Na zewnątrz pada deszcz, siedzę właśnie na czwartym piętrze biblioteki w Iowa City, ukryta w przytulnym kącie pomiędzy kilometrami książek, za szybą widzę korony ciemnozielonych wiązów, a szare smugi chmur na niebie przesuwają się tak szybko, że tylko o nich samych mogłabym napisać całkiem sporo słów.
Piję cappuccino z jednorazowego kubka, nierecyklingowalnego, bo to papier z domieszką plastiku, żeby nie przeciekało. Praktycznie nie do odzyskania. Śmieć, który przeżyje mnie po wielekroć. Kawa z wielkiej korporacji na „S”, bo akurat taką sprzedają w bibliotecznej kawiarni.
Zanim trafiłam na to czwarte piętro, wydałam w Polsce książkę, gdzie w nocie okładkowej przewijają się w różnych konfiguracjach terminy „katastrofa klimatyczna”, „antropocen”. Dwa dni po premierze wsiadłam kolejno do czterech samolotów (powinny być trzy, ale poranna mgła w Krakowie miała na ten temat inne zdanie) i gigantyczny ślad węglowy tej podróży mogłabym z łatwością wyliczyć na pierwszym lepszym ekokalkulatorze online.
Dzisiaj na śniadanie zjadłam awokado, do którego wyprodukowania potrzeba takich ilości wody, że nawet nie chcę o tym myśleć, ale w pokoju hotelowym bez dostępu do kuchni powoli kończą mi się inne bezmięsne opcje śniadaniowe.
Na wszystko mam zresztą dobre usprawiedliwienie: kubek wielorazowy mam, używam go chętnie, ale tutaj nie chcą mi do niego nalewać kawy. Samolotem staram się nie latać, jeśli nie muszę, no, ale na stypendium do USA statkiem przecież nie popłynę, tak?
Tak? Czy można żyć przyjemnie w czasach późnego kapitalizmu, kapitalocenu, antropocenu, zwał jak zwał? No oczywiście, że można. I to przyjemniej niż kiedykolwiek do tej pory w historii ludzkości. Ale czy się powinno? Czy to etyczne? Czy to właściwe?
Czy jeśli przyjemność będzie obciążana poczuciem winy, będę mieć do niej większe prawo?
Czy da się całkiem wyrzec przyjemności?
A jeśli się jej wyrzeknę, czy cokolwiek to zmieni poza moim własnym życiem?
Czy istnieje w ogóle coś takiego jak prawo do przyjemności? A jeśli tak: kto nim zarządza? Kto je egzekwuje? Kto tworzy przyjemnościową legislatywę?
Wreszcie: co jest przyjemnością, a co podstawową potrzebą?
I czy przyjemność może być podstawową potrzebą?
Na grubym minusie
Przede wszystkim ustalmy jedną sprawę od razu: nie ma etycznej konsumpcji we współczesnym kapitalizmie. I nie chodzi tylko o towary, ale także o konsumpcję doświadczeń. Jesteśmy zsocjalizowani do konsumpcji utożsamianej z przyjemnością i zasadnym pytaniem jest to, czy w dzisiejszym świecie da się w ogóle jedno od drugiego oddzielić.
To nie jest już nawet żadna deklaracja polityczna, lecz wyłącznie prosty fakt, zresztą całkiem nieźle przepracowany przez najbardziej kapitalistyczną z kapitalistycznych, bo amerykańską, popkulturę (uwaga, spoiler – jeśli nie widzieli Państwo komediowego serialu The Good Place, ale mają go w planach, lepiej omińcie następny akapit).
