Jest końcówka lat 80., na niebie wschodzi krwawy księżyc. Dziewczyny ze Szpitala dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Kocborowie wstają z łóżek i lgną do okien. Każda została zawczasu zaetykietowana: „Anorektyczka”, „Żyletka”, „Lesba” i „Szalona”. Tę ostatnią wsadziła tu rodzina. Dziewczyna jest winna życia bez planu, dziurawienia uszu agrafkami, mantrowania w pokoju i mazania po ścianach.
Powyższa scena pochodzi z filmu Imago (2023, reż. Olga Chajdas). Przedstawia on fabularyzowaną historię Eli „Malwiny” Góry, kobiety, która żyje na własnych zasadach, wbrew społecznym oczekiwaniom. „Szalona” to niszowa trójmiejska twórczyni. Udzielała się w tak bardzo nieznanych zespołach, jak: Pancerne Rowery, hardkorowa Apteka czy awangardowy Szelest Spadających Papierków.
Ela w Imago ucieka z psychiatryka.
Jara na potęgę. Pyta pijaków przy barze o ich tajemnice. Tańczy topless na dachu Falowca. W zespole zaczyna grać z przypadku. Po prostu wchodzi na scenę spytać, czy ktoś ma ogień. A potem słyszy pogłos własnych słów w głośnikach. Naciąga ucho. I do widza dociera jej oddech. Muzycy od razu to wyłapują i wykorzystują moment. Sekcja rytmiczna zaczyna pulsować, Ela wpada w improwizację. Daje głos. Gitara wybucha i od tego momentu mamy gotowy utwór. Słychać frazy o czarnym morzu. Jesteśmy w ponurym zimowym Trójmieście. Fale liżą brzegi. Ela mówi, mówi, wdrapuje się na wysokie dźwięki i piszczy. A potem zeskakuje na parkiet i wychodzi do domu, jak gdyby nigdy nic. Po drodze chłopaki z fikcyjnego zespołu Zakaz Kąpieli łapią ją, by przyszła na próbę. Obok stoi największy crush Eli – Stachu, oniemiały albo przerażony jej charyzmą i talentem. On zostanie wziętym malarzem, ona wyrzutkiem. Nie zmieści się w roli, którą dla niej przewidziało społeczeństwo. Jest jej zbyt wiele w niej samej. To się nazywa magnetyzm.
Wilczyca śpiewa o czarnym morzu
W punkowym środowisku, a szczególnie na scenie, kobiet jest mało, więc musisz być magnetyczna. Czy tego chcesz czy nie, patrzą na ciebie przez pryzmat atrakcji. Jeśli masz coś do powiedzenia, dostaniesz uwagę, tyle że z przymrużeniem oka i do czasu. Sęk w tym, że cztery dekady temu do czarnych, krótkich włosów Eli i poezji mówionej dochodzi ciąża. Artystka, będąc w błogosławionym stanie, nie przestaje magnetyzować. Tylko jest to już czar, który nie działa nawet na punkowców, bo łamie tabu.
Ela jest matką i spożywa alkohol. Kobieta w ciąży, która wlewa w siebie toksyczną substancję, niszczy mit macierzyństwa. Od razu jest jasne, że to matka wyrodna, osoba z marginesu. Jej miejsce znajduje się na rubieżach kultury, poza nawiasem.
Patrząc na tę przestrzeń, można zadać kilka, zazwyczaj pomijanych, pytań: po co nam figura wyrodnej? Dlaczego matki porzucają dzieci? Czy mają do tego prawo? Czemu wielu kobietom macierzyństwo nie daje spełnienia, choć je obiecywało? Oraz moja ulubiona zagadka: kim były nasze mamy, zanim nas urodziły?
Kobieta magnetyczna
W mającej się ukazać nakładem Wydawnictwa Karakter książce Wyrodne. Opowieść o macierzyństwie i poczuciu winy Begoña Gómez Urzaiz tworzy pojęcie „magnetycznej kobiety”. Osoby, która wabi i przyciąga; jest artystką sztuki życia; uznawaną za próżną i raczej niemiłą dla otoczenia. Żyje dla swoich celów, pozostawiając wokół aurę niedopowiedzeń. System patriarchalny nazywa ją muzą. Urzaiz ilustruje to pojęcie na przykładzie Jeleny Iwanownej Djakonow, szerzej znanej jako Gala Dalí. Rosyjska emigrantka, od zawsze zainteresowana sztuką i tym, co poza zwykłym życiem, najpierw stała się żoną poety Paula Éluarda. Gdy ten poszedł na wojnę, została w domu z córką. Nie okazywała dziewczynce żadnego zainteresowania ani troski, a wspólny czas musiał ją bardzo rozczarować, skoro gdy mała podrosła, Gala unikała kontaktu z dzieckiem. Czy miała do tego prawo? Inaczej w tym względzie ocenia się nieobecnych ojców, a inne wymagania stawia przed matkami.
