Urodziłem się w 1979 r. i nie pamiętam czasów sprzed cyborgizacji. Cyborg, połączenie człowieka i maszyny, może być rozumiany dosłownie (jako zaawansowana protetyka), ale i metaforycznie, jako uwikłanie w cyfrową sieć. Dla cyberpunkowego pisarza Williama Gibsona jednym z wczesnych cyborgów była telewizja; zbiorowość podłączona do wspólnych przeżyć. Wychowałem się w czasach nieustannie grającego radia. Nie pełniło wtedy już funkcji domowego ogniska jak kiedyś, gdy wokół radiowych seriali siadała cała rodzina, raczej stało się „dźwiękiem tła”, czym martwił się Freddie Mercury w piosence Radio Ga Ga. Proszę, od początku wychowywała mnie popkultura – nawet nie umiem myśleć, nie odwołując się do przykładów z piosenek. Radio Ga Ga oglądałem na czarno-białym telewizorze – przedziwny teledysk, w którym zespół Queen odwiedza Metropolis Fritza Langa, wizję przyszłości z 1927 r.
Wizja ta w ogóle się nie zestarzała – miasto, masa i maszyna, która wytycza rytm owej masy, robotników o twarzach zombie; zagrali ich statyści, których Lang werbował za grosze spośród bezrobotnych. Dla kontrastu – sielankowe ogrody na najwyższych kondygnacjach Metropolis zamieszkiwane są przez rządzącą elitę. Obrazki z gry Cyberpunk 2077 w zasadzie niczym się nie różnią – poza kolorami i nieustannym bombardowaniem informacjami. Narracje opisujące niewesołą przyszłość zawsze wychodziły z ponurej współczesności.
Piszę o tym „cyborgu” i Metropolis w tekście, który miał traktować o elektronicznej ascezie, bo nie można podjąć tematu bez ustalenia, w jakiej sytuacji wobec techniki się znajdujemy. Cyfrowy podział oznaczał kiedyś granicę między tymi, którzy mają dostęp do najnowszych osiągnięć komputeryzacji, a tymi, którzy jeszcze nie weszli na ten wyższy poziom. Dziś wydaje się dużo bardziej skomplikowany. Odcięcie się od maszyny jest przywilejem klas wyższych, które stać na zbijanie bąków w ogrodach Metropolis, a nie cyborga-robotnika, któremu algorytmy i aplikacje dyktują, co ma robić. Prawdą jest też, że niektóre smycze narzuca system, inne nałożyliśmy sobie sami.
Za dużo wiadomości
Wiecznie grające radio mojej mamy, które wyłączyła dopiero teraz, kiedy po upadku Trójki nie ma czego słuchać, zamieniłem w latach 90. na wiecznie włączony telewizor. Kablówka, a w niej programy satelitarne w kolorze i obcych językach w porównaniu do dwóch czarno-białych kanałów Telewizji Polskiej wydawały mi się wtedy biblioteką Babel. Sięgając do wspomnień, mam wrażenie, że nie robiłem niczego poza oglądaniem telewizji – seriale po angielsku, filmy po niemiecku, kreskówki i teledyski całą noc, ale do tego dużo czytałem, robiłem różne rzeczy na komputerze – i wychodziłem socjalizować się na podwórko. W XXI w. tak jak i inni zamieniłem telewizję na internet, od dekady jestem do niego podłączony przez całą dobę dzięki smartfonowi, ale wciąż nie przekroczyłem tej ostatecznej granicy – odcinam się od sieci, gdy idę spać. Niektórzy w nieustannej pogoni za nowinkami zrezygnowali i z tego azylu, śpią w „inteligentnych zegarkach”, pozwalając maszynie podglądać przebieg ich snu.