###banner###
W The Good Place cały system eschatologiczny zostaje wywrócony do góry nogami, ponieważ jego podstawowe założenia dotyczące rozróżniania dobra i zła i tego, jaki wpływ na to rozróżnienie ma jednostka, nie przystają do skomplikowanych rynkowych relacji globalnego kapitalizmu. Każda czynność, którą wykonuje człowiek, jest obciążona etycznie siecią powiązań produkcyjnych, zależności politycznych i systemowych. W praktyce idzie to mniej więcej tak: w 1534 r. Douglas Wynegarr podarował swojej babci urodzinowy bukiet róż, które własnoręcznie zerwał. Otrzymał za to 145 punktów dobra. Punkty zebrane za życia decydowały o tym, czy Douglas po śmierci trafi do nieba czy do piekła. W 2009 r. Doug Ewing z Maryland również podarował swojej babci bukiet róż. Otrzymał za to jednak minus cztery punkty: kwiaty zamówił online przez telefon komórkowy wyprodukowany w jednym z krajów tzw. Globalnego Południa. Róże zostały wyhodowane przy użyciu toksycznych pestycydów. Kwiaty zrywali pozbawieni praw pracowniczych nielegalni imigranci. Następnie przetransportowano je tysiące kilometrów (ślad węglowy!). Jakby tego było mało, zysk ze sprzedaży trafił do korporacyjnego prezesa o rasistowskich poglądach, który wysyłał pracownicom niechciane zdjęcia swojego przyrodzenia…
Nietrudno się domyślić, że w The Good Place od wieków nikt nie trafia do nieba, bo po prostu nie ma możliwości się tam dostać. Niezależnie od tego, jak bardzo się ktoś stara, wszyscy kończą życie z punktami na grubym minusie.
(Koniec spoilera).
System nie działa. Jednostka nie jest w stanie samodzielnie znaleźć skutecznego rozwiązania dla patowej sytuacji.
Korporacyjny kapitalizm doskonale rozumie tę komediową metaforę, więc od dawna zarządza jedną z najważniejszych społecznych walut: poczuciem winy.
To genialna strategia komunikacyjna, która przeniosła ciężar odpowiedzialności z systemów politycznych i z międzynarodowych korporacji na pojedynczego człowieka. „Opodatkowano” winą naszą codzienność. Rozmyto nasze polityczne skupienie, zamieniono je we wsobność, obudowano w zaimki „ja” i „ty”, zwizualizowane skutecznie w postaci chociażby „śladu węglowego”, terminu wypromowanego i spopularyzowanego na początku XXI w. przez firmę PR-ową w ramach kampanii British Petroleum, giganta naftowego.
W języku angielskim termin ten jest znacznie bardziej złośliwy niż w polskim: carbon footprint – dosłownie: ślad stopy, no bo któż ma footprint? Ten, kto ma stopy, co to jest w ogóle za pytanie! Na pewno nie korporacja ani rząd kraju.
Jeśli wpiszemy hasło w wyszukiwarkę internetową, pierwsze wyniki, które się pojawiają, brzmią jednak bardzo podobnie i po polsku, i po angielsku: „Jak ograniczyć swój ślad węglowy?”, „Co to jest ślad węglowy i jak go zmniejszyć?”, „Policz swój ślad węglowy”. W grafikach przewijają się liczne obrazki zielonego odcisku ludzkiej stopy, często wypełnionego zdjęciami drzew, czasem podzielonego na różne obszary, jak fantazyjny wykres ozdobiony ideogramami: wielki palec to przekreślony samochód, pięta – ludzik wrzucający śmieci do oznaczonego symbolem recyklingu kosza. Są też oczywiście stopy czarne od CO2 , stopy niebieskie od podnoszącego się poziomu mórz i oceanów, stopy odbite w zdjęciu amazońskiej dżungli, jakby jakiś olbrzym przeszedł przez nią niczym przez puszysty dywan.
Ślad węglowy jako podstawowa jednostka pomiaru stosowana w rozmowie o katastrofie klimatycznej to nic innego jak cyniczny (i skuteczny!) zabieg zmieniający kierunek naszej uwagi: z wielkich graczy na nas samych.
