Nasi żołnierze w Afganistanie wzruszają się piosenkami poświęconymi radzieckim weteranom „pierwszej inwazji” z lat 1979–1989. Duszoszczypatielne kawałki takich zespołów jak Lube powodują, że Polacy wręcz utożsamiają się z losem sołdatów. W klipach tak chętnie odtwarzanych w Ghazni co rusz przewijają się twarze młodych chłopców, wysłanych pod Hindukusz, by bronić interesów imperium – poborowych, przymusowo wcielonych do wojska, z których większość wolałaby znaleźć się gdzie indziej, byle dalej od azjatyckiego piekła. Znam wielu żołnierzy Wojska Polskiego, którzy z Afganistanu (a wcześniej z Iraku) wynieśli swoje najgorsze wspomnienia. Są one w pewnym sensie konsekwencją ich własnych wyborów – w przeciwieństwie do Związku Radzieckiego, do Azji nie wysyłamy bowiem poborowych, lecz odziały w pełni zawodowej, a zatem i ochotniczej, armii. Owo zawodowstwo powoduje wyraźny zamęt w publicznej debacie na temat roli i statusu żołnierza. Wiele osób nie potrafi wyobrazić sobie, dlaczego ktoś, kto nie jest do tego prawnie zmuszony, chciałby służyć w wojsku, szczególnie poza granicami własnego kraju. O ile można jeszcze zaakceptować konieczność walki z wrogiem atakującym bezpośrednio nasze granice, o tyle – bądź co bądź – dobrowolny udział w misjach zagranicznych, podczas których giną ludzie po jednej i po drugiej stronie, wydaje się już zupełnie niezrozumiały. A…