„To wszystko wina dystopijnych sf” – takim sarkastycznym powiedzonkiem pisarz Bruce Sterling, jeden z ojców cyberpunka, od kilku lat komentuje doniesienia z mrocznej przyszłości, w której żyjemy. Lubimy wyciągać różne rodzynki – co przewidział Lem? przed czym przestrzegali futurolodzy? – które się sprawdziły, jednak tak naprawdę nikt nie przewidział czasów, w których żyjemy: fantastyka służy wyrażaniu i ekstrapolowaniu współczesnych lęków.
W filmie Blade Runner 2049 (z 2017 r.) replikant KD6-3.7 poddany jest testowi stabilności. Nie jest człowiekiem, tylko czymś pomiędzy klonem a robotem, przedziwną, wykonaną w fabryce istotą. Replikanci to niemaszyny, ale też nieludzie. Przeprowadzający test dręczy nieszczęsnego K. pytaniami nawiązującymi do fragmentu poematu Blady ogień Nabokova. „System komórek, zrastających się w komórki”. „Zrastających”. „System”. „W komórki” – odpowiada niewzruszony K., chociaż egzaminator co chwilę próbuje wytrącić go z równowagi. „Czy odczuwasz przyjemność z bycia częścią systemu?”
„System” – odpowiada po prostu K.
Egzaminator testujący K. jest niewidzialny, skryty za umocowaną na ścianie białą kamerką i skanerem. Co za kontrast ze sceną przesłuchiwania replikanta Leona w oryginalnym Blade Runnerze, prequelu z 1982 r., gdzie test na człowieczeństwo przeprowadzał arcyludzki detektyw palący papierosa. Ciemny, zadymiony pokoik w wieżowcu gigantycznej korporacji; gdy tu dochodzi do przemocy, jest ona bliska, fizyczna, realna. Długo nie mogliśmy zrozumieć, jaką krzywdę można wyrządzić przez internet, jak wygląda przemoc, która nie jest bezpośrednia ani fizyczna. Bladzi chłopcy z Krzemowej Doliny zaprojektowali dla nas cybernetyczne place zabaw, w których mieliśmy miło spędzać czas, lecz zamiast tego sprowadzili palący i niszczący ogień. Nadal nie możemy rozmawiać o tym, jak bardzo zmieniła nas sieć, jeśli nie uświadomimy sobie, jak naprawdę wygląda przemoc w niej zadawana.
Czy ja odczuwam przyjemność z bycia częścią systemu? Oto jest pytanie dnia, roku, dekady.
W tej grze zginiesz naprawdę
W Matrixie (1999 r.) sióstr Wachowskich ludzkość jest trzymana w gnostyckim więzieniu komputerowej symulacji. Tytułowy Matrix, cyfrowy świat, z początku przypomina naszą szarą rzeczywistość („naszą”, czyli klasy średniej udręczonej w korpopracy), w którą wchodzą bohaterowie obdarzeni nadludzkimi mocami. Wtedy Matrix zamienia się w grę komputerową, która tym się różni od tych znanych z domowych konsoli, że jeśli się w niej zginie, to zginie się naprawdę (Matrix został zresztą przerobiony na kilka gier wideo, a bohaterem czwartej części filmowej serii, Matrix Zmartwychwstania, jest programista z San Francisco, autor… nagradzanej serii gier Matrix).