W latach 20. XX w. jednak było jasne, że macierzyństwo jest Gali nie w smak.
Szybko więc wraz z mężem i dzięki jego kontaktom wyrwała się z domowych pieleszy i dołączyła do ruchu surrealistów, inspirując panów Louisa Aragona, André Bretona i Maxa Ernsta. Z tym ostatnim Gala i Paul wdali się w miłosny trójkąt. Pod koniec lat 20. relacja z Paulem zaczęła się sypać. Małżonkowie wyjechali do Hiszpanii, a tam Gala zachwyciła się młodym ekscentrycznym malarzem. Ostatecznie przeszła do historii jako żona Salvadora, najsłynniejszego surrealisty, i z pewnością wiodła ciekawe życie, pełne sztuki i podróży. Zanim to się jednak stało, opiekę nad córką przekazała pierwszemu mężowi i teściowej.
Decyzje Gali nie obyły się bez kontrowersji. Wydaje się jednak, że w kwestii kobiecej determinacji Gala, jak na wczesny XX w., była bezprecedensowa. Jej miłosne trójkąty oraz dandysowskie gry poprzedziły czas, w którym femme fatale na dobre zdominowała salony. A zakończenie I wojny światowej było interesującym momentem w historii. To wtedy rozliczne awangardy poluzowały tradycyjnie rozumiane role społeczne. „Nowa kobieta” lat 20. nosiła spodnie i włosy na boba. Była nieco androgeniczna, co idealnie obrazuje Otto Dix w Portrecie dziennikarki Sylvii von Harden. Na płótnie widać przede wszystkim osobowość, a nie klasycznie kobiecą urodę. Wręcz trudno się jej doszukiwać. W oczy rzuca się przerysowana kanciasta sylwetka z binoklem, której towarzyszą papieros oraz niedopity drink na stole. Twarz dziennikarki, rozsiadłej w berlińskiej Romanisches Café, mieni się tajemnicą – ledwie zauważalnym znużeniem wobec otoczenia i niespotykaną władczością. Dix w jej osobie próbował uchwycić tzw. ducha epoki. W tym duchu kobieta nie jest bierna – zarabia pieniądze, siedzi razem z mężczyznami, pali gdzie chce. Wizerunek musiał zawładnąć wyobraźnią ówczesnych, bo międzywojnie obfitowało w sylwetki barwnych, choć raczej dobrze sytuowanych kobiet. Pierwsze z brzegu to np. Coco Chanel, Amelia Earhart, Virginia Woolf, Pola Negri, Tamara Łempicka, niesławna klakierzyca Hitlera Leni Riefenstahl czy dziś nieco zapomniana rosyjska intelektualistka Aleksandra Kołłontaj.
Kołłontaj była również tą magnetyczną kobietą, która odłożyła macierzyństwo na drugi plan.
W wieku 21 lat wzięła ślub z kuzynem, Wladimirem Kołłontajem, zaszła w ciążę i urodziła dziecko. Jako młoda inteligentna osoba zaczęła się wkrótce nudzić domowym życiem. Była przede wszystkim rozczarowana ofertą edukacyjną Rosji dla kobiet. Pewnego dnia odwiedziła fabrykę włókienniczą, zaludnioną przez kobiety z dziećmi. Ta wizyta ją zradykalizowała. Horror, który zobaczyła, dodał jej odwagi do działania – spakowała walizkę, porzuciła rodzinę i wyjechała na studia do Szwajcarii. Już nigdy nie była tradycyjną żoną ani matką – głosiła utopijną wizję kolektywnego macierzyństwa, a po rewolucji październikowej została komisarzynią ludową ds. opieki społecznej. Rozbudowała państwową sieć przedszkoli, żłobków i domów dziecka. To ona doprowadziła do liberalizacji rozwodów i dekryminalizacji aborcji w 1920 r. Jednak Stalin wkrótce odsunął Kołłontaj od władzy, a ZSRR przywróciło tradycyjny model rodziny. Państwu opłacało się prace nad domem i dziećmi przekazać żonom, a nie szkolnym wychowawcom.