Kiedy ostatni raz byłem poza siecią? Jakieś dziesięć lat temu, gdy spędziłem wakacje w zagranicznym kurorcie, przedziwnym miejscu żyjącym na własnych regułach i we własnym czasie, do którego nie docierała w ogóle rzeczywistość. To było miejsce niczym ogród z filmu Metropolis. Przez chwilę korzystałem z odrobiny luksusu w wariancie all-inclusive, mogłem jeść i pić, ile tylko chciałem, i nic nie robić, poza moczeniem się w basenie i wygrzewaniem na słoneczku. Rajski hotel po prostu pozbawiony był internetu, nie miałem go również w komórce. Wziąłem ze sobą iPada, a na nim (dość kiepską) książkę Ready Player One Ernesta Cline’a – opowieść o świecie zniszczonym przez kryzysy, przed którymi wszyscy uciekli do rzeczywistości wirtualnej. Rok później kupiłem swojego pierwszego iPhone’a i od tej pory nie opuściłem sieci nawet na kwadrans. To coś, nad czym się nawet szczególnie nie zastanawiam – budzę się, sprawdzając godzinę na telefonie, przy okazji sprawdzam więc newsy. Żyjemy przecież w tak niespokojnych czasach, że nie wiadomo, czy świat, w którym się zbudziliśmy, wciąż jest tym samym światem, w którym położyliśmy się spać. Może to trochę zboczenie zawodowe, jako pisarz i publicysta po prostu muszę wiedzieć, co się dzieje, jestem więc podłączony do nieskończonego strumienia danych.
###banner###
Po przebudzeniu sprawdzam więc media społecznościowe. Twitter i Facebook wyparły portale, które wcześniej zastąpiły CNN i radiowe wiadomości co godzinę. Jeśli stało się coś ważnego, zostanie to wyłuskane przez użytkowników i algorytmy z ogromu informacyjnego szumu. Żyjemy w czasach nakładających się kryzysów – gdzieś w tle płonie planeta, rosną w siłę antyludzkie reżymy, dzieją się różne rzeczy; powstaje koktajl newsów, które wpędzają człowieka w stany depresyjne. Zjawisko, w którym przesuwa się palcem po ekranie kolejne smutne wiadomości, zyskało nawet własną nazwę – doomscrolling.
Pandemia sprawiła, że to przedziwne hobby trafiło pod strzechy; dzień rozpoczyna się od sprawdzenia liczby zarażonych i zmarłych. Nie da się tak żyć, dlatego odciąłem się od tych informacji – i wtedy zrozumiałem, że to czytanie wieści ze świata jest jakiegoś rodzaju teatrem, który sam sobie sprokurowałem; teatrem przejęcia. Co mnie właściwie obchodził prezydent Trump, że przez cztery lata czytałem o jego kolejnych wybrykach? Racjonalizacja: Ameryka jest centrum współczesnego świata, która trzepotem swoich skrzydeł wywołuje fale chaosu na całym globie; to fakt, ale dlaczego mam na tym punkcie obsesję? Czemu zajmują mnie jakiekolwiek problemy, które nie dotykają mnie bezpośrednio, na które mam zerowy wpływ? Czy odpowiedzią na doomscrolling mógłby być jakiś rodzaj słodkiej ignorancji, czy to jest jednak silniejsze? Zastanawiam się czasem, czy wszyscy ludzie, których znam, którzy promienieją taką przedziwną radością, po prostu mają zdolność, żeby się nie przejmować, czy po prostu udają, że nic się nie dzieje. Widuję czasem kobietę, która jest nieustannie uśmiechnięta, co dokładnie widać, bo nie nosi antycovidowej maseczki.
Za dużo znajomych
W ikonicznej scenie z komiksu Strażnicy Alana Moore’a obdarzony supermocami Doktor Manhattan udaje się na dobrowolne wygnanie, budując zamek z piasku na Marsie, wreszcie wolny od wplątania w ludzkie losy. To powód, dla którego chyba nigdy nie zdecyduję się na wyzwanie „30 dni bez internetu”. Mam tu wszystkich znajomych. Odłączenie się od Facebooka oznaczałoby, że odcinam się od ludzi. Trochę sam to sobie zrobiłem, trochę tak wyszło.
