Jest ciepły letni wieczór, rok 1947. Na prowizorycznym boisku do baseballa ciemność rozganiają przenośne reflektory. Josh Exley, czarnoskóry zawodnik drużyny Roswell Grays, właśnie ustanowił nieoficjalny rekord w tej dyscyplinie, zdobywając 61. home run w sezonie. Jego radość ze zwycięstwa nie trwa jednak długo. Świętowanie sukcesu mąci tętent koni. Z mroku wyłaniają się postacie w białych szatach z charakterystycznymi szpiczastymi kapturami. To jeźdźcy Ku Klux Klanu, którzy przyjechali po Exleya. Baseballiści bronią jednak swojego kolegi. Miotacz celnymi rzutami trafia twardą piłką w głowy kolejnych rasistów. Ogłuszeni, spadają z koni jeden po drugim.
Zawodnicy zdejmują kaptury napastnikom. Oblicze jednego z nich przeraża ich wszakże tak bardzo, że wszyscy uciekają w popłochu. Pośród nocy zostaje z nim tylko „Ex”. Członek Ku Klux Klanu jest jego egzekutorem. Exley wie, że nie mogło być innego epilogu tej opowieści.
Na miejsce zdarzenia samochodem pędzi Arthur Dales, policjant i przyjaciel Josha Exleya. Nie zdąża; widzi tylko, jak egzekutor wbija szpikulec w tył szyi „Exa”. Mężczyzna upada na suchy piasek. Konający Exley ostrzega Dalesa, żeby nie dotykał jego krwi. Jest ona żrącą substancją, potencjalnie śmiertelnie groźną dla człowieka. Josh Exley tak naprawdę jest zmiennokształtnym kosmitą, który przybrał postać czarnoskórego mężczyzny, aby rozkoszować się baseballem.
„Spójrz, to tylko krew, tylko krew” – mówi Dales. „Ex” patrzy na czerwoną ciecz na swojej dłoni, uśmiecha się i odpływa. Odchodzi jako ten, kim naprawdę chciał zostać – jako mistrz baseballu, którego rekordu nie pobije nikt przez najbliższe dwie dekady. Dales będzie ze sobą nosił ciężar tej chwili przez kolejne lata. Do momentu kiedy z detalami opowie o niej agentowi Foxowi Mulderowi.
To mój ulubiony odcinek Z Archiwum X, serialu, który w latach 90. spopularyzował tematykę UFO (oraz teorie spiskowe na temat współpracy amerykańskiego rządu z przedstawicielami obcych cywilizacji). Był to zresztą pierwszy odcinek, do którego scenariusz napisał David Duchovny grający Foxa Muldera. Aż dziw, że w 45 minutach udało mu się upakować tyle ciepłej ironii i kulturowych odniesień. Jest tu więc oczywisty wątek dyskryminacji rasowej, przedstawienie Ameryki, gdzie wciąż istniała prawna segregacja. Jest łamiąca tabu przyjaźń między białym policjantem i czarnym zawodnikiem. W tym uniwersum not all cops are bastards (nie wszystkie gliny to świnie).
W tle przewija się utwór gospel Come and Go with Me (to That Land) oryginalnie nagrany w 1930 r. Specjalnie do tego odcinka ponownie zarejestrowali go wcielający się w Josha Exleya Jesse L. Martin oraz Mark Snow, autor najbardziej przerażającego tematu muzycznego lat 90., czyli wstępu do Z Archiwum X. Come and Go… jest chrześcijańskim utworem o potrzebie wiary. I want to believe, głosi motto serialu. Aż się chce uwierzyć!
W końcu zarówno nazwa drużyny Roswell Grays, jak i data serialowych wydarzeń to oczywiste odwołania do miejsca i daty najsłynniejszej rzekomej katastrofy statku obcych (zwanych potocznie „szarakami” – stąd w nazwie drużyny Grays).
Co się stało w Roswell
Incydent z Roswell był kulminacją tzw. szaleństwa latających spodków, społecznego zjawiska masowych obserwacji UFO w lecie 1947 r. Powojnie to okres rosnącej nieufności między mocarstwami i rozkręcającej się kolejnej, tym razem zimnej, wojny. W społeczeństwie wciąż pobrzmiewały echa zrzuconych na Hiroszimę i Nagasaki bomb atomowych. Emerytowany sędzia Sądu Najwyższego Owen Roberts bił na alarm, że Stany Zjednoczone zmierzają w kierunku kolejnej wojny światowej, a Albert Einstein wraz z grupą innych prominentnych naukowców ostrzegał przed widmem konfliktu nuklearnego. Ten klimat rozedrganych społecznych emocji – na co zwracali uwagę badacze – mógł mieć przełożenie na to, co ludzie obserwowali (a raczej co im się wydawało, że obserwowali) na niebie latem 1947 r.