Alienacja kobiet. Moja mama i babcia
Kobiety usłyszały ponownie, że będą definiowane przez swoje ciała, czyli biologię. Przed rewolucją przemysłową matki, babki, ciotki i córki żyły w sporych społecznościach, na które składali się bliżsi i dalsi członkowie rodu oraz sąsiedzi – duże rodziny wielopokoleniowe. Jednak gdy nastał czas pierwszych fabryk, stoczni i hut, komórka społeczna wyemigrowała do miasta i skurczyła się. W przeciwieństwie do pracy na polu członkowie rodziny spędzali czas z dala od siebie. Kobiety zostały odseparowane od mężczyzn. To na ojcu spoczywał finansowy dobrobyt rodziny i decyzyjność – był od teraz tzw. chlebodawcą i zarządcą rodziny, a kobieta piastunką domowego ogniska. Niewiele mówimy o procesie, który w tamtym czasie głęboko wyalienował kobiety z życia społecznego i zawodowego. Mężczyźni harowali na godziny, przyjmując nowe zasady i etykę pracy, podzieloną na segmenty. Praca kobiet – przeciwnie – rozciągała się w nieskończoność. Domowe obowiązki nigdy nie miały końca. Jednocześnie kobietom rzadko kiedy były dane jakiekolwiek zarobki. Prowadziły domy, tonąc w zamiataniu, praniu, suszeniu, myciu, szorowaniu, segregowaniu, wietrzeniu, przekładaniu, wychowywaniu, przebieraniu, uspokajaniu, śpiewaniu, usypianiu, studzeniu, robieniu zakupów, gotowaniu, karmieniu i znowu sprzątaniu, wycieraniu, myciu.
Czas powojenny przywrócił i pogłębił ten porządek. Przypieczętował dom jako miejsce pracy kobiety.
Moja babcia, urodzona pod koniec lat 40., pracę w domu traktowała z rzeczowym nabożeństwem. Poruszała się jak wirówka, nawet w dzień wolny. Wstawała rano, biegła na rynek, robiła zakupy, napychała wszystkich jedzeniem na zapas, po czym zabierała się za sprzątanie, a wkrótce gotowała obiad, żeby był na stole, gdy rodzina wróci ze szkoły i pracy. Nigdy nie chciała pomocy – rytm jej życia opierał się na perfekcji, jakby jeden niezmyty talerz miał zaprzeczyć jej wartości. I nie zwalniała tempa. Tłukła kotlety, wietrzyła dom, wiecznie sprzężona z rytmem domowych prac. Mama robiła to samo w każdą sobotę, ale w odróżnieniu od babci nie kreowała się na tytankę domowej pracy. Nie czuła, że domowe aktywności to jakiekolwiek emblematy. Raczej gardziła nimi. Gdy zimą protestowałam wobec otwartych okien, puszczały jej nerwy. Mroźne powietrze rozchodziło się po pokojach, a jej było duszno i gorąco. Latała po domu w samych rajstopach z odkurzaczem. Nie mogła odstawić dzieci oraz sterty prania na bok; spokojniała, słuchając rozwrzeszczanej Suzi Quatro z gitarą elektryczną. Pokazywała mi Joan Jett, Ramonesów i Italo Disco. A po chwili ekstatycznego tańca znów wracała do rzeczywistości. Była w niej inteligentną, niespełnioną kobietą z trójką dzieci, oszukaną przez mity romantycznej miłości i macierzyństwa. Bezsilną i sfrustrowaną swoim położeniem. Musiała się więc „wyrodzić”. Ciała mamy i babci miotały się pod naciskiem tej samej presji społecznej. Babcia sądziła, że gdy zadowoli potrzeby wszystkich naokoło, będzie szanowana i ceniona. Mama jej uległość i ucieczkę w obowiązki wyśmiewała. Buntowała się wobec usługiwania. Błądziła myślami i stale wychodziła z roli.
Zimnofalowa kobieta lat 80.