A kiedy człowiek zajęty jest swoim własnym poczuciem winy, to najczęściej nie ma czasu na analizę szerokiego spektrum polityki i gospodarki. (Swoją drogą, wiecie, że osoba bezdomna w USA korzystająca od czasu do czasu z jadłodajni i noclegu w schronisku ma dwa razy większy ślad węglowy niż statystyczny mieszkaniec Ziemi? Te dane sprzed ponad dziesięciu lat udostępnione przez naukowców z Massachusetts Institute of Technology są celnym podsumowaniem kampanii przerzucających odpowiedzialność za zmiany klimatyczne na pojedynczego człowieka).
A przecież przy tym wszystkim człowiek nie jest w stanie istnieć bez przyjemności! To nie tylko kulturowy kontekst, to po prostu ewolucyjne uwarunkowanie. Chemia mózgu, biochemia ciała.
Oczywiście nasza przyjemność nie powinna krzywdzić innych. To chyba jasna sprawa, dość oczywisty społeczny konsensus.
Jednak o ile na ogół jesteśmy w stanie łatwo zidentyfikować bezpośrednią krzywdę, o tyle jak poruszać się w hipersystemie kapitalistycznych łańcuchów i zależności? Jak je pojąć? Czy da się je w ogóle zrozumieć?
Co zrozumiałe, pewne wybory wydają się raczej jasne: lepiej nie jeść mięsa, w miarę możliwości transport publiczny przedkładać ponad indywidualny, na wakacje podróżować lokalnie, co się da, kupować z drugiej ręki, spróbować zidentyfikować i ograniczyć niepotrzebną konsumpcję. Jednak dostępność wielu z tych rozwiązań zależy od miejsca zamieszkania i klasy społecznej, zasobności portfela, kapitału kulturowego, płci, wieku, zdrowia.
Czasem człowiek ma wrażenie, że to tor przeszkód, gdzie trzeba czerpać ze wszystkich swoich zasobów, by nie wpaść w kolejną pułapkę. Trudno odgonić od siebie widmo porażki.
Jak o tym wszystkim opowiadać?
Dziura nad planetą
Dominująca opowieść o świecie ma fundamentalną rolę w kreowaniu rzeczywistości. To, co się dzieje w języku, w scenariuszach fikcji i w narracjach zbudowanych na podstawie faktów, jest często motorem faktycznych wydarzeń.
Słyszeliście o dziurze ozonowej? Każdy słyszał. To była – zupełnie przypadkowo – całkiem dobra tragedia, bo skrojona na wyobrażalną, czyli ludzką, skalę: skutki dotyczyły żyjących, a nie „przyszłych” pokoleń; ludzi niezależnie od strefy geograficznej (więc bogaty Zachód nie mógł sprawy łatwo zignorować). Wreszcie – rozwiązanie było dość proste, nie wymagało rezygnacji z produkcji, tylko zaledwie de facto drobnej korekty w samym systemie produkcyjnym.
No więc, proszę Państwa, dziura ozonowa nie istnieje i nigdy nie istniała. Tak, nie przejęzyczyłam się ani wy źle nie przeczytaliście: dziura ozonowa została wymyślona.
Tym razem jednak PR-owy zabieg uratował świat.
Zagrożenie bowiem jest i było jak najbardziej realne. Ochronna warstwa ozonu gwałtownie cieniała ze względu na użycie w przemyśle szkodliwych freonów – i to w przemyśle bardzo ułatwiającym, a nawet uprzyjemniającym życie (niektórzy uważają, że upowszechnienie sprzętów gospodarstwa domowego, także lodówki, przyczyniło się do rozwoju i sukcesu wielu postulatów feministycznych – kobiety miały wreszcie więcej czasu, który mogły poświęcić na coś innego niż praca domowa). Początkowe ostrzeżenia naukowców nie wywołały żadnych efektów, a czas uciekał.
