasoby: rudy żelaza, drewno czy wreszcie wykorzystywaną w energetyce wodę, której w Polsce coraz częściej mamy deficyt. Każda innowacja nie tylko przynosi nam spadek eksploatacji jednych zasobów, ale też zwiększa eksploatację innych. Przykładowo: do budowy silników elektrycznych wykorzystuje się metale rzadkie.

Dyskusja o zmianach klimatycznych musi więc wiązać się z rozmową o działalności ekonomicznej człowieka oraz o problemach z nią związanych. Między innymi o nierównościach zarówno na poziomie globalnym, jak i krajowym. Bez wątpienia za emisję CO2 odpowiadają w większym stopniu ludzie zamożni oraz ich styl życia opierający się na daleko posuniętej indywidualizacji zaspokajania potrzeb. Brytyjski think tank Oxfam, specjalizujący się w badaniu globalnych nierówności majątkowych, w 2020 r. przygotował zestaw danych obrazujących „nierówności emisyjne”. W latach 1990–2015 najbogatsze 10% ludności świata odpowiadało za 52% globalnej emisji CO2 w tym okresie. Tymczasem dolna połowa ludności świata pod względem zamożności wyemitowała zaledwie 7% CO2, który trafił do atmosfery w tamtym czasie. Najzamożniejszy 1% świata odpowiadał za 15% emisji CO2 w latach 1990– 2015, czyli wyemitował go dwukrotnie więcej niż biedniejsza połowa.

Bogatsi zdecydowanie bardziej przekraczają też budżet węglowy, czyli ilość dwutlenku węgla, którą możemy emitować bez ryzyka wzrostu temperatury powyżej zakładanych w porozumieniu paryskim 1,5°C. Najbogatsze 10% mieszkańców Ziemi przekroczyło go o jedną trzecią, natomiast mniej zamożna połowa tylko o 4%. W debacie publicznej często pojawia się też teoria, według której za wzrost globalnych emisji odpowiadają rosnące ambicje społeczeństw „na dorobku”. Emisje muszą rosnąć, ponieważ wiele narodów dotychczas biednych bogaci się i przyjmuje zachodni styl życia – np. jedzą zdecydowanie więcej mięsa lub więcej podróżują. Teza ta nie znajduje odzwierciedlenia w danych Oxfam. Najbogatsze 5% populacji naszej planety odpowiadało za jedną trzecią wzrostu emisji CO2 w omawianym czasie. Całkowity wzrost emisji CO2 górnego 1% mieszkańców globu był trzykrotnie większy niż wzrost emisji dolnej połowy populacji pod względem zamożności.

Poza tym nie można też zapominać, że wiele zamożnych krajów Zachodu zwyczajnie wyeksportowało swoje emisje CO2. Przedsiębiorstwa z najzamożniejszych państw przeniosły swoje produkcje, a przynajmniej ich najbardziej „brudne” części, do krajów rozwijających się.

Zamiast więc prowadzić na swoim terenie kłopotliwą produkcję, importują one potrzebne dobra z krajów Azji czy Europy Środkowo-Wschodniej. W ten sposób upiekły dwie pieczenie na jednym ogniu: zmniejszyły własne emisje CO2 i zapewniły sobie dostęp do tanich produktów.

Dane OECD pokazują nie tylko emisję CO2 wyprodukowanego w danym kraju, ale też skonsumowanego. USA, Japonia oraz UE jako całość mają znacząco większą emisję CO2 skonsumowanego od wyprodukowanego. W krajach rozwijających się, takich jak Chiny czy Indie, jest odwrotnie. Polska, mimo iż leży w UE, należy do tych krajów, w których więcej CO2 się produkuje niż konsumuje – choć różnice w przypadku naszego kraju są niewielkie. W 2015 r. konsumowaliśmy 7 ton CO2 na głowę, a produkowaliśmy 7,4 tony. Przypatrzmy się trzem krajom, których sektory energetyczne zostały przez analityków PIE podane jako wzór do naśladowania. Szwecja w  2015  r. wyemitowała jedynie 4 tony CO2 na głowę, czyli prawie dwa razy mniej niż Polska. Jednak skonsumowała 7 ton CO2 per capita, a więc niemal dokładnie tyle samo ile Polska. Finlandia oraz Austria w 2015 r. skonsumowały po 10 ton CO2 w  przeliczeniu na jednego mieszkańca, a więc o jedną piątą więcej niż Polska. Dokładnie to samo dotyczy Niemiec (także 10 ton CO2 per capita konsumpcji). Nie ma więc żadnego powodu, by twierdzić, że Szwedzi, Finowie, Austriacy czy Niemcy są bardziej „odpowiedzialni klimatycznie” niż Polacy. Ci pierwsi emisję CO2 zwyczajnie przenieśli za granicę.