Ela Góra należy do tego samego pokolenia co moja mama. Ma ten sam vibe zimnofalowej, wrażliwej „nowej kobiety”. I nie certoli się w poszukiwaniu wolności. Łapie ją gdzie popadnie – w chodzeniu, w paleniu, w pływaniu i tańczeniu. Nosi marynarki po braciach i ciężkie buty. Pokój dekoruje suchymi gałęziami i wypchanymi ptakami. Aż dziwię się, że w ogóle ma ten pokój, będąc ostatnią z ośmiorga rodzeństwa. To typowa mieszkająca w bloku rodzina alkoholowa schyłkowego PRL-u. Ojca wiecznie nie ma, a gdy się objawia, to niczym utęskniony bóg albo Święty Mikołaj. Matka-zagadka ogląda telewizję. Córce ani trochę nie okazuje ciepła. Oskarżymy ją? To jej dziewiąte dziecko, więc gdy ma z nim problemy, wysyła do lekarzy, psychiatrów, a nie bierze na rodzicielską rozmowę.
Jednak gdy przychodzą koledzy z zespołu, to co innego – zamienia się w wirówkę, nadskakuje. Robi im jajecznicę, a oni wkrótce pokazują swoje męskie „ja”.
„Mamy ambiwalentny stosunek do kobiet, bo rozp…ą zespoły. No oczywiście poza naszą Malwinką, która jest naszą kosmiczną matką” – mówi jeden z muzyków, odpowiadając na pytanie dziennikarza w radiu. Chłopcy w studiu dokazują niczym młode byczki, a po ich zachowaniu widać, że Ela to tylko dodatek do ich muzycznego projektu, pewna orientalna przyprawa. I to ostatni moment w Imago, gdy widzimy Elę w ich towarzystwie. Chyba już wtedy dociera do niej, że nie tylko rodzina nie traktuje jej poważnie. Także zespół patrzy na nią z przymrużeniem oka. „Szalona” odchodzi i rzuca się… w miłość. Ze Stachem, swoim przyszłym mężem, odwiedza wystawy i biseksualne imprezy na ASP; łapie za polaroid, robi sobie zdjęcia – tak jak robiła je prawdziwa „Malwina”. Szuka nowych form wyrazu w dokumentowaniu cielesności, przy czym wydaje się zupełnie nieświadoma konsekwencji zbliżeń z mężczyznami. Dlatego jej starcie z tzw. instytucją macierzyństwa, a nie samym macierzyństwem, będzie tym bardziej tragiczne. Gdyż to, co było atrakcyjne w kobiecie magnetycznej, w matce objawi się jako karygodne.
Monstrous feminine
W Imago widzimy, jak artystka bije się i szczypie po brzuchu. Nie ma w niej zgody ani radości wobec tego, co nastąpi. Gdy rodzi dziecko, wyzywa je od „nudnych”, bo to bez przerwy płacze. Po czym ścina nad twarzą dziewczynki włosy, prawie ją mordując. Dopiero po chwili zauważa, że mała się zadławiła. Są tylko we dwie. Stachu pojawia się, gdy sytuacja jest już opanowana. Znika, gdy w mieszkaniu dziecko robi hałas. Tymczasem Ela, zamknięta w czterech ścianach, zaczyna odchodzić od zmysłów i łamie zasady. Ubliża dziecku, krzyczy i przedrzeźnia je. Zostaje więc wydelegowana na rubieże kultury. Staje się widowiskiem.
Barbara Creed w opublikowanej w 1993 r. książce The Monstrous-Feminine ukazuje rozliczne manifestacje kobiecych „potworów” w kinematografii.
Autorka wskazuje, że kobiety w horrorach zwykle były obsadzane w roli ofiar, które czekają na swoich morderców. Pasywne, pogrążone w nudzie.
Wbrew podtrzymywaniu tej mitologii Creed postanowiła opisać kobiece potwory, które dysponują władzą i mocą. Kobiecość ukazała jako źródło lęku. I tak mamy matkę archaiczną, w stylu pierwotnej otchłani (Obcy – ósmy pasażer Nostromo), czarownicę (Carrie) czy kastratorkę (w skandalizującym filmie Pluję na twój grób, gdzie młoda pisarka pragnie zemsty za gwałt; również w matce mordercy z Psychozy Hitchcocka oraz w Szczękach Spielberga). Kastratorka wydaje się najszersza znaczeniowo, sięga aż do starogreckiej Meduzy, przez femme fatale po nieco zabawny motyw vagina dentata. Matka wyrodna, choć niewymieniona przez Creed, należy do tego samego porządku: „Ciało matki jest przykładem ekstremalnej biologii. W układzie macicy, jajników i waginy ukryta jest supermoc: reprodukcja. Tajemniczość systemu rozrodczego staje się zalążkiem myślenia o niej jako o czymś mrocznym, chaotycznym i zagrażającym” – rozwija myśl Creed Marta Stańczyk w artykule Groza in utero.