Wiosną 2021 z oferty Netflixa zniknął serial Przyjaciele, by pokazać się na platformie HBO; z tej okazji portale publikowały kolejne wersje tekstów o tym, że jest niedzisiejszy i nieśmieszny albo, wręcz przeciwnie, że wcale się nie zestarzał (mam wrażenie, że ta cała dęta dyskusja jest w jakiś sposób inspirowana przez platformy streamingowe). Kto ma rację? Nieważne, serial napisany przez pokolenie baby boomer o generacji X to temat dobry dla historyków. Natomiast ciekawi mnie fantazja pokazana w serialu – życie szóstki znajomych, którzy spędzają ze sobą praktycznie każdą wolną chwilę, siedząc w kawiarni, w realnym miejscu w przestrzeni fizycznej; jak na ławce przed blokiem, jak pod trzepakiem. Ciekawy był ten podział geograficzny – miałem inny zestaw znajomych ze szkoły i inny z podwórka. Dziś wszyscy byliby po prostu połączeni przez internet; na tej emocji odtworzenia starych sieci zbudowany był sukces zapomnianego portalu Nasza Klasa.
Ilu znajomych to za dużo znajomych? Obecnie mam na Facebooku niecałe 400 osób, mój znajomy bardzo uważa, żeby nie przekroczyć 300, ale są tacy, których „friendsi” idą w tysiące. To już nie znajomość, tylko książka telefoniczna, prywatne pomieszało się z profesjonalnym. Dodajemy ludzi, z którymi utrzymujemy sporadyczne lub zawodowe kontakty przez Messengera, czasem coś polajkujemy, ale bez wchodzenia w głębsze interakcje (to przecież fizycznie niemożliwe!) – te przeniosły się do zamkniętych przestrzeni komunikatorów. Regularne kontakty mam z jakąś piątką osób, akurat tyle, że starczyłoby na serial komediowy. Detoks od social mediów może być więc czymś prostym – rezygnacją z płytkich kontaktów, w których prawdziwą rozmowę i tak zastępuje wymienianie się memami, lajkami i linkami. Lepiej ten czas poświęcić na pogłębienie relacji z osobami, na których naprawdę nam zależy.
Czuję się trochę ofiarą cyfrowej rewolucji – mając praktycznie nieograniczony dostęp do masy ludzi, którzy dzielili ze mną poglądy czy hobby, przestałem pielęgnować kontakty z reala. Coś, co nieustannie spotykam w sieci – znajomy znajomego okazuje się jakimś okropnym człowiekiem, np. homofobem czy skrajnym prawicowcem; „dlaczego się z nim zadajesz?”, pytam z ciekawości, „a bo to kolega z podwórka jeszcze”, ot, ludziom, z którymi się piło – i pije – piwo, wybacza się znacznie więcej. Oburzamy się na czyjeś postępowanie, ale gdy tak zachowa się nasz osobisty kompan, przymykamy oczy, szukamy usprawiedliwień, niuansów itd. To nie hipokryzja, to natura ludzka. Kontakty z reala są po prostu silniejsze niż te z sieci. Nawet jeśli z kimś gadasz pół dnia na komunikatorze, to się okaże, że prawdziwych przyjaciół posiadasz w „przestrzeni mięsnej”. Meatspace, tak cyberpunkowcy nazywali real. Sieć była spotkaniem umysłów, w realu spotykały się ciała, które wbrew cyfrowym marzeniom ciągle mają znaczenie.
Ilu znajomych to za dużo znajomych? Obecnie mam na Facebooku niecałe 400 osób, mój znajomy bardzo uważa, żeby nie przekroczyć 300, ale są tacy, których „friendsi” idą w tysiące. To już nie znajomość, tylko książka telefoniczna, prywatne pomieszało się z profesjonalnym.
Wyraźnie pokazała to pandemia. Brak kontaktu z rówieśnikami fatalnie wpłynął na dzieci, nawet to pokolenie, które spędzało dużo czasu w rozmaitych symulacjach (jak gra Fortnite), gdzie oprócz zabawy w strzelanie do potworków chodzi o to, że robi się to wspólnie z kolegami. Zabrakło kontaktu z klasy i z podwórka, nawet jeśli polegał na tym, że grupka wyrostków pokazywała sobie filmiki na komórce.