Wreszcie na jednej z komisji senackich naukowcy i działacze pokazali animację przypominającą prawdziwe zdjęcie satelitarne Antarktydy. Coś jednak było w tych zdjęciach innego niż w innych oglądanych do tej pory podczas narad, konferencji i odpraw: warstwa ozonowa w najcieńszym jej fragmencie została „pokolorowana” na różowo, wyglądała jak jaskrawa dziura ziejącą nad planetą. Symulacja pokazywała w przyspieszeniu prognozowane zmiany i wraz z upływem lat na ekranie kolor różowy zalewał coraz większy obszar mapy, a dziura gwałtownie się powiększała i pożerała coraz większe obszary nieba.
Skomplikowany i bardzo realny problem ochronnych warstw atmosfery został przedstawiony za pomocą prostej metafory. Pomogło: prasa podchwyciła temat, społeczeństwo zinternalizowało metaforę i przyjęło ją jako realny polityczny problem, politycy wymusili na biznesie konkretne rozwiązania.
Nie, nie piszę o tym po to, by zachęcać do skutecznej manipulacji przekazem, ale raczej, by uświadomić nam, że właśnie w podobnej manipulacji osadzają się nasze codzienne wybory. Ślad węglowy operuje identycznym zakresem emocjonalnym, tyle że z tej manipulacji akurat nic dobrego dla nas nie wynika.
Ukierunkować swój bunt
Najważniejsze ze wszystkich pytań brzmi bowiem: jak nie stracić sensu? Nie osunąć się w marazm, bierność, otępienie? Jak zachować poczucie sprawczości?
Niedawno oglądałam świetny szkocki film The Angels’s Share (tytuł nadany przez polskiego dystrybutora to Whisky dla aniołów i chociaż uważam narzekanie na polskie tytuły filmów za passé, zwłaszcza że tłumacze nie mają na nie większego wpływu, to proszę wybaczyć, ale tutaj nie mogę się powstrzymać, WHISKY DLA ANIOŁÓW? Naprawdę?). Ken Loach to reżyser, który w swoich opowieściach bardzo pilnie przygląda się kapitalistycznemu systemowi. Nie chcę zdradzać fabuły – obejrzyjcie film, polecam, nie zawiedzie was (w razie czego można do mnie pisać z reklamacjami) – ale przyjemność gra tu ogromną rolę (angel’s share jest zwyczajową nazwą naturalnego procesu parowania tradycyjnego whisky z beczek: podczas leżakowania pewien procent alkoholu po prostu znika – i to jest właśnie tzw. anielska działka).
To film o przyjemności w dobie kultu rynku. O tym, jak jest monetyzowana i segregowana według klas społecznych. Bohaterowie buntują się przeciwko temu i ich bunt nie tylko jest skuteczny, ale obnaża również absurd tej monetyzacji, zupełną arbitralność ekonomii sztucznie napompowanych baniek, nieistniejących produktów i niewiarygodnych cen. Obraz jest też jednak zarazem apoteozą samej przyjemności, najbardziej podstawowej i zmysłowej: przyjemności smaku.
To historia o radości, o nieuniknionej stracie i o tym, jak skutecznie ukierunkować w sobie bunt. Bardzo dobra opowieść na XXI w.
*
Jaka więc z tego wszystkiego konkluzja?
Zachowajmy umiar i zdrowy rozsądek. Rozpoznajmy w sobie słuszność poczucia winy – tam gdzie naprawdę mamy na nie wpływ i tam gdzie rozwiązania pozostają poza nami. Tam gdzie nas ono motywuje i tam gdzie paraliżuje. Bądźmy sami ze sobą szczerzy. Nie zwariujmy i nie dajmy się zwariować.
Głosujmy, protestujmy, rozliczajmy polityków.
Edukujmy siebie i swoich bliskich.
Szukajmy przyjemności, bo bez niej nie da się żyć. Z przyjemności czerpmy siłę do działania.
Walczmy o świat, bo to najprzyjemniejsze miejsce, jakie znam.