24 czerwca Kenneth Arnold miał rzekomo dostrzec dziewięć niezidentyfikowanych, błyszczących obiektów przelatujących obok Mount Rainier, góry w stanie Waszyngton. Opisał, że poruszały się one co najmniej z prędkością 1200 mil na godzinę (około 2000 km/h) i przypominały coś w rodzaju „latających spodków”. Historia została podchwycona przez lokalne media już dzień później, a wkrótce rozpisywały się o niej gazety w całych Stanach Zjednoczonych. Na popularność opowieści wpłynęło prawdopodobnie to, że Arnold był doświadczonym pilotem i szanowanym biznesmenem.
Kolejne dni to następne doniesienia o latających obiektach. Niejaki Byron Savage z Oklahoma City przypomniał sobie, że kilka tygodni wcześniej widział na niebie latający dysk. Stolarz z Kansas City ujrzał kilka spodków podczas pracy na dachu. Fotograf z Eugene w stanie Oregon twierdził, że próbował złapać w obiektywie formację dziwnych obiektów na niebie. W lipcu zainteresowanie prasy wzmogło podzielenie się swoimi relacjami przez kilku oficjeli, m.in. szeryfów, co dało impuls kolejnym „świadkom”. Szacuje się, że od końca czerwca do końca lipca w całych Stanach Zjednoczonych pojawiło się co najmniej 800 tego typu doniesień, a niektóre szacunki mówią nawet o kilku tysiącach.
Co widzieli świadkowie? Nie jest wykluczone, że w przypadku części opowieści obserwatorzy mieli do czynienia z formacjami samolotów. Niektóre z zauważonych „latających spodków” były naturalnymi zjawiskami atmosferycznymi mylnie wziętymi za UFO. Inne to z pewnością złudzenia indukowane siłą sugestii, a pozostałe to zwykłe psikusy. Badacze społeczni twierdzą, że szaleństwo latających spodków z 1947 r. było wzorcowym studium przypadku rodzenia się folkloru – niespójnych, mniej lub bardziej wiarygodnych historii przekazywanych z ust do ust. Część ówczesnych psychiatrów, takich jak Edward Strecker czy Winfred Overholser, opisywała społeczne zjawisko jako „patologiczną otwartość na sugestie” czy wręcz „narodową histerię”. Sam termin „UFO” (unindentified flying object) został ukuty przez Siły Powietrzne Stanów Zjednoczonych w 1953 r., sześć lat po szaleństwie latających spodków. Była to kategoria odnosząca się do wszystkich niezidentyfikowanych obiektów latających, bez wskazywania ich pochodzenia. Dopiero późniejsze dekady skleiły kategorię UFO ze statkami obcych. Dzisiaj, mówiąc UFO, nie przychodzą nam na myśl np. chmury soczewkowate – obłoki wyglądające jak ogromne dyski, które czasem są mylone ze statkami kosmicznymi. Myślimy niemal wyłącznie o latających talerzach, snopach światła, okaleczonych krowach, chipach w potylicy i oczywiście szarych kosmitach z wielkimi głowami. Wiele z tych tropów zostało w kulturze utrwalonych przez wspomniane Z Archiwum X.
I tu wracamy do Roswell, a właściwie do odległej o nieco ponad 100 km Corony, bo to właśnie tam miało dojść do katastrofy „latającego spodka”. Jak wygląda oficjalna wersja zdarzeń? W czerwcu 1947 r. farmer W.W. „Mac” Brazel znalazł na polu szczątki jakiegoś urządzenia: folię aluminiową, drewniane belki i fragmenty gumy. Wszystko to wrzucił w krzaki i na kilka dni zapomniał o całej sprawie, ale już na początku lipca został zainfekowany zbiorowym szaleństwem. Zebrał kawałki i zawiózł je do biura szeryfa w Roswell. Ten zawiadomił miejscową jednostkę wojskową. Z ramienia wojska na ranczu pojawił się major Jesse Marcel, który skonfiskował graty Brazela.
Jeśli jesteście zainteresowani mitologią UFO, to być może trafiliście na zdjęcia mężczyzny trzymającego w rękach folię aluminiową, która rzekomo jest pozostałościami po statku kosmicznym. To właśnie major Marcel. Nawet dla niewprawionego oka historia o statku kosmicznym ze ścianami z folii śniadaniowej, który przybył z odległych rejonów Galaktyki, wydaje się mało przekonująca.