Za dużo zabawy
Hasło „uzależnienie” w kontekście cyfrowym zawsze będzie mi się kojarzyło z grami komputerowymi i paniką z czasów mojej młodości. Telewizja nie była taka przerażająca, bo nasi rodzice sami byli przyspawani do odbiorników (hipokryzja, którą wytknął film Requiem dla snu), ale gry wideo to co innego; kradły duszę i czas młodych ludzi, odciągając ich od nauki i sportu. Walczyliśmy z wapniakami, wymyślając zalety gier – pomagają nauczyć się języka angielskiego!
Czasy się zmieniły, gry są dziś ważną częścią kultury, a ich ewolucja poszła dwutorowo – z jednej strony pokazały się jako jeszcze jedna forma narracji, obok powieści, filmu i serialu, z drugiej – kontynuują niechlubną tradycję automatów. Maszyny stojące w barakowozach i kontenerach w latach 80., gdy komputery domowe i konsole nie były jeszcze tak rozpowszechnione, stanowiły jedyną możliwość, żeby sobie zagrać. Wrzucało się monetę, grało chwilę i przegrywało, a głodna maszyna domagała się kolejnego pieniążka. Rolą takiego automatu było przyciągać graczy i wyciągać od nich pieniądze, zupełnie jak w kasynie, tyle że nawet bez obietnicy pieniężnej nagrody. Cyfrowa rewolucja była triumfem kapitalizmu – oto można obiecywać rzeczy, które nie istnieją; hazardzista pociągający za dźwignię jednorękiego bandyty liczył na wypłatę – gracz mógł najwyżej wpisać swoje inicjały do tabeli najlepszych wyników. Zwycięstwo, które jest okupione porażką – żeby się wpisać, trzeba najpierw zginąć w grze.
Współczesne gry na smartfony są projektowane tak, aby ich doświadczanie było uzależniające. Są darmowe („pierwsza działka za darmo”), a potem mikrodawkują sukcesy – kolejny level, kolejna mała wygrana, w zamian oczekując zaangażowania albo pieniędzy, które pozwolą iść na skróty. Aby ukazać bezsens tej zabawy, twórcy antykapitalistycznej gry narracyjnej Mosaic napisali towarzyszącą jej minigrę BlipBlop. Nie robi się w niej nic poza bezmyślnym klikaniem w przycisk, żeby naklikać jak najwięcej tytułowych blipów. Zainstalowałem ją sobie, a potem zacząłem klikać, z ciekawości, co będzie, jak osiągnę setny poziom. Cóż – okazało się, że gra zaczyna się wtedy od nowa. Ocknąłem się po wbiciu 1,7 mld blipów…
Niektóre gry najpierw wciągają, a potem oferują, że za niewielką opłatą przejdą się same. Męczysz się z potworem? Zapłać dychę, a zniknie. Gra zamienia się w telewizję – medium, które nie potrzebuje aktywności ze strony odbiorcy. Tęsknię czasem za tą bezmyślnością telewizora, który był przecież jak radio – tłem, coś tam sobie leciało, czasem się oglądało. Młoda osoba zadała pytanie na Twitterze – dlaczego starzy ludzie oglądają telewizję w czasie obiadu? To proste, wyjaśniłem, to przyzwyczajenie z dawnych czasów – kiedy się czegoś nie obejrzało, nie było już okazji (kto pamięta seanse atrakcyjnych filmów w sylwestrową noc?). Dziś seriale się pożera, kiedy się chce, i najlepiej całe na raz, ale może niedługo ta kultura serialowa załamie się pod własnym ciężarem. Platformy takie jak Netflix za drogę rozwoju wybrały tworzenie treści dla przeróżnych niszy; przeciwieństwo dawnego „serialu, który oglądają wszyscy” (tą drogą zdaje się kroczyć Disney+, posiadający w portfelu najpopularniejsze franczyzy takie jak Marvel czy Gwiezdne Wojny). O ile parę lat temu dostrzegałem wśród znajomych paraliż „nie wiem, co wybrać”, o tyle dziś coraz częściej widzę, że ktoś po prostu przestaje oglądać seriale. Tysiąc pozycji i nic do obejrzenia. A może to po prostu znużenie wszechobecnymi ekranami? Pandemia wypchnęła nas w objęcia symulacji, telekonferencji i streamingu, jesteśmy nimi zwyczajnie znużeni. Detoks od Netflixa przyjdzie naturalnie, gdy zaczniemy reagować ze wstrętem na widok kolejnego monitora – kto wie, może nawet wróci moda na czytanie książek?