W scenie otwierającej film oddział specjalny policji SWAT szturmuje budynek, aby pojmać hakerkę Trinity. Sekwencja uderzająco przypomina realne prześladowanie, jakim jest swatting. Polega ono na sprowokowaniu policji, żeby zrobiła nalot na ofiarę – wysyła się fikcyjne zgłoszenie morderstwa, porwania czy podnosi alarm bombowy. W 2017 r. w Wichita w stanie Kansas doszło przy takiej okazji do wypadku śmiertelnego. Policja dostała wezwanie – młody mężczyzna poinformował, że właśnie zabił ojca, a resztę rodziny przetrzymuje jako zakładników. Służby porządkowe przyjechały pod wskazany adres i zastrzeliły człowieka. Jak się okazało, nie miał on nic wspólnego ze sprawą – stał się ofiarą sprzeczki dwóch graczy w popularną grę online. Jeden nasłał na drugiego policję przy pomocy recydywisty Tylera Barrisa, tylko dysponował niewłaściwym adresem. Gracz został za to skazany na 15 miesięcy pozbawienia wolności, a Barris na 20 lat więzienia. Od grania w gry, jak się okazuje, można zginąć.
Piątego sierpnia 2022 r. do drzwi Clary Sorretti, mieszkanki Londynu przebywającej w kanadyjskim Ontario, zapukała policja. Kobieta została aresztowana, a jej komputer, a także smartfony jej i jej chłopaka skonfiskowane. Stało się tak z powodu e-maili z pogróżkami, które otrzymali miejscowi politycy. Wysłały je podszywające się pod Sorretti trolle z forum Kiwi Farms, skupiającego ludzi, których główną rozrywką jest prześladowanie innych. Kto im przeszkadza? Kobiety, aktywiści i mniejszości, głównie LGBT. Trolle nękały np. rodzinę transpłciowego dziecka, które w styczniu 2017 r. pojawiło się na rewolucyjnej okładce amerykańskiego „National Geographic”. Clara Sorretti to streamerka i komentatorka polityczna, zajmująca się m.in. walką z transfobią (sama jest transkobietą). W opublikowanym w serwisie YouTube oświadczeniu przyznała, że swatting został poprzedzony trwającym kilka miesięcy prześladowaniem w internecie i poza nim. Zbiegło się to z niedawną eskalacją prawicowych kampanii wymierzonych przeciwko LGBT+ (ich echa docierają również do Polski), szczególnie osobom trans. Liczba ustaw wymierzonych w mniejszości seksualne i płciowe (m.in. usuwanie tematów LGBT+ ze szkół, wykluczanie osób trans z zajęć sportowych, zezwolenie na dyskryminację przez organizacje religijne czy utrudnianie dostępu do opieki medycznej) dramatycznie się zwiększyła – od 41 w 2018 r. po 238 w samym pierwszym kwartale 2022 r. Każdy stan wprowadził co najmniej jeden taki przepis. Kiedy Sorretti opowiadała o tym w serwisie streamerskim Twitch, jej konto zostało zablokowane za „nieodpowiednie treści”, oczywiście na skutek zgłoszeń hejterów. Twierdziła też, że zwracała się nawet o pomoc policji. Nie dość, że jej nie uzyskała, to – koniec końców – została potraktowana jak terrorystka.
###banner###
W wywiadzie dla NewsMax 24 sierpnia 2022 r. reprezentantka stanu Georgia Marjorie Taylor Greene stwierdziła, że padła dwukrotnie ofiarą swattingu ze strony użytkownika wspomnianego forum Kiwi Farms. „Ta witryna musi zostać usunięta. Nie powinno być żadnych firm ani żadnych usług, które pozwalają [hejterom] namierzać wrogów” – mówiła polityczka. Forum już wcześniej zwracało na siebie uwagę – w marcu 2019 r., po ataku terrorystycznym na meczet w Christchurch w Nowej Zelandii, jej władze zablokowały dostęp do strony z powodu publikacji nagrań i manifestu napastnika, prawicowego trolla internetowego. Ale dopiero teraz udało się przekonać firmę Cloudflare, żeby skreśliła Kiwi Farms z listy swoich klientów. Firma odpowiada za zabezpieczenie stron przed nadmiernym ruchem – bez jej osłony witryny po prostu padają z przeładowania. To samo stało się z Kiwi Farms, które pozbawione tarczy, zostały zmuszone zejść do podziemia, najpierw na rosyjskie serwery, a potem do tzw. darknetu – części sieci, do której dostęp zwykłych użytkowników jest praktycznie uniemożliwiony.Gdy piszę te słowa, wojna z „farmerami” została wygrana, właściciel strony opublikował oświadczenie, że ją zamyka. Stracił też dostęp do usług Google. Na razie.
