Wkroczyliśmy w nowy etap stosunków z Rosją, być może najbardziej dla Polski korzystny od czasów krótkiego „odprężenia” za kadencji prezydenta Borysa Jelcyna. Pan jednak, konsekwentnie, unika określenia „przełom”. Dlaczego?Często nadużywa się tego słowa. Przełomy zdarzają się rzadko, stosunki między państwami należą do kategorii procesów. Są w tych procesach czasy poprawy, ale bywają też okresy ochłodzenia, a nawet swoistego zawieszenia stosunków. Wrześniowa wizyta premiera Władimira Putina na Westerplatte oraz zaproszenie premiera Tuska na obchody 70. rocznicy zbrodni katyńskiej to ważne wydarzenia. Świadczą one o pewnej zmianie jakościowej – ale to z pewnością nie jest jeszcze przełom. Przełomem byłoby, gdyby Polska i Rosja należały do wspólnoty państw, które kierują się tymi samymi zasadami i wartościami oraz przestrzegają wspólnie uzgodnionych reguł. Tak jednak nie jest. Polsko-rosyjskie zbliżenie w czasach Jelcyna, o którym Pan wspomniał, przywodzi na myśl jego wizytę w Warszawie w sierpniu 1993 roku. Zgodził się wtedy na formułę, że każdy kraj ma prawo swobodnie określać swoją politykę bezpieczeństwa. Odczytano to jako otwarcie dla Polski drogi do NATO. Jednak w trzy tygodnie po powrocie do Moskwy – o czym opinia publiczna w Polsce nie była informowana – Jelcyn wysłał poufny list do czterech zachodnich przywódców: prezydenta Stanów Zjednoczonych Billa Clintona, kanclerza Niemiec Helmuta Kohla, prezydenta Francji François Mitterranda i brytyjskiego premiera Johna Majora, w którym napisał, że rozszerzenie Sojuszu Północnoatlantyckiego…
Dziennikarz, zastępca redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego”. Od początku europejskiego kryzysu migracyjnego w 2014 r. zajmuje się głównie tematyką związaną z uchodźcami i migrantami. W latach 2005–2010 redaktor miesięcznika „Znak”.