Korekta światowej gospodarki

Walka ze zmianami klimatu i dążenie do neutralności klimatycznej muszą być prowadzone, mając na względzie to wszystko, co napisano powyżej. Po pierwsze, za transformację światowej gospodarki powinni zapłacić w pierwszej kolejności najzamożniejsi, gdyż oni nie tylko mają z czego, ale też w największym stopniu przykładają się do globalnych emisji. Po drugie, do neutralności klimatycznej trzeba dążyć globalnie, gdyż transformacje sektorów energetycznych poszczególnych krajów na niewiele się zdadzą, skoro wysoko emisyjna działalność nie zniknie, lecz jedynie poprzez mechanizm offshoringu znajdzie się za granicą. Przy czym globalna transformacja musi być sprawiedliwa, a więc uwzględniać fakt, że kraje obecnie zamożne wzbogaciły się w okresie niekontrolowanej eksploatacji paliw kopalnych, której teraz odmawia się krajom doganiającym.

Jednym z rozwiązań jest podatek od śladu węglowego, proponowany m.in. przez Polskę na forum unijnym. Jest to w rzeczywistości cło nakładane na importowane towary, których wytworzenie wiązało się z emisją dwutlenku węgla. W większym stopniu płaciłyby go więc kraje, które szczególnie dużo konsumują produktów z importu. Ze zgromadzonych w ten sposób środków powinno się finansować transformację energetyczną w tych państwach, które mają zacofane sektory energetyczne. Podatek od śladu węglowego ma jeszcze jedną zaletę – w jego wyniku towary z importu stałyby się droższe, co mogłoby ograniczyć nieco handel międzynarodowy, a więc też międzynarodowy transport, który jest jednym z głównych emitentów CO2, a ciągła rozbudowa szlaków handlowych zagraża środowisku. Dzięki podatkowi od śladu węglowego produkcja lokalna stałaby się bardziej konkurencyjna, więcej dóbr byłoby wytwarzanych na miejscu, co mniej obciąża środowisko naturalne. Warto też pomyśleć o wprowadzeniu jakiejś formy globalnego podatku majątkowego, który proponuje Thomas Piketty. Dochody z niego także powinny finansować transformację energetyczną niezamożnych państw uzależnionych od paliw kopalnych.

Na szczeblu krajowym polityka powinna rozpocząć się od wprowadzenia gruntownej reformy podatkowej, która zakładałaby znaczne zwiększenie ciężaru fiskalnego nałożonego na najbogatszych. Można tego dokonać za pomocą kombinacji silnej progresji w podatku dochodowym od osób fizycznych, wprowadzenia podatku katastralnego (podatek od wartości nieruchomości) oraz reformy podatku od spadków. Zdobyte w ten sposób środki powinny sfinansować ekspansję usług publicznych, szczególnie tych, które mają potencjał ograniczania krajowej emisji CO2. Mowa więc w pierwszej kolejności o transporcie zbiorowym, by ograniczyć wykluczenie komunikacyjne Polek i Polaków oraz wyeliminować potrzebę posiadania własnego samochodu. Z dodatkowych środków budżetowych powinno się także dotować remonty budynków, mające na celu zwiększenie ich efektywności energetycznej, oraz wymianę pieców węglowych na gazowe. Oczywiście te działania mają już miejsce w Polsce, jednak ich skala jest bardzo daleka od wystarczalności. A to z powodu braku pieniędzy w budżetach państwa i gmin, co jest spowodowane m.in. bardzo niskim, liniowym opodatkowaniem wysokich dochodów.

Bez wątpienia świat, w którym panują niskie nierówności ekonomiczne, ambicje konsumpcyjne najbogatszych są poskromione, a obywatele poszczególnych państw wiele potrzeb zaspokajają wspólnie, emitowałby znacznie mniej dwutlenku węgla niż obecnie. A także zdecydowanie mniej eksploatowałby planetę. Żeby do takiego świata doprowadzić, należy powiązać rozmowę o zmianach klimatycznych z dyskusją o nierównościach oraz niedomaganiem usług publicznych nawet w najbardziej rozwiniętych państwach. Pochylanie się nad samymi zmianami klimatu, bez dostrzegania pozostałych tych kwestii, na niewiele się zda.

Artykuł pojawił się w numerze: Kościół bez Jezusa?