Dekada zamętu
Nie każdy jest aktywistką, która nadepnęła komuś na odcisk, ani piwnicznym trollem, który postanawia kupić sobie karabin i wyjść z nim na ulicę. Zwykłych ludzi te sensacyjne historie rodem z technothrillera w ogóle nie dotyczą, lecz internet krzywdzi ich w sposób zupełnie inny. Media społecznościowe zmieniły świat na gorsze. Okazało się, że przy ich pomocy można manipulować wyborcami, wywoływać moralną panikę, sterować opinią publiczną czy szczuć na mniejszości. I co najstraszniejsze, w powielaniu propagandy uczestniczą sami użytkownicy.
A przecież miało być tak pięknie. Blade obudowy pecetów miały niczym prometejski ogień nieść między ludzi wiedzę i poznanie. Widziałem ostatnio tiktoka, w którym dziennikarz pyta zwolennika Trumpa: „Czy Hilary Clinton powinna być sądzona za zdradę stanu, jeśli ukradła tajne dokumenty?”. „Oczywiście!” – odpowiada trumpista. „A gdyby Trump zrobił coś takiego, też powinien być sądzony?” Konsternacja, krótka chwila, i: „Nie. To co innego. Trump jest patriotą”. W eseju Why the Past 10 Years of American Life Have Been Uniquely Stupid (Dlaczego ostatnia dekada amerykańskiego życia była wyjątkowo głupia) Jonathan Haidt używa metafory wieży Babel, żeby zrozumieć, skąd się biorą takie odpowiedzi. Dlaczego „coś nagle poszło strasznie nie tak. Jesteśmy zdezorientowani, nie potrafimy mówić tym samym językiem ani rozpoznać tej samej prawdy. Jesteśmy odcięci od siebie i od przeszłości”. Tak jak budowniczowie biblijnej wieży zostali ukarani za swoją pychę pomieszaniem języków, tak podzieleni stali się Amerykanie, żyjący jakby w dwóch różnych państwach, z różnymi historiami i konstytucją. Haidt te pęknięcia i polaryzację dostrzega nie tylko między wyborcami demokratów i republikanów, ale w obrębie lewicy i w obrębie prawicy, na uniwersytetach, w firmach, instytucjach, a nawet w rodzinach.
Skąd ta cezura ostatnich 10 lat? Bo właśnie dekadę temu przeżywaliśmy szczyt technooptymizmu. Facebook i Twitter miały stać się narzędziami demokratycznych przemian – Zachód patrzył z nadzieją na Arabską Wiosnę, nazywaną wręcz „twitterową rewolucją”. Rozpowszechniły się smartfony i aplikacja Tłumacz Google. „Można powiedzieć, że w 2011 r. ludzkość odbudowała wieżę Babel” – konkluduje Haidt. Media społecznościowe miały się jednak odmienić. Dwa narzędzia – facebookowy „like” (polubienie) i twitterowy „retweet” (skopiowany przez Facebooka jako „share”, udostępnienie), które służyły wyrażaniu poparcia i prostemu podawaniu dalej treści, uczyniły z użytkowników części wielkiej nadawczej maszyny, która sprawiła, że powstały rozchodzące się „wirusowo” internetowe sławy. Z dnia na dzień można było zostać gwiazdą albo wrogiem publicznym, którego za mniejsze i większe występki atakował „twitterowy motłoch”.