Za dużo roboty
Ciągle mnie śmieszy, że czytanie było czymś, co moja babcia uznawała za czynność zbyteczną, odciągającą młodzież od nauki i pracy – moja mama czytała po kryjomu, z latarką pod kołdrą. Mariaż kultury (książka) i techniki (latarka) w swoim jądrze niczym nie różni się od smartfona. W tekstach o cyfrowym detoksie dużo miejsca poświęca się trosce o dzieci. Prawicowi publicyści ubolewają, że „czarodziej smartfon” za pomocą Netflixa i TikToka ukradł młodzież, implementując jej zgubne wartości progresywne. Budowniczowie III RP narzekają, że nowe pokolenie jest miękkie, depresyjne i rozleniwione – z winy internetu w komórkach, oczywiście, jęczą, powołując się na książkę iGen dr Jean M. Twenge, która krytykuje siedemnastoletnie dziewczyny słuchające Taylor Swift i czytające Harry’ego Pottera. Smartfony i sieć są oczywiście niebezpieczne dla dzieci i młodzieży – to przestrzeń, która jest jednocześnie realnym światem i jego karykaturalnym przerysowaniem. Z jednej strony najmłodsi użytkownicy są więc narażeni na przemoc, parasekciarskie narracje (jak ruch inceli, którzy nienawidzą kobiet) i wpadają w sidła kapitalistycznego systemu wartości; z drugiej strony dostają jednak niesamowitą możliwość rozwoju zgodnie ze swoją tożsamością i wsparcia, którego często nie znajdują ani w szkole, ani w domu; co jest ważne np. dla młodzieży LGBT. Jeśli młodzi uciekają do sieci, to tylko dlatego, że jak bohaterowie wspomnianego Ready Player One – nie mają dokąd pójść. Zresztą trudno mówić o jakiejś „ucieczce” – oni po prostu w niej żyją.
I nie jest to świat, który dzieciaki i młodzi sobie zaprojektowali – to my go zbudowaliśmy i daliśmy przykład, jak w nim żyć. Przenieśliśmy do sieci praktycznie wszystkie dziedziny życia. Tu się poznaje ludzi, tu się ogląda filmy, tu się pracuje. Terror nieustannych powiadomień, nieskończonych e-maili, przekraczający granice prywatnego i profesjonalnego życia szefowie, którzy domagają się pozostawania w kontakcie nawet po godzinach pracy, bo zawsze jest jakaś pilna sprawa. Pracusie, którzy zbudowali III RP, pouczają dziś młodzież, jak to pracowali po kilkanaście godzin dziennie, żeby do czegoś dojść, więc nie rozumieją, że ktoś może mieć inne priorytety. Pracusie zaludniają Dolinę Krzemową, kultura zasuwania w branży IT bierze się z dwóch przyczyn – niepisanego założenia, że komputerami zajmują się pasjonaci, więc tyrają godzinami, bo to lubią, oraz wyścigu zbrojeń, nieustannego gonienia konkurencji. Widać to dobrze w branży gier wideo, z której co chwila docierają wiadomości o tzw. crunchu, długotrwałej, wytężonej pracy przed premierą produktu. Ta filozofia wyznawana przez konstruktorów przenosi się potem do produktów organizujących życie i świat. Praktycznie wszystkie aplikacje służą temu, żeby lepiej zasuwać. Wydajność, optymalizacja, cyborgizacja – aż dochodzi się do ściany.
