No i dobrze. Łącząc w jedno siłę futbolu i potęgę poezji, wygraliśmy olimpiadę, a potem zakwalifikowaliśmy się do finałów mistrzostw świata i też ich o mało co nie wygraliśmy. Po drodze jednak piętrzyły się jeszcze liczne przeszkody, które trzeba opisać, i rodziły się legendy, którym trzeba zajrzeć w zręby. Druga obok sędziego Padureanu czarna legenda polskiego futbolu nazywa się „faul McFarlanda”. I o ile tamtej już nie sprawdzimy, bo nie zachował się żaden zapis meczu w Starej Zagorze, o tyle weryfikacja tej nie powinna nam nastręczać żadnych kłopotów. Ale po kolei. W V grupie eliminacji do mistrzostw świata przyszło nam zmierzyć się z Walią i Anglią. Najpierw Anglicy wygrali z Walią na jej boisku 1:0, zaś rewanż tych drużyn skończył się remisem 1:1. Potem my na dobry początek przegraliśmy z Walią na jej boisku 0:2 (ostatni mecz Anczoka w reprezentacji). Wskutek tego, kiedy Anglicy przyjechali w czerwcu 1973, żeby dokopać nam w Chorzowie, sytuacja była taka, że oni i Walijczycy mieli już po trzy punkty, a…