Można spytać, czy w tej zmianie było cokolwiek nowego. Treści już wcześniej wirusowo krążyły w sieci, mechanizm „podaj dalej” wbudowany jest przecież w pocztę elektroniczną, którą podróżowały pierwsze memy. Idea łańcuszka jest zresztą starsza niż komunikacja cyfrowa. Cóż, różnica jest taka jak między tweetem, a e-mailem. Elektroniczna poczta – przynajmniej z początku – bardzo przypominała swoją analogową formę; w czasach regulowanego przez ceny połączeń telefonicznych dostępu do sieci podobne były nawet jej rytuały. Łączenie się, pobieranie, spokojna lektura. Czas na odpisanie i wysłanie, tyle że bez potrzeby pójścia na pocztę, zaklejania koperty, lizania znaczka. Te stare obyczaje żyją jeszcze w przestrzeniach starszych użytkowników, w ruinach blogosfery. Blogowanie było skomplikowanym procesem, wymagało komputera, edytora, często grzebania w kodzie. Tweeta wystarczy wklepać. Łatwo coś chlapnąć, napisać po pijaku, impulsywnie. Jedna myśl i leć, mały ptaszku. Tak samo – jednym klikiem – można było powielić treść. Bez czytania, bez sprawdzenia, bez myślenia, wystarczy sensacyjny nagłówek.
Cyfrowy kapitalizm
Wyrok na to, czym ma być internet, zapadł znacznie wcześniej, gdy na początku XXI w. pękła internetowa bańka. Odbyło się to po cichu, oczy świata zwrócone były na płonące wieże World Trade Center i szykującą się „wojnę z terroryzmem”. Tymczasem z sieci znikały kolejne witryny, sztucznie nadmuchiwane biznesy internetowe z końca XX w., które okazały się workiem bez dna. Wśród firm dotkniętych giełdowym załamaniem znalazła się między innymi firma Pets.com z San Francisco, która zajmowała się sprzedażą detaliczną akcesoriów dla zwierząt domowych. Zasłynęła gigantyczną akcją marketingową, w skład której weszło uczestnictwo w słynnej nowojorskiej paradzie w Święto Dziękczynienia w 1999 r. czy kosztująca 1,2 mln dolarów emisja reklamy w czasie Super Bowl rok później. Po debiucie giełdowym w lutym 2000 r. firma zebrała 82,5 mln dolarów. Maskotką biznesu był pies pacynka, który występował w telewizji śniadaniowej i udzielał wywiadów prasowych. To jednak nie wystarczyło, żeby przedsięwzięcie przynosiło zyski. Problemem były zwłaszcza koszty transportu – wirtualny świat zderzył się z rzeczywistością. Akcje emitowane po 11 dolarów w momencie likwidacji firmy były warte 19 centów.
Nie wystarczy sam pomysł na domenę i jej chwytliwą nazwę, żeby zarabiać pieniądze. Zrozumiała to firma Google, która do tej pory w internetowej mitologii była zbawcą. Kiedy inni komercjalizowali sieć w prymitywny sposób, oklejając wszystko, co się da, natrętnymi reklamami i krzykliwymi banerami, Google kusił czystością, elegancją, subtelnością reklam – oraz doskonałymi usługami wyszukiwania. Kryzys sprawił jednak, że zabawa w „tego dobrego” przestała mieć sens. To bardzo symboliczne, że po drodze zniknęło gdzieś hasło „Don’t be evil” („Nie bądź zły”), przyświecające dotąd działaniom firmy. Internauci z użytkowników stali się towarem. Wystarczyło zebrać ich dane i sprzedać chętnym.
