Przed laty, podróżując po Australii, szukałem kontaktu z resztkami dawnych mieszkańców tego kontynentu, nazwanych przez białych przybyszów – tyleż z pogardą, co ignorancją – „Aborygenami”, czyli „rdzennymi”. Nie wysilili się zbytnio transportowani z Londynu więźniowie i ich strażnicy (odległy kontynent był początkowo kolonią karną), podobną nazwę stosowano w różnych częściach świata na określenie tubylców; nawet starożytni Rzymianie nazwali „Aborigines” swoich przodków, pierwotnych mieszkańców Lacjum, z którymi potem – według legendy – zmieszali się uciekinierzy z pobitej Troi, by dać początek antycznemu supermocarstwu. Australijskim Aborygenom daleko do jednolitości; gdy zaczęto badać i opisywać ich kulturę, naliczono około 200 plemion i prawie tyle języków, nieraz tak odmiennych, że plemiona nie potrafią porozumieć się ze sobą. Nie wszyscy z nich są też czarni, wielu spośród licznego plemienia Pitjandjara to biali blondyni o negroidalnych rysach, sam takich spotykałem. Trudno wśród dzisiejszych resztek plemion przemieszanych ze sobą i po trosze z białymi odnaleźć pozostałości dawnych zwyczajów i wierzeń. Kiedyś na stepowym płaskowyżu na…
Pisarz, publicysta, obieżyświat. Wydał między innymi powieść S.O.S., tomy esejów filozoficznych: Wołanie o sens oraz Paradygmat.