Później dzieje się jednak coś dziwnego. 8 lipca 1947 r. wojskowy rzecznik prasowy Walter Haut wydaje komunikat, w którym stwierdza, że Stany Zjednoczone weszły w posiadanie szczątków „latającego dysku”, ale jeszcze tego samego dnia armia wycofuje dokument i stwierdza, że w Coronie znaleziono szczątki balonu meteorologicznego. Jest już jednak za późno, bo w gazecie „Roswell Daily Record” na pierwszej stronie pojawia się artykuł o tym, że wojsko przechwyciło latający spodek. Jak nietrudno się domyślić, właśnie te wydarzenia stają się podstawą jednej z największych w dziejach teorii spiskowych. Co zdarzyło się w okolicy Roswell zdaniem jej zwolenników?
Renesans ufologii
Temat zniknął z oficjalnego obiegu na trzy dekady, co samo w sobie jest dość tajemnicze, ale w lutym 1978 r. ufolog Stanton Friedman, symbol stacji telewizyjnej Discovery w latach 90. i wczesnych 2000., przeprowadza wywiad z emerytowanym Jessem Marcelem, wojskowym od zdjęcia z folią śniadaniową. To znaczy ze szczątkami statku obcych, skoro, jak twierdził
w wywiadzie, pozostałości, które zebrał z pola pod Roswell, były pochodzenia pozaziemskiego. W tym samym roku tabloid „National Enquirer” przedrukowuje bez komentarza artykuł z lipca 1947 r. z „Roswell Daily Record”. Historia dostaje drugie życie.
Dwa lata później pojawia się książka The Roswell Incident (Zdarzenie w Roswell) autorstwa Charlesa Berlitza i Williama L. Moore’a. Ci sami autorzy wcześniej pisali książki m.in. o Trójkącie Bermudzkim. Trójkącie, w którym nie dzieje i nie działo się nic nadzwyczajnego, bo jeżeli weźmiemy pod uwagę liczbę przelatujących tam samolotów i przepływających statków, to liczba katastrof statystycznie nie różni się od innych miejsc na Ziemi. Berlitz i Moore w swojej nowej publikacji postawili tezę, że statek kosmiczny leciał nad pustynią w Nowym Meksyku, obserwując przeprowadzane tam próby broni jądrowej, został jednak trafiony przez piorun. W kolejnych latach pojawiają się odmienne wersje zdarzeń. W jednej z nich ciała obcych zostały wyrzucone z pojazdu jeszcze przed zderzeniem z Ziemią. Pod koniec lat 80. wspomniany Friedman rozmawia z byłym pracownikiem zakładu pogrzebowego Glennem Dennisem, który twierdzi, że dostał zlecenie od wojska na wykonanie kilku małych trumien (w domyśle: na ciała obcych). Mniej więcej w tym samym czasie pojawia się również wypowiedź świadka, który rzekomo widział, jak armia pojmała żywych jeszcze obcych. Na początku lat 90. ukazują się kolejne książki. W jednej z nich statki kosmiczne były już dwa.
No dobrze, ale czym tak naprawdę był obiekt z Roswell? Najprawdopodobniej były to szczątki balonu wojskowego z tajnego projektu „Mogul”, mającego za zadanie wykrywać próby nuklearne prowadzone w Związku Radzieckim. Być może więc pierwotna wersja z „latającym dyskiem”, wpisującym się w konwencje społecznego szaleństwa, miała być przykrywką dla tajnych operacji? Ktoś w sztabie przeszarżował, pamiętajmy, że wszędzie pracują tylko ludzie. Oczywiście z pominięciem agencji współpracujących z szarakami. (Żartowałem. A może nie? Nigdy się nie dowiecie).
Oficjalne, znacznie bardziej prawdopodobne rozstrzygnięcie nie miało już zresztą znaczenia, ponieważ oto konsolidował się współczesny mit z właściwym sobie ekosystemem instytucji i praktyk: książkami pośledniej jakości i przekazywanymi z ust do ust legendami miejskimi. Narrację wspierała kapitalistyczna machina oferująca koszulki, breloczki, magnesy na lodówkę i kieliszki na wódkę. Wszystko okraszone wielką głową przybysza z kosmosu.
UFO po polsku
Mitologia UFO ma również swoje polskie odsłony. Jedną z nich jest wieś Emilcin. W tej niewielkiej miejscowości niedaleko Puław rzekomo miał miejsce kontakt z obcą cywilizacją.
Wydarzenie zostało opisane m.in. przez Jacka Ambrożewskiego w książce Mała ilustrowana kronika polskich zjawisk paranormalnych, a jego opis jest obezwładniająco uroczy. Rankiem 10 maja 1978 r. rolnik Jan Wolski jechał furmanką, kiedy jego oczom ukazały się dwie niewysokie postacie. Istoty o zielonej skórze, ze skośnymi oczami oraz błonami między palcami wskoczyły na wóz. Jak później wspominał Wolski, obcy porozumiewali się między sobą niezrozumiałym językiem, który – zgodnie z jego słowami – brzmiał „drobniutko, a gęsto”. Rolnik nic sobie jednak nie robił z takich pasażerów na gapę i jechał dalej. Cóż, być może to po prostu przejaw polskiej gościnności.