Gdy sięgam po Lwa, czarownicę i starą szafę, nie mogę się nadziwić, jak tanio zła wiedźma była w stanie kupić Edmunda. Chłopiec zdradził swoją rodzinę dla rachatłukum, tureckiego przysmaku, który można dziś kupić w każdym supermarkecie za 10 zł. Podobnie z perspektywy czasu wygląda układ, na jaki Google namówił użytkowników usługi Gmail. Darmowa skrzynka pocztowa o dużej pojemności znacznie przekraczała ofertę konkurencji – pod warunkiem, że zgodzimy się na to, żeby roboty Google’a czytały nasze e-maile i na ich podstawie dobierały wyświetlane nam reklamy. To była oferta skrojona dla biznesu, a nie dla osoby prywatnej – zobaczcie, zamiast wyrzucać pieniądze na reklamę w prasie, która nie wiadomo do kogo trafia, skorzystajcie z wiedzy zdobytej przez nasze algorytmy. W Matrixie statek bohaterów atakowały przypominające ośmiornice roboty; cybernetyczne pijawki Google’a były niewidzialne. Działalność Facebooka, który gromadził coraz liczniejsze dane, by sprzedawać je potem reklamodawcom, wyrastała z tego samego myślenia (o związanej z tym aferze Cambridge Analytica i sygnalistach pisze w tym numerze Jan Jęcz – przyp.red.).
Zatem czy można wierzyć w optymistyczne mrzonki o „technodemokracji”, gdy wielkim graczom od początku tak naprawdę chodziło o „technokapitalizm”? Żyjemy wprawdzie w kraju, gdzie „demokracja” i „kapitalizm” były używane wymiennie, więc może się to mieszać. Nie ma to jednak odzwierciedlenia w rzeczywistości, kapitalizm doskonale radzi sobie bez demokracji, czasem można mieć wrażenie, że ona mu bardzo przeszkadza. Gdy chodzi o zysk, korporacje nie mają problemu, żeby współpracować z reżymami. Nawet te pochodzące z najbardziej progresywnych społecznie krajów.
Bańki telewizyjne
Mieć pretensje do kapitalisty, że chce zarabiać, to jak czepiać się psa, że szczeka. Odpowiedzią mogłaby być państwowa regulacja mediów społecznościowych, i choć byłaby ona ważnym, to jednak tylko drobnym krokiem – o ile w ogóle znajdzie się wola polityczna do wprowadzenia takich ograniczeń. To właśnie główny paradoks świata, w którym żyjemy – aby go naprawić, najpierw należałoby chcieć, a skoro rządzący doskonale umościli się w tym systemie, to dlaczego mają coś z nim robić.
Spójrzmy na polską politykę, która pasuje jak ulał do ujęcia zaprezentowanego przez Haidta. Taką opowieść słyszymy od lat: Polacy są podzieleni. Polacy żyją w plemionach. Polska PiS i Polska PO. Polska A i Polska B. Osobiście uważam, że to znaczne uproszczenie; ale im bardziej upraszcza się narrację, tym bardziej staje się dominująca, tak jak samospełniająca się przepowiednia. Dzięki wieloletnim staraniom Prawa i Sprawiedliwości i Platformy Obywatelskiej powstał praktycznie spolaryzowany system dwupartyjny i wydaje się, że jest wszystkim na rękę. Z koalicjami są przecież same problemy, przyklei się jakaś lewicowa czy ludowa partia i trzeba z nią się układać i negocjować, na co to komu?
Symbolem polskiego podziału sceny politycznej jest skecz kabaretu Neonówka, który od kilku lat robi karierę w internecie i właśnie przeżywa drugą młodość. Przedstawia konflikt wyborców dwóch partii, ojca i syna. Ich dyskusja jest niemerytoryczna, oparta na wyzwiskach i wyciąganiu sobie prawdziwych i urojonych przewin. Skecz jest prymitywny i nieśmieszny, lecz pokazuje smutną prawdę o współczesnej (post)- -polityce. Dzisiejsze media dają możliwość kierowania przekazu do różnych grup – i ten przekaz może być ze sobą sprzeczny! Nie ma miejsca dla idealistów, którzy chcieliby zbudować wizję państwa, a potem przekonać do niej wyborców; chodzi jedynie o wygraną, nawet kosztem wartości etycznych. Warto zwrócić uwagę na fakt, że nowe życie skecz uzyskał po emisji w telewizji. To ważne, bo kiepska kondycja finansowa prasy, spadające nakłady i rynek reklam zeżarty przez cyfrowych gigantów zdają się budować fantazję o tym, że internet zastąpił już inne media. Tymczasem telewizja ciągle żyje i ma się dobrze. Maszyny propagandowej Wiadomości TVP nie jest w stanie pokonać żadna strona z memami na Facebooku.
