Kuba, 32-latek, realizator dźwięku, inżynierię zarządzania długiem – jak określa się to w korporacjach – opanował do perfekcji. Od kilku lat jego podstawowym źródłem dochodu są zarobki wynikające ze stałej współpracy z jednym z teatrów. Szef placówki jest zarazem jej dyrektorem artystycznym, więc ma masę spraw na głowie, włącznie z przelewami dla pracowników. Nie znosi też papierkowej roboty, ot, taka jego właściwość, bo poza tym jest całkiem w porządku. Kuba wie, że jeśli odpowiednio wcześnie nie zacznie do szefa dzwonić i przypominać o terminie płatności, o planach na najbliższy weekend (z racji stanu finansów zazwyczaj funkcjonuje w trybie tygodniowym, czasem miesięcznym, żadnego długoterminowego horyzontu) może zapomnieć. „W teatrze na umowę o dzieło zarabiam czasem kilkaset złotych na miesiąc, czasem nieco więcej, zależnie od liczby wyjazdów i zakresu obowiązków – mówi. – To nie są spore kwoty, dlatego regularność ich wpływu ma duże znaczenie. Przede wszystkim pozwalają zapłacić bieżące rachunki. W tygodniu, kiedy powinna przyjść zapłata, już od poniedziałku zaczynam wydzwaniać, przypominać się, męczyć, żeby udało się puścić przelew najpóźniej w czwartek. Podobnie jest z większością innych zleceniodawców, z którymi współpracuję. To jak praca na drugi etat, w dodatku…
Pisarka i dziennikarka, założycielka Stowarzyszenia Inicjatyw Społeczno--Kulturalnych Stacja Muranów. Stale współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym”, stołeczną „Gazetą Wyborczą” i Muzeum Historii Żydów Polskich.