Kiedy furmanka wjechała na pobliską polanę, Wolski dostrzegł w oddali unoszący się obiekt przypominający autobus. Przybysze gestem zaprosili go do środka. Tam kazali mu się rozebrać, badali go czymś, co przypominało talerzyki. Po badaniach zaproponowali mu jedzenie, które przypominało sopel. Jan Wolski podziękował, ukłonił się i chwilę później poszedł do domu.
Innym miejscem ważnym na ufologicznej mapie Polski jest wieś Wylatowo. W lipcu 2000 r. jeden z mieszkańców pracował przy budowie domu. Nagle światła w całej okolicy zgasły, co umożliwiło mężczyźnie dostrzeżenie skrzącego się czerwienią obiektu unoszącego się nad polem. Następnego dnia w zbożu odnaleziono wygnieciony piktogram. W okolicach wsi kręgi pojawiały się przez kilka lat.
Wydarzenia z Wylatowa były zresztą jednym z impulsów do założenia fundacji Nautilus, odpowiedzialnej za wzniesienie w 2005 r. pomnika w Emilcinie, pamiątki międzygwiezdnego kontaktu na ziemiach polskich. W okolicy niewielkiego monumentu znajdują się przestrzeń do grillowania, mała ścianka wspinaczkowa oraz zarastające boisko do koszykówki. Stworzona w 2001 r. organizacja była pierwszą w Polsce, która podejmowała „niewygodne tematy”. UFO, reinkarnacja, „nocne zmory”, „autostopowicze widmo”, jasnowidzenie, bilokacja, prekognicja, telepatia, yeti, chupacabra – oto zagadnienia podejmowane przez członków Nautilusa. Archiwum X jak się patrzy.
Powstanie Nautilusa było konsekwencją popularności audycji radiowej o tej samej nazwie. Jak mówił Onetowi jeden z członków organizacji: „Wielu ludzi utrzymuje, że audycja zmieniła ich życie”. Co ciekawe, strona fundacji wciąż jest aktualizowana, choć przypomina duchologiczny projekt artystyczny, swoim designem cofający nas do początków XXI w. Jeden z ostatnich artykułów z marca 2023 r. nosi tytuł Wolskiego zahipnotyzował Witold Wawrzonek i tak powstała historia „Ufo w Emilcinie”. Jak widać – podobnie jak w przypadku Roswell – spory co do genezy wydarzeń wciąż trwają.
Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie o pas transmisyjny kodów kulturowych między Stanami Zjednoczonymi a Polską. Warto jednak zauważyć, że czas kiedy Jan Wolski w Emilcinie rzekomo natknął się na przedstawicieli obcej cywilizacji, to ten sam rok, na początku którego w USA Stanton Friedman przeprowadza wywiad z Jessem Marcelem (tym od latającego spodka z folii śniadaniowej) oraz w którym w „National Enquirer” pojawia się przedruk z „Roswell Daily Record”. Czy amerykańska kultura przesiąkała na naszą stronę żelaznej kurtyny na tyle skutecznie, żeby mieć wpływ na historie opowiadane przez polskich rolników? Być może, chociaż zdaję sobie sprawę z ryzykowności takiej hipotezy.
Łatwiej byłoby z przypisaniem oddziaływania kulturowego USA na wydarzenia w Wylatowie. Dzieją się one chwilę po kulminacji antenowej popularności Z Archiwum X oraz w okresie nasycania rynku medialnego niesamowitymi opowieściami z Discovery Channel. Ostatecznie to historie snute w Stanach Zjednoczonych od dekad są podszewką kultury świata Zachodu. Świata, do którego Polska jeszcze bardziej niż dziś aspirowała kilkanaście lat po gospodarczej i politycznej transformacji.
Magnes mitologii
Współczesne Roswell upodobniło się do pozaziemskiego lunaparku. Przed wejściem do miejscowego McDonalda turystów witają figury szaraków, w niemal każdym sklepiku znajdziemy jakieś nawiązanie do mitologii UFO. W centrum miasta znajduje się International UFO Museum and Research Center wypełnione po brzegi tak badziewnymi, jak uroczymi eksponatami, które lokalni kuratorzy najpewniej rozmieszczali metodą luźnych skojarzeń. Są więc kosmici zawieszeni w rurach z plexi, mający zapewne przypominać eksponaty w formalinie, jest i zrobiony z opon zielony obcy wykonany techniką, którą znamy w Polsce z przydomowych gumo-rzeźb łabędzi. Na środku ekspozycji znajduje się otoczone barierkami UFO. Raz na kilkanaście minut eksponat ożywa; ze statku kosmicznego wydobywa się przecinany przez światła laserów dym, a kosmici zaczynają się ze sobą komunikować językiem, który brzmi „drobniutko, a gęsto” – tititititi.