Nieco inaczej wygląda to w przypadku stacji prywatnych. Gdy w Ameryce rozpowszechnienie internetu zagroziło pozycji dostępnych w kablówkach stacji newsowych, zdecydowały się one na radykalizację treści. Fox News poszedł w prawo, MSNBC w lewo, CNN zaś starał trzymać się środka – co okazało się kiepską strategią. Stacja nabrała oddechu dopiero w czasie prezydentury Donalda Trumpa, stając się medium totalnie opozycyjnym. Tymczasem po ostrym skręcie w prawo Fox News przejęło praktycznie całą demografię widowni 50+, która w przeciwieństwie do młodszych widzów nie porzuciła jeszcze kablówki na rzecz internetu. Tyle że dziś granica między telewizją, prasą drukową i mediami społecznościowymi jest wyjątkowo płynna.
Za dużo wszystkiego
Współczesny internet to gigantyczna machina, która przez całą dobę dostarcza nowych treści. Zamykanie się w bezpiecznej przestrzeni, która dostęp do tych treści ogranicza, jest naturalnym odruchem – człowiek nie jest fizycznie zdolny do przyswajania tak wielkiej ilości informacji. Rezultatem tworzenia baniek ludzi o podobnych poglądach, na co zwraca uwagę Haidt, jest nie tylko odcinanie się od osób o przekonaniach różnych od naszych, niemożność skonfrontowania własnej medialnej diety z innym punktem widzenia, ale rozpętanie walki wewnątrz bańki o jej czystość. Skąd w mediach społecznościowych tyle agresji? Może stąd, że – to moja hipoteza – wyglądają jak gra wideo. Apka Facebooka zajmuje ten sam ekran co inna przestrzeń wirtualnej rozrywki, budzi podobne emocje – pokonasz przeciwnika, dostaniesz punkty, a wygrywa ten, kto ma więcej lajków. Może pierwszym krokiem powinna być likwidacja tych wszystkich narzędzi do prostego wyrażenia uznania, które doprowadziły do tworzenia się zamkniętych baniek.
Kolejnym zaś zabranie dostępu do mediów społecznościowych celebrytom i politykom, ludziom, którzy i tak mają niekontrolowany dostęp do gigantycznej widowni, i zupełnie sobie z tym nie radzą. Bezmyślne „podaj dalej” w wykonaniu internetowego szaraczka ma znaczenie dopiero, gdy przekroczy masę krytyczną wzajemnych udostępnień (i jak zauważa Haidt, to problem, który można rozwiązać od strony technicznej). Tymczasem niemądry tweet napisany przez popularną pisarkę kryminałów albo piosenkarza, który np. „nie wierzy w COVID”, może przekładać się na wielką krzywdę ludzką. Rzeczywistość nie troszczy się o to, jak jest postrzegana, wirus zbierał więc większe żniwo wśród osób o prawicowych poglądach. Mogliśmy na własne oczy oglądać, jak w przypadku kryzysu funkcjonują kleptokracje – rządy ludzi przejętych własnymi, kręconymi na boku biznesikami. Otóż nie radziły sobie, próbowały się więc schować za propagandą. Donald Trump usiłował nazywać COVID „chińskim wirusem” – to coś, co nie dotyczy Amerykanów, tak jak AIDS nie dotyczyło heteroseksualistów (czym w swej narracji Trump replikował Reagana); noszenie masek traktowano jak azjatycki zwyczaj, nieamerykański i niemęski. Często twitterowicz celebryta nawet nie wie, że powiela bzdety przygotowane przez agentów wpływu bądź narracje rosnące na farmach trolli. Rezultaty internetowych wojen widać na ulicach, gdy maszerują po nich demonstracje „COVIDosceptyków” albo „przeciwników sankcji przeciw Rosji”, a pod takim hasłem 3 września 2022 r. w stolicy Czech demonstrowało aż 70 tys. ludzi. Alex Alvarova, autorka powieści Feeding the Demons (Karmienie demonów), ostrzegała na Twitterze, że czeskie manifestacje to tylko poligon w cybernetycznej wojnie przed najbliższymi wyborami w USA.