Bycie potworem jest równoznaczne z niebyciem człowiekiem.
To transformacja, której nie sposób cofnąć. Matka wyrodna podejmuje radykalne decyzje – czynem lub myślą – porzuca dziecko albo żałuje, że je urodziła. Udowodnia więc, że jest „bez serca” – jest nieludzka. Nie liczą się jej realne poczucie winy, żal ani okoliczności. Potwór jest spektaklem dla nas. To „skrajny przypadek człowieczeństwa”, jak za Hansem Meyerem powtarza Anna Wieczorkiewicz w Monstruarium. Potwór wyznacza granice przyjętych norm moralnych, brzydzi nas i budzi w nas wstręt. Odczuwamy bunt ze względu na samo istnienie potwora albo przeciwnie – w potworach się zakochujemy.
Mama Madzi i inne postacie grozy
Słowo „wyrodny” pochodzi od czasownika „wyrodzić się”, czyli „urodzić się innym, zwykle gorszym, niż reszta rodziny”. „Wyrodna matka z Legnicy”, „Wyrodna matka z Mroczy”, „Mama Madzi”, „Dolnoślązaczka” – to postaci rodem z filmu grozy. Należałoby spytać czyjego, bo we mnie „Mama Madzi” nie budzi agresji ani chęci ukamienowania. „Potworność kobiety jest filtrowana przez lęki i kompleksy mężczyzn” – słusznie pisze Marta Stańczyk. Pochylać się jednak nad potworem nie wolno, ponieważ potwory istnieją po to, aby je unicestwiać. Oto przykładowe nagłówki z portali internetowych, w których wyrodna matka:
„…trafi za kraty”,
„…i jej partner aresztowani”,
„…usłyszała wyrok”,
„…porzuciła dziecko na śmietniku”,
„…oszpeciła własne dziecko”,
„…wciąż na wolności”,
„…wyjechała na urlop, dziecko zmarło z głodu”,
„…pogryzła córeczkę”.
Szczególnie ostatni nagłówek niesie performatywne wyolbrzymienie właściwe potworom. Jednak wszystkie wymienione tytuły są przede wszystkim odbiciem pewnej domniemanej moralności. Wycelowane w symbole matczynych anomalii. Ponad dekadę temu o Katarzynie W., która udusiła swoją córkę, powstała książka Wybaczcie mi. Czytelnicy byli oburzeni, że dziennikarka Izabela Bartosz pochyla się nad potworem. Naturalnie, chciano jedynie wiedzieć, czy potwora już pokonano. Sieć Empik, dystrybuująca książkę, znalazła się pod dużą presją i usunęła tytuł ze swojej oferty. Wobec tej decyzji powoływała się na szacunek dla klientów.
Podobny przypadek na amerykańskich przedmieściach opisuje Adrienne Rich, gdy pogrążona w depresji matka ośmiorga dzieci zamordowała dwoje z nich.
Lokalne media omawiały tę sprawę, co spotkało się z reakcją przyjaciółek Rich. Kilka z nich, „rozumiejąc jej [tj. matki] desperację, podpisało list adresowany do lokalnej gazety”, w którym sprzeciwiały się temu, „w jaki sposób jej czyn opisywano w prasie i jak potraktował ją lokalny system opieki psychiatrycznej. Każda kobieta w tym pokoju, która miała dzieci, mogła się z nią utożsamić”. Historia matki, która morduje dzieci, zainspirowała przyjaciółki Rich do rozmowy o własnych doświadczeniach. O nieujawnianych pokładach morderczej wściekłości. Zabicie dziecka to apogeum niezgody na swój matczyny los. Nie chodzi o to, by usprawiedliwiać morderstwo, ale by moralne uniesienie nie wyparło źródła problemu. A jest nim brak przestrzeni wobec odczuwania bólu przez matkę. Nie trzeba wcale aż tak radykalnej decyzji, by zniszczyć mit macierzyństwa i zostać ocenioną jako „zła matka”. Matki, żeby być złymi, nie potrzebują wcale tlenku węgla, noża czy kupionego na poczekaniu alkoholu. Wystarczy, że są niezadowolone.
