Subskrybuj
(il. Aleksandra Stanglewicz)
Poetka, w 2020 r. została uhonorowana za całokształt twórczości Poznańską Nagrodą Literacką – Nagrodą im. Adama Mickiewicza. Ostatnio w Wydawnictwie Wolno ukazał się tom jej wierszy wybranych jest / jestem

Wewnętrzna zgoda na świat

Wczoraj zachwycała mnie cisza, jutro może znajdę jakąś muzykę, która będzie właśnie tą jedyną i zachwycającą. Zachwyt przynosi zupełne zamieszkanie tutaj, gdzie się jest. Zgodę na wszystko, co się zdarza.

Od kilku lat chodzę o kulach, poruszam się bardzo wolno. Moje wyjście to konieczność skupienia się na każdym ruchu i kroku. Któregoś wieczoru wracałam ze spaceru, zachodzące słońce rozświetlało fragmenty drzew i ogrodu. Nagle ktoś z daleka, zza furtki, woła za mną: „Proszę pani, proszę pani, proszę spojrzeć!”. Zatrzymuję się, odwracam, co wcale nie jest dla mnie łatwym zadaniem, i słyszę: „Niech pani spojrzy, jakie piękne słońce na tym drzewie”. Wzdycham: „O Boże! Tak, rzeczywiście piękne”. A w duchu myślę sobie, że widziałam piękniejsze i chętnie sklęłabym tę panią, która postanowiła mi zrobić przyjemność.

Wielu ludzi uważa zachody słońca za zachwycające. Ja traktuję to raczej jako rzecz dziwną – dziwi mnie, że tu przemknął jakiś cień, tam promień słońca. Ta gra świateł jest nie do złapania, wszystko pozostaje w nieustannym ruchu.

Pisząc i rozmawiając, nie używam słów „zachwyt”, „zachwycający” – nie wiem, z czym mogłyby się szczególnie łączyć. Uważam, że wszystko dookoła jest zachwycające. Zachwyt to coś, co się nieustannie wydarza między mną a czymś lub kimś. Nie ma rzeczy, która dobrze obejrzana, trzymana, użyta, nie byłaby zachwycająca. Uważność mogłaby być więc rodzajem zachwytu, chociaż powiedzieć, że uważność jest równoznaczna z zachwytem, to trochę za mało. Danej rzeczy trzeba jeszcze dotknąć, trzeba ją mieć w rękach, zbliżyć się do niej fizycznie. Dotyczy to także przedmiotów pozornie brzydkich, na które na co dzień nie zwracamy uwagi, a przecież są nam potrzebne, by dobrze funkcjonować.

###banner###

Takie rozumienie zachwytu, które wynika z myślenia o otoczeniu, jest żywo obecne w myśli Jolanty Brach-Czainy. Jej książki są dla mnie najbardziej złączone z myśleniem o teatrze, o przestrzeni sceny, o aktorze, który trzyma w rękach konkretny przedmiot. Bez przedmiotowości właściwie nie ma teatru. Zachwyt to działanie. Nie chodzi jednak tylko o to, że stoję, siedzę czy patrzę. Musi tu dojść do spotkania, dotyku. Brach-Czaina mówi w tym kontekście wręcz o erotyce.

Dotknięcie drugiego człowieka, obejmujący się ludzie – tego przecież nie da się zmieścić w żadnych definicjach, ująć w jednym sformułowaniu. A to zachwyca.

W samym słowie „zachwyt” jest dla mnie coś, co trzeba trzymać, złapać. Do chwycenia są rzeczy, które mnie otaczają. To oczywiście nie dzieje się raz na całe życie. Wczoraj zachwycała mnie cisza, jutro może znajdę jakąś muzykę, która będzie właśnie tą jedyną i zachwycającą. Zachwyt – najprościej rzecz ujmując – przynosi zupełne zamieszkanie tutaj, gdzie się jest. Zgodę na wszystko, co się nam zdarza.

*

W moich tekstach nie ma bezpośrednio mowy o zachwycie jeden zapis, który stanowi wyjątek. Wiersz [Jestem], zaczynający się od słów: „Jestem. Współżywa, współczynna, współwinna”. Ten tekst pomaga mi uświadomić sobie, że jestem częścią większej całości. Częścią życia i śmierci. Bycia i znikania. To zachwycający moment. Ale nie chodzi o żadne ekstatyczne doznanie, tylko raczej o spokój, wewnętrzną ciszę. To jest właśnie tak żywo obecne w wersach: „Współzielona, współdrzewna. Współistnieję. (…) Obdarowana przenikaniem. Znikam jestem. Współtrwam (z Tobą) w tym szklistym dniu (z tym szklistym dniem w którym znikam) który znika ze mną tak lekko”. To współistnienie ze wszystkimi jest dla mnie współbyciem z każdym stworzeniem, ze wszystkim, co się mi zdarzy. Kończą ten zapis słowa: „Pół wieku żyłam po to!”.

Wszyscy nosimy w sobie zachwyt, tylko na co dzień nie zwracamy na to uwagi. Niektóre rzeczy wydają nam się nieważne albo zostają zagłuszone przez to, z czym akurat się spotykamy, zmagamy. To nie w porządku z naszej strony, że nie cieszymy się z tego, że dziś jest taki, a nie inny dzień. Często chcielibyśmy, żeby był właśnie zupełnie inny. Na skutek tego wszystko jest wytarte, zmęczone. My jesteśmy tym zmęczeni. Zachwyt zdarza się więc rzadko.

To chwile, że jestem częścią świata, przyrody, drzewa, słońca. Ale także częścią takich rzeczy, które są niedobre, które łączą nas z cierpieniem. Jeżeli naprawdę się zachwycam, to znaczy, że przyjmuję z tym samym uśmiechem wszystko, co przyniesie mi życie. To udaje się niezwykle rzadko, lecz oznacza prawdziwe pogodzenie się ze sobą samym.

Zachwyt to wewnętrzna zgoda na świat, zwracanie uwagi na to, co odsunięte w pośpiechu.

*

Zachwyt jest chętnie łączony ze zmysłem estetyki. Jednak kryteria estetyczne są zawsze niepewne, za każdym razem inaczej rozumiane. To, co kiedyś w malarstwie było uznawane za piękne, dziś potrafi być nazwane potworem i bohomazem. Dlaczego brzydsza ma być przewrócona butelka po wodzie od obrazka wiszącego na ścianie? Czy namalowana roża jest piękniejsza od róży, która stoi w wazonie? Jak to rozstrzygnąć? Nakłada się tu wiele znaczeń. Czasami ktoś bez zastanowienia, lekko mówi: „To zachwycające”. Ma na myśli, że coś jest piękne i wyjątkowe. Dla mnie zachwyt łączy się z doświadczeniem. To przecież tak zachwycające, że zdarzyło się cokolwiek.

Wysłuchał Jarosław Borowiec

Artykuł pojawił się w numerze: Sztuka zachwytu