Na straży tego porządku powinny stać media, ale i one są skażone internetową chorobą. Problem stanowią redakcje nadające tekstom sensacyjne czy wprowadzające w błąd tytuły (tzw. clickbait). Coraz częściej widuję znajomych dziennikarzy, którzy wrzucając swój tekst na Facebooka, odcinają się frazą „tytuł od redakcji”. To nie ja jestem trollem, to wydawca, który chce wywołać ferment w sieci. Jednak sami publicyści również bywają problemem, zwłaszcza wtedy gdy zwyczajnie nie rozumieją, jak działają media społecznościowe, w jaki sposób powielają się memy, i nie zastanawiają się, jaką rolę w ich rozpowszechnianiu odgrywają. Pozwalają na wypowiedzi w wywiadach, które nie są w żaden sposób kontrowane czy weryfikowane.
„Byłem wstrząśnięty szczuciem na J.K. Rowling” – mówił w wywiadzie dla „Wyborczej” Marcin Meller. – Korzystając z prawa do wolności wypowiedzi, w spokojny sposób dawała wyraz swoim poglądom. Stroną agresywną i pałkarską byli jej krytycy”. Prowadzący rozmowę zmienia temat. Z historii pisarki miliarderki, która zgłupiała od siedzenia w internecie i dała się wciągnąć w powielanie najgorszych transfobicznych memów (dekadę temu na własne oczy widziałem je na 4chanie, odległym przodku Kiwi Farms), robi się ofiarę internetowej nagonki, a z walczących o prawo do życia i godności mniejszości – agresorów. To wyraźne trzymanie strony celebrytów może brać się z osobistego doświadczenia pracowników mediów, którzy internetowy lud znają jako zamieszkujących sekcję komentarzy trolli. Sami postrzegają się jako ofiary „twitterowego motłochu” i nie rozumieją, że ten sieciowy tłum… niekiedy może mieć rację. Poza tym rozpoznawalność przekłada się na klikalność. Wiadomości o kimś nieznanym, dręczonym przez zorganizowaną machinę nienawiści, nie są zresztą aż tak ciekawe dla wydawców. Dlaczego przez tyle lat nie pisano w Polsce o farmach w rodzaju Kiwi Farms, chociaż powstają teksty o każdym tweecie wysłanym przez przypadkowego użytkownika do bogatej autorki Harry’ego Pottera? Jeden z kolegów z prasy uznał odpowiedź za banalną – każdy wie, kto to jest Rowling. O Kiwi Farms nie słyszał nikt poza specami.
„Wirem nicości wciągnęła mnie w bezdenny system komórek, zrastających się w komórki, które zrastały się w komórki, a wszystkich komórek zrostem był pień” – pisał Nabokov w Bladym ogniu. Cyfrowy kapitalizm wydobył z mediów to, co było w nich najgorsze już od dawna – kult celebryctwa, tabloidowość i chodzenie na skróty. Może 10 lat temu, wbrew obserwacji Haidta, media społecznościowe nie zbudowały żadnej wieży Babel. Może już znacznie dłużej poruszamy się w labiryncie jej ruin mamieni przez kolejne miraże? Szukając technologii, która przyniesienie nam zbawienie, i dziwiąc się, że sprowadza tylko kolejne nieszczęścia.