Michał Kiciński, założyciel CD Projekt, człowiek, dzięki któremu świat dostał gry o Wiedźminie, poczuł zmęczenie nadmiarem bodźców i wymyślił telefon Mudita Pure – biały, z ekranem z wyświetlaczem opartym na e-inku, z ograniczonymi do minimum opcjami. Od samego patrzenia na zapowiadany produkt (można złożyć wstępne zamówienie, 1304 zł ze zniżką) człowieka ogarnia błogi spokój. W cybernetyczny system nie są uwikłane tylko osoby, które na to stać. Nie używają smartfonów, bo mają od tego ludzi albo dużo ciekawsze zajęcia niż granie na komórce. Ale ta grupa się wyraźnie kurczy. Obserwując niektórych celebrytów, którzy sami sobie prowadzą konta w mediach społecznościowych, można żałować, że tak się dzieje. Dlaczego negatywni bohaterowie i bohaterki ostatnich twitterowych meltdownów (tak mówi się, gdy komuś publicznie puszczają nerwy i robi z siebie widowisko) nie zrobią sobie permanentnych wakacji od sieci i nie przekażą tego zadania armii trzeźwych asystentów – to chyba największa zagadka współczesności. Elektroniczna smycz wydaje się zbyt silna.
Na drugim biegunie znajdują się ludzie cyfrowo wykluczeni. Ludzie starsi, ludzie biedni. Gdy z okazji COVID-u życie przeniosło się do sieci, przybyło niewidzialnych ludzi. Wyparowały gdzieś dzieci, do tej pory przychodzące do szkoły, które – nagle się okazało – nie mają się skąd ani z czego się zalogować. Obrazek krążący po sieci – dwie amerykańskie dziewczynki siedzą na krawężniku pod KFC i logują się z tabletów do publicznego wi-fi. Dzieciom, które po prostu zniknęły z systemu, nikt nawet nie zrobił zdjęć.
Wyloguj się do życia
Jeśli ktoś chciałby zrobić sobie detoks od współczesnej techniki, wymienić Samsunga czy iPhone’a na starą pancerną Nokię, to oczywiście może spróbować. Z pewnością utrudni sobie życie, ale korzystanie z większości usług wciąż będzie możliwe. Kolejki na pocztach, brak zniżek w Żabce, konieczność ręcznego wbijania kodu w paczkomacie. Od drobnych upierdliwości po drobne wymuszenia – potwierdzanie przelewu bankowego SMS-em, który kosztuje. Można wypożyczyć rower miejski, ba, można nawet zamówić Ubera przez stronę internetową – ale już elektrycznej hulajnogi Lime się nie da. Można zgubić się w obcym mieście, ale zawsze można zapytać o drogę.
Ale dlaczego właściwie żyć bez smartfona? Bo żyjemy w nieprzyjemnych czasach, w których nie mamy nad niczym kontroli. Detoks to kolejny teatr, pozorowane działanie w duchu „wzięcia się za siebie”. Po sieci krążą więc pomysły na to, jak zdobyć szczęście dzięki odrobinie technoascezy. Od portali katolickich, malujących współczesny świat w czarnych barwach. „Zostaliśmy przyzwyczajeni bardziej do pokazywania zdjęć niż do opowiadania. Bardziej niż rozmowę cenimy sobie pokazywanie statusów na portalach społecznościowych z oczekiwaniem na komentarze. Bardziej niż refleksję wolimy przeczytanie czyjejś opinii na dany temat” – snuje gawędę portal misyjne.pl. Tego typu tekstów przeróżne blogi i portale zamieszczają kilka rocznie. Przestaliśmy ze sobą rozmawiać! Mamy depresję! I stany lękowe! Jednak nie możemy powiedzieć, że to wina życia w czasach ostatecznych, krachu indywidualistycznej ideologii późnego kapitalizmu, bo to wymagałoby podjęcia prawdziwych działań.
Fantazja o wylogowaniu jest fantazją o tym, żeby żyć jak bohaterowie serialu Przyjaciele – mieć tyle wolnego czasu, żeby spędzać go po pracy (po pracy!), grając sobie w gry planszowe (a nie te bezduszne czasozabijacze) w gronie żywych znajomych, bez finansowych ani żadnych innych trosk. Trochę wolnego od wszystkiego.