Ale to przecież tylko niewielki fragment kultury masowej, również tej komercyjnej, która krąży wokół tematyki UFO. Poza wspomnianym wielokrotnie serialem Z Archiwum X mieliśmy przecież wielkie kino nowej przygody takie jak Bliskie spotkania trzeciego stopnia Stephena Spielberga z 1977 r. Kto, będąc dzieckiem, nie bał się sceny, w której obcy telekinetycznie odkręcają śrubki w szybie wentylacyjnym, aby dostać się do domu jednej z bohaterek, ten nie wie, co to trwoga. W latach 90. mieliśmy z kolei takie blockbustery jak Faceci w czerni i Dzień niepodległości.
W kwietniu 2023 r. badanie opinii publicznej na temat fenomenu UFO w Polsce zlecił „National Geographic”. Okazuje się, że 54% Polaków uważa, że „są dowody na istnienie pozaziemskich cywilizacji”. Co ciekawe, 7% ankietowanych przyznało, że albo widziało UFO, albo nawet miało kontakt z obcymi. Sondaże zazwyczaj są reprezentatywne, więc jeśli przełożymy owe 7% na całą populację, to wyjdzie nam liczba 2,5 mln ludzi. Jeśli ograniczymy ją do populacji osób dorosłych, to i tak będzie ich ok. 2 mln. Cóż, można się pokusić o refleksję, że liczba dowodów jest nieco rozczarowująca jak na taką skalę obserwacji. Według danych Pew Research Center w USA odsetek wierzących w istnienie pozaziemskich cywilizacji jest jeszcze większy i wynosi aż 65%.
Co ciągnie tak wielu ludzi do tej mitologii? Pierwsze, chyba najbardziej banalne wyjaśnienie odnosi się do quasi-religijnego charakteru tych przekonań. W coraz bardziej zsekularyzowanym świecie, w którym religia straciła prymat na objaśnianie świata, ustępując miejsca nauce, wciąż przecież występują potrzeby duchowe. Wiara w cywilizacje pozaziemskie mieści się w quasi-naukowym porządku świata, stając się czymś w rodzaju niereligijnej religii. Skoro istnieje nieprzebrana liczba galaktyk, gwiazd i planet, to gdzieś tam musi ktoś być. To założenie nie jest zresztą bezsensowne. Ów ktoś może sprawować niektóre funkcje, które do tej pory były przypisywane absolutowi. Częścią mitologii UFO jest np. to, że obcy interesują się naszymi arsenałami nuklearnymi – zjawiają się tam, gdzie były przeprowadzane próby jądrowe, obserwują bazy atomowe. W pewien sposób więc strzegą nas niczym aniołowie. W narracjach na temat UFO pojawiają się podróże przez inne wymiary (czymkolwiek miałyby one być), wyższa moralność, potencjalność rozpoznania głębokiego sensu istnienia, a na końcu również jakiś rodzaj rozpłynięcia się w wyższej świadomości, co wprowadza kontekst eschatologiczny.
Drugi powód popularności wiary w UFO polega na zagospodarowaniu u niektórych ludzi tych potrzeb, na które odpowiadają również teorie spiskowe. W tym sensie nie jest ona tożsama z potrzebą wiary quasi-religijnej, ale pragnieniem posiadania wiedzy tajemnej, ukrytej gdzieś pod powierzchnią; the truth is out there – prawda gdzieś tam jest, jako rzecze napis w końcówce intro Z Archiwum X. Ludzie wierzą w spiski nie dlatego, że są głupi (a przynajmniej nie tylko dlatego).
Ten sposób myślenia – jak wynika z badań opublikowanych w październiku 2022 r. w na łamach „Current Opinion in Psychology” – łączy się z pewnym rysem osobowości, np. z narcyzmem. Teorie spiskowe, czyli dostęp do tajemnej wiedzy ukrytej dla oczu „zwyklaków”, są silnym fundamentem, na którym można budować przeświadczenie, że jest się kimś wyjątkowym.
Wiara w UFO może spełniać też funkcję tożsamościotwórczą i grupotwórczą. W końcu osoby naprawdę oddane sprawie zrzeszają się w stowarzyszeniach, w których nie tylko mogą znaleźć innych podobnych sobie ludzi, lecz również poczuć pewną wspólnotę, wsparcie i uznanie.
Potrzeba kontaktu
Osobną wykładnię źródeł wiary w UFO przedstawili w odcinku podcastu „Podcastex” Bartek Przybyszewski i Mateusz Witkowski, poszukując ich w „pragnieniu niesamowitości”. Z jednej strony można je postrzegać jako paralelne do potrzeby wiary, z drugiej – wydaje się, że jest to kategoria nieco szersza. Jestem niemal pewien, że „pragnienia niesamowitości” doświadczają również astronomowie, matematycy zajmujący się kwestią nieskończoności, biolożki molekluarne oraz inżynierki kosmiczne. To potrzeba „spojrzenia za horyzont” i pragnienie ogromu, w którym można się roztopić, uświadamiając sobie swoją nieistotność.