Zespół wyrodnych „madek”
„Moje potrzeby zawsze rywalizowały z potrzebami dziecka i zawsze przegrywały” – pisała niemal 50 lat temu Adrienne Rich. W słynnym eseju Zrodzone z kobiety (tłum. Kaja Gucio) przedstawiła topos osoby, która wydając na świat nowego człowieka, traci autonomię, i to na kilku poziomach. Prokreacja ma przecież wartość gospodarczo-polityczną. Potrzebne są kolejne pokolenia pracowników, konsumentów i żołnierzy. Kobieta musi więc zrezygnować z pracy, towarzystwa, pasji i zainteresowań. Jeśli wcześniej pisałaś, teraz przestaniesz. Jeśli grałaś w zespole, zrozumiesz, że była to tylko zabawa. Mit macierzyństwa jest wykładnią nazywanej przez Adrienne Rich „instytucji macierzyństwa”, która narzuca na kobiety karby norm, oczekiwań, nakazów i zakazów. Szczególnie napiętnowane są matki kreatywne, te, które mają talenty, uzdolnienia i gotowość, by do nich wrócić.
Rich pisze, że kobieca zdolność tworzenia życia zawsze fascynowała i przerażała mężczyzn. A nawet budziła ich zazdrość.
Dlatego kobietom „nie tylko kazano trzymać się macierzyństwa, lecz także wmawiano, że nasze intelektualne czy estetyczne dzieła są niestosowne, nieistotne lub skandaliczne, że stanowią próbę »upodobnienia się do mężczyzn« albo ucieczki od »prawdziwych« zadań dorosłej kobiety: małżeństwa i rodzenia dzieci”.
Polska scena alternatywna i punkowa to nie tylko „Malwina”, ale również grupa Oczi Cziorne, którą założyły w 1988 r. w Gdańsku Ania Miądowicz i Jowita Cieślikiewicz. Wykształcone, po szkołach muzycznych, grające z nerwem. Mimo że o zespole pisano w gazetach, zapraszano go na zagraniczne występy, a na koncerty dziewczyn przychodziły tłumy, ojciec ocenił projekt Jowity krótko: „Zespół wyrodnych matek”. W konsekwencji istnienia silnych ról płciowych i presji otoczenia Oczi Cziorne grały w latach 90. z przerwami, stale szukając zastępstw w zespole. Dla środowiska muzycznego był to wystarczający powód, by talentowi dziewczyn zarzucić „słomiany zapał”, a granie uznać za niepoważne. A mówili to ci, którzy przed pójściem na próbę nie mieli okazji myśleć, co zrobią z dzieckiem i pustą lodówką. Oni po prostu grali sobie rock’n’rolla, podczas gdy ich żony fundowały im czas na rozwój muzycznych karier. Oto siła mitu, a nie instynktu.
Kiedyś słyszałam, jak profesor ASP pytał studentki, po co w ogóle studiują. I tak zajdą w ciążę i nie będą robić sztuki. Kogo one chcą oszukać?
Oszukać? Większość z nas, choć to się zmienia, wie, że kobiecie w określonym wieku wypada zajść w ciążę. Dzieci po prostu należy mieć. Nie może to być ani za wcześnie, np. w liceum, ani za późno, np. po 35. roku życia. Narodziny dziecka mogą oczywiście przynosić szczęście. Są okazją do transformacji tożsamości i przedefiniowania priorytetów. Pozwalają poczuć w życiu cel, odnaleźć punkt ciężkości albo kompletnie go stracić. Roztaczają na czynności związane z karmieniem, myciem, pielęgnowaniem sferę niespotykanego nigdy wcześniej sacrum. A co mamy zrobić, gdy tak nie jest?
W przeciwieństwie do naszych matek i babć dla wielu z nas posiadanie dziecka nie jest już sposobem na udowodnienie swojej wartości przed społeczeństwem, co wykazały badania Długa droga do macierzyństwa prowadzone przez socjolożki z SWPS. Dziecko to coraz częściej wybór, przy czym jego konsekwencje wciąż dają innym prawo do ferowania wyroków w ramach „instytucji macierzyństwa”. Widać to zwłaszcza w języku. Powstały nowe określenia i memy, które karzą kobiety za używanie przestrzeni publicznej jako rodzicielki – „madki”, „karyny”, a o dzieciach mówi się „kaszojady”. By zostać „karyną”, nie trzeba awanturować się w sklepie czy pobierać 800+. Wystarczy wejść z dzieckiem na pokład samolotu, autobusu czy pociągu. Matki i ich praca w domu bywają niewidzialne, lecz gdy wkraczają we wspólną przestrzeń społeczną, zajmowaną np. przez osoby harujące na kredyt, robiące nadgodziny, spotykają się z wrogością. Jednak wszyscy jedziemy na tym samym wózku. Matki nikomu niczego nie kradną, nie są klasowym wrogiem. Także harują, choć ich praca nie jest wynagradzana ani społecznie poważana. Podzielają problemy osób, które dzieci nie mają albo już je odchowały. Również odczuwają presję kapitalizmu, a za lata spędzone w domu z dziećmi często płacą wykluczeniem z rynku pracy. To w zderzeniu matek z wrogą im resztą społeczeństwa widać jak w soczewce skalę erozji społecznej i kryzys solidaryzmu. To, co napisała Agnieszka Graff dekadę temu w Matce feministce, jest wciąż aktualne: „Współczesna kultura ma jej [matce] do powiedzenia tylko tyle: »Urodziłaś dziecko – to twoja prywatna sprawa. Weź za nie teraz odpowiedzialność«”.
Utracony mit Demeter i Kory
W kulturze zorientowanej na sukcesy i współzawodnictwo pracą opiekuńczą się pogardza. W „instytucji macierzyństwa” nie ma miejsca na żal i niezadowolenie. A przecież poważne traktowanie powodów niezadowolenia kobiet mogłoby odmienić oblicze całej planety. Macierzyństwo jest, znów zacytuję Rich, „najgłębszą formą ludzkiej wspólnoty i zależności”. To znaczy – tu zaczyna się człowiek, a z nim kultura i cywilizacja. Bez matek nie byłoby nikogo z nas. Doniosłość tego faktu jest aż trudna do wyobrażenia. Matka rodzi świat. Potwierdzają to kulty i mitologie z czasów przed wynalezienia patriarchatu. Babiloński kult bogini Isztar i jej ciemnej siostry Ereszkigal. Starogrecki kult Demeter i Kory, zwany misteriami eleuzyjskimi, dający wtajemniczonym życie wieczne – w IV w. n.e. zakazany przez chrześcijaństwo. Gdy Korę oderwano od Demeter, matka zakazywała zbożu rosnąć. Gdy powracały do siebie – ludzkość łączyła się ze sobą w ekstazie i pokonywała strach przed śmiercią. Misteria eleuzyjskie odprawiano przez niemal tysiąc lat, bez przerwy. Były one głęboko mistycznym przeżyciem, obwarowanym rzędem rytuałów i przygotowań, by dostąpić możliwości obejrzenia „żeńskiego źródła życia”. Jego treścią był nie Bóg Ojciec, tylko Święta Dwójnia – obrazy Matki i Córki, ponownie zespolone w Jeden.
W naszym świecie nie ma już matriarchalnego mitu, który stawiałby matki i kobiety na pierwszym miejscu. A to właśnie ta wiedza, która należy do matek i córek, poprzedzała ideały siostrzeństwa.
Matki i córki wiedziały, jak być jednią i utrzymywać w świecie harmonię. W imponującej rekonstrukcji tego żeńskiego, starogreckiego misterium węgierski mitoznawca Karl Kerényi łączy wiedzę – poznanie, z błogostanem – bezpieczeństwem. Wiedza na temat życia i śmierci u starożytnych Greków wypływała z dosłownego zobaczenia Persefony i Demeter. Misteria umożliwiały odczucie i emocji bohaterek mitycznych i utożsamienie się z nimi. Od niewolników, mężczyzn i kobiet biorących udział w misteriach oczekiwano uczestnictwa w cierpieniu Demeter. Dopiero tak mogli zbliżyć się ku widmowej pani śmierci – Korze-Persefonie, i świętować jej ponowne połączenie z matką. Zobaczyć za pośrednictwem mitu ciągłość i sens własnego życia.