O tej emocji traktuje zaledwie kilkunastominutowy dokument John grał dla kosmitów, który można obejrzeć na Netflixie. Jest to opowieść o mieszkającym na amerykańskiej wsi w stanie Michigan Johnie Shepherdzie, introwertyku i samotniku, który od wczesnej młodości próbował skomunikować się z obcą cywilizacją przez nadawanie undergroundowej muzyki: minimalistycznego K. Leimera, krautrockowej Harmonii i ambientowego Michaela Sternsa. Z upływem czasu jego organizowane w domu dziadków studio nadawcze rozrastało się coraz bardziej. Zdjęcia z tego okresu są naprawdę surrealistyczne. Na jednym z nich widać młodego Johna obstawionego sprzętem elektronicznym wyglądającym jak scenografia z filmu science fiction z lat 60., obok którego babcia dzierga na drutach.
Młodemu, nieśmiałemu Johnowi nie wiodło się dobrze w życiu osobistym, zwłaszcza że był gejem. Na amerykańskiej prowincji lat 70. i 80. z pewnością nie zwiększało to szans na stworzenie stabilnej relacji. „Wyobrażałem sobie inne światy, zastanawiałem się jak to by było nawiązać kontakt, dzielić się z nimi wiedzą i przemyśleniami” – mówił w filmie. Nie powinienem nikogo zaskoczyć, ujawniając, że jego projekt nie przynosił oczekiwanych rezultatów, a koszty były zbyt wysokie, żeby go kontynuować. Jednak w 1993 r., u schyłku swojej działalności nadawczej, poznał swojego partnera Johna Litrenta, z którym jest do dzisiaj. „Kontakt został nawiązany” – mówi Shepherd, patrząc na swojego męża.
Innym filmem dostępnym na platformie streamingowej jest brytyjski dokument Confessions of an Alien Abductee. Jednym z jego bohaterów jest Simon Parkes, nauczyciel nauki jazdy i radny Partii Pracy. Parkes twierdzi, że od dzieciństwa nawiedza go kosmitka, którą uznaje za swoją matkę. Inną bohaterką jest Chantell, kobieta należąca do klasy pracującej. Jest jeszcze 52-letnia Marie twierdząca, że kontaktuje się z obcymi, których nazywa aniołami. Wraz z rozwojem opisów postaci dowiadujemy się, że Marie wierzy, iż kosmici czuwają nad jej córką, która popełniła samobójstwo kilka lat wcześniej. Simon nosi w sobie traumę bycia zaniedbywaną przez matkę półsierotą. Chantell z kolei uważa, że kosmici nadają jej życiu jakiś sens, i nie wyobraża sobie życia bez nich. Gdybym był reżyserem tego filmu, nazwałbym go „Potrzeba kontaktu”.
Dla tych wszystkich ludzi wiara czy też pragnienie wiary w istoty pozaziemskie była czymś w rodzaju emocjonalnej protezy. Obcy wypełniali ziejący brak. Jednak nie wszyscy ludzie doświadczający pustki zapełniają ją istotami pozaziemskimi. Badania na temat osób przekonanych, że odwiedzają nas członkowie obcych cywilizacji, dostrzegają inne istotne prawidłowości. W artykule zamieszczonym w „Applied Cognitive Psychology” badacze pod kierownictwem Virena Swamiego zauważają związek wiary w UFO z osobowością schizotypową. Ta ostatnia cechuje się częstym doznawaniem depersonalizacji i derealizacji (wrażenia obserwowania swojego życia jakby „przez kamerę”, niejako z zewnątrz). Osoby schizotypowe cechują się również ekstrawaganckim wyglądem, przejawiają też całe spektrum nietypowych poglądów, takich jak wiara w reinkarnację, jasnowidzenie, bilokację, prekognicję, telepatię, yeti, chupacabry. Skądś to znamy…
Pożegnanie z kosmitami
Choć XXI w. przyniósł kolejne obrazy i książki dotyczące szeroko pojętego zjawiska UFO, to jednak nie cieszyły się one taką popularnością jak w latach 90. minionego stulecia. Dlaczego tak się stało?
Po pewnym czasie narracje się po prostu zużywają, padając ofiarami swojej własnej popularności. Ludzie się nimi nudzą, co bardzo szybko wykrywa kapitalistyczna machina wytwarzania sensów. Dzięki swojej analityce potrafi ona przekierować produkcję na usługi z większą stopą zwrotu. Producenci filmów i seriali, wydawcy książek i gier komputerowych śledzą wyczerpywanie się trendów na podstawie danych sprzedażowych. Kiedy to się dzieje, poszukują nowych bodźców, w które warto inwestować. Jedni twórcy są podmieniani na drugich. Tak wygląda twórcza destrukcja popkultury poprzez okresy koniunktury symboli. Obok UFO podobny proces miał miejsce w przypadku choćby satanic panic – trendu z lat 90., który w centrum zainteresowania stawiał zagrożenie ze strony satanistycznych sekt. Pamiętacie to jeszcze? Ano właśnie. Została ona przykryta kolejnymi popkulturowymi narracjami.
Początek XXI w. przywitał nas również płonącymi wieżami World Trade Center. Takie „czarne łabędzie”, jak określa tego typu wydarzenia Nassim N. Taleb, podważają hipotezę końca historii, ale też mają wielką moc przekierowywania zbiorowej wyobraźni na inne tory. Popkultura Zachodu miała do przepracowania wielką społeczną traumę i jej następstwa. Realne okazało się niemniej zaskakujące niż inwazja kosmitów, co znalazło swoją kontynuację w kulturze masowej. Przykładem takiej interwencji w kanon jest np. komiks. Iron Man początkowo był antykomunistą, ale w „nowym otwarciu”, wraz z filmem z 2008 r., ruszył do walki z handlującymi bronią terrorystami w Afganistanie. „Globalna wojna z terroryzmem” przyniosła swoje symbole i wyimaginowanych wrogów.
W 2017 r. w kwestii UFO nastąpiły jednak pewne zmiany. Większość z Was z pewnością kojarzy czarno-białe filmy z kamer myśliwców namierzających dziwne plamy poruszające się z dużą prędkością tuż nad wodą. „The New York Times”, jedno z najpoważniejszych mediów świata, opublikował dwa nagrania niezidentyfikowanych obiektów zarejestrowanych przez amerykańskie samoloty wojskowe. W tym samym roku „The Washington Post” opublikował podobne wideo zatytułowane Gofast. We wrześniu 2019 r. Pentagon potwierdził ich autentyczność.
Adam Frank, profesor astrofizyki z University of Rochester profesjonalnie zajmujący się poszukiwaniem obcych cywilizacji, pozostaje jednak sceptyczny co do tego, że wyżej wspomniane nagrania są dowodami operowania kosmitów w ziemskiej atmosferze. Na łamach „The New York Times” w 2021 r. zwracał uwagę, że lepszym (bo bardziej prawdopodobnym) wyjaśnieniem niż UFO są np. wady urządzeń pokładowych. Wygląda jak naciągane tłumaczenie? A czy na takie nie wygląda hipoteza o obcych z układów planetarnych odległych od nas o co najmniej kilkadziesiąt lat świetlnych, przybywających na Ziemię, żeby sobie trochę polatać?
Frank jeszcze ostrożniej podchodzi do zeznań naocznych świadków UFO. Stwierdza, że relacje obserwatorów są niemal zawsze na tyle niedokładne, że nie można ich traktować jako poważnych dowodów. Nie da się na ich podstawie szacować ani wielkości rzekomo obcych obiektów, ani ich prędkości, ani pokonywanych przez nie odległości. Astrofizyk zwraca uwagę na to, że prawdziwą wartość dowodową dla naukowca mają różne rejestratory fal widma elektromagnetycznego – fal widzialnych, radarowych, podczerwonych. Zresztą sam akronim UFO już zakończył swoją karierę. Zastąpiono go kategorią UAP, unidentified aerial phenomena, niezidentyfikowane zjawiska powietrzne, aby uniknąć skojarzeń z kosmitami.
Opublikowany pod koniec zeszłego roku raport Pentagonu przyglądający się prawie 150 zarejestrowanym przez armię niezidentyfikowanym obiektom latającym czy zjawiskom powietrznym poniekąd przyznaje rację tezom Franka. Znaczną większość z obserwacji przypisuje balonom meteorologicznym, śmieciom niesionym przez wiatr i dronom szpiegowskim. Dla entuzjastów tajemnic pocieszający może być fakt, że jakaś część zjawisk wciąż pozostaje niewyjaśniona. Nie trzeba im wiele więcej, by dojść do przekonania, że władze znów blokują dostęp do prawdy.
Sami we wszechświecie?
Kluczowe pytanie, na które nadal nie mamy odpowiedzi, brzmi: czy jesteśmy sami we wszechświecie? Wspomniany Adam Frank napisał kilka lat temu dla „The New York Timesa” inspirujący tekst Yes, there have been Aliens, na temat możliwości istnienia inteligentnego życia pozaziemskiego. Zanim dojdziemy do jego konkluzji, przytoczmy tzw. równanie Drake’a (w tekście o UFO zawsze musi się ono pojawić).