Kerényi wskazuje, że moment, gdy Grecy u końca eleuzyjskiej procesji „dowiadywali” się, miał „przywracać [im] ufność w obliczu śmierci”. Tym samym przeżywanie misteriów, herstorii dwóch rozdzielonych kobiet: matki i córki, było w antycznym świecie sprawdzoną formułą dbania o psychiczny dobrostan. Do tej formuły należało się przygotować – oczyścić umysł i ciało. W tym celu poszczono przez wiele dni, kąpano się w chłodnym morzu, składano ofiarę, która umierała zamiast inicjanta. Dopiero tak można było przystąpić do procesji. Misteria eleuzyjskie były najważniejszym i najbardziej tajemniczym w starogreckim kalendarzu świętem. Prawdopodobnie u końca pochodu wywoływano psychodeliczne wizje z pomocą kykeonu (naparu z jęczmienia i mięty). Miała go podarować ludziom sama Demeter.
Starożytni Grecy tracili duchową orientację bez opowieści o dwóch boginiach: o ich wzajemnej pełni, ziemi i darze pożywienia. A także o ich bólu, przeżywanym raz po raz w oddzieleniu każdej córki i matki.
Kora staje się własnością mężczyzny wbrew swojej woli. Zostaje uprowadzona przez boga Podziemi i pojęta za żonę. Jej matka błąka się w transie i szuka córki. Ból potęguje przecież znajomość tego samego doświadczenia. Ona również, w jednej wersji mitu, została pojmana przez boga (Posejdona) i zgwałcona. Tak powstało mniej znane, gniewne oblicze Demeter, która urodziła mitycznego Arejona i Despoinę. Demeter, w mniej znanej wersji mitu, przybiera oblicze Erynii i tym samym oddala się od bogów. Zamanifestowała sprzeciw i porzuciła obowiązki związane z opieką nad urodzajem. Czy gniew współczesnych matek nie jest odpowiednikiem buntu tej zapomnianej bogini? Czy ich zachowanie to nie odpowiedź na brak przestrzeni wobec odczuwania własnego bólu?
Współczesne wcielenia Demeter: Singh, Ferrante, Góra
Dziś brakuje mitu, który mógłby wspierać kobiety w trudnych momentach macierzyństwa, dając im przestrzeń dla własnej autonomii i twórczości. Ten mit został utracony, ale jego rozbite fragmenty ujawniają się np. w literaturze:
„Najmocniej w życiu pragnę, byś znalazła sposób na to, by zerwać ze mną, a nie oderwać się ode mnie. W pragnieniu tym konieczność naszego rozłamu nie zostawia mnie w tyle, gdy ty walczysz o przetrwanie, lecz włącza mnie w walkę, bym jaśniała wraz z tobą”. Tego listu do córki nie napisała Demeter, jego autorką jest kanadyjska badaczka Julietta Singh. Przełomy (tłum. Aleksandra Szymczyk) to wnikliwy esej, w którym autorka opowiada córce o jej niełatwym do uniesienia dziedzictwie. O konieczności, w natłoku fałszywych narracji, wybrania z życia matki tego, co przyda się do budowania własnej przyszłości: „Każda z nas jest córką swojej matki, wpuszczoną w świat, by uzdrowić siebie i pomóc innym znaleźć ukojenie, by budować z brzemienia i cudu kobiety, która nas stworzyła i pozwoliła nam odejść”.
Fragment utraconego eleuzyjskiego mitu jest także obecny w pisarstwie Eleny Ferrante.
W jej neapolitańskiej serii dwie przyjaciółki – Lila i Lenu – matkują sobie nawzajem przez całe życie. Zawierają kolejne związki, zmieniają środowiska, ale życie jednej bez drugiej okazuje się jałowe i pozbawione znaczenia. Osiągają pełnię tylko obok siebie.
Nade wszystko widać ten powrót, brawurowo wychodzący poza ramy ekranu, w filmie Imago. Scenariusz produkcji napisała córka Lena Góra, która gra Elę „Malwinę” Górę. Z dziedzictwem matki łączy się poprzez film. Odprawia eleuzyjsko‑punkowe misterium, użyczając Eli swojego głosu i swojego ciała. Tym samym przypomina, że przestrzeń dla kobiet, córek i matek można odzyskać poprzez sztukę i dialog między pokoleniami.
W końcowej scenie Imago jesteśmy w pokoju Eli. Grająca ją Lena siada na podłodze, naprzeciwko dziecka – siebie sprzed 34 lat (!). Patrząc w oczy dziewczynce, mówi: „Tylko mnie nie naprawiaj”. I słychać w tej kwestii głosy wszystkich matek, które nie spełniły oczekiwań lub zawiodły własne dzieci. Bo znaczy ona mniej więcej tyle co: „Pozwól mi być”.