Na początku lat 60. amerykańska National Academy of Sciences poprosiła astronoma Franka Drake’a o stworzenie pewnych ram teoretycznych, w których można byłoby się poruszać, chcąc oszacować prawdopodobieństwo kontaktu z obcą cywilizacją. To bardzo słuszne podejście, w zasadzie wszystkiemu, co kiedykolwiek zostało zaobserwowane, można nadać pewną wartość prawdopodobieństwa. Na probabilistyce opierają się modele biznesowe firm ubezpieczeniowych, modele meteorologiczne, raporty z katastrof lotniczych, prognozy gospodarcze, modele predykcyjne przestępstw, czynniki ryzyka chorób, w końcu określanie tego, która rodzina jest najbardziej dysfunkcjonalna dla dziecka.
Drake sformułował równanie, w którym pierwszą zmienną jest szybkość powstawania gwiazd w naszej Galaktyce. Drugą – odsetek gwiazd, które, podobnie jak nasze Słońce, mają planety, trzecią – średnia liczba planet znajdujących się w ekosferze (nie za blisko macierzystej gwiazdy, aby woda z niej nie wyparowała, i nie za daleko, żeby nie była cały czas zamarznięta). Kolejną zmienną jest odsetek planet, na których istnieje życie. Następna część równania to odsetek zamieszkanych planet, na których rozwinęło się życie inteligentne. Nie chodzi bowiem tylko o życie pozaziemskie, istnieją zresztą pewne szanse, że takie znajdziemy nawet w naszym Układzie Słonecznym poza Ziemią. Chodzi nam o życie inteligentne. Ostatnia zmienna to średni czas trwania cywilizacji technicznej.
Przez długie lata nie było wiadomo, jakie dane należy podstawić do równania. W czasie powstania koncepcji Drake’a wiedzieliśmy tylko, ile gwiazd rodzi się w Galaktyce. Reszta stanowiła niewiadome, a spory wokół równania były niemożliwe do rozstrzygnięcia. Dzięki postępom jeśli chodzi o wykrywanie planet pozasłonecznych, wiemy jednak np., że niemal wszystkie gwiazdy mają jakieś planety. Wiemy również, że odsetek planet w ekosferze również jest bardzo wysoki i wynosi około 20–25%. Znamy już więc trzy zmienne z równania.
Adam Frank we wspomnianym tekście usuwa z równania średnią długość trwania cywilizacji i pyta, jakie jest prawdopodobieństwo, że jesteśmy jedyną, która kiedykolwiek powstała. Jeżeli wynosi więcej niż jeden do 10 miliardów bilionów (tak wyglądałoby ono, jeśli w Galaktyce istnieliśmy i istniejemy tylko my!), to nie jesteśmy pierwsi. „Biorąc pod uwagę to, co wiemy o liczbie i pozycjach planet w Galaktyce, wydaje się, że ilość pesymizmu potrzebnego, by zwątpić w istnienie w przeszłości rozwiniętej, pozaziemskiej cywilizacji, graniczy z nieracjonalnością” – pisze Adam Frank.
Z kolei prof. Avi Loeb, astrofizyk i kosmolog z Uniwersytetu Harvarda, wieloletni szef tamtejszego wydziału astronomii (a więc osoba o uznanym kierunkowym dorobku naukowym), twierdzi, że być może już zaobserwowaliśmy przejaw pozaziemskiej cywilizacji. Miałby nim być Omuamua, „cygarowaty” obiekt spoza Układu Słonecznego, który zdaniem Loeba zachowywał się jak coś, co mogło być… starym statkiem kosmicznym. Wiarygodne rozumowanie, z którego to wywodzi, zawarł w książce Pozaziemskie. Pisze on o bardzo nietypowym kształcie obiektu, jego charakterystycznym zachowaniu i niezwykle niskim prawdopodobieństwie (znów to prawdopodobieństwo!) znalezienia się takiego czegoś w okolicy naszej gwiazdy. Wszystko to każe przynajmniej zadać pytanie o możliwość jego „obcej” genezy.
***
Ponad 50 lat po wydarzeniach opisanych w odcinku The Unnatural Fox Mulder zaprasza agentkę Scully na naukę gry w baseball. Znów jest letni ciepły wieczór, agent ma na sobie bluzę drużyny Roswell Grays, w tle leci Come and Go with Me. Mulder pyta partnerkę, czy grała kiedyś w tę grę. Scully we właściwy sobie sarkastyczny sposób odpowiada, że „pożytkowała swój czas na bardziej niezbędne czynności niż walenie kijem w skórzaną piłkę”. Daje się jednak przekonać i w końcu odnajduje irracjonalną przyjemność w posyłaniu piłek w dal. Te mkną w ciemność